Jorja Smith powraca do grona Mocograjów, dzięki najnowszemu singlowi With You . Za pomocą swojego głębokiego głosu melodyjnie prowadzi nas po kolejnych etapach miłosnego szczęścia. W przeciwieństwie do większości utworów z jej poprzednich albumów, podkładem nie jest jednak atmosferyczny soul, lecz silnie brytyjsko zabarwiona elektronika. To kontynuacja trendu, który zapoczątkował jej pierwszy tegoroczny singiel – znakomite The Way I Love You. Wygląda więc na to, że następny album Brytyjki okaże się raczej klubowym bangerem, niż melancholijnym zamyśleniem. Z czego bardzo się cieszę, bo Smith na With You brzmi znakomicie. Tak, jak powinna zakochana osoba.
Aminé powraca do Polski z 13 Months of Sunshine. Z tej okazji przybliżamy sylwetkę rapera uniwersalnego.
Aminé to raper i twórca dumnie reprezentujący Portland. Od początku kariery zachwyca świeżością i lekkością w tworzeniu hitów. Kilkukrotnie zdobył on także nasze LUZowe serca jako autor mocograjów – czy to razem z Disclosure, dwukrotnie współpracując ze slowthai’em, czy jako połowa słonecznego duetu wraz z KAYTRANADĄ. Jednak co najważniejsze, kilka miesięcy temu wyróżniliśmy beztroski, energiczny singiel Vacay, zapowiadający piąty solowy album artysty 13 Months of Sunshine. To z tym dziełem artysta zawita w grudniu tego roku na polskiej scenie.
Pierwsze hity
W 2017 roku przebojowe Caroline otworzyło mu drzwi do globalnej sceny. Utwór uczynił go jednym z najbardziej charakterystycznych rapowych debiutantów dekady — z nonszalanckim luzem, charakterystyczną ekspresją i humorem, który nie spychał emocji na dalszy plan. Debiutancki album Good for You, stylowo podobny do hitu, był kolorowym kolażem radości, stylu i młodzieńczego buntu — pełen zaraźliwych melodii (jak podobnie ważne w karierze Spice Girl, czy Wedding Crashers, goszczące Offset’a). To dzieło zdecydowanie wyróżnia popowa energia i pastelowa estetyka, która mocno odcinała się od dominującego wówczas trapowego minimalizmu.
W kolejnym projekcie ONEPOINTFIVE brzmienie było bardziej surowe i eksperymentalne, przypominające mixtape. Aminé czasem zahaczał nawet o mroczniejsze rejony, lecz nie zrezygnował jednak z pisania błyskotliwych, zapadających w pamięć barsów. Sukces wyjątkowego klimatem utworu REEL IT IN potwierdził jego talent do tworzenia chwytliwych, nietuzinkowych hitów. W 2021 pojawiła się także kontynuacja projektu, zatytułowana TWOPOINTFIVE. Znajdziemy tam flirt artysty z bardziej eksperymentalnym, elektronicznym, a momentami nawet hyperpopowym brzmieniem. Warto tu wyróżnić Colors, Charmander czy NEO.
Ustalenie pozycji
Prawdziwą dojrzałość przyniósł album Limbo z 2020 roku, który w tym samym roku otrzymał także wersję deluxe z siedmioma dodatkowymi utworami. Wydanie było silnie inspirowane niespodziewaną śmiercią jego idola z dzieciństwa, Kobe’ego Bryanta. Z tego powodu artysta po raz pierwszy sięgał po konsekwentnie cięższe tematy — sukcesu, presji i tożsamości. Utwory takie jak Compensating z Young Thug’iem, Riri,Woodlawn, czy wspomniane Pressure In My Palms z slowthai’em oraz Vince Staples’em pokazały jego umiejętność łączenia introspekcji z imprezową produkcją. To na Limbo zaczął wyraźnie formować się jego nowy kierunek muzyczny – pełen emocji, ale pozbawiony patosu.
W 2023 roku światło dzienne ujrzał pierwszy łączony projekt artysty. KAYTRAMINÉ, czyli pełnoalbumowa kolaboracja z cenionym producentem Kaytranadą było celebracją beztroski, groove’u i wspólnej energii. Gęste, pulsujące rytmy house’u i funku spotkały się tu z lekkim, melodyjnym flow Aminé. Hity takie jak 4EVA z legendarnym Pharrell’em, czy STFU3 błyskawicznie podbiły serwisy streamingowe, a cały projekt był świetnie przyjęty zarówno przez fanów, jak i krytyków jako idealny letni soundtrack – taneczny, stylowy i bezpretensjonalny.
Słoneczne miesiące dopiero przed nami
Wydany w tym roku album 13 Months of Sunshineto najdojrzalsze i najbardziej osobiste dzieło artysty. Wyprodukowany przez Dahi album to osobista opowieść o dorastaniu, przemijaniu i godzeniu się z utratą. Aminé świętuje sukcesy, ale także opłakuje bliskich, których już nie ma. To album kontrastów — między indiepopowym History z Waxahatchee, a psychodeliczno-syntezatorowym Images z Toro y Moi, między rozkwitem a melancholią. Do tej pory to najbardziej kompletna wizja artysty.
Moim zamysłem było napisanie tekstów, z których byłbym dumny, nawet bez muzyki, czytając je przed trzydziestoma osobami. Każdy wers musiał przejść ten test. – mówi Aminé, podkreślając wagę słowa w tym projekcie.
Portlandczyk coraz śmielej sięga po środki wyrazu znane z alternatywy: czerpie z elektroniki, psychodelii, indie rocka, ale nigdy nie traci swojej tożsamości – pisze z lekkością, autoironią i wyczuciem. 13 Months of Sunshine brzmi jak osobisty list — nie tylko do słuchacza, ale i do siebie samego sprzed lat.
Tour de… Dance?
Przy okazji premiery albumu Aminé ogłosił europejską trasę koncertową, na której tym razem nie zabrakło naszego kraju. 7 grudnia tego roku artysta wystąpi w warszawskim Klubie Progresja, w wydarzeniu zorganizowanym przez Live Nation Polska. Będzie to pierwsza okazja, by usłyszeć na żywo materiał z poprzednich dwóch solowych albumów, jak i łączonego projektu z KAYTRANADĄ, KAYTRAMINE. Kiedy w 2019 roku raper odwiedzał warszawską Proximę, na wyprzedany koncert podczas swojej trasy TourPointFive, przyjeżdżał tam jako nowicjusz na rapowej scenie. Wracając po 6 latach, ma do pokazania zupełnie nowe brzmienia, a jednocześnie zachowuje charakterystyczny styl, z którym debiutował. Dodatkową gratką dla fanów rapu jest towarzyszący artyście jako support Niko B, brytyjski artysta znany ze swojego energicznego, zabawnego i niecodziennego brzmienia, prezentowanego między innymi na wyluzowanym hicie why’s this dealer?
Skoro tych raperów definiuje przede wszystkim ich bezpretensjonalny luuuuz, to tego LUZu nie może zabraknąć także na koncercie, na którym spotkacie reprezentację naszej Redakcji Muzycznej. Nagranie z audycji Audiostarter z 29 lipca, prowadzonej przez Mikołaja Domalewskiego i Jędrzeja Śmiałowskiego, znajdziecie poniżej. Przez dwie godziny pochłoną was rozmowy o najświeższym rapie, twórczości Aminé oraz powrót pamięcią do konkursu z możliwością zdobycia wejściówek.
Patrząc na historię występów rapera w naszym kraju oraz jego popularność, kolejny sold out jest właściwie pewny. Jeżeli nie jesteście jeszcze w szczęśliwym gronie posiadaczy biletów, nie ma z czym zwlekać! Do zobaczenia na koncercie!
Są piosenki, które nie zapadają w pamięć a prosto w krwioobieg. rdza, nasz nowy Mocograj, nie obchodzi się z nami delikatnie. To utwór, który drażni nerwy i pieści zmysły w tym samym momencie. Podczas słuchania tekstu orientujesz się, że coś ściska Cię w klatce. A potem czujesz dreszcze. Od karku do kręgosłupa.
Dostajemy poezją prosto w twarz- taką bez filtra, za to brutalnie szczerą. Każdy wers odkrywa kolejne warstwy strachu i bólu, który zaczynasz czuć w ciele.
korozyjny ból mnie trawi, umieram na brak odwagi
Trudno nie poczuć tego gdzieś głęboko pod skórą. Nagle przestajemy być słuchaczami, a stajemy się uczestnikami tego, co boli. Bo kto nigdy nie umarł z braku odwagi?
Autentyczność wyśpiewywanych fraz zwilża oczy. To wszystko mogłoby się źle skończyć gdyby nie głos irys- zwinny, pełen kolorów, lecz słodko-gorzki. Momentami serwuje dźwięki powietrzne, zwiewne, tylko po to, by za moment uderzyła nas fala pełnego spektrum jej głosu. Jest zjawiskowa i nie mam wątpliwości, że to początek czegoś dużego.
Napięcie między subtelnością a brutalnością działa doskonale. Gładka, melodyjna linia wokalna kontrastuje z ostrymi słowami, a całość pięknie dopełnia metaliczny saksofon, który momentami sam wydaje się brzmieć jak zardzewiały. Kompozycja nie stoi w miejscu ani przez chwilę, oddycha razem z tekstem dzięki pulsującej sekcji rytmicznej. I zostaje w środku jeszcze długo po ostatnim dźwięku.
Co jakiś czas lubię sprawdzać listę najlepszych albumów danego roku, ułożoną według ocen użytkowników portalu Rate Your Music. Tak, wiem. Każdy ma swój gust, po co mi więc wiedza o tym, jaka muzyka podoba się najbardziej innym ludziom? Już tłumaczę. Te podsumowania dają szansę na poznanie nieznanych mi wcześniej wykonawców. Czasem ich projekty z miejsca stają się i moimi ulubieńcami ostatnich miesięcy. Tak właśnie stało się w przypadku najnowszej płyty japońskiej grupy betcover!!
Tytuł najnowszego albumu zespołu, 勇気 (Yuki), można przetłumaczyć jako Odwaga. Zdecydowanie nie brakuje jej w siedmiu kompozycjach, tworzących projekt. Jego pierwsza połowa, na czele z naszym Mocograjem ミー子のコンサート (Koncert Miko) , ma w sobie nieodpartą, musicalową wręcz energię. Przesiąknięte jazzem kompozycję w niektórych momentach skręcają w stronę brzmień podobnych do ostatniego albumu Geordiego GrippaThe New Sound, w innych zaś przywodzą na myśl czołówkę ekstrawaganckiego anime w stylu Cowboya Bebopa. W drugiej połowie tracklisty tempo zwalnia. Jej art-rockowe zabarwienie daje więcej przestrzeni na głos lidera grupy, Jiro Yanase, zwłaszcza w przepięknej, emocjonalnie naładowanej kompozycji サマーランド.
Album 勇気 (Yuki) to znakomity przykład na to, jak wyjątkowa potrafi być japońska muzyka. Jej cechą charakterystyczną jest dla mnie przepuszczanie zachodnich wzorców gatunkowych przez tamtejszą kulturę i wrażliwość. Na najnowszym albumie betcover!! zjawisko to objawia się dwojako. Z jednej strony wolniejsze kompozycje drugiej połowy płyty przepełnione są wzruszającą, poetycką melancholią. Z drugiej zaś, pierwsza połowa serwuje dalekowschodnią wizję jazz-rocka, pełną szaleństwa i saksofonu. Choć w tekście ミー子のコンサー zrozumiałe jest dla mnie tylko jedno słowo, to idealnie sprawdzi się jako wyraz wdzięczności dla japońskiej grupy za 38 minut znakomitej muzyki. Arigato betcover!!!
W tym roku niewiele utworów zaskoczyło mnie równie mocno, co Oh Snap. Cécile McLorin Salvant to między innymi trzykrotna zdobywczyni nagrody Grammy za najlepszy jazzowy album wokalny. Do tej pory była najbardziej znana, no właśnie, z jazzu. Choć wyjątkowość jej głosu i wokalnej ekspresji przenosiła uznane standardy w nieznane im wcześniej, abstrakcyjne kierunki, to jej specjalnością były głównie tradycyjnie zorientowane utwory. Nawet na fascynującym albumie Melusine, inspirowanym motywami średniowiecznymi, rzadko zapuszczała się poza znajome brzmienia. Nasz Mocograj jest jednak nowym otwarciem.
To utwór o tym, jak przerażająca i cudowna potrafi być miłość. Nerwowy, szybki rytm perkusjonaliów w pierwszej części Oh Snap symbolizuje strach Salvant przed oddaniem się w ramiona ukochanej osoby. Artystka boi się, że w ten sposób utraci misternie budowaną przez lata niezależność. Nagle nadchodzi zmiana nastroju. Mocny bit, w połączeniu z przeciągniętą wokalizą, prowadzi nas ku nowej, ożywczej rzeczywistości. Muzyka łagodnieje, pojawiają się kojące syntezatory. Rytm nadal jest szybki, ale wyraża już co innego – ekscytację odwzajemnionej miłości. Salvant chce naprawić wcześniej popełnione błędy, które wynikały ze strachu przed kolejnym zranieniem, i pragnie w pełni zatracić się w uczuciu.
Oh Snap to fenomenalny przykład na to, jak połączyć muzykę oraz tekst w spójną, wzruszającą historię. Z każdym kolejnym odsłuchem odkrywam nową warstwę emocjonalną, a coraz to nowy wers zachwyca mnie odwagą w szczerości przekazu. Salvant wykorzystuje swój genialny głos inaczej niż do tej pory. Nie jest on głównym elementem utworu, lecz harmonijnie łączy się z warstwą instrumentalną, by przekazać słuchaczowi najbardziej intymne uczucia artystki. Jeśli ten singiel zwiastuje brzmienie reszty albumu Oh Snap, który ukaże się w połowie września, to dopiero początek niespodzianek, które szykuje dla nas artystka.
Zacznę bezpośrednio. Album Let God Sort Them Out, z którego pochodzi nasz Mocograj, to jeden z najmocniejszych kandydatów do tytułu rapowej płyty roku. Bracia Thornton, tworzący duet Clipse, powrócili po kilkunastu latach przerwy z materiałem, w którym trudno doszukać się jakichkolwiek wad. Każdy wers został perfekcyjnie przemyślany, a następnie wyrzucony do mikrofonu z nieustępliwą dosadnością i precyzją. Maestria hip-hopowego kunsztu zasługiwała na oprawę muzyczną równie wysokiej jakości.. Na szczęście Malice i Pusha T nie musieli szukać daleko. PharellWilliams, który wyprodukował ich albumy sprzed dwóch dekad, ponownie objął dowodzenie w studiu nagraniowym. Efekt? Porażający. Jego bity zachwycają kreatywnością w doborze sampli oraz fenomenalnym dopracowaniem każdej melodii i uderzenia perkusji.
Clipse nie akceptują żadnego kompromisu. Gdy Universal Music – z powodu kontrowersyjnej zwrotki Kendricka Lamara na Chains & Whips, nawiązującej do jego konfliktu z Drakiem – na długie miesiące zablokowało możliwość wydania albumu, Malice oraz Pusha T podjęli decyzję o zerwaniu kontraktu z wytwórnią. Let God Sort Them Out również jest wypchany dissami skierowanymi do największych postaci rapowego światka. Każdy z wymierzonych ciosów trafia celnie i mocno. Co więcej, na przestrzeni albumu wielokrotnie powtarza się ganiące raperów zdanie:
This is culturally inappropriate.
Daje ono do zrozumienia, iż mimo obecności na krążku największych postaci współczesnej sceny, jak wspomniany Lamar, Nas, czy Tyler, The Creator, brak tutaj mainstreamowego konformizmu. To hip-hop w starym stylu. Każdy misternie zbudowany punchline, nawinięty na niesamowitym podkładzie Pharella Williamsa, daje dziką przyjemność i zaostrza apetyt na kolejny.
Naszą mocograjową propozycją jest przepełniony rapową braggą utwór P.O.V. Warto jednak zapoznać się z całością Let God Sort Them Out. Począwszy od oddającego hołd zmarłym rodzicom artystów The Birds Don’t Sing, a kończąc na epickim By The Grace Of God, Clipse trzymają się swej wizji i serwują hip-hop najwyższych lotów. W świecie pełnym miernych singli, tworzonych z nastawieniem na łatwe nabijanie cyferek na streamingach, warto doceniać albumy, których twórcy dbają o każdy detal warstwy muzycznej i tekstowej. Tak jak duet z Virginii.
Eksperymentalność. Ekspresja. Bezkompromisowość. Honorowanie korzeni i tradycji. Sztuki wizualne. Wykraczanie poza wszelkie ramy. W czasach, w których wydawałoby się, że w muzyce wydarzyło się już wszystko, dostajemy osobistą definicję piękna w postaci albumu La Belleza. Jest on połączeniem kolumbijskiej cumbii z… orkiestrą. Jego twórczyni, Lido Pimienta, zostaje Artystką Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.
Kolumibjsko-kanadyjska muzyczka i producentka już od trzech dekad tworzy sztukę, która zderza tradycję z eksperymentalnością, poezję z gniewem, a elektronikę z duszą. Jej twórczość to nie tylko płyty – to wyzwania rzucone światu. Kanadyjski dziennik The Globe and Mail określił Pimientę jako „odważną, zuchwałą i polaryzującą” osobowość, nieustannie konfrontującą się z władzą. Jej głos jest jak zjawisko pogodowe – z jednej strony miękki i eteryczny, z drugiej niespodziewanie potężny. Jej sztuce przewodzi konkretna misja: autentyczność i transformacja. To zarówno jej osobista podróż, jak i kolektywne wezwanie do refleksji i zmiany.
Color EP 2010
Pierwszy album Pimienty to z jednej strony pamiętnik z czasów formowania się tożsamości a z drugiej,
w efekcie, manifest niezależności – choć wtedy jeszcze szeptany, nie krzyczany.
Nagrany w domowych warunkach, z pomocą męża-producenta, Color to, w szerszym kontekście, dźwiękowa mapa pierwszych prób oswojenia nowej rzeczywistości imigrantki w Kanadzie. Muzycznie zaś – lo-fi elektronika z eksperymentalnymi strukturami, często przypominającymi dziennik snów.
No soy de aquí, no soy de allá / soy de la esquina rota de mi identidad
Nie jestem stąd, nie jestem stamtąd / jestem z pękniętego rogu mojej tożsamości
To płyta o byciu pomiędzy – językami, kontynentami, emocjami. Choć brakuje tu jeszcze klarowności znanej z późniejszych prac, to właśnie ta niepewność sprawia, że Color brzmi tak autentycznie. To pierwszy rozdział historii kobiety, która dopiero uczy się nazywać swoje traumy i swoje marzenia. Narodziny artystki, która jeszcze nie wie, że lada moment stanie się jedną z najoryginalniejszych postaci latynoamerykańskiej sceny.
La Papessa 2016
Lido wychodzi z cienia na La Papessa – i to dosłownie. Po latach toksycznej relacji, która ograniczała jej niezależność, przejmuje pełną kontrolę nad procesem twórczym. Sama komponuje, produkuje, miksuje. W efekcie tworzy album nie tylko spójny, ale także silnie osobisty. Duchowy, a zarazem cielesny. Waśnie ta płyta sprawiła, że zaczęło być o niej głośno.
Tytułowa „papieżyca” to symbol buntu wobec systemu, w którym władza (duchowa i polityczna) zarezerwowana jest dla mężczyzn. Lido buduje własną świątynię, której duchowość pulsuje w syntezatorach, a mistycyzm płynie z tradycyjnych rytmów bullerengue, mapalé i champeta, splecionych z ambientem i glitch-popem. To płyta kontemplacyjna, ale nie mdła – bardziej rytualna niż rozrywkowa.
Mi voz no pide permiso / mi cuerpo no debe nada
Mój głos nie prosi o pozwolenie / moje ciało niczego nie jest wam winne
Te słowa nie tylko wyznaczają kierunek albumu, ale też całej późniejszej twórczości Lido. La Papessa to album o sprawczości – głęboko osobisty, a zarazem uniwersalny. Artystka otrzymała za niego prestiżową kanadyjską nagrodę Polaris – jako pierwsza artystka śpiewająca głównie po hiszpańsku.
Miss Colombia 2020
Inspiracją dla tytułu był konkurs Miss Universe 2015. W jego trakcie omyłkowo wręczono koronę kolumbijskiej kandydatce , a po chwili ją odebrano i przekazano kandydatce z Filipin. Miss Colombia jest symbolicznym odzyskaniem przez Pimientę kontroli w branży przesiąkniętej rasizmem i mizoginią. Lido bierze tu na warsztat wszystko, co ją boli: kolonializm, dyskryminację, toksyczny patriotyzm. To płyta o rozdarciu – między dumą z ojczyzny a świadomością jej brutalnej historii.
Muzycznie jest najbardziej „kolumbijskim” albumem artystki, choć zrobionym na własnych zasadach. Tradycyjne rytmy cumbia i porro przeplatają się z elektroniką oraz chórkami dziecięcymi i podane są w bardzo eksperymentalnych formach.
Najmocniejszym momentem na płycie jest utwór Nada. Pimienta prowadzi w nim wokalny dialog z Li Saumet z Bomba Estéreo. Choć pełno w nim bólu, nie jest użalaniem się. Lido przedstawia cierpienie jako źródła siły.
Yo te soy sincero / Si es que mañana muero / No le tengo miedo / Pues soy mujer y llevo / El dolor adentroBędę z Tobą szczera / Jeśli jutro mam umrzeć / Nie boję się tego / Jestem kobietą / I noszę ból w sobie
Co więcej, Lido napisała ten utwór kilka dni po narodzinach swojej córki, co opisuje jako szok i traumę dla ciała.
Po porodzie moje ciało miało dziurę. Czułam się pusta, a jednocześnie ciężka.
Ten rodzaj bólu (…) trudno opisać. To przenikliwy ból, w twoim wnętrzu. To skłoniło mnie do refleksji nad bólami menstruacyjnymi, kiedy byłam jeszcze nastolatką i nie rozumiałam, dlaczego „bycie kobietą” oznacza krwawienie i ból, a mimo to jesteśmy „słabszą płcią”. (…) Czuję, jakby moja córka podarowała mi tę piosenkę, aby ją chronić i powiedzieć jej: Nie bój się śmierci, to najmniejsze z twoich zmartwień, jesteś kobietą na świecie. Jeśli śmierć zapuka do twoich drzwi, nie będzie to najgorsza rzecz, jaka może ci się przydarzyć.
Ten ból słychać w jej głosie – wyraźnie, niemal dotkliwie. Wokal Pimienty, tak jak jej muzyka, zmieniał się z każdym przesunięciem granicy, z każdą raną i przebudzeniem. Niezmienna pozostaje ekspresja – głos i ciało poruszają się w absolutnej symbiozie. Trudno powiedzieć, co prowadzi – dźwięk czy gest. Jedno jest pewne: Pimienta śpiewa w sposób hipnotyzujący.
Niecały rok po premierze Miss ColombiaLido Pimienta zapisała się w historii jako pierwsza czarnoskóra kobieta, która skomponowała utwór dla New York City Ballet. Stworzony w 2021 roku Sky to Hold przemycał na scenę baletową brzmienia takie jak dembow czy vallenato, wynosząc ludowe gatunki do rangi sztuki wyższej.
La Belleza 2025
Piękno nie jest dekoracją. Piękno to prawda. A prawda boli.
Tak mówiła w jednym z wywiadów Lido. I rzeczywiście, na płycie La Bellezza piękno nie ma w sobie nic z estetycznego blichtru. Tętni, czasem boli, ale dzięki temu otwiera przestrzeń dla prawdziwego spotkania – z drugim człowiekiem, z samą sobą, z przeszłością.
Po latach intensywnego dialogu z elektroniką i tradycją, Lido Pimienta otwiera nowy rozdział – bardziej akustyczny, ale równie radykalny. We współpracy z Montreal Symphony Orchestra eksperymentuje z aranżacją i dynamiką, ale nie rezygnuje z tego, co zawsze było jej siłą: emocjonalności i autentyczności. W tle pobrzmiewają echa cumbii, bullerengue, vallenato w zupełnie nowym, orkiestrowym wydaniu. Jednocześnie słychać tu wpływy tak odległe jak gregoriański śpiew, muzyka filmowa czy XVI-wieczna muzyka sakralna. Lido sięga m.in. po twórczość czeskiego kompozytora Luboša Fišera oraz atmosferę czeskich filmów eksperymentalnych z lat 70., która – jak mówi – łączyła surowość z poetyckością. Choć panuje tu brzmieniowy minimalizm, nie oznacza to, że artystka tonuje ekspresję. Jej głos nadal prowadzi. Zmienny, pełen cienia i światła, emocjonalny, ale zawsze precyzyjny. Surowszy o kolejne pięć lat doświadczeń.
W Busca la Luz słyszymy cichy lament przechodzący w afirmację – poszukiwanie światła to przecież poszukiwanie sensu, nadziei, godności. Tytułowy wers staje się tu mantrą, a głos Lido brzmi jak echo matczynego wołania przez pokolenia.
La Bellezanie jest próbą przeskoczenia samej siebie, nie ma tu kalkulacji ani próby powtórzenia sukcesu. To płyta zrobiona z miejsca, gdzie najważniejsze jest odczuwanie. Lido nie próbuje już mówić za innych – mówi za siebie. I może właśnie dlatego to jej najbardziej uniwersalna płyta do tej pory.
Twórczość Lido Pimienty to ciągła praktyka przynależności – do siebie, do swoich przodkiń, do dźwięków, które niosą opowieści. Nie chodzi o to, by odnaleźć jedną tożsamość. Chodzi o to, by dać sobie przestrzeń na wiele. La Belleza to nie zamknięcie rozdziału, ale jego otwarcie. To zaproszenie – do słuchania, do czucia, do bycia obecnym.
I nie da się jej słuchać w tle. Lido Pimienta żąda naszej uwagi – i absolutnie na nią zasługuje.
WROsound stawia Wrocław na festiwalowej mapie Polski
WROsound to bez dwóch zdań najważniejsze letnie wydarzenie muzyczne we Wrocławiu. To też impreza bliska naszym LUZowym sercom. W końcu od wielu lat pokazujemy, jak bardzo lokalna scena warta jest Waszej uwagi, a w tym przypadku – że nie trzeba szukać daleko, by znaleźć świetny festiwal muzyczny. Prosto w sercu naszego miasta.
Zaczął się sezon festiwalowy i mam wrażenie, że przez social media klasyczne FOMO osiągnęło już swój szczyt. Czy to zagranica i wielkie wydarzenia jak Glastonbury i Primavera Sound, czy krajowe fenomeny pokroju Audioriver’a, Pohody, czy SLOT Art Festivalu – wszędzie mowa o festiwalach. Te wszystkie opcje są już wystarczająco przytłaczające, nawet dla osób, które każdy dzień spędzają kręcąc się dookoła muzyki. Dodatkowo proces planowania wyjazdu, zakwaterowania, czy urlopów staje się kolejną rzeczą uprzykrzającą wymarzony odpoczynek. Łatwo przy tym chaosie zapomnieć, że w naszym rodzinnym mieście też odbywają się niesamowite wydarzenia, które zrzeszają sztukę, kino, czy tak jak w tym przypadku – entuzjastów dobrej muzyki.
Kuba Więcek – nowy dyrektor artystyczny i programowy festiwalu
W tym roku stanowisko dyrektora artystycznego WROsound objął Kuba Więcek, jeden z najciekawszych głosów młodego pokolenia na polskiej scenie muzycznej. Z pozoru łatwo scharakteryzować jego talent – nagrody, wiele międzynarodowych występów i niesamowite umiejętności kompozytorskie oraz producenckie. Jednak muzycznie, pomimo wielkiej miłości do jazzu, nie daje się wpisać w żadne schematy pięciolinii. Stojąc na czele grupy hoshii, łączącej wielkie talenty instrumentalne, sięga po hip-hop, elektronikę i nowoczesne brzmienia i wykracza daleko poza klasyczne ramy.
Na początku 2024 artyści wystartowali z cyklem hoshii sessions – internetową serią spotkań z ulubionymi twórcami z kręgu hip-hopu, popu i alternatywy. Wspólnie reinterpretują ich utwory w okołojazzowych aranżacjach, które oprócz wersji streamingowych czasem odnajdują swoją drogę na koncerty. Przykłady to wyprzedane wydarzenie w NOSPR, czy właśnie tegoroczny WROsound.
Co znajdziemy w line-upie?
hoshii sessions live
Line-up tej edycji pokazuje różnorodność polskiej sceny, zwłaszcza przez rozmaite współprace zaaranżowane przez Więcka. Podczas specjalnego występu hoshii sessions live muzycy zaprezentują unikalne interpretacje utworów razem z Marią Peszek, schafterem (którego singiel z tej akcji wyróżniliśmy niedawno tytułem Mocograja), DZIARMĄ, Włodim, Ten Typ Mesem i Kasią Lins – wszystko w autorskiej oprawie. Koniecznie sprawdźcie też fragment naszej rozmowy z Kubą. Opowiada w nim między innymi o różnicach w projektach hoshii sessions i hoshii.
Jazz
Tegoroczny WROSound oferuje bardzo dużo dla fanów jazzowych wariacji. Szczególnie warto zwrócić uwagę na KOKOROKO, brytyjski kolektyw łączący wpływy afrobeatu, jazzu, soulu i funku z brzmieniami Londynu i kulturowym dziedzictwem swoich członków. Z kolei trio Łona x Konieczny x Krupa to współpraca wyjątkowego rapera i tekściarza Adama Zielińskiego z wybitnymi muzykami ze składu Siema Ziemia. Artyści zaprezentują projekt TAXI (wyróżniony jako najlepszy polski album 2023 roku według naszej redakcji). Na dokładkę polecamy nagrodzonego nominacją do nagrody Grammy Kassa Overall’a – nowojorskiego perkusistę, producenta i rapera. Jego twórczość to śmiałe połączenie jazzu z hip-hopem oraz muzyką elektroniczną.
Elektronika i rap
Dla fanów elektroniki z najwyższej półki też znajdzie się dużo atrakcji. RYSY, w tym lecie prezentujące wyłącznie występy DJskie, na festiwalu wyjątkowo przedstawią specjalny live set, natomiast Skalpel, ikony polskiej sceny nu-jazzowej i elektroniki przygotowali dla nas specjalny występ audiowizualny. Tym szukającym rapu polecamy współpracę nietuzinkowego rapera Belmondawg z producentem Expo 2000 – twórców kultowego minialbumu Hustle AsUsual. Znani z charakterystycznego stylu i nieograniczonego swagu, ten duet to mój osobisty must-see na festiwalu. To również dwukrotni zwycięzcy LUZ-owego podsumowania na najlepszy utwór roku (raz oryginalnie, raz w remiksie Pejzażu – dwa lata pod rząd!).
Alternatywa
Polska stoi szeroko pojętą alternatywą, a wielu jej reprezentantów znajdziecie na wrocławskim festiwalu. Trzeba tu wymienić Coals, najważniejszy duet w historii polskiego art-popu, onirycznie przemieszczający się pomiędzy rozmaitymi inspiracjami Łukasza i Kachy (z którą w 2021 roku podczas WROsound porozmawiała Zuzanna Pawlak). Lokalnym, wrocławskim (!) akcentem jest Biały Falochron, projekt, który łączy klubowe inspiracje z brzmieniami eksperymentalnymi. Z pewnością zaskoczy tanecznymi rytmami i zwrotami stylistycznymi, od ciężkich post-punkowych gitar po lekkie syntezatory. Na sam koniec, Franek Warzywa i Młody Budda, czyli charyzmatyczny duet, który łączy absurdalny humor z zaangażowanym przekazem; gwiazdy za granicą, a lokalnie wielbiciele dobrej zabawy i energetycznych występów.
Damskie głosy
Na WROsoundzie znajdziecie także pełno utalentowanych artystek, takich jak młoda tekściarka i wokalistka Livka, czy Dominika Płonka, której pełne lekkości teksty, połączone z produkcyjną perfekcją na długo zostają w pamięci. Jej debiut DOMINIKA DANIELA wyróżnialiśmy jako jeden z najlepszych albumów ubiegłego roku. Nie zapominajmy o Danieli Pes*, kompozytorce, producentce i wokalistce z Sardynii, prezentująca prawdziwą fuzję tekstur oraz wiele innych live act’ów.
(* update 17.05.2025, z powodów zdrowotnych Daniela Pes nie wystąpi na festiwalu, a jej miejsce zastąpi Miły ATZ.)
DJe
Imprezę codziennie będą kończyć sety wschodzących gwiazd, błyszczących na deckach. W piątek będzie to DJ POLKOMTEL, współtwórca projektu BLIKOMTELsesh, który rozrusza parkiet nawigując nas od trance’u po rapowe wokale. Z kolei w sobotę DJ Mislaw, producent techno o klasycznym wykształceniu muzycznym, połączy surowość z emocjonalną głębią.
Gdzie w tym wszystkim LUZ…
Przy okazji odliczania do festiwalu, wraz z drugim reprezentantem Redakcji Muzycznej, Jędrzejem Śmiałowskim, mieliśmy możliwość przekazać dla aktywnych słuchaczy kilka wyjątkowych wejściówek, oraz porozmawiać z jedną z osób odpowiedzialnych za festiwal – Paulą Szewczyk ze Strefy Kultury Wrocław. Podczas audycji Ultradźwięki opowiedziała o organizacji tego przedsięwzięcia. Dwa fragmenty z naszej rozmowy znajdziecie poniżej:
Mikołaj Domalewski i Jędrzej Śmiałowski, rozmowa z Paulą Szewczyk ze SKW, Ultradźwięki 15.07.2025
WROsound 2025odbędzie się 18 i 19 lipca na placu przed Impartem we Wrocławiu. My już zacieramy ręce. Planujemy dla Was masę niespodzianek i współprac z artystami. Oprócz tego, w tym roku znajdziecie nas również na samym festiwalu! Znajdziecie nas w charakterystycznym pomarańczowym namiocie, nadając na żywo z terenu. Zbijecie z nami piątki już w najbliższą sobotę od 18 do 20. Jeżeli będzie tam LUZ, Was też nie może zabraknąć!
Brytyjski zespół Wolf Alice przesunął datę premiery nadchodzącego albumu The Clearing z 29 na 22 sierpnia, a niedługo po ogłoszeniu radosnej informacji, przypieczętował ją drugim z singli promujących projekt – rozkosznym The Sofa. Jeśli macie w zanadrzu kilka minut, włączcie teledysk i rozsiądźcie się na kanapie, obok wokalistki. Uwaga! Ryzyko braku możności oderwania oczu oraz uszu jest wysokie… i absolutnie warto je podjąć.
Podczas gdy ostatni studyjny projekt Wolf Alice, czyli Blue Weekend, opowiadał o podróży zarówno w znaczeniu dosłownym (pobyt EllieRowsell w Stanach Zjednoczonych), jak i metaforycznym (wewnętrzne zagubienie i proces leczenia złamanego serca), The Sofa jest stateczne. Wypełnione komfortem i ciepłem. Nasycone samoakceptacją. Utwór jest sugestią, że czasem lepiej odpuścić i (na przykład, na własnej kanapie) zaczerpnąć błogiego spokoju, uprawiając il dolce far niente.
Ponad 50 lat temu kilka pierwszych, legendarnych basowych dźwięków utworu Chameleon połączyło jazz i funk w perfekcyjne muzyczne małżeństwo. Kilkadziesiąt lat później wywróciły do góry nogami moje wyobrażenie o tym, czym była i mogła stać się muzyka. Od tamtej pory kwitło we mnie muzyczne marzenie – usłyszeć na żywo ich twórcę. Kilka dni temu wreszcie udało mi się je spełnić. Oto relacja z koncertu Herbiego Hancocka, który odbył się podczas 27. Bielskiej Zadymki Jazzowej.
Gdy zaczynam pisać te słowa, w słuchawkach towarzyszy mi wspomniane już 15-minutowe arcydzieło, które zabiera mnie w podróż przez kolejne etapy dzikiej, muzycznej przejażdżki. Chameleon to utwór otwierający wydany w 1973 roku album Head Hunters — jeden z najlepiej sprzedających się krążków w historii jazzu. Zapoczątkował rewolucję w brzmieniu HerbiegoHancocka, w kolejnych latach kierując go w ramiona elektroniki i disco-funkowych eksperymentów. Pół wieku później lata 70. wciąż stanowią epicentrum jego koncertów. Ktokolwiek jednak pomyślał, że bielski występ będzie jedynie elementem odcinania kuponów od dawnej chwały, był w ogromnym błędzie.
Cavatina Hall wręcz drżała z ekscytacji na myśl o koncercie mistrza. Po wielokrotnej burzy braw i ceremonii wręczenia trofeum Jazzowego Anioła, 85-letni geniusz po raz pierwszy tego wieczoru ukazał swoją twarz – nieustannie zafascynowanego muzyką i otaczającym go światem kilkuletniego dziecka. Gdy zasiadł przed syntezatorem, jego uwagę przykuł tryb o nazwie “prehistoryczny dinozaur”. Zastanawiając się głośno, jaką modulację klawiszy uda mu się z niego wydobyć, rozwinął kilka pierwszych sekund rozgrzewki w kilkunastominutowe otwarcie, zmiatając w pył wszystkie moje oczekiwania wobec tego koncertu.
Fantastyczny skład, czyli Terence Blanchard (trąbka), James Genus (gitara basowa), Lionel Loueke (gitara) oraz Jaylen Petinaud (perkusja), grał głośno i intensywnie, a ich melodie dogłębnie przenikały każdym dźwiękiem. To była nowoczesna szkoła jazzu, szczególnie intensywnością perkusji mocno zahaczająca o hip-hop i mieszająca go z głęboką, psychodeliczną elektroniką. Kunszt każdego z muzyków opierał się na solidnym wyszkoleniu technicznym, w duchu tradycji jazzowej, a następnie wykorzystaniu swojego warsztatu do stworzenia muzyki, która silniej czerpała z dorobku ostatnich dekad, niż wzorców sprzed połowy wieku.
Zespół nie zwalniał ani na moment. Hancock z klasą i humorem zapowiadał kolejne kilkunastominutowe kompozycje, często zwracając uwagę publiczności na talent towarzyszących mu kolegów. Stopniowo pojawiało się coraz więcej jazzu i funku. Sam lider w wielu momentach lawirował pomiędzy wspomnianym wyżej syntezatorem a klasycznym fortepianem. Każde jego solo było niezwykłe, a większość łączyła wyrafinowaną wirtuozerię z prostymi, wręcz rockowymi sekwencjami silnych uderzeń w sąsiadujące akordy. W ten sposób udało mu się spiąć jazzową spontaniczność z bliższą funkowi i popowi efektownością.
Po genialnie zaaranżowanej przez Blancharda regaae-hiphopowej wersji utworu FootprintsWayne’a Shortera, przyszedł czas na jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie dzieł samego Herbiego – Actual Proof. Kultowy motyw kompozycji z albumu Thrust został rozwinięty o epickie popisy mistrza, zarówno na elektronicznych, jak i klasycznych klawiszach, doprowadził bielską salę do czerwoności. Na chwilę relaksu zespół zaproponował więc przepiękną medytację z tej samej płyty – Butterfly.
Początek drugiej godziny Hancock rozpoczął prezentacją kolejnej “zabawki” – vocodera. To urządzenie do modulacji głosu, najbardziej znane z dyskografii Daft Punk, zajmowało istotną część disco-eksploracji kompozytora. W Bielsku-Białej początkowo używał go nieśmiało. Przez kilka minut ciągnął wokalny żart, który polegał na przekształcaniu swojego głosu w coraz bardziej melodyjny i wykręcony sposób, by finalnie zacząć refleksję o rodzinie – o tym, że czasem jej członkowie denerwują nas i nie potrafimy zrozumieć się wzajemnie, zupełnie tak, jak jego robotycznego głosu. Z pomocą celnej uwagi jednego z widzów zauważył, że wszyscy, jako gatunek ludzki, jesteśmy wspólnotą. Rodziną, która w tym momencie przechodzi przez ogrom wojen, nienawiści i niezrozumienia wobec innych jej członków. W ten przewrotny sposób, podsumował esencję naszego człowieczeństwa – jedność.
Nadszedł czas na punkt kulminacyjny. W ruch poszło najbardziej efektowne ustrojstwo w scenicznym repertuarze Hancocka – keytar. Instrument, którego nazwa powstała z połączenia angielskich odpowiedników słow “gitara” i “keyboard” i który na czas trwania ostatnich dwóch utworów pozwolił mu dołączyć na środku sceny do osiągających już wtedy wyżyny groove’u Genusa i Loueke’a. .A troszeczkę więcej funku zdecydowanie było wtedy potrzebne. Końcowe minuty koncertu upłynęły bowiem pod znakiem najpierw mashupu Hang Up Your Hang Ups/Rockit/Spider, a następnie wyczekiwanego Chameleona. Szaleństwo tych chwil najlepiej podsumuje zachowanie samego Herbiego pod koniec “gadziego” utworu. Artysta popisywał się na swym iście gwiazdorskim instrumencie, perorując najpierw z Genusem na basie, a następnie z Louekiem na gitarze. Cały koncert zwieńczył podskokami do złudzenia przypominającymi szkolną grę w klasy. Śmiał się przy tym tak radośnie i szczerze, jak wszyscy zgromadzeni na widowni słuchacze. W tym ja.
Radosne, przepełnione czystą energią szaleństwo jednego z najbardziej cenionych od lat pianistów i kompozytorów to migawka, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Podobnie jak wcześniejsze eksperymenty z vocoderem i różnymi trybami syntezatora, pozwoliła mi w pełni zrozumieć istotę geniuszu Hancocka, a także znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego jego twórczość tak silnie ze mną rezonuje. Dusza tego Amerykanina nie znosi nudy i tego, co już zna. Pomimo ponad 60-letniej kariery pełnej osiągnięć, za każdym razem, gdy wychodzi na scenę i siada do klawiszy, ma w głowie jedno zadanie – zaskoczyć zarówno siebie, jak i odbiorców czymś, czego nie słyszeli nigdy wcześniej. Sprawić, by jego wewnętrzne dziecko piszczało z ekscytacji, gdy odkrywa magię i tajniki kolejnej muzycznej zabawki. Dzięki temu, podczas tego wieczoru, mogłem krzyczeć ze szczęścia razem z nim.
Michał Lach
Red. Pola Sosin
fot. Aneta i Maciej Kanik
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.