Archiwum

No mózg, no problem

no mozg no problem
Dziś 22 lipca, czyli Światowy Dzień Mózgu. Brzmi poważnie. A jednak zamiast klasycznego świętowania neuronów, zajrzymy dziś do świata, w którym mózgu po prostu nie ma. I co ciekawe – życie wcale się od tego nie zatrzymuje.

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Ocean bez centrum dowodzenia

Na pierwszy ogień idą meduzy. Istoty, które wyglądają jak galaretowate lampy z problemem grawitacji. Nie mają mózgu, nie mają nawet centralnego układu sterowania w naszym rozumieniu.

Zamiast tego ich ciało działa jak rozproszona sieć nerwowa. Każda część może reagować i przekazywać sygnały dalej. Nie ma jednego „szefa”, który wydaje decyzje. Wszystko dzieje się równolegle, jakby organizm był jednym wielkim, biologicznym czatem.

Efekt? Meduzy potrafią się poruszać, polować i unikać zagrożeń. Bez mózgu, ale z całkiem sprawnym systemem działania. Trochę jakby chaos miał własny plan i jeszcze działał punktualnie.

Ukwiały i pamięć bez mózgu

Podobny mechanizm mają ukwiały i inne morskie organizmy, które również nie posiadają mózgu. A mimo to potrafią się uczyć.

W eksperymentach obserwowano, że reagują na bodźce w sposób skojarzeniowy. Jeśli coś nieprzyjemnego powiąże się z błyskiem światła, w przyszłości potrafią go unikać. Czyli nie tylko reagują, ale też zapamiętują zależności.

To moment, w którym robi się trochę niewygodnie dla naszych definicji inteligencji. Bo nagle okazuje się, że pamięć i adaptacja nie muszą mieć jednego centralnego „procesora”.

Czy mózg jest konieczny?

To prowadzi do prostego, ale nieco niewygodnego pytania. Czy do „myślenia” naprawdę potrzebny jest mózg?

U tych organizmów nie ma jednego miejsca, w którym zbiera się cała informacja. Zamiast tego wszystko jest rozproszone. Reakcje powstają tam, gdzie pojawia się bodziec, bez długiego łańcucha decyzyjnego.

I działa to od setek milionów lat. Ewolucja raczej nie inwestuje w rozwiązania, które są całkiem nietrafione.

Pokora w wersji oceanicznej

Zwierzęta bez mózgu pokazują coś nieoczywistego. Inteligencja nie musi wyglądać tak, jak ją sobie wyobrażamy. Nie zawsze potrzebuje centrum dowodzenia, planu i analizowania każdego ruchu.

Czasem wystarczy sieć reakcji, która działa szybciej niż jakiekolwiek „przemyślenie sprawy”.

I w tym wszystkim jest pewna ironia. My, z całym naszym skomplikowanym systemem analiz, potrafimy się czasem zaciąć na prostych decyzjach. A organizmy bez mózgu po prostu działają.

Więc jeśli ktoś kiedyś użyje wobec Was słowa „bezmózgowiec”, można potraktować to z lekkim dystansem. Natura już dawno udowodniła, że brak mózgu nie oznacza braku skuteczności.

To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, neurobiologią i zaskakującymi strategiami życia — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Trauma tatoo

trauma tatoo
17 lipca, obchodzony jako nieoficjalny Światowy Dzień Tatuażu, to dobry moment, żeby przypomnieć, że tatuaż nie zawsze powstaje w studiu i pod kontrolą artysty. Tatuaże zwykle kojarzą się z przemyślaną decyzją, wizytą w studiu i wzorem, który ma coś symbolizować. Czasem jednak skóra otrzymuje „tatuaż” zupełnie przypadkiem. Wystarczy uraz, odrobina pecha i kilka mikroskopijnych drobin, by ciało stworzyło pamiątkę, której nikt nie planował.

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Tatuaż, którego nikt nie zamawiał

Czy zdarzyło się Wam spojrzeć na czyjąś bliznę i pomyśleć, że kryje się za nią ciekawa historia? Niektóre ślady na skórze rzeczywiście opowiadają więcej, niż mogłoby się wydawać. Naukowcy określają część z nich mianem „tatuaży pourazowych”.

Choć słowo „tatuaż” kojarzy się ze świadomym wyborem, w tym przypadku mamy do czynienia z efektem ubocznym urazu. To nie dzieło tatuatora, lecz rezultat działania biologii.

Jak powstaje traumatuaż?

Mechanizm jest zaskakująco prosty. Kiedy dochodzi do przecięcia skóry, otarcia lub silnego uderzenia, do rany mogą dostać się drobiny z otoczenia. Mogą to być cząstki asfaltu, piasku, sadzy, metalu albo innych materiałów obecnych w miejscu wypadku.

Podczas gojenia organizm odbudowuje uszkodzoną tkankę. Zdarza się jednak, że część tych drobin zostaje uwięziona pod powierzchnią skóry. W efekcie pozostają tam na lata, tworząc przebarwienia przypominające klasyczny tatuaż.

To dlatego lekarze czasem mówią o „tatuażu pourazowym”. W przeciwieństwie do zwykłego tatuażu nikt nie wybiera wzoru ani miejsca jego wykonania. Decyduje o tym przypadek.

Skóra, która pamięta

Takie zmiany obserwuje się między innymi po wypadkach komunikacyjnych, upadkach na asfalt czy urazach związanych z eksplozjami. Często nie są widoczne od razu. Rana goi się pozornie normalnie, a dopiero później pojawiają się ciemniejsze smugi lub plamy.

Można powiedzieć, że skóra zachowuje własną dokumentację zdarzeń. Nie zapisuje wspomnień w neuronach, lecz w tkance. To biologiczny odpowiednik notatki pozostawionej przez przeszłość.

Blizna to nie to samo

Blizna i tatuaż pourazowy mogą wyglądać podobnie, ale powstają w nieco inny sposób. Blizna jest efektem odbudowy uszkodzonej skóry. W tatuażu pourazowym dodatkową rolę odgrywają obce cząstki pozostające w tkance.

Organizm nie zawsze usuwa takie drobiny. Zamiast tego często „wbudowuje” je w nowo tworzoną skórę. W rezultacie przebarwienie zostaje na długo, a czasem nawet na całe życie.

Historia zapisana pod skórą

Określenie „traumatyczny tatuaż” jest przewrotne. Nie oznacza świadomej ozdoby ani formy ekspresji. To ślad wydarzenia, które pozostawiło po sobie fizyczny podpis.

Niektórzy ludzie odkrywają takie znaki wiele lat po urazie. Bywa, że dopiero wtedy przypominają sobie zdarzenie, które mogło być ich przyczyną. Ciało okazuje się lepszym archiwistą, niż mogłoby się wydawać.

Jest w tym pewna ironia. Tatuaż od wieków symbolizuje wybór, deklarację lub pamiątkę. Tymczasem traumatuaż powstaje bez zgody właściciela skóry. To nie dzieło sztuki stworzone z zamysłem. To zapis chwili, którą ciało uznało za wartą zachowania.

Nasze organizmy pamiętają więcej, niż często zakładamy. Nie tylko w emocjach i wspomnieniach, ale również w tkankach. Czasem historia zostaje zapisana dosłownie pod skórą.

To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, medycyną i mechanizmami działania ludzkiego ciała — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Slot Art Festival 2026 dzień trzeci: popełnianie błędów nie dyskwalifikuje z życia publicznego

Dzięki, że jesteście z nami każdego festiwalowego dnia! To już trzeci dzień Slot Art Festivalu i czwarta relacja w postaci artykułu… bo zaczynaliśmy od dnia zero. Sprawdzicie je wszystkie w zakładce radioluz.pl/aktualności

Podczas porannej audycji duo Basia Winkel i Olga Mrozek poprowadziły specjalne wydanie audycji Soundplot. Omówione zostały wszelakie Slotowe tematy filmowe – od kina plenerowego do pokazów filmów krótkometrażowych. Można było również posłuchać rozmowy z kuratorem selekcji kina plenerowego, Miłoszem Stelmachem, o tegorocznym doborze filmów oraz z reżyserką i aktorką ze strefy krótkiego metrażu, Julią Polaczek, o jej twórczości i inspiracjach.

Basia Winkel, Olga Mrozek

Dawid Myśliwiec

Istotną częścią Slot Art Festivalu są panele dyskusyjne z mniej i bardziej znanymi gośćmi. W sobotni popołudnie w Kawiarni Wielki Wóz ciężko było znaleźć choć skrawek wolnego miejsca.Do Lubiążą zawitał bowiem Dawid Myśliwiec – Doktor chemii, autor kilku książek popularnonaukowych oraz prowadzący kanałów na platformie YT, w tym najpopularniejszego – Uwaga! Naukowy Bełkot.

Najbardziej urzekającą cechą wywodów Myśliwca jest bijąca z jego słów pasja. Niezależnie, czy opowiada o poważnej metodologii badań naukowych, czy też rzuca luźną ciekawostką, jego cel jest zawsze takim sam – zainteresować drugą osobą tym, co dla niego jest tak niezmiernie ciekawe. Co też istotne, w jego osobie nie czuć żadnej nuty fałszu – zarówno w luźnym kontakcie na żywo, jak i na scenie podczas panelu widać wyraźnie, że to ten sam człowiek, który urzekł swoją osobą kilkaset tysięcy ludzi na platformie YouTube.

W poniższej rozmowie z Dawid Myśliwiec opowiedział mi o tym, skąd wziął się jego pociąg do wiedzy, jak zagiąć ulicznego naciągacza oraz dlaczego coraz więcej ludzi korzysta z usług medycyny alternatywnej.

 

Michał Lach

Balkon

Katowicki zespół balkon jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu widoczny był na polskiej scenie muzyki niezależnej, a za dowód uznać można na przykład występ na OFF Festiwalu w 2025 roku. Jednak płyta Parter, która ukazała się w październiku ubiegłego roku była finalnym świadectwem jakości. Krążek dojrzały, różnorodny i wymykający się kategoryzacjom przypieczętował to, co wcześniej nieoficjalnie.

Na festiwalu Slot Art balkon wystąpił na Scenie Nowej, jednym z bardziej ciekawych pod względem line-upu i koncepcji muzycznych miejsc Slota. W klimatycznej wozowni chłopaki z tria balkon popełnili świetny koncert. Było wszystko, czego można było oczekiwać – punk w jednej z najciekawszych form, jakie aktualnie są dostępne. Oczywiście nie zabrakło błyskotliwej i dopracowanej liryki, cechy charakterystycznej balkonu.

Nam udało się z balkonem porozmawiać. Chłopaki opowiedzieli o drodze do debiutu, odnieśli się mnogości określeń, jakie krążą wokół ich twórczości, a także do trudności, z jakimi mierzy się scena polskiego, młodego niezalu.

Marysia Głowacka

 

Hanna Nowicka – pieśni oporu i nadziei

Rozmawiamy z Hanną Nowicką, prowadzącą warsztaty „Pieśni oporu i nadziei – siła wspólnego głosu”. Mówimy o roli muzyki w konfrontacji z systemowymi niesprawiedliwościami, ale też o silę wspólnego muzykowania i zdrowego wyrażania gniewu. Hanna Nowicka odpowiada na pytanie: Jakie znaczenie ma muzyka w sytuacjach konfliktów i napięć politycznych?

Olga Mrozek

 

Rafał Pikuła

„Internet to 'internet martwych dusz, w którym boty udają żywego człowieka’.” – tak Rafał Pikuła, krytyk nowych mediów i prelegent tegorocznego SLOT Art Festival, opisuje Teorię Martwego Internetu w rozmowie z Barbarą Winkel.To coraz bardziej realne stwierdzenie rodzi fundamentalne pytania: Czy sieć, którą znamy, jest jeszcze przestrzenią ludzkiej wymiany? Co oznacza ta „śmierć internetu” dla autentyczności cyfrowych interakcji i dla nas, jego codziennych użytkowników?

Wysłuchaj tego wywiadu, aby dowiedzieć się, jak odróżnić cyfrowe „zombie” od prawdziwych ludzi i jak przetrwać w świecie, w którym granica między człowiekiem a algorytmem staje się coraz bardziej niewidoczna.

Basia Winkel

 

Scena Klubowa – Bassa Nova i Rukatunturi

Sprawdź fotorelację kolejnej nocy klubowej Racia LUZ

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 Alicja Serafin, fot. Alicja Zając, Cezary Szukała, Dawid Gruszka

Frost Children – Creep

Powiedzieć, że Frost Children są na niesamowitej serii, to jakby nie powiedzieć nic. Po pojawieniu się u takich gwiazd jak Kim Petras czy Porter Robinson, oraz wydaniu coraz to popularniejszych albumów, śmiało można powiedzieć, że Lulu i Angel Prost są nie dość, że gwiazdami hyperpopu, ale też popu ogółem. Z tym statusem są jednak nowe wyzwania i o takich traktuje ich EPka Tweaker Poem. Główną inspiracją jest zderzenie ze stalkerem, który duet napotkał w ostatnie miesiące minionego roku, co odbija się na treść płyty – dużo jest w niej mówione o relacjach parasocjalnych, zarówno z perspektywy ofiary, jak i osoby stalkującej. Jest to zdecydowanie nowy kierunek i tematyka dla duetu w ich twórczości, jak i życiu prywatnym.

Muzycznie jest bardzo podobnie, jak już Frost Children zdążyli nas przyzwyczaić, ale coraz lepiej. Rozwijają swoje brzmienie mieszanki gatunkowej hyperpopu-EDMu-electroclashu, serwując nam nieziemsko porywający, skoczny banger. Nie sposób przynajmniej nie tupać nóżką, a tańczenie do tego numeru na wielu imprezach, na których się pojawi, jest wręcz wskazane.

Julia Respondek

Bad Bunny

Bad Bunny, jako jeden z najpopularniejszych raperów na świecie, rok temu wydał krążek DeBÍ TiRAR MáS FOToS, a już w ten wtorek wystąpi na Narodowym. To była premiera, obok której Akademickie Radio LUZ nie mogło przejść obojętnie. Z okazji wizyty Portorykańczyka w Polsce Bad Bunny ponownie zostaje Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Artykuł pierwotnie ukazał się w lutym 2025 roku.

Reggaeton w prawdziwie portorykańskim wydaniu, dodatkowo przyprawiony salsą, pleną, bombą i jibará. Tak właśnie brzmi album Bad Bunny’ego: pełen energii i tanecznych rytmów, których dźwięki idealnie komponują się z hiszpańskim językiem. Jednak co tak naprawdę kryje się pod tą kolorową maską? DeBÍ TiRAR MáS FOToS to nie tylko kawałki, przy których można się dobrze bawić, choć rzeczywiście brzmienie jest istotną zaletą, to jednak ów krążek jest przede wszystkim lekcją historii. Po brzegi wypełnia się nostalgią, a nawet żalem i zrozumieniem własnych błędów. To hołd dla Portoryko – szczere, godne wieszcza wyznanie miłości dla ojczyzny. Bad Bunny pokazuje, że jest nie tylko artystą, ale także i kronikarzem swojego kraju, który chce, aby jego obywatele nie zapomnieli o swojej tożsamości. Krążek ten to równocześnie buntowniczy zew wymierzony w USA, a także patriotyczne natchnienie dla Portorykańczyków.

Bad Bunny łączy elementy tradycyjnej kultury portorykańskiej z nowoczesnym brzmieniem, tworząc most między przeszłością a przyszłością. Jego muzyka staje się wehikułem czasu, który zabiera słuchaczy zarówno w przeszłość pełną dumy i walki, jak i w przyszłość pełną nadziei, ale i niepewności. DeBÍ TiRAR MáS FOToS to zderzenie dwóch rzeczywistości – Portoryko, które wciąż boryka się z problemami ekonomicznymi oraz portorykańskiej diaspory rozproszonej po USA, ale wciąż tęskniącej za domem. 

Bad Bunny na albumie DeBÍ TiRAR MáS FOToS pokazuje, jak bardzo przejmuje się przyszłością swojego kraju. Przybiera postawę przypominającą niemalże męża ojczyzny. Śpiewa: Powinienem był robić więcej zdjęć, kiedy Cię miałem, powinienem był częściej Cię całować i przytulać, kiedy tylko mogłem. Przedstawia tym samym postawę pełną pokory i przejęcia, przyrównując Portoryko do kochanki. To symboliczne wyznanie, w którym Bad Bunny zachęca Portorykańczyków do docenienia swojej ojczyzny zanim będzie za późno. Zaledwie ten jeden, bardzo emocjonalny, cytat zarysowuje obraz płyty. DeBÍ TiRAR MáS FOToS, niczym epopeja, ma uczyć i głosić pomyślność ojczyzny Bad Bunny’ego. Tym samym płyta staje się przepełniona tęsknotą za czymś, co kiedyś wydawało się bliskie, ale zaczyna oddalać się w nieznane. W swoich tekstach artysta zadaje pytania: Czy Portoryko kiedykolwiek będzie w pełni niezależne? Czy jego mieszkańcy zawsze będą skazani na podporządkowanie wielkiemu bratu – Stanom Zjednoczonym?

Artysta już od lat używa swojej muzyki jako platformy do wyrażania opinii na tematy sytuacji społeczno-polityczne w Portoryko. Nie boi się krytykować władz, nierówności społecznych oraz kolonialnego dziedzictwa swojego kraju. Przez ostatnie lata Bad Bunny stał się nie tylko ikoną muzyki, ale i symbolem oporu wobec niesprawiedliwości. Brał udział w protestach przeciwko rządowi, wykorzystywał swoje platformy do nagłaśniania problemów społecznych i politycznych, a teraz w swoim albumie robi kolejny krok w stronę aktywizmu.

Jednak nie zapomina też o tym, co kocha najbardziej – o muzyce. Mimo głębokiego przesłania, ten album to wciąż uczta dla fanów reggaetonu. Bad Bunny zręcznie żongluje rytmami, eksperymentuje z dźwiękami i dostarcza kawałki rozgrzewające niejedną imprezę.

Po przesłuchaniu jego najnowszego albumu można mieć w głowie pewną wątpliwość: Czy w 2025 roku Bad Bunny stanie się największym portorykańskim… politykiem? Może to brzmieć jak żart, ale jego popularność, charyzma i zaangażowanie społeczne sprawiają, że taka przyszłość wcale nie jest tak nieprawdopodobna… W końcu wielu artystów wykorzystuje swój głos, aby coś zmienić, ale niewielu robi to tak odważnie i bezkompromisowo jak Bad Bunny. Jego wpływ na młode pokolenie jest ogromny – nie tylko w Portoryko, ale i na całym świecie. 

Zuzanna Pajorska, Łucja Krzywoń i Paulina Madej

„To był piękny człowiek” – dlaczego Michał Urbaniak był tak wyjątkowy?

Niewiele jest w historii polskiej muzyki tak przełomowych, nieustannie patrzących do przodu postaci, jak Michał Urbaniak. Niestety, artysta odszedł od nas pod koniec ubiegłego roku, jednak pamięć o jego twórczości jest tak żywa, jak kiedykolwiek, Jego postaci był poświęcony specjalny odcinek audycji Na Wodach Jazzu.

 

Aby uczcić pamięć Mistrza i zakończyć cykl odcinków o polskich muzykach jazzowych, Michał Lach, prowadzący audycji Na Wodach Jazzu, przygotował specjalny program. Stworzył go wspólnie z Marcinem Szusterem – wykładowcą we wrocławskiej Szkole Muzyki Nowoczesnej i popularyzatorem muzyki XX wieku. Marcin na swoim kanale Historia Muzyki odbył w zeszłym roku wyjątkową, trzygodzinną rozmowę z Michałem Urbaniakiem. Wzbogacił ją dodatkowo o obszerną biografię artysty. Poniżej znajdziecie rozmowę dwóch pasjonatów, w której omówili najważniejsze wydarzenia z życia Michała Urbaniaka, a Szuster zdradził kulisy i wspomnienia ze swojej rozmowy z legendą.

Tutaj zaś znajdziecie zapis ostatniego odcinka audycji Na Wodach Jazzu:

 

Man/Woman/Chainsaw – Get Up and Dance

Brytyjska scena gitarowa od około 10 lat przeżywa wyjątkowo ciekawy moment. Po sukcesach Black Country, New Road, Black Midi czy Squid pojawiło się całe pokolenie zespołów, które przestało traktować rock jako zbiór sztywnych reguł. Jednym z nich jest Man/Woman/Chainsaw – londyński kolektyw, który zaledwie kilka lat temu wyrósł z młodzieżowej sceny DIY, a dziś coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród najważniejszych nowych nazw brytyjskiej alternatywy. Debiutancka EP-ka Eazy Peazy pokazała zespół zakochany jednocześnie w post-punku, chamber popie i hałaśliwym art rocku. To właśnie ta nieoczywista mieszanka sprawiła, że wielu krytyków zaczęło stawiać ich obok najbardziej ekscytujących gitarowych debiutów ostatnich lat.

Najnowszy singiel Get Up and Dance zapowiada debiutancki album Cannonball. Już sam tytuł sugeruje przebojowość, ale zespół bardzo szybko pokazuje, że nie interesuje go pisanie prostych tanecznych piosenek. To utwór, który bawi się oczekiwaniami słuchacza. Zaczyna się niepozornie, niemal delikatnie, by z każdą kolejną minutą coraz mocniej zagęszczać atmosferę. Wokal prowadzi narrację z pozornym spokojem, podczas gdy pod powierzchnią cały czas narasta napięcie. 

Największą siłą utworu pozostaje jednak aranżacja. W tej popowo-alternatywnej formie zastosowanie budujących napięcie i przyspieszających instrumentów smyczkowych zwieńczone mocniejszym uderzeniem gitary, perkusji i wokalu przywodzi na myśl wczesne Black Country, New Road i jest dowodem na wyjątkowe umiejętności kompozytorskie tej grupy. Smyczki nie pełnią tutaj funkcji ozdobnika. Są pełnoprawnym instrumentem rytmicznym, który prowadzi kompozycję i nadaje jej dramatyzm. Gdy w finale dołączają przesterowane gitary, wszystko układa się w niezwykle naturalną kulminację. Nie ma tu ani jednego elementu, który sprawiałby wrażenie dopisanego na siłę.

To właśnie umiejętność budowania napięcia wydaje się dziś największym atutem Man/Woman/Chainsaw. Zamiast zasypywać słuchacza kolejnymi pomysłami, zespół cierpliwie rozwija motywy, pozwalając im wybrzmieć we właściwym momencie. Recenzenci od dawna zwracają uwagę, że grupa znakomicie odnajduje się na granicy piękna i kontrolowanego chaosu. Get Up and Dance tylko tę opinię potwierdza.

Singiel promuje album Cannonball, który ukaże się 7 sierpnia. Jeżeli pozostałe kompozycje utrzymają poziom singli Nosedive, Goddamn, Lizard Man! i właśnie Get Up and Dance, Man/Woman/Chainsaw mogą bardzo szybko dołączyć do grona zespołów wyznaczających kierunek rozwoju brytyjskiej alternatywy. Patrząc na tempo, w jakim dojrzewa ich sposób komponowania, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami początku historii, o której za kilka lat będzie mówiło się znacznie głośniej niż dziś.

 

Piotr Sekuła

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

Locust – Soul Sky

Mark Van Hoen kryjący się pod pseudonimem Locust od ponad czterech dekad kreuje scenę IDM-ową, ambientową i trip-hopową. Projekt Locust istnieje z kolei od ponad trzydziestu lat i z każdym wydawnictwem udowadnia, jak szerokim zakresem muzycznego działania dysponuje.

W najnowszym singlu zatytułowanym Soul Sky Van Hoen nie występuje jednak samotnie. Dołącza do niego raper Griffin Spex, którego partie nadają piosence lekko buntowniczej energii. Za dream popowe chórki odpowiada Olive Kimoto, której rola w nowej twórczości Locust nie ogranicza się do gościnnego nagrania partii wokalnych. Sam Van Hoen przyznaje, że Olive – DJ-ka, artystka wizualna, wokalistka – na stałe dołączyła do Locust i to właśnie dzięki jej obecności nowy materiał powstaje.

Piosenka Soul Sky oferuje pełną gamę doświadczeń – regularną rytmikę, chwytliwą melodię, duszny charakter. Od pierwszych dźwięków, które siadają na ramionach, czujemy pociąg do ciężkiego i hipnotycznego tańca. Lub do zamknięcia oczu. Lub do posłusznego ruszania głową w rytm muzyki. Na trzy minuty stajemy się własnością „nieba duszy” i mi to osobiście pasuje, a wręcz chcę więcej.

Więcej już niedługo – premiera nadchodzącego albumu Locust zaplanowana jest na 11 września tego roku. Single, którymi na razie zostaliśmy obdarowani, sprawiają, że czekam z niecierpliwością.

Maria Głowacka

Czego słuchają jerzyki? – wywiad z ETERSOUL

Czasami zastanawiam się jakiej muzyki słuchałyby poszczególne gatunki ptaków. Kormorany wydają się idealnymi odbiorcami zespołów takich jak Swans czy Ciśnienie. Czaple w mojej głowie uchodzą zaś za entuzjastów zespołu Izrael lub Kraftwerku. Jerzyki natomiast słuchałyby ETERSOUL.

 

Muzyka duetu tworzonego przez Bartosza Rodzenia (gitara) i Karola Graczyka (klarnet) jest niesamowicie przestrzenna, lekka, pozostając przy tym raczej ciepła niż chłodna (jerzyki spędzają z nami tylko najcieplejsze miesiące). Wszystko to sprawia, że łatwo dzięki niej wejść w kontemplacyjny nastrój i spojrzeć na rzeczywistość niejako z lotu ptaka. Kończąc na tym stwierdzeniu niezbyt merytoryczne, acz całkiem obrazowe ptasie metafory, przejdźmy do samej muzyki.

Często, a szczególnie w przypadku różnego rodzaju muzyki poszukującej, bywa tak, że ciężko jest dokładnie określić gatunek, jaki dany zespół reprezentuje, co więcej, w większości przypadków mija się to z celem. Jak możecie się domyślić, nie inaczej jest z ETERSOULEM. W twórczości duetu jest szeroko pojęta muzyka improwizowana, jest jazz, są elementy folku, zatem powstaje słynne w ostatnich latach orbitowanie na pograniczu gatunków. Ważniejsze od tego jest jednak coś innego. O to, czym to coś jest, zapytałem muzyków po ich koncercie na wrocławskim festiwalu Fête de la Musique. Oprócz tego, jaki jest ETRESOUL, dowiecie się też, skąd się wziął, oraz jak to się dzieje, że jest taki jaki jest.

 

Jan Gawroński