Archiwum

Earth Trax

14 nowych utworów oplecionych tytułem Everlasting Flame – czyli najnowszy album Earth Traxa, który ustanawia go Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Dekada Earth Traxa- ewolucja projektu

 

Nowy album Bartosza Kruczyńskiego, Everlasting Flame, to także okazja do świętowania dziesięciolecia działań Bartka pod aliasem Earth Trax. Bartek szybko zaczął się interesować muzyką. Młodociana fascynacja zaczęła ewoluować w trwałą pasję i tak od lat dziesiątych Kruczyński regularnie tworzy muzykę pod różnymi aliasami.

Duo Ptaki, stworzone z Jaromirem Kamińskim, projekt Pejzaż czy wydawnictwa, które ukazały się pod jego własnym imieniem i nazwiskiem. Wybór wielu osobnych pseudonimów artystycznych i tworzenie pod nimi muzyki pozostawia mu wolność artystyczną.

Rozkochany w samplowaniu nie omieszkał zająć się rozwijaniem nostalgicznego (jak na bałtycką wersję balearic beatu przystało) baltic beatu.

Twórczości Bartka niezależnie od aliasu łączą pewne wspólne mianowniki – czułość i nostalgia. Earth Trax jest jego najbardziej klubowym projektem, ale nosi w sobie również spore znamiona tejże właśnie nostalgii i emocjonalności. Nie obfituje tak intensywnie w sample, jak Pejzaż, ale wciąż na nie sobie pozwala.

Przez lata wyklarował się jego styl i z czasem zaczął kroczyć w mniej samplującą stronę. Najpierw było bardziej intensywnie, LP1 i LP2 posiadają w sobie sporo mocnych tonów. The Sensual World i Closer Now wyznaczają nam dalszy naturalny rozwój ścieżki muzycznej projektu Earth Trax. Można by powiedzieć, że jest co raz bardziej migocząco. Ambientalnie.

Everlasting Flame – ambient z rytmem oczami nostalgii

 

Everlasting Flame wyszło w czerwcu 2026 roku na Lapsus Records – 14 kawałków, ponad godzina grania. W porównaniu do poprzedniej płyty brzmi mniej jak coś robione pod parkiet, a bardziej jak coś do słuchania samemu, w skupieniu. Mniej tu prostych, klubowych strukturalnych numerów, więcej takiego dryfowania – ambient miesza się tu z rytmem, ale rytm nie zawsze jest najważniejszy.

 

Najnowszy krążek jest jednak pełen kontrastów jednej strony chłodne, rozmyte tła i głuchy, jakby „podwodny” bas, z drugiej nagle wyskakują ostre wysokie tony, jakieś strzępki wokali w tle albo momenty mocno zniekształconego, surowego brzmienia. Odnajdujemy w nim sporo melancholijnych padów, rozproszonych bitów zestawionych z przenikliwymi high-endami, odległymi wokalami, pobłyskami surowej intensywności.  Szumiący Everlasting Flame nie gubi jednak nigdy rytmu i struktury. Jest misternie poukładaną kompilacją dźwięków i uczuć.

Słuchanie tego krążka jest jak dotykanie tafli wody, pod którą rozgrywa się cały niedostrzegalny, ukryty świat. To jak dotknięcie czaszki nie mogąc uchwycić całego świata neuronów znajdującego się pod nią.

Everlasting Flame pozostawia nas w uczuciu bliskości do niesamowitego mikrokosmosu, który zdaje się być ukryty, nie w pełni dostrzegalny, niemożliwy do złapania i poznania w pełni, który jednocześnie przyciąga tą niesamowitą rządzą poznania.

Całość trzyma w sobie jakiś smutek, ale nie jest depresyjne – bardziej jak nostalgiczne, trochę zimne, wciągające granie.

Katarzyna Golec, Julia Kuźnik

Jill Scott

Od marzeń o byciu nauczycielką angielskiego, przez slamy poetyckie, współpracę z The Roots aż do ikony neo-soulu. To droga Jill Scott, naszej Artystki Tygodnia, która po ponad 10. latach przerwy powróciła z nowym albumem.

 


 

Urodzona i wychowana w Filadelfii, Jill Scott od zawsze pasjonowała się przede wszystkim słowem. Pisała poezję i planowała jedynie zostać nauczycielką angielskiego w szkole średniej. Podjęła studia pedagogiczne na Uniwersytecie Temple, które jednak bez zastanowienia przerwała, by dołączyć do lokalnej grupy teatralnej. Ostatecznie otrzymała rolę w kanadyjskiej inscenizacji musicalu Rent, co prawdopodobnie przesądziło o jej artystycznym kierunku kariery.

You Got Me

1999

MCA Records

Po powrocie do rodzinnego miasta Jill Scott weszła głęboko w świat spoken word, co niewątpliwie stanowi rdzeń jej muzycznego stylu do dziś. Podczas jednego ze slamów poetyckich w October Gallery, na które uczęszczała regularnie, zwróciła swoją uwagę obecnego tam Questlova. Zapytana przez perkusistę czy pisze piosenki- skłamała, że tak.
W efekcie razem z The Roots stworzyła utwór You got me, który stał się mainstreamowym hitem. Pierwotnie, Scott miała również ten utwór zaśpiewać, jednak wytwórnia MCA Records nalegała, by singiel promujący album został wykonany przez artystkę (wtedy) bardziej rozpoznawalną. Dlatego dziś znamy ten utwór śpiewany głosem Eryki Badu.
You Got Me w wykonaniu Jill Scott zostało zarejestrowane podczas trasy koncertowej zespołu i pojawiło się na albumie The Roots Come Alive wydanym w tym samym roku.
A ta pierwotna, studyjna wersja utworu została wypuszczona dopiero w 2005 roku na krążku Home Grown! The Begginer’s Guide To Understanding The Roots (Vol. 1).
Utwór zdobył nagrodę Grammy- była to jednak kategoria Rap Performance, przez co nagroda nigdy nie trafiła do Jill.

Who is Jill Scott?: Words and Sounds, Vol. 1

2000

Hidden Beaches Recordings

Debiutancki materiał Jill Scott jest nie tylko odpowiedzią na zadane w tytule pytanie. Z dzisiejszej perspektywy, 5 albumów studyjnych później, okazuje się że jest po prostu artystyczną definicją- Jill Scott jako artystki, ale również nowego gatunku który tworzyła razem z Eryką Badu czy D’Angelo. Łączenie spoken word z elementami R&B i jazzu okazało się być bardzo smacznym pomysłem. Mieszanką bardzo zmysłową, spójną i porywającą, przede wszystkim za sprawą aksamitnego głosu. Jill Scott bezbłędnie lawiruje pomiędzy mocnym wokalem, a delikatną mową. Jako jedyna potrafi śpiewać o jajecznicy w tak zwiewny i emocjonalny sposób. Udowadnia tym, że Jilly from Philly jest prawdziwą mistrzynią słowa, przekazu i ekspresji.
Porusza tematy miłości i odkrywania siebie, często budując wizerunek kobiety zgoła odmienny od tego co na przełomie milenium było popularne. Opowiada o związkach, oczekiwaniach społecznych, o miłości własnej- w sposób bezkompromisowo szczery i bardzo, baaaaardzo wdzięczny.
Brzmienie płyty jest bogate w struktury. Składają się na to żywe instrumenty, pełne duszy harmonie i subtelna elektronika. Za przełamywanie tych gatunkowych granic odpowiadali producenci Dre & Vidal i Keith Pelzer, co w efekcie sprawiło że Words & Sounds Vol.1 stało się albumem brzmiącym bardzo współcześnie jak i ponadczasowo.
Album spowodował 4 nominacje Grammy m.in. w kategorii Najlepszy Album R&B, czy Najlepszy Nowy Artysta. W roku wydania płyta uzyskała status złotej, a w 2004r. pokryła się podwójną platyną.

Beautifully Human: Words and Sounds, Vol. 2

2004

Hidden Beaches Recordings

Po takim mocnym, wyrafinowanym debiucie Jill Scott na drugim albumie powróciła w sposób bardziej swobodny, słodki i słoneczny. Nadal mocnym centrum jest jej wokalna ekspresja, błyskawicznie przemieszczająca się od kołysankowego nucenia do mocnych jazzowych zaśpiewów. Choć tych drugich jest na tym krążku wyraźnie mniej.
Jill Scott skupia jednak uwagę słuchaczy swoim lirycznym kunsztem. Jej teksty bywają kontrowersyjne, zabawne i reporterskie. Czasem brutalnie ale zawsze szczere i angażujące.
Brzmieniowo album pozostaje mocno zakorzeniony w soulu, jazzie i R&B, ale produkcja jest bardziej subtelna i przestrzenna niż na debiucie. Dużo tu żywych instrumentów, miękkich groove’ów i charakterystycznej dla Jill Scott swobody wokalnej. To muzyka, która przypomina szczerą rozmowę wieczorem.
Singiel Cross My Mind przyniósł artystce pierwszą nagrodę Grammy, a utwór Golden– choć jedyny tak energetyczny na krążku- do dziś plasuje się jako złoty przebój w całym dorobku Scott i traktowany jest jak hymn wolności, niezależności i najlepsza afirmacja życia.

 

The Real Thing: Words and Sounds, Vol. 3

2007

Hidden Beaches Recordings

Trzeci album pojawił się w momencie, gdy neo-soul powoli znikał z głównego nurtu, wypierany przez bardziej cyfrowe i klubowe brzmienia. Jill Scott nie próbowała jednak dopasowywać się do trendów — zamiast tego, bardzo wyraźnie postanowiła udowodnić swoją autentyczność oraz to, że ostatnia część Words & Sounds to The real Thing.
To wciąż ten sam świat ciepłych soulowych aranżacji, jazzu, spoken wordu i organicznego groove’u, ale tym razem Scott mocniej stawia na energię, cielesność i emocjonalną intensywność. W tekstach jest wyraźnie bardziej bezpośrednia, a brzmienie za tym podąża- choćby w postaci niemal rockowej gitary w tytułowym utworze, czy bogatej sekcji dętej na całej płycie.
Mocnym akcentem jest też singiel Hate On Me, dedykowany hejterom. Jilly zachowuje w nim charakterystyczną dla siebie elegancję i humor — zamiast diss tracku dostajemy raczej spokojną demonstrację pewności siebie.

W tym miejscu jednak Jill Scott postanowiła zrobić sobie muzyczną przerwę i zaangażowała się dużo bardziej w rozwój swojej aktorskiej kariery. Zagrała role aktorskie w filmach Tylera Perry’ego Why Did I Get Married? i Hounddog, a także zagrała główną rolę w serialu telewizyjnym The No. 1 Ladies’ Detective Agency. 
Jej życie prywatne wywróciło się do góry nogami poprzez rozwód, nowy związek, narodziny dziecka i niestety ponowne rozstanie.
Zakończyła również współpracę z Hidden Beach Recordings, za co została później pozwana.
W 2010r. podpisała jednak kontrakt z Warner Bros i kolejny album wydała z ramienia jej własnego imprintu Blue Babe Records.

The Light of the Sun

2011

Blue Babe Records

 

To bardziej surowa muzyka, bo jestem silniejsza niż wcześniej.

Ten burzliwy czas i radykalne zmiany sprawiły jednak, że Scott zyskała dużo więcej wolności. A trudne doświadczenia przeobraziły się w artystyczne błogosławieństwo. Sama Jill zdaje się w ten sposób traktować ten czas, bo 4. studyjny album, a 1.  na swoich warunkach rozpoczyna singlem Blessed, po raz kolejny wyrażając swoją wdzięczność. Utwór często był nazywany duchowym bratem Golden, właśnie ze względu na te celebrującą życie energię. Scott nie próbuje jednak na tej płycie tworzyć historii o idealnym szczęściu. Opowiada o odbudowywaniu siebie i odnajdywaniu spokoju pomimo chaosu.
Brzmieniowo The Light of the Sun rozwija wszystko to, z czego Jill Scott była już znana, tym razem jednak muzyka jest bardziej surowa. Można odnieść wrażenie, że album brzmi niemal koncertowo — dużo tu żywych instrumentów, improwizacji i swobody wykonania. Część materiału była nagrywana podczas spontanicznych jam sessions, dzięki czemu płyta zachowuje naturalność i emocjonalną autentyczność. W kontrze do trendów wczesnych lat 2000., do sterylności i perfekcyjnego brzmienia R&B, EDM tutaj dostajemy niedoskonałości, niewycięte oddechy czy spontaniczne reakcje.
Pierwszy raz pojawiają się też na płycie goście. So in Love z Anthonym Hamiltonem zabiera nas w old scholową odsłonę R&B, natomiast Shame w duecie z Eve to kolejny utwór-manifest.
I mimo, że pozycja Scott w tym czasie zdawała się być już legendarna w neosoulowym wszechświecie, to jednak dopiero ten album zdobył pierwsze miejsce Billboard 200, co było sporym zaskoczeniem dla branży.

Woman

2015

Blue Babe Records

Woman jest o wszystkich aspektach kobiecości

Po emocjonalnym i introspektywnym The Light of the Sun artystka wraca w 2015 roku z płytą bardziej nowoczesną, rytmiczną i wyraźnie skoncentrowaną wokół kobiecości — nie jako jednego doświadczenia, ale całego spektrum emocji, relacji i życiowych ról. Brzmieniowo album pozostaje zakorzeniony w soulu, ale wyraźnie słychać tu bardziej współczesne R&B. Produkcja jest momentami cięższa, bardziej rytmiczna i nowoczesna niż na wcześniejszych płytach, choć Jill Scott nadal unika chłodnej, elektronicznej jałowości. Zdaje się to być jej supermocą- nawet zbliżając się do mainstreamowego brzmienia, nadal pozostaje w pełni sobą. Album ma momenty bardzo ciepłe, zmysłowe i groove’owe. I był kolejnym krążkiem na 1. miejscu listy Billboard 200.

To Whom This May Concern

2026

Blue Babe Records

I do dope sh*t

Taką obietnicą Jill Scott otwiera swój album po ponad 10 latach przerwy. I nie są to słowa rzucone na wiatr. Powraca i choć wcale nie musi- udowadnia, że… jest jedyna w swoim rodzaju; od zawsze na zawsze ulepiona ze spoken word, jazzu, soulu, hip-hopu, prawdy i mądrości. To niesamowite jak z tych samych elementów Jill wciąż potrafi tworzyć różnorodne utwory, bawiąc się absolutnie wszystkimi możliwymi gatunkami. Płyta zawiera 19 utworów, których najlepiej jest słuchać od początku do końca. Można wtedy dostrzec całe spektrum jej talentu i to jak szerokie ma artystyczne horyzonty.
Brzmienie albumu opiera się na organicznym, bogatym instrumentarium.
Znajdziemy tu głęboki, plastyczny bas, klasyczne sekcje dęte, jazzowe improwizacje oraz ciepłe, winylowe lo-fi bity. Pomimo mocno ugruntowanego soulowego brzmienia, na płycie wyraźnie czuć surowy, hip-hopowy sznyt starej szkoły. To zasługa m.in. boom-bapowych produkcji, które spajają cały album w eklektyczną, ale spójną całość.
Teksty piosenek poruszają tematy odporności psychicznej w trudnych czasach, wolności oraz kobiecej seksualności oglądanej z perspektywy dojrzałej, świadomej siebie kobiety. Ciekawym smaczkiem jest też utwór Ode to Nikki, stanowiący bezpośredni, muzyczny hołd dla legendarnej poetki i aktywistki Nikki Giovanni. Ale to nie jedyny utwór poświęcony kobietom. W Offdaback również pojawiają się nazwiska kobiet, którym Scott dziękuje: Marian Anderson, Nina Simone, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughan, Tina Turner, Billie Holiday– jako żywym powodom jej twórczej działalności.
Album wydaje się być zapisem refleksji osoby, która nauczyła się akceptować upływ czasu i własne doświadczenia.
Jest bardzo intymny, wciągający… i warto było na niego czekać.

Justyna Kalbarczyk

 

Relacja z 62. festiwalu Jazz nad Odrą

Festiwal Jazz nad Odrą nieustannie łączy ożywczy powiew młodości z maestrią muzycznych wyjadaczy. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność rozmowy z triem Michała Modrzyńskiego – zwycięzcami konkursu na Indywidualność Jazzową. Tym razem uzupełniamy naszą opowieść o wydarzenia, które szczególnie silnie zapadły nam w pamięć podczas 62. edycji imprezy.

 


Lars Danielsson Liberetto – Echomyr

Lars Danielsson

Czwartkowy wieczór w Impart Centrum był zapowiadany przez organizatorów jako porównanie stylistyczne europejskiego oraz amerykańskiego kwartetu jazzowego. Niestety, z racji na kontuzję palca saksofonisty, Boba Mintzera, skład Petera Erskine’a ostatecznie wystąpił jako trio. Mimo ogromnej kreatywności grającego na perkusji lidera, brak instrumentu dętego był wyraźnie wyczuwalny, czego nie można powiedzieć o zespole Larsa Danielssona.

Szwedzki kontrabasista to jedna z najznakomitszych postaci współczesnego jazzu europejskiego. Wrocławski koncert poprzedziła premiera najnowszego albumu, nagranego przez Danielssona  wraz z grupą Liberetto. Tytuł projektu, Echomyr, można przetłumaczyć jako „głos z głębi”. Doskonale odzwierciedla charakter pięknych, dających wytchnienie w pędzie życia melodii. To muzyka momentami medytacyjna, zaś z drugiej strony potrafiąca zaskoczyć mocą i dynamiką.

Najbardziej urzekającym elementem występu Liberetto była niezwykła umiejętność jego członków do harmonijnego opowiadania kolejnych etapów muzycznych historii. Pianista Gregory Privat odpowiadał głównie za romantyczny aspekt kompozycji, podczas gdy metronomiczna precyzja Magnusa Öströma potrafiła w okamgnieniu podnieść napięcie i rozpędzić grę. Po uzupełnieniu tych dwóch elementów o rozmytą gitarę Johna Parricellego oraz głęboki, spinający całość bas Danielssona, powstał koncert, po którym na duchu było nieco lżej.


Michał Barański – No Return No Karma

Wieczór 23 kwietnia przeszedł w noc, ale emocje w trakcie 62. festiwal Jazz nad Odra wcale nie zamierzały opadać. Po godzinie 23 w Firleju rozpoczął się bowiem występ promujący jedną z najgłośniejszych polskich premier jazzowych ostatnich miesięcy – No Return No Karma Michała Barańskiego (szeroko opisaną również w Radiu LUZ). Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy więc jej koncertowej odsłony.

Podobnie jak w przypadku wersji studyjnej, artysta postawił mocny nacisk na wokalny akcent projektu. Począwszy od dwóch pierwszych utworów, wykonanych wspólnie z Magdaleną Zawartko, a skończywszy na angielskiej wersji Ballady z wokalem Shachara Einatana, czuć było chęć lidera, by podkreślić „pieśniowy” charakter tego wydawnictwa. Przy okazji na pierwszy plan wyszedł aspekt kluczowy rosnące zdolności Barańskiego jako kompozytora.

Tematami na płycie No Return No Karma są silne, zapadające w pamięć melodie, które garściami czerpią z wpływów starohinduskiej rytmiki, łącząc je z nowoczesną myślą jazzową. Co najważniejsze, są tak sprytnie przemyślane, że pozwalają artystom rozwijać je, płynąc w najbardziej szalonych kierunkach, jednocześnie nie tracąc swojego charakteru. Kwartet Barańskiego (Michał Tokaj  piano, Shachar Einatan gitara, oraz Łukasz Żyta perkusja) to zaś muzyczni magicy. Niezwykła elastyczność każdego z nich pozwoliła na przykład zamienić w zamyśle jazzową kompozycję Grochów Kibbutz w pokaz psychodelicznego, saharyjsko brzmiącego bluesa.

To bardzo satysfakcjonujące uczucie, gdy ma się możliwość doświadczać efektów czyjeś ciężkiej pracy i nieustannej chęci rozwoju. Pasja oraz duma Michała Barańskiego z albumu No Return No Karma były wyczuwalne zarówno w jego słowach, jak i w muzyce płynącej ze sceny Firleja. Dla takich chwil warto zarwać pół nocy.


Michael Mayo

Z postacią Michaela Mayo zapoznałam się jakiś czas temu przy okazji koncertu z serii Tiny Desk, który zgrał się z nominacjami dla artysty do dwóch nagród Grammy (Best Jazz Vocal Album i Best Jazz Performance). Album Fly (2024), doceniony przez gremium i szeroką publiczność, wybrzmiał także na tegorocznym Jazzie nad Odrą.

Emanujący ciepłem wokal Mayo udzielił się lekkiej atmosferze. Aktywnie żartował i zabawiał widownię, wzmacniając pozytywne wrażenie, a współuczestnictwo w koncercie pod jego wodzą ani na moment nie wzbudziło poczucia dystansu, tym samym pozbawiając całość  chłodnej hierarchiczności.

Największym wyróżnikiem twórczości Amerykanina jest imponująca rozpiętość wokalna (i przepiękny błyszczący manicure). Śpiewając stosował klasyczną metodę wielośladowych harmonii, które w wybranych utworach zapętlał na tzw. loopie. I tu nie zabrakło jednak zabawy – Mayo najpierw objaśnił publiczności działanie narzędzia, a następnie na bieżąco nakładał na siebie potrzebne ścieżki melodyczne poszczególnych utworów.

Festiwalowy koncert Michaela Mayo udowodnił, że jest on artystą, który łączy jazz i pop-soul w sposób niezwykle przyjemny, dzięki inspirującej atmosferze wyjątkowo zapadający w pamięć .


Gonzalo Rubalcaba Trio

Są takie koncerty, które są w stanie przebić nawet wysokie oczekiwania. Jednym z nich okazał się występ Gonzalo Rubalcaby (piano), Felipe Cabrery (bas) oraz Ernesto Simpsona (perkusja). Najlepszym podsumowaniem nastroju, który zapanował w Imparcie po niemal półtoragodzinnej grze niech będzie dwukrotny bis, którym uraczył słuchaczy lider składu.

Patrick Bartley

Nie tylko dla wrocławskiej publiczności było to wyjątkowe przeżycie. Rubalcaba i Cabrera wspólnie stawiali swoje pierwsze muzyczne kroki na Kubie, lecz po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych ich drogi rozeszły się na ponad 30 lat. Sobotni koncert był dla nich okazją zarówno do wspomnień, jak i poznania się muzycznie na nowo.

Tegoroczna edycja Jazzu nad Odrą obfitowała w znakomitych pianistów, z których żaden nie mógł się nawet zbliżyć do poziomu Kubańczyka. Rubalcaba ma bowiem niezrównaną umiejętność kontroli własnej gry oraz całości kompozycji, jednocześnie prezentując kosmiczne zdolności techniczne. Kreatywność w doborze akordów oraz melodii, wirtuozerska zabawa, wyciskająca łzy z oczy emocjonalność ten koncert miał w sobie wszystko.


Pablo Held Trio

Po koncercie kwartetu Patricka Bartleya oraz jam sessions, prowadzonych przez skład Dominika Gawrońskiego, wiedziałem, że za występy podczas 62. edycji Jazzu nad Odrą odpowiadają nieziemsko sprawni muzycy. Mimo wszystko poprzednie wydarzenia trzymały się klasycznego jazzu – czy to standardów, jak w przypadku Gawrońskiego, czy też silnej inspiracji nimi, jak w przypadku Bartleya.

Peter Erskine

Ku miłemu zaskoczeniu, sytuacja miała się zgoła inaczej w przypadku tria Pablo Helda. Ich gra była znacznie bardziej awangardowa, momentami wręcz eksperymentalna. O sile tego występu bez wątpienia stanowiła sekcja rytmiczna. Kontrabas Roberta Landfermanna wspaniale dogadywał się z perkusją Jonasa Burgwinkela, tworząc razem coś więcej, niż tło dla pianina lidera. Kompozycje były minimalistyczne i oszczędne. Nie brakowało im jednak nieokiełznanej ekspresji, objawiającej się najlepiej w solowych partiach perkusji.

Według miejskiej legendy, Wynton Marsalis miał powiedzieć kiedyś Marianowi Ptasznikowi, iż:

Najpiękniejsza muzyka to muzyka ciszy, bo w ciszy słychać duszę, a jazz jest muzyką duszy.

Muzyka zaprezentowana przez Niemców podczas przedostatniego koncertu tegorocznej edycji Jazzu nad Odra jest idealnym dowodem na to, że powyższa sentencja ma wiele wspólnego z rzeczywistością.


Terence Blanchard & Ravi Coltrane – Miles / Coltrane Legacy

Setna rocznica urodzin dwóch z największych muzyków w historii jazzu Milesa Davisa oraz Johna Coltrane’a wymaga wyjątkowego świętowania. Dyrektor artystyczny festiwalu, Igor Pietraszewski, w trakcie zapowiedzi ostatniego koncertu imprezy przyznał, że organizatorzy przygotowywali się do tego wydarzenia przez trzy lata. Efektem ich starań była obecność dwóch współczesnych znakomitości Terence’a Blancharda oraz Raviego Coltrane’a.

Choć niedzielne wydarzenie nosiło tytuł Miles / Coltrane Legacy, daleko było mu do typowego koncertu z odgrzewanymi utworami. Muzyka wybrzmiewająca w Imparcie była wyrazem szacunku, a tematy oryginałów rzadko stanowiły serce improwizacji. Był to popis współczesnej idei amerykańskiego jazzu, który łączy bluesowe dziedzictwo ze zdobyczami hip-hopu, a także muzyki popularnej.

Dominującym elementem koncertu była nieustannie zmieniająca rytm bombastyczna gra perkusisty, Oscara Seatona, podbijana przez rozciągnięte brzmienie gitary Charlesa Altury. Swingową duszę zapewniał pianista Gadi Lehavi, a elektryczny bas Davida Ginyarda sprowadzał kompozycje w stronę bujającego funku. Blanchard spajał wszystkie z tych elementów. Jego styl to feeria przeciwieństw, gdzie ostre, przenikające duszę krzyki solówek przeplatają się z perfekcyjną melodyjnością tematów. Ravi Coltrane również znakomicie odnajdywał się w owym świecie kontrastów. Obserwowany z bliska zdaje się być także niezwykle skupionym artystą. Choć pozwalał sobie na momenty uśmiechu, większość solowych partii pozostałych muzyków skupiał na szybkich próbach swoich fragmentów. Brzmienie jego saksofonu było miękkie i pełne duszy, zaś on sam misternie konstruował coraz bardziej porywające akordy.

Koncert Terence Blanchard & Ravi Coltrane  Miles / Coltrane Legacy był znakomitym pomysłem na zamknięciem 62. edycji festiwalu Jazz nad Odrą. Oddał on bowiem esencję jazzu, gatunku czerpiącego z tradycji, jednocześnie patrzącego naprzód i jak żaden inny wynagradzającego kreatywność oraz osobowość jego twórców.


Jeśli wolicie relację w akompaniamencie muzyki, zachęcamy do posłuchania zapisu audycji Na Wodach Jazzu z 26 kwietnia. Poprowadzili ją Michał Lach oraz Jan Gawroński.

Tekst: Michał Lach, Jan Gawroński & Alicja Serafin
Zdjęcia: Patrycja Bania & Maja Kołodziej
Korekta: Pola Sosin

 

Czarnobyl 40 lat później: bilans atomowej traumy i nowa rzeczywistość

Karuzela w Czarnobylu
Czterdzieści lat po katastrofie w Czarnobylu Europa patrzy na energię jądrową zupełnie inaczej niż w 1986 roku. To, co kiedyś było symbolem strachu i systemowej porażki, dziś coraz częściej postrzegane jest jako narzędzie stabilności i bezpieczeństwa energetycznego. Jak doszło do tej zmiany?

Czarnobyl – zamrożony, nierozwiązany problem

W 2026 roku Strefa Wykluczenia wokół Czarnobyla nie jest już jedynie symbolem katastrofy, lecz skomplikowanym systemem technologiczno-przyrodniczym. Kluczową rolę odgrywa Nowa Bezpieczna Powłoka, czyli tzw. Arka (ukr. Арка), która osłania zniszczony reaktor nr 4. Konstrukcja ta została zaprojektowana z myślą o przetrwaniu stu lat, jednak jej utrzymanie wymaga ciągłych prac konserwacyjnych i nieustannego nadzoru.

Mimo imponującej inżynierii problem nie został ostatecznie rozwiązany. Wewnątrz struktury wciąż znajduje się stopione paliwo jądrowe, którego bezpieczne usunięcie pozostaje wyzwaniem technologicznym nieznanym dotąd współczesnej nauce. Czarnobyl to dziś raczej „zatrzymana katastrofa” niż zamknięty rozdział.

Równolegle trwa tam proces rewildingu spontanicznego odradzania się dzikiej przyrody. Opuszczone przez ludzi tereny stały się schronieniem dla wielu gatunków, tworząc niezamierzony rezerwat, w którym natura radzi sobie zaskakująco dobrze pomimo radioaktywnego dziedzictwa tego miejsca.

Przyroda w Czarnobylu

Dwie katastrofy, dwa światy

Aby zrozumieć współczesne podejście do energetyki jądrowej, warto zestawić Czarnobyl z Fukushimą. Choć obie katastrofy wywołały globalny lęk przed promieniowaniem, ich przebieg, podłoże i skutki były zupełnie inne.

W Czarnobylu doszło do gwałtownego wybuchu reaktora pozbawionego pełnej obudowy bezpieczeństwa (tzw. containmentu). W Fukushimie proces uszkodzenia przebiegał wolniej, a większość substancji radioaktywnych została zatrzymana wewnątrz zabezpieczeń technicznych. Co więcej w przeciwieństwie do katastrofy z 1986 roku nie odnotowano tam bezpośrednich ofiar promieniowania.

Paradoksalnie największe straty w Japonii wynikały nie z samej awarii, lecz z chaosu ewakuacyjnego i długotrwałego stresu społecznego. To pokazuje, że w przypadku katastrof jądrowych równie ważne jak technologia są komunikacja i zarządzanie kryzysowe – często lęk okazuje się bardziej destrukcyjny niż same cząsteczki radioaktywne.

Czarnobylska Elektrownia Jądrowa i pomnik upamiętniający likwidatorów skutków awarii.

Strach, który pozostał w głowie

Najtrwalszym skutkiem Czarnobyla okazała się nie sama radiacja, lecz jej psychologiczny cień. Zjawisko radiofobii czyli silnego, często irracjonalnego lęku przed promieniowaniem dotknęło setek tysięcy ludzi, niezależnie od rzeczywistego poziomu skażenia w ich miejscu zamieszkania.

Brak rzetelnych informacji i utrata zaufania do instytucji sprawiły, że promieniowanie zaczęto postrzegać jako niewidzialne i wszechobecne zagrożenie. W efekcie wiele osób doświadczało realnych objawów fizycznych wynikających z przewlekłego stresu, a nie z bezpośredniego działania izotopów. To zjawisko pokazało, że trauma społeczna może być równie trudna do zneutralizowania jak skażona gleba.

Czego boimy się naprawdę?

Energetyka jądrowa budzi ogromne emocje, choć statystycznie należy do najbezpieczniejszych źródeł energii na świecie. Problem polega na tym, że strach przed rzadką, spektakularną awarią (jak Czarnobyl czy Fukushima) doprowadził do społecznej akceptacji „cichego zabójcy”, jakim jest zanieczyszczenie powietrza węglem. O ile awaria jądrowa jest zdarzeniem punktowym i ograniczonym w czasie, o tyle spalanie węgla powoduje stałą, codzienną śmiertelność wynikającą z emisji pyłów PM2.5 oraz metali ciężkich.

Statystyki śmiertelności (liczba zgonów na każdą wyprodukowaną terawatogodzinę energii):

Źródło energii Zgony na TWh
Węgiel 24,6
Ropa naftowa 18,4
Gaz ziemny 2,8
Energia jądrowa 0,03

Zestawienie jest bezlitosne: energia jądrowa jest setki razy bezpieczniejsza niż spalanie węgla. A mimo to właśnie ona budzi większy sprzeciw. Powód? Trudność w oswojeniu ryzyka, które jest mało prawdopodobne, ale potencjalnie spektakularne zjawisko to psychologia określa mianem heurystyki dostępności: bardziej boimy się rzadkich katastrof niż powszechnych, choć znacznie groźniejszych zagrożeń.

Czysta energia i brudny bilans–niemiecki rachunek za wyłączenie reaktorów

Dobrym przykładem tego paradoksu są Niemcy. Po katastrofie w Fukushimie zdecydowano się na stopniowe wyłączenie elektrowni jądrowych w ramach polityki Energiewende. Decyzja ta była silnie zakorzeniona społecznie i politycznie ale jej skutki w 2026 roku budzą coraz więcej kontrowersji.

Analizy wskazują, że rezygnacja z atomu doprowadziła do zwiększonego wykorzystania paliw kopalnych, a tym samym do wzrostu emisji CO2. Dynamiczny rozwój odnawialnych źródeł energii okazał się bowiem niewydolny w zderzeniu z ich naturalną zmiennością i brakiem stabilnych mocy w podstawie systemu. Bez wsparcia atomu, w okresach bezwietrznych i pochmurnych, gospodarka musiała ratować się spalaniem surowców kopalnych. Szacuje się, że te dodatkowe emisje sięgnęły setek milionów ton, a większe spalanie węgla przełożyło się na realne konsekwencje zdrowotne dla całej Europy Środkowej.

Dochodzi do tego aspekt ekonomiczny ceny energii mogłyby być zauważalnie niższe, gdyby reaktory nadal działały. Niemiecki przykład pokazuje więc, że odejście od atomu nie zawsze oznacza automatyczny krok w stronę bardziej ekologicznej rzeczywistości.

Polska zmiana warty: Od traumy do pragmatyzmu

Na tym tle Polska przechodzi jedną z najbardziej wyraźnych zmian społecznych w Europie. Kraj, który w latach 90. pod wpływem protestów porzucił swój program jądrowy czego symbolem stało się wstrzymanie budowy elektrowni w Żarnowcu dziś w ogromnej większości popiera jego rozwój.

Wynika to z pragmatyzmu. Energetyka jądrowa postrzegana jest jako stabilne źródło energii, które może uniezależnić kraj od paliw kopalnych i ograniczyć emisje. Szczególnie młodsze pokolenia patrzą na atom nie przez pryzmat katastrof, lecz jako na niezbędny element nowoczesnej infrastruktury i gwarant bezpieczeństwa energetycznego. Czterdzieści lat po Czarnobylu narracja uległa całkowitej zmianie. Strach nie zniknął całkowicie, ale przestał być jedynym filtrem, przez który oceniamy tę technologię. Coraz częściej ustępuje on miejsca analizie danych, doświadczeń i realnych potrzeb energetycznych państwa stojącego przed wyzwaniem egzystencjalnej transformacji.

Ruch antyatomowy, rodząc się na gruzach Czarnobyla, chciał ratować planetę przed promieniowaniem. Czterdzieści lat później okazuje się, że rzucając kłody pod nogi energetyce jądrowej, mimowolnie przedłużył życie elektrowniom węglowym, skazując nas na dekady smogu i przyspieszone ocieplenie klimatu. To największa ironia w historii współczesnej ekologii.

Tekst: Łukasz Machowczyk

red. Paulina Haglauer

Prince

Prince

 


Ikona popkultury kształtująca brzmienie swoich czasów, inspirująca całe pokolenie artystów.
Multiinstrumentalista, wokalista, kompozytor i producent muzyczny odważnie eksperymentował z wieloma gatunkami, w każdym się odnajdując, tworząc swój unikatowy styl. Uznawany za jeden z największych talentów świata muzyki – Prince odszedł równo dekadę temu, dlatego postanowiliśmy uczcić jego pamięć i uczynić go Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.

 


For You

1978

NPG Records

Prince Rogers Nelson urodził się 7 kwietnia 1958 roku w Minneapolis i wcześnie zaczął przejawiać umiejętności muzyczne. W wieku 7 lat skomponował swój pierwszy utwór, w liceum grał w zespole a zanim skończył 20 lat miał już podpisany kontrakt z wytwórnią i nagrywał pierwszy album studyjny For You.

Debiut Prince’a ukazał się w 1978 roku i nie okazał się być wielkim hitem sprzedażowym. Przychylne recenzje wskazywały na potencjał i imponujące umiejętności wokalne młodego muzyka. Album został w całości wyprodukowany przez Prince’a. Skomponował i zaaranżował utwór oraz zagrał na wszystkich, ponad dwudziestu instrumentach i zaśpiewał partie wokalne. Singiel Soft and Wet stał się małym przebojem, ale to dopiero druga płyta przyniosła sukces na większą skale.


Nasza selekcja:


Prince

1979

NPG Records

Dopiero z drugą płytą Prince pokazał światu swój talent do tworzenia megahitów, wydając singiel
I wanna be your lover, który okrył się złotem za sprzedaż w ponad milionie egzemplarzy.

Podobnie jak przy debiucie, całość skomponował, zagrał i wyprodukował Prince.
Zaczęto szerzej dostrzegać jego potencjał. Chwalono nie tylko głos, ale też zabawne teksty i całą, kształtującą się jeszcze postać „Księcia Popu”.


Nasza selekcja:


Dirty Mind

1980

NPG Records

Dirty Mind to płyta oddzielająca wczesną twórczość Prince’a  od stylu, z którego ostatecznie będzie znany. Muzyk łączy funk, new-wave, synth-pop w surowej produkcji, nadającej całości punkowego tonu. Cięższe dźwięki, odważniejsze słowa nie speszyły recenzentów, którzy docenili brudne brzmienie. Mimo, że album nie przyniósł żadnego hitu na skale Prince’a to po czasie jest wspominany jako przełomowy i wpływowy, także dzięki kontrowersjom, które wzbudzał.

 


Nasza selekcja:


Controversy

1981

NPG Records

Zwrot Prince’a w stronę bardziej odważnych, sprośnych tekstów, jego androgeniczna uroda i niekiedy szokująca prezencja sceniczna wywoływały wiele kontrowersji, tym bardziej wśród publiki lat osiemdziesiątych. Komentarze i spekulacje wokół rosnącej po sukcesie Dirty Mind gwiazdy inspirowały muzyka do prac nad kolejną płytą – Controversy. Artysta nie wycofywał się ze swojej postawy, w tekstach nawiązując nie tylko do tematyki seksualności, ale też rasy czy płci.


Nasza selekcja:


1999

1982

NPG Records

1999 to kolejny przełomowy album w karierze Prince’a. Pierwszy, który nagrał wspólnie ze swoim zespołem the Revolution, co pozwoliło mu osiągnąć jeszcze większą spektakularność. Żywy, szalony, śmiało korzystający z syntezatorów, mieszając funk z synth-popem, tworząc brzmienie nazwane minneapolis sound. To z tego albumu pochodzą hity takie jak Delirious, Little Red Corvette, czy tytułowe 1999.

 


Nasza selekcja:


Purple Rain

1984

NPG Records

Purple Rain to zdecydowanie najbardziej znane i nagradzane dzieło Prince’a.
Album stanowiący jednocześnie ścieżkę dźwiękową do filmu o takim samym tytule, w którym muzyk zagrał też główną rolę. Oprócz olbrzymiego sukcesu komercyjnego obu dzieł, film otrzymał Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową, a sam album zdobył dwie nagrody Grammy. To dopiero tutaj zespół
the Revolution, z którym Prince pracował mógł oficjalnie się zaprezentować, zdobywając uznanie krytyków jak i słuchaczy.


Nasza selekcja:

Autor: Sebastian Kornecki

Jordan Rakei, Nubya Garcia- Monsters

Niecałe dwa tygodnie dzielą nas od EP-ki Between Us, która będzie pamiętnikiem pełnym jednodniowych sesji nagraniowych Jordana Rakei z zaproszonymi gośćmi. W trzecim i ostatnim singlu artysta podejmuje walkę z potworami a pomaga mu w tym saksofonistka, Nubya Garcia. I choć znają i wzajemnie cenią się od dekady, po raz pierwszy spotkali się w studio. Za to od razu w ikonicznym Abbey Road Studios, gdzie realizowane jest całe nadchodzące wydanie.

A Monsters choć rozpoczyna się długimi, alarmującymi dźwiękami saksofonu to ostetcznie wybrzmiewa przyjemnie lekko.
Sprzyja temu miękki groove, aksamitny głos Jordana, pełne jazzu progresje oraz malowniczość fraz Nubyi.
Oboje muzycy wspominają pracę nad utworem jako przyjemną i organiczną, co absolutnie słychać od pierwszych sekund naszego nowego Mocograja.

Justyna Kalbarczyk

 

 

 

 

girl_irl & Danny Brown – magic

Rok 2026 jest obfity w ciekawe kolaboracje, a ta jest jedną z bardziej intrygujących – trochę MAGICzna (hehe), ale nie w oczywisty sposób. Pozornie dwie, totalnie różne wrażliwości –  girl_irl i jej rozmyta, senna estetyka spotykają się z poszarpaną, nerwową energią Danny’ego Browna. Z tej pozornej kraksy powstał dudniący, niepokojąco hipnotyczny kawałek, który sam w sobie domaga się uwagi.

Łucja Krzywoń

Night Music Therapy – posłuchaj w Ultradźwiękach!

Po zimowej przerwie powraca seria eventów Night Music Therapy. Najbliższe wydarzenie odbędzie się się 26 marca w showroomie Sound Experience przy Tęczowej 7 we Wrocławiu. Gwoździem programu będzie kwartet Pradziad, łączący mrok polskiego jazzu lat 60. z etnicznym transem. ich muzyka wybrzmi w otoczeniu futurystycznych form Zieta Studio.

 

Szczęśliwcy zgarnęli zaproszenia na czwartkowy event w poniedziałkowych Ultradźwiękach, które prowadzili Marcelina Machacz i Marcin Olszyna. Ich gościem był Tymoteusz Walczak, jeden z organizatorów.

Jeśli chcecie przekonać się, czy warto udać się już jutro na kolejną edycję Night Music Therapy, poniżej  możecie odsłuchać poniedziałkową audycję:

 

Kocia loteria

kocia loteria
Dlaczego kocięta z jednego miotu potrafią wyglądać jak składanka z zupełnie różnych bajek? W marcu, kiedy zaczyna się tzw. „kocie marcowanie”, to pytanie wraca częściej niż kot na parapet. Okazuje się, że za tym pozornym chaosem stoi całkiem precyzyjna — choć momentami zaskakująca — biologia.

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Genetyczna orkiestra bez dyrygenta


Umaszczenie i wzory futra u kotów nie są dziełem jednego genu. To raczej cała orkiestra genetyczna, w której jedne geny dominują, inne się ukrywają, a jeszcze inne wprowadzają coś na kształt artystycznej improwizacji.

Efekt? Nawet przy tych samych rodzicach potomstwo może znacząco się różnić. Każdy kociak to osobna kombinacja genów — trochę jak wynik losowania, tylko zamiast liczb mamy kolory, wzory i długość futra.

Wielu ojców, jeden miot


Do tej genetycznej układanki dochodzi jeszcze jeden element, który brzmi jak fabuła serialu obyczajowego. Kotki mają owulację indukowaną — oznacza to, że dochodzi do niej dopiero po kopulacji.

A ponieważ w czasie jednej rui kotka może spotkać więcej niż jednego partnera, każde zapłodnione jajeczko może mieć innego ojca. Zjawisko to nosi nazwę heteropaternalnej superfekundacji. W praktyce oznacza to, że rodzeństwo z jednego miotu może być genetycznie bardziej zróżnicowane, niż mogłoby się wydawać.

Mozaika kolorów


Szczególnie interesujące są umaszczenia trójkolorowe, tzw. calico. Ich powstawanie wiąże się z procesem losowej inaktywacji jednego z chromosomów X u samic.

Każda komórka „decyduje”, z którego chromosomu korzystać. Jeśli jeden niesie gen czerni, a drugi rudości — powstaje charakterystyczna mozaika. To dlatego futro wygląda jak patchworkowy wzór, a nie jednolita powierzchnia.

Samce, posiadające tylko jeden chromosom X, nie mają tej możliwości — dlatego trójkolorowe kocury należą do rzadkości.

Biologiczna loteria


W efekcie jeden miot może obejmować kocięta o zupełnie różnych cechach — od umaszczenia, przez długość sierści, aż po budowę ciała. Jeden może być czarny, drugi pręgowany, trzeci rudy, a czwarty wyglądać jakby powstał w generatorze postaci ustawionym na „losuj wszystko”.

To jednak nie chaos, lecz matematyka. Geny mieszają się według określonych zasad, ale liczba możliwych kombinacji sprawia, że efekt końcowy potrafi zaskoczyć nawet biologa.

Marcowe romanse natury


Nieprzypadkowo o tym mówimy właśnie teraz. Marzec to okres wzmożonej aktywności rozrodczej kotów, potocznie nazywanej „kocim marcowaniem”. To właśnie wtedy najłatwiej o spotkania, które — z biologicznego punktu widzenia — zwiększają różnorodność genetyczną przyszłych miotów.

Natura nie projektuje „jednolitego zestawu”. Tworzy raczej dynamiczny system, w którym różnorodność jest największą przewagą.

To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, medycyną i filozofią życia — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Archive

Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po autorski, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym albumem studyjnym i udowadnia, że w świecie szybkich hitów oraz algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, a także podpowiadamy dlaczego ich nowej twórczości warto pozwolić „pogryźć się” z własnymi oczekiwaniami.

 


 

Od trip-hopu do własnego języka muzycznego

 

Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych, w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego i kojarzącego się z deszczowymi nocami oraz atmosferą miejskiej melancholii.

Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i moim zdaniem można wymienić je obok takich legendarnych albumów, jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jako gatunek, lecz punkt wyjścia.

W kolejnych latach ich muzyka zmieniała kierunek. Pojawiło się więcej gitar i bardziej rozbudowanych aranżacji. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny – brzmienie, któremu trudno przypiąć jedną etykietę. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.

Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów, budują napięcie, które narasta powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką grupy od początku była też jej płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. Przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek wnoszących do tej muzyki inny odcień emocji.


 

Utwór, który w Polsce urósł do legendy

 

Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu wykrzyczeć zżerające ją emocje.

Po momencie ciszy pojawia się delikatny motyw. Napięcie zaczyna rosnąć. W miarę gęstnienia dźwięków instrumentów, emocje narastają, by finalnie utwór eksplodował gitarowym finałem. W Polsce Again zyskało status niemal kultowego, a dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać bez intensywnych emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż zwykle prezentuje się jego okrojoną wersję.

 


 

Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi 

 

Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.

Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.

Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.

Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.

Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.

Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.

Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.

Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.


 

Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

 

Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.

Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.

 

 

Piotr Sekuła