Archiwum

Adam Bałdych – Chciałbym podzielić się tym, co jest we mnie najprawdziwsze

W dyskografii niejednego artysty znajduje się album, który diametralnie wpłynął na jego dalszą twórczość. Przełom może objawiać się na różne sposoby, na przykład wyraźną zmianą stylu gry. W przypadku produkcji Portraits Adama Bałdycha to jednak głęboka, jawna potrzeba powiedzenia więcej, niż dotychczas.

 

Zeszłoroczne dzieło polskiego skrzypka na pozór odwołuje się do znanych z jego dotychczasowej twórczości motywów. Solowa wirtuozeria harmonijnie łączy się z jazzowym sznytem kompozycji, tworząc bezsłowną, melodyjną poezję. To muzyka głęboko emocjonalna i szczera w swej wrażliwości, jak zawsze w dziełach Bałdycha. Tym razem treść 15 kompozycji ma jednak jeszcze większą moc, niż którakolwiek z wcześniejszych inicjatyw artysty. Portraits wychodzi bowiem daleko poza ramy bycia tylko i wyłącznie albumem muzycznym.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, gdy z muzykiem skontaktowali się pracownicy Instytutu Pileckiego, organizacji zajmującej się dokumentowaniem historii XX wieku. Bałdych otrzymał propozycję stworzenia albumu inspirowanego osobistymi tragediami ludzi dotkniętych II Wojną Światową. Do rąk artysty trafiły intymne, poruszające materiały testamenty, listy rodziców żegnających swoje dzieci; zaklęte w kartach okrutnej historii okruchy troski i miłości.

Po zapoznaniu się z archiwaliami Instytutu, Bałdych zaczął myśleć o kiełkującym projekcie szerzej, samemu szukając tekstów, które dopełniłyby emocjonalny obraz dzieła:

Zaciekawiła mnie książka napisana przez kompozytora Szymona Laksa [Gry obozowe – przyp. red.], który prowadził orkiestrę obozową. Opowiadał o tym jak jeden z flecistów grających w orkiestrze wykonywał utwór i tak się zapomniał w tej muzyce, ona go tak uniosła, że zamknął oczy. Grał swoją linię melodyczną i nie zauważył, że za jego plecami przejechały autobusy z kobietami, które zabrano do obozu koncentracyjnego, w tym jego żonę.

Ogrom cierpienia zmieszany z przebłyskami dobra i wrażliwości, które zostały zawarte w głosach z przeszłości, wstrząsnęły muzykiem. Jak sam opisuje, muzyka wylała się z niego w ciągu dwóch dni. Zapisywał poszczególne przeżycia jedynie w formie szkicu utworu, by móc szybko przejść do kolejnej kompozycji. Za wszelką cenę chciał uchwycić autentyczność emocji  wywołanych wydarzeniami sprzed ponad 80 lat.

Portraits to dzieło dwóch obliczy, obrazujące dylemat moralny, który trapił muzyka w trakcie tworzenia. Dlaczego jesteśmy w stanie tworzyć nieskończenie piękne dzieła, a jednocześnie dokonywać tak okrutnych zbrodni? Kim jest współczesny człowiek i czy tak bardzo różni się od swoich przodków? Wiele pojawiających się w głowie artysty pytań pozostało bez odpowiedzi, a ów dualizm ludzkiej natury znalazł odbicie w finalnych kompozycjach.

Album otwierają majestatyczne hymny, takie jak Tree Of Knowledge oraz Protest Song. Nadają ton pierwszej połowie albumu, poruszając swym pięknem i mocą. Z czasem nastrój coraz bardziej się zmienia. W połowie tracklisty, za sprawą Lullaby For Ulma Family z oczu zaczynają płynąć łzy bezsilności. Kołysanka dedykowana jest wielodzietnej polskiej rodzinie, zamordowanej przez nazistów za ukrywanie Żydów.

Najbardziej porażający moment płyty nastaje zaraz za półmetkiem, gdy zapadający nagle, wszechogarniający mrok Depths Of The Earth jest stopniowo rozświetlany przez bijące nadzieją Vision (Talking To Jesus). Po triumfalnej Hamsie na jakiś czas ponownie nastaje ciemność. Bałdych nie zostawia jednak słuchacza w emocjonalnej otchłani. Ukojenie zapewnia przepiękne, zamykające płytę Relief.

Silne wołanie o pokój i tolerancję w czasach rosnących tendencji nacjonalistycznych nie skończyło się na samej płycie Portraits. Adam Bałdych nie chciał chować się za muzyką”. Potrzebował również wyjść z cienia i powiedzieć głośno, że nie zgadza się na targany wojami współczesny obraz świata. Szczególnie po tym, czego doświadczył, obcując ze wspomnieniami ludzkich tragedii II Wojny Światowej.

Podczas trasy koncertom kwintetu towarzyszyły panele muzyczne i historyczne. W dniu koncertu we wrocławskiej Synagodze Pod Białym Bocianem odbyły się warsztaty muzyczne, w trakcie których początkujący twórcy mogli skorzystać z wskazówek Bałdycha, a także posłuchać wykładu historyczki dr Joanny Hytrek-Hryciuk, która opowiedziała między innymi o losach wrocławskiej społeczności żydowskiej.

Najmocniejsze przesłanie popłynęło z samej sceny. Zespół w składzie: Adam Bałdych (skrzypce), Sebastian Zawadzki (fortepian), Marek Konarski (saksofon), Andrzej Święs (kontrabas) oraz Dawid Fortuna (perkusja) wraz z gościnnym występem Piotr Odoszewskiego (wokal) wypełnił każdy skrawek przestrzeni Synagogi dźwiękami przepełnionymi nadzieją i pokojem.

Wspaniale zintegrowany, z harmonią malujący kolejne obrazy kwintet bezsłownie realizował idee swojego lidera. Celem Bałdycha jest bowiem szerzenie piękna przez muzykę oraz stworzenie, choćby tylko na czas koncertu, wspólnoty ludzi, którzy – chociaż bardzo się od siebie różnią są łączeni podobnymi doświadczeniami. W tym zawiera się cała wyjątkowość sztuki polskiego skrzypka. Tworzy dzieła abstrakcyjne, w których każdy może odnaleźć cząstkę własnej wrażliwości.

Oczywiście sam album Portraits nie zakończy mającej się coraz lepiej fali niechęci do obcych, od której już tylko krok do przemocy i mordu. Jeśli jednak choć kilka osób dotknie przesłanie, które niesie ze sobą muzyka Bałdycha, będzie można mówić o sukcesie. Każdy z nas nosi w sobie okruchy dobra i zła i tylko od nas zależy, którą stronę wybierzemy wobec drugiego człowieka.

Całość rozmowy z Adamem Bałdychem:

Jeżeli szukacie jeszcze więcej jazzowych wrażeń, zapraszamy do zajrzenia do najnowszego wydania Wrocławskiego Niezbędnika Kulturalnego. Znajdziecie tam obszerną zapowiedź 62. edycji festiwalu Jazz nad Odrą i wiele, wiele więcej. Link do wydania internetowego poniżej:

 

Tekst: Michał Lach
Korekta: Pola Sosin
Zdjęcia: Tomasz Szudrowicz

 

Kosmonauci – SIEKA

SIEKA to pierwszy singiel zapowiadający nowy album, nad którym pracują Kosmonauci. Grupa wraca z utworem żywiołowym i pulsującym energią, a jednocześnie niosącym w sobie nutkę subtelnej melancholii. Brzmieniowo SIEKA rozwija kierunek, który Kosmonauci konsekwentnie eksplorują od 2024 roku. Świetnie odnajdują balans między LUZem a precyzją.

Łucja Krzywoń

Biały Falochron – Jak życzenia

Zapis cichych lęków, wewnętrznych napięć i pragnienia bliskości, zamknięty w krótkiej, ale treściwej formie. Jak życzenia są drugim zwiastunem nadchodzącego albumu od krakowsko-wrocławskiego duetu Biały Falochron. Warstwa muzyczna opiera się na surowym, chropowatym brzmieniu gitary, przełamanym charakterystycznym dla chłopaków emocjonalnym syntezatorem. Brzmienie jest szorstkie, momentami surowe aż do bólu, ale przez to autentyczne i bezpośrednie. Bez filtrów.

Łucja Krzywoń

Prawdziwe Pokémony

prawdziwe pokemony

Czy organizm może niemal całkowicie przebudować swoje ciało i wyjść z tego procesu w zupełnie nowej formie? Metamorfoza owadów wygląda jak biologiczna magia: gąsienica zamyka się w kokonie, a po czasie pojawia się motyl. Skąd wzięła się ta zdolność i dlaczego okazała się jednym z największych ewolucyjnych sukcesów na Ziemi?

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Od prostego wzrostu do rewolucji


Najstarsze owady, które pojawiły się około 480 milionów lat temu, rozwijały się w sposób przewidywalny. Z jaj wykluwały się miniaturowe wersje dorosłych osobników. Rosły, liniały, zrzucały oskórek i stopniowo osiągały dojrzałość. Bez kokonu. Bez dramatycznych przemian. Po prostu „to samo, tylko większe”.


Dopiero około 400 milionów lat temu pojawiły się nimfy — młodociane stadia różniące się od dorosłych form proporcjami czy brakiem skrzydeł. Był to pierwszy krok w stronę bardziej złożonych cykli życiowych. Nadal jednak rozwój przebiegał stopniowo.

Przeobrażenie zupełne – biologiczny reset


Prawdziwy przełom nastąpił wraz z wykształceniem przeobrażenia zupełnego. W tym modelu larwa i dorosły owad to dwie zupełnie różne formy życia pod względem wyglądu, funkcji i trybu życia. Larwa koncentruje się na jedzeniu i wzroście. Dorosły osobnik — na rozmnażaniu i rozprzestrzenianiu gatunku.


Kluczowym etapem jest stadium poczwarki. W jego trakcie dochodzi do kontrolowanego rozpadu części tkanek larwalnych oraz rozwoju struktur dorosłego organizmu z tzw. dysków imaginalnych — grup komórek obecnych już w stadium larwy. Proces regulowany jest między innymi przez hormon juwenilny, który decyduje, kiedy organizm może „przejść dalej”.


To nie metafora. To realna przebudowa na poziomie komórkowym i hormonalnym. Organizm nie tyle się zmienia, co przechodzi głęboki, zaprogramowany proces transformacji.

Dlaczego to się opłaca?


Pełna metamorfoza okazała się jednym z największych ewolucyjnych sukcesów. Larwy i dorosłe osobniki nie konkurują ze sobą o zasoby. Jedne żerują na liściach, inne żywią się nektarem. Jedne funkcjonują w glebie, inne przemieszczają się w powietrzu. To skuteczny podział nisz ekologicznych.


Dodatkowo każda forma może wyspecjalizować się w jednej roli: larwa w gromadzeniu energii, dorosły osobnik w reprodukcji. Taki podział zadań zwiększa efektywność całego cyklu życiowego.


Nic dziwnego, że dziś ponad 80% wszystkich gatunków owadów korzysta z tej strategii. W świecie ewolucji to wynik, który mówi sam za siebie.

Naturalny „upgrade”


27 lutego obchodzony jest Pokémon Day — święto fikcyjnych ewolucji, które dokonują się w jednej chwili. W przyrodzie proces ten trwa znacznie dłużej, ale jego efekt jest równie spektakularny. Miliony lat selekcji naturalnej doprowadziły do powstania systemu, w którym organizm potrafi całkowicie zmienić swoją strukturę i funkcję.


Metamorfoza pokazuje, że zmiana nie jest kaprysem biologii. Jest strategią przetrwania. Czasem jedna forma musi ustąpić miejsca drugiej, by organizm mógł wykorzystać swój potencjał w nowym środowisku.


To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, ewolucją i mechanizmami rozwoju — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.


Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Ciepła Europa i zimna Ameryka

zimna ameryka

Dlaczego zimy w Europie są łagodniejsze niż w Ameryce Północnej, mimo że leżymy na podobnej szerokości geograficznej? Na mapie Londyn i Calgary wyglądają jak klimatyczni bliźniacy. W rzeczywistości jednak ich zimowe temperatury potrafią różnić się o kilkanaście stopni. Skąd ta różnica?

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Geografia to nie wszystko


Na papierze wszystko wydaje się proste: Londyn i Calgary leżą w okolicach 51 stopni szerokości północnej. Teoretycznie powinny więc doświadczać podobnych zim. Tymczasem w Londynie średnia temperatura w styczniu oscyluje wokół kilku stopni powyżej zera, podczas gdy w Calgary mrozy potrafią być dotkliwe i długotrwałe.


Sama szerokość geograficzna nie decyduje jednak o klimacie. O tym, jak zimno odczuwamy zimą, decyduje cała orkiestra czynników — od oceanów, przez wiatr, po ukształtowanie kontynentów.

Atlantyk – naturalne ogrzewanie Europy


Najważniejszym bohaterem tej historii jest Atlantyk. Ciepłe prądy oceaniczne, w tym Prąd Zatokowy, transportują ogromne ilości energii cieplnej z rejonów tropikalnych w kierunku północnym. System ten jest częścią większej cyrkulacji znanej jako Atlantic Meridional Overturning Circulation (AMOC).


Ciepła woda oddaje energię do atmosfery, a zachodnie wiatry przenoszą ją nad Europę. Efekt? Klimat, który można porównać do wbudowanego ogrzewania. Bez tego mechanizmu zimy w zachodniej i północnej Europie byłyby znacznie surowsze.

Kontynent otoczony wodą


Europa jest stosunkowo niewielkim kontynentem otoczonym wodą. A woda nagrzewa się i stygnie znacznie wolniej niż ląd. Oznacza to, że zimą ocean oddaje zgromadzone latem ciepło do atmosfery, łagodząc spadki temperatury.


Ameryka Północna wygląda inaczej. To ogromny ląd, który zimą szybko się wychładza. Brak rozległego, ciepłego akwenu na zachodzie kontynentu sprawia, że temperatury mogą spadać gwałtowniej i utrzymywać się na niskim poziomie przez dłuższy czas.

Prąd strumieniowy i arktyczne powietrze


Istotną rolę odgrywa również prąd strumieniowy, czyli tzw. jet stream. W Ameryce Północnej często tworzy on głębokie meandry, które umożliwiają arktycznym masom powietrza wędrówkę daleko na południe. Skutkiem są nagłe fale mrozów obejmujące nawet południowe stany USA.


W Europie przebieg prądu strumieniowego jest zwykle bardziej stabilny i przesunięty na północ. Dzięki temu napływy ekstremalnie zimnego powietrza zdarzają się rzadziej i są mniej intensywne.

Delikatna równowaga


Choć często wskazuje się na Prąd Zatokowy jako głównego sprawcę łagodnych zim, naukowcy podkreślają, że jest on tylko jednym z elementów większego systemu. Klimat Europy to efekt współdziałania oceanów, wiatrów i położenia geograficznego.


Warto jednak pamiętać, że ta równowaga nie jest dana raz na zawsze. Badania sugerują, że system AMOC może w przyszłości słabnąć. Gdyby tak się stało, europejskie zimy mogłyby stać się wyraźnie chłodniejsze.


Europa zawdzięcza więc swoją łagodniejszą zimę nie magii, lecz ciepłej energii transportowanej przez ocean. To dowód na to, jak silnie globalne procesy wpływają na codzienną pogodę za oknem.


To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, medycyną i filozofią życia — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.


Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

By Storm – Dead Weight

Dekonstrukcja ludzkich emocji ukryta w muzycznym dysonansie. Injury Reserve oficjalnie zakończyło działalność w 2021 po albumie By The Time I Get To Phoenix, który dokończono po śmierci Jordana Groggsa, jednego z członków grupy. By Storm to osobliwy hołd złożony zmarłemu muzykowi przez jego długoletnich muzycznych wspólników – RiTchiego i Parkera. W tym tygodniu w paśmie Mocograjów wyróżniamy utwór Dead Weight z debiutanckiego albumu duetu By Storm.

Arizoński skład przez lata dbał o nietuzinkowość swoich projektów, szukając swojej niszy w balansie eksperymentu z chwytliwością. Wraz z albumem Injury Reserve z 2019 roku, grupa osiągnęła szczyt w konwencji rapowo-eksperymentalnej, co widać przede wszystkim w popularności niektórych utworów z tego krążka. Rok później w wieku 32 lat odszedł Jordan Groggs, charyzmatyczna siła całego trio. Przed śmiercią zdążył on jednak nagrać zwrotki na płytę By The Time I Get To Phoenix, która pierwotnie miała zostać zadedykowana zmarłemu ojcu RiTchiego. Po miesiącach kontemplacji podjęto decyzję o dokończeniu albumu, lecz wraz z jego premierą zakończono również działalność Injury Reserve. Płyta odbiła się szerokim echem w rapowym środowisku dzięki unikatowej produkcji i monumentalnej poetyckości tekstów. Wbrew hiphopowym standardom, RiTchie opuszcza muzyczną gardę i traktuje linijki jak medium, przez które może porozumieć się ze swoim zmarłym przyjacielem. Ta wszechobecna histeria i chaos oraz przeszywający smutek to emocjonalny nokaut, który z pewnością nie jest dla każdego. Jednak z pewnością można stwierdzić, że jest to muzyczne opus magnum całego projektu.

Trudno nie usłyszeć, że My Ghosts Go Ghost to rozwój pomysłów z ostatniej płyty Injury Reserve. Polirytmia, delay, krzywy autotune – widać, że panowie mieli zamysł na to, w jakim kierunku chcą poprowadzić swoją współpracę. Nie słychać również jakby był to zbitek niedomkniętych kompozycji, które przez lata zalegały na dysku. Na MGGG, Parker niejednokrotnie osiąga produkcyjne katharsis poprzez powolną budowę poszczególnych elementów. Kompozycyjne napięcie rozwija RiTchie, który w teatralny sposób bawi się wokalem i ponownie udowadnia swój niezaprzeczalny dryg przy doborze słów. Jest to materiał stosunkowo ciężkostrawny, lecz wciąż niezmiernie zaskakujący.

Jędrzej Śmiałowski

My Ghosts Go Ghost by By Storm

Robohands – Hermit Part III

Robohands – „Hermit Part III” to spokojniejszy, bardziej refleksyjny utwór z nowego albumu Oranj, który ukazał się 16 stycznia 2026 jako część najnowszej płyty projektu Robohands.
Robohands to eksperymentalny projekt brytyjskiego kompozytora i multiinstrumentalisty Andy’ego Baxtera, który od lat łączy elektronikę z jazzowymi inspiracjami oraz szerokim spektrum rytmicznych poszukiwań. Jego twórczość często balansuje między jazzową improwizacją, elektroniczną teksturą i downtempo nastrojem, co czyni ją wyjątkowo interesującą dla słuchaczy ceniących zarówno gatunkową głębię, jak i nowatorskie podejścia do rytmu i brzmienia.
Hermit Part III to przykład minimalistycznego, introspektywnego podejścia w muzyce Robohands – jest to utwór o spokojnym, „sennym” charakterze, ale jednocześnie z wyraźnym pulsującym rytmem, który nadaje mu lekko hipnotyczny groove.
Choć w twórczości Robohands często przewijają się bogate aranżacje i jazzowe harmonie, w tym konkretnym kawałku centralną rolę odgrywają perkusyjne partie i rytmika, które prowadzą kompozycję, nadając jej spokojny, ale zdecydowany puls – jakby rytmicznie podkreślając przestrzeń i ciszę między dźwiękami.
To idealna propozycja na refleksyjne, minimalistyczne odsłuchy – utwór, który jednocześnie koi i wciąga, pozwalając odpłynąć myślom i zanurzyć się w subtelnej, jazzowo-elektronicznej atmosferze.

Piotr Sekuła

Yin Yin – Spirit Adapter

Yin YinSpirit Adapter to energetyczny, taneczny utwór kwartetu z Holandii, który świetnie łączy eksperymentalne podejście z zachodnią psychodelią i elektroniką, przemieszanymi z wschodnimi, azjatyckimi motywami etnicznymi. Zespół z Maastricht od lat eksploruje brzmienia na pograniczu różnych kultur i stylów – od disco i funku po surf i psychodeliczne dźwięki inspirowane muzyką Azji Południowo-Wschodniej – tworząc muzykę jednocześnie hipnotyczną i zachęcającą do tańca.

Utwór Spirit Adapter pochodzi z najnowszego albumu Yatta!, który ukazał się 23 stycznia 2026 roku i jest jednym z centralnych punktów tej płyty. Brzmi jak radosne, słoneczne disco-psychodeliczne jamy – idealne, aby rozświetlić mroźne styczniowe poranki mocnym, rytmicznym groove’em i tropikalnym nastrojem.

Choć Yin Yin są przede wszystkim instrumentalni, w Spirit Adapter pojawia się także wokal – głos basisty Remy’ego Scherena, który brzmi bardziej jak kolejny instrument spleciony z pulsującym rytmem niż klasyczna linia wokalna. Całość kompozycji przypomina muzyczny kolaż, w którym zachodnia taneczność i elektroniczne pejzaże splatają się z nagłym błyskiem azjatyckiej egzotyki, tworząc niepowtarzalną mieszankę dźwięków.

To kawałek, który z jednej strony kipi energią dyskotekową, a z drugiej zanurza słuchacza w marzycielskie, globalne brzmienia, co czyni go idealnym soundtrackiem do zimowych poranków z kubkiem kawy i domowym parkiecie do tańca.

Piotr Sekuła

Komunikacja zwierząt

koń człowiek

Czy zwierzęta mogą nauczyć się „języka” innego gatunku? Choć brzmi to jak scenariusz filmu familijnego, nauka coraz częściej pokazuje, że komunikacja międzygatunkowa jest znacznie bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać. Zwierzęta nie mówią tak jak ludzie, ale potrafią rozumieć sygnały, dźwięki i intencje innych gatunków — czasem w sposób zaskakująco skuteczny.

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Czym właściwie jest „język”?


Słowo „język” jest wygodną metaforą, ale w świecie zwierząt nie oznacza tego samego, co w ludzkiej komunikacji. Język w naszym rozumieniu to system symboli, gramatyka, składnia i możliwość tworzenia nieskończonej liczby znaczeń. Zwierzęta nie operują takim systemem.


Badacze nie szukają więc u zwierząt ludzkiego języka, lecz analizują konkretne sygnały: dźwięki, gesty, postawy ciała i reakcje, które mają określone znaczenie w danej sytuacji. To komunikacja — często bardzo złożona — ale oparta na innych zasadach.

Podsłuchiwanie innych gatunków


W świecie przyrody „podsłuchiwanie” to strategia przetrwania. Ptaki wędrowne potrafią interpretować nawoływania innych gatunków, co pomaga im w nawigacji i unikaniu zagrożeń podczas migracji. Badacze z Uniwersytetu Illinois Urbana-Champaign zaobserwowali, że samotne ptaki dosłownie uczą się reagować na sygnały obcych gatunków, by lepiej odnaleźć się w nowym środowisku.


Jeszcze ciekawszym przykładem jest drongo — afrykański ptak, który potrafi perfekcyjnie imitować sygnały alarmowe innych zwierząt, takich jak surykatki. Wzbudza panikę, a gdy ofiary uciekają, kradnie im pożywienie. Gdy zwierzęta zaczynają rozpoznawać oszustwo, drongo uczy się nowych dźwięków. To nie tylko naśladownictwo, ale elastyczne dostosowywanie komunikacji do sytuacji.

Psy i ludzkie sygnały


Psy od tysięcy lat żyją obok ludzi i nauczyły się wyjątkowo skutecznie interpretować nasze gesty, ton głosu i mimikę. Potrafią rozróżniać emocje, reagować na polecenia, a nawet uczyć się nazw przedmiotów w sposób przypominający dziecięce uczenie się słów.


Nie oznacza to jednak, że rozumieją język w ludzkim sensie. Reagują na sygnały i kontekst, budując system skojarzeń, który pozwala im skutecznie współpracować z człowiekiem.

Szympansy i język migowy


Jednym z najbardziej znanych przypadków badań nad międzygatunkową komunikacją jest historia szympansicy Washoe, która nauczyła się ponad 350 znaków języka migowego i potrafiła łączyć je w proste sekwencje.


Część naukowców uważa, że był to efekt intensywnego treningu i skojarzeń, inni widzą w tym zalążek prawdziwej komunikacji symbolicznej. Niezależnie od interpretacji pokazuje to, że granice między systemami komunikacji różnych gatunków nie są tak sztywne, jak kiedyś sądzono.

Rozumienie czy naśladowanie?


Czy zwierzęta naprawdę rozumieją, co „mówią”? W wielu przypadkach raczej reagują na sygnały, kontekst i doświadczenie, niż operują abstrakcyjnymi pojęciami. Potrafią jednak dostosowywać swoje zachowanie, uczyć się nowych dźwięków i interpretować intencje innych.


To pokazuje, że komunikacja w świecie zwierząt jest znacznie bardziej elastyczna i sprytna, niż mogłoby się wydawać — nawet jeśli nie przypomina ludzkiej rozmowy przy kawie.

To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, medycyną i filozofią życia — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Roch Czerwiński ft. Marek Wojtynek & Martyna Tybor & Radek Stojda

Wyobraź sobie starą salę kinową, w której kurz tańczy w snopie światła z projektora. Na ekranie – nie hollywoodzki film, a Zwykły seans życia. Roch Czerwiński w tym utworze zabiera słuchacza w podróż przez rutynę i codzienność, które stają się tematem najważniejszego przedstawienia. To jeden z kluczowych kadrów Feminy, koncepcyjnego krążka, którego tytuł i dusza czerpią z legendy nieistniejącego już warszawskiego kina o tej samej nazwie.

W kompozycji przeważają wyraziste gitary, tworząc dynamiczne tło, przez które przebija się stanowczy, choć momentami łamiący się głos Marka Wojtynka. Przez tę szorstkość przemyka się opowieść o fragmentach zwyczajnego dnia, wyjętych spod wielkomiejskiego pośpiechu.

Łucja Krzywoń