Archiwum

Kasoil, Ajzeja- Brak

Z Braku tego jednego słowa w języku polskim, który definiowałby paradoks pomiędzy pragnieniem bliskości a strachem przed utratą niezależności Kasoil stworzyła o tym cały utwór. I staje się on Mocograjem tego tygodnia w Radiu LUZ. 

Tętniący bit od Ajzeji z domieszką hip-hopu wprowadza nas w mroczny, niespokojny klimat jak nocny spacer przez opustoszałe miasto. To podróż w głąb chaosu, w którym łatwo się zgubić, ale dużo trudniej odnaleźć. Kasoil w melodyjnych wersach mierzy się z tym napięciem, opowiadając o głodzie emocji w świecie, który nieustannie karmi nas nadmiarem bodźców. A stabilna, bezpieczna relacja wprawia nas w stan zagrożenia.

Nawet okładka singla pokazuje nam artystkę w ruchu – w biegu, który wydaje się nie mieć końca. To symboliczna ucieczka, której stawką jest własna autonomia.

I choć to zarazem dopiero i już drugi singiel zapowiadający nadchodzące EP1, jestem pewna, że po jego przesłuchaniu nigdy nie powiem:

wolałam brak, lepszy był brak

Justyna Kalbarczyk

Artystka Tygodnia: Amaarae

Po premierze dwóch poprzednich albumów, pochodząca z Ghany raperka, piosenkarka i artystka wizualna Amaarae odwiedziła nocne sceny Miami, Los Angeles i São Paulo, gdzie zgłębiła chicagowski house i detroicki ghettotech, a także wniknęła głębiej w ghańskie regionalne mikrogatunki. Niezwiązany z żadnym miejscem, wydany w ubiegłym miesiącu Black Star tworzy własne suwerenne terytorium na parkiecie; nazwijmy je „CzechSlovakAtlanta”, jak zadeklarowała Bree Runway w samym środku laserowej kanonady w Starkilla. Ambicja Amaarae – przegląd diaspory afrykańskiej – współgra, a może nawet przewyższa tę, która stoi za Renaissance Beyoncé, choć ze znacznie mniej dydaktycznym podejściem. Zawarte w singlu Girlie-Pop!, łączącym jersey club i highlife, credo brzmi prosto:

switching genres till we make it pop!


Nasza selekcja:

SAD GIRLZ LUV MONEY Remix

2021

Golden Child

Przełomowym momentem w karierze Amaarae był wydany w 2020 roku album THE ANGEL YOU DON’T KNOW. Jego częścią był utwór SAD GIRLZ LUV MONEY, który za sprawą późniejszego remixu z Kali Uchis odtworzono kilkaset milionów razy na serwisach streamingowych. Wtedy szersze grono odbiorców po raz pierwszy usłyszało charakterystyczny dla artystki nastrojowy mix R&B i afrobeatsów. Prawdziwy manifest wielkości Ghanki miał jednak dopiero nadejść.


Fountain Baby

2023

Golden Child Entertainment

Fountain Baby to dzieło, które w 2023 roku znalazło się w większości końcoworocznych podsumowań najlepszych albumów poprzednich dwunastu miesięcy (w tym i naszym) . Amaarae skupiła się na dopracowaniu formuły z THE ANGEL YOU DON’T KNOW, tworząc płytę, która łączy w sobie spójność stylistyczną i dopracowanie każdego detalu z niezwykłą chwytliwością kompozycji.

Artystka płynnie balansuje pomiędzy atmosferycznym, chłodnym R&B, a ciepłymi dźwiękami gatunku afrobeats. Wystarczy jeden odsłuch, by utwory takie jak Big Steppa, Co-Star, czy Reckless & Sweet na dłużej zagościły w głowie, niekoniecznie chcąc ją potem tak łatwo opuścić. W trakcie tworzenia Amaarae nie bała się również eksperymentować. Przykładem jest chociażby Sex, Money, Violence, gdzie po delikatnym początku rozkręca szaloną, punkową jazdę.

Ogromną siłą Fountain Baby jest też sposób, w jaki artystka wykorzystuje swój wysoki, bardzo charakterystyczny wokal. W otoczeniu morza syntezatorów często odbiera się go bardziej jako kolejny, perfekcyjnie spleciony z muzyką efekt dźwiękowy. Co istotne, same teksty również mają niebagatelne znaczenie. Większość z nich zawiera bowiem mniej, lub bardziej dosadne deklaracje przynależności Amaarae do grona osób LGBT+. Relacje nieheteroseksualne są zaś w Ghanie nielegalne. W ten sposób drugi studyjny album Amy Serwah Genfi okazuje się przede wszystkim płytą seksualnego wyzwolenia i stanowczym głosem kobiety, która używa swojego ciała jak, kiedy i z kim chce.


Black Star

2025

Golden Child Entertainment

Black Star to niewątpliwie nowy rozdział w twórczości Amaarae. Po znakomicie przyjętym Fountain Baby przyszedł czas na zmianę formuły. Choć na najnowszym albumie Ghanki można trafić na utwory równie gładkie, co na długogrającym poprzedniku, to większość kompozycji jest zdecydowanie bardziej agresywna i klubowo zorientowana. By iść artystycznie do przodu, artystka zdecydowała się spojrzeć wstecz, mocno inspirując się wywodzącym się z rodzimego kraju gatunkiem, zwanym highlife.

Efekty słychać już od pierwszych sekund otwierającego album utworu Stuck Up. Tam, gdzie Fountain Baby stawiało na płynne, kołyszące dźwięki, Black Star atakuje całą gamą świdrujących, przytłaczających zmysły bangerów. Przykładami są chociażby rewelacyjny singiel S.M.O , czy agresywne Starkilla.

To płyta, nie tylko metaforycznie, narkotyczna. Ciągłe wzmianki o kolejnych substancjach odurzających podkręcają nastrój nieustannego, niezaspokojonego pożądania, tym bardziej podniecającego, że zupełnie nierzeczywistego. Groteskowość i zagubienie w tych odczuciach perfekcyjnie oddaje refren utworu She Is My Drug, “coverujący” legendarne Believe Cher.

Do you believe in love off the drugs?
I can feel the rush and I lean into you
I really don’t think you’re strong enough, oh

Amaarae najsilniej pokazuje nową twarz w otoczeniu artystów, kojarzonych z gatunkami dotychczas jej obcymi. Świetnym przykładem jest klubowo-cukierkowe Kiss Me Thru The Phone Pt.2 z Pink Panthress, płynnie integrujące ich pozornie przeciwstawne sposoby artystycznej ekspresji.

Prawdziwą perełka aranżacyjną jest utwór Dream Scenario. W pierwszej części zaskakiwani jesteśmy całą gamą organicznych i komputerowych dźwięków. Harmonijka, harfa, luksusowe skrzypce i cała gama syntezatorów wspierają mocno zmodulowany głos Amaarae w przejściu do drugiej, ascetycznej połowy kompozycji. Tutaj delikatne klawisze i śliczny chór pozwalają w pełni wybrzmieć popisowemu występowi Charliego Wilsona.

Black Star to album, który dosadnie pokazuje, że Amaarae ma szansę stać się jedną z największych gwiazd światowej muzyki pop. W swojej twórczości w znakomity sposób łączy dziedzictwo afrykańskiej muzyki rozrywkowej ze współczesnymi trendami, wykorzystując je do swobodnej ekspresji własnej seksualności i emocjonalności. Przy pomocy Naomi Campbell w utworze ms60, jasno deklaruje: I am the black star. Nie da się z nią nie zgodzić.

Michał Lach

 

Ana Frango Elétrico ft. Marcos Valle – Não Tem Nada Não

Muzyka brazylijska ponownie zatacza krąg, kontynuując dziedzictwo mistrzów minionej ery, zatopionej w ciepłym funku. Ana Frango Elétrico powracają prawie dwa lata po wydaniu fenomenalnej płyty Me Chama De Gato Que Eu Sou Sua z singlem Não Tem Nada Não. W prostym tłumaczeniu tytuł ten oznacza  „Nie posiadam niczego, nie”, lecz czy to prawda, kiedy u boku Any słyszymy postać równie legendarną i nietuzinkową, jaką jest Marcos Valle? Posłuchajcie i przekonajcie się sami!

Wróćmy na chwilę do roku 1973. Jest to czas należący przede wszystkim do brzmień gitarowych, odnoszących się do tradycji bossa novy, lecz w sposób subtelny i nowoczesny. Psychodeliczne nurty najbardziej słychać na albumach cechujących się wybornym wokalem. Za przykład niech posłużą ówczesne wydawnictwa Gal Costy, Cassiano czy Toma Zé. Są to artyści badający giętkość języka portugalskiego, wybornie przybliżając jego piękno i melodyjność. Wśród tego zacnego grona należy również wymienić Marcosa Valle człowieka renesansu i wiecznie młodego muzyka z Rio de Janeiro. Album Previsão do Tempo to pozycja obowiązkowa, jeżeli chcecie poczuć brazylijski polot i ciepło. Jest to muzyka równie surowa, co treściwa i piękna. Nie bez powodu producenci tak namiętnie korzystają z dźwięków właśnie tej płyty w celach samplowego recyklingu.

Podobnej rzeczy dopuściła się Ana Frango Elétrico, którzy w najnowszym singlu zapożyczają kompozycję z Previsão do Tempo. Na Não Tem Nada Não doświadczamy wyśmienitej sztuki coveru, idealnie balansującej między formą pierwotną, a autorskim zabarwieniem. Najważniejsza staje się końcówka, która zupełnie odbiega od oryginału, dając miejsce żywej energii. Rozgrzany groove reinterpretuje kultowy utwór Gypsy Woman (La Da Dee) i na długo zostanie wam w pamięci. Swoją wokalną cegiełkę dołożył również sam autor kompozycji, czyli Marcos Valle, lecz skrzętnie kamufluje się on w gąszczu ciepłych głosów wspierających Anę. Niektórym szczęśliwcom było dane usłyszeć ten utwór na żywo nieco wcześniej, ponieważ Não Tem Nada Não było częścią koncertowej setlisty, jaką Ana prezentowali, tourując ze swoim ostatnim albumem.

Não Tem Nada Não to kwintesencja ducha brazylijskiego dziedzictwa. Współpraca Marcosa Valle i Any Frango Elétrico to nie jedyny przypadek, kiedy muzyczna młodzież wspierana jest przez starsze pokolenie. Arthur Verocai, po latach nieobecności w branży muzycznej, mentorował BadBadNotGood w komponowaniu albumu Talk Memory. Ten wkład pomógł zaprezentować jego muzyce młodszemu gronu odbiorców. Oby tak samo było w przypadku Marcosa Valle, bo ilość brzmień i kolorów w dyskografii tego człowieka to studnia bez dna. Co niesamowite, pomimo 83 lat na karku, Marcos dalej koncertuje i jak widać tworzy równie piękne dźwięki, co przed laty.

Jędrzej Śmiałowski

 

Frost Children – Bound2U

frost children sister

Renesans takich gatunków, takch jak dubstep czy EDM trwa w najlepsze. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność wyróżnić Skrillexa jako jeden z naszych Mocograjów. Dzisiaj robimy to z Frost Children.

Nowojorski duet, złożony z rodzeństwa Angel i Lulu, powraca z ultra głośnym, trzecim albumem SISTER. Twórcy określają go jako płyta, którą zawsze chcieli nagrać i muzykę, której sami chcieliby słuchać. Nic dziwnego – SISTER to doskonale przemyślany, dojrzały i różnorodny materiał, nierzadko wykraczający poza swoje macierzyste rejony. A jak doskonale sprawdza się na koncertach! Miałem okazję widzieć występ tego duetu podczas ostatniej edycji OFF Festivalu w Katowicach i był to jeden z absolutnych highlightów całego weekendu.

Pośród takich bangerów, jak singlowe Falling czy adekwatne do swojego tytułu ELECTRIC, znalazło się także nieco zaskakujące Bound2U. Zaskakujące z uwagi na spokojną, organiczną perkusję, zestawioną z dropem wypełnionym ostrymi jak brzytwa syntezatorami. Cicha woda brzegi rwie? W przypadku Frost Children trudno mówić o jakiejkolwiek ciszy. Oni po prostu rwą te brzegi. Najgłośniej, jak tylko się da.

Jeśli kogoś ominął sierpniowy gig, już w grudniu będzie miał możliwość to nadrobić. Zespół odwiedzi warszawską Hydrozagadkę w ramach trasy promującej nowy krążek. Są takie koncerty, które chciałoby się przeżyć drugi raz – Frost Children bez dwóch zdań do takich należą.

Antek Winiarski

SISTER by Frost Children

Audioriver – relacja

Audioriver od 2 lat stacjonuje w Łodzi na przepastnych błoniach. Tak duża przestrzeń jest konieczna, gdyż spokojnie można rzec, że jest to największy festiwal muzyki elektronicznej w Polsce, a nawet w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Ostatnimi laty twórcy wyciągają jednak rękę (a może raczej ucho) w kierunku innych gatunków i różnorodnych artystów. Przedstawimy Wam naszych faworytów tegorocznej, 19. edycji. Uwierzcie było w czym wybierać. W tym roku teren festiwalu tworzyło bowiem 6 głównych i 5 pomniejszych scen. Przyjrzyjcie się mu razem z nami!

Sceny Kosmos i Park

Na ogromną pochwałę zasługują sceny w parkowe, dostarczające rozmaitych doznań muzycznych. Ich wszechstronność najlepiej dało się poznać w ostatni dzień imprezy, gdy wszystkie trzy serwowały techno, DNB i house. Dzięki bogactwu wyboru zatrzymaliśmy się na każdej z nich.

Jedna ze scen, Kosmos, skupiała swoją uwagę na drum ‘n bass oraz techno. To właśnie tam świetny popis, wraz z hypemanem, dała brazylijska ikona sambassu, czyli dj Marky. W tym samym miejscu rozgrzewali nas też między innymi świetna polska DJka, obecnie na stałe mieszkająca w Londynie – dogheadsurigeri, czy duo z Rudy Śląskiej – Penera. Ci drudzy swoje taneczne, pełne energetyzujących dźwięków sety wzbogacali dodatkowo o wstawki z klasyków polskiego Internetu. Na scenie Kosmos można było usłyszeć także berlińskie, sprężynowe granie od MCR-T’ego. Przy jego występie należało mieć nastawione uszy – oprócz szybkiej muzy, oferował nawijkę na żywo oraz mnóstwo humoru. Nie można również nie wspomnieć o jego zaskakujących asach z rękawa! Jednym z nich było zapodanie publice słynnego kawałka Scatmana Johna – Scatman’s World.

Z przyjemnością wspominamy również Scenę Park. Była ona głównie skupiona na housie oraz techno. W piątkowy wieczór z dumą otworzył ją MIHVU, budując nieziemską atmosferę, która parowała tam dalej podczas dusznych, festiwalowych wieczorów. Nieprzypadkowo mówimy zresztą o duchocie… Można pomyśleć, że chodzi o warunki atmosferyczne, spowodowane przez niegroźne deszcze, jednak to nie mżawka była głównym sprawcą pogodowego zamieszania! Duszne Granie, bo to ich chcemy wyróżnić, rozgrzali parkiet uśmiechem i ciepłem, które biło od nich samych, jak i od ich czarującej selekcji muzycznej. Hubert Grupa Łukasz Kowalka już na scenie zarażali radością, a w ich występie było słychać wachlarz bezcennych wartości, o których możecie posłuchać poniżej:

Sceny namiotowe

Na jednej ze scen namiotowych, Circus, wyczekiwaliśmy koncertu Mall Graba, który był dla każdego z nas ważnym elementem w lineupie. Australijczyk nie zawiódł, wręcz przeciwnie – rozkochał nas w sobie jeszcze bardziej. Zagrał sporo numerów z płyty What I Breathe, i pokazał zupełnie inne spojrzenie na to wydanie – dużo bardziej intymne, czym sprawił, że ze wzruszeniem będziemy wracać do kolejnych odsłuchów tego albumu. 

Nowością był dla nas artysta, którego występ rozpoczął się kilka godzin później – Funk Tribe. Znaliśmy jego kompozycje, jednak nie do końca wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Kolumbijski DJ grał szybko i gdy wydawało nam się, że szybciej już się nie da, to jeszcze dodawał do pieca Euforycznie przyjęliśmy jego brzmienie i z ogromną chęcią braliśmy udział w tym wyjątkowym spektaklu. Funk Tribe słynie z mieszania trance’u, techno oraz eurodance’u, przez co jego sety są pełne najróżniejszych emocji. Najczęściej jednak wywołują one nieograniczoną radość. Tym występem zakończyliśmy pierwszy dzień na Audioriverze. Już wtedy wiedzieliśmy, że gdy w sobotę wrócimy na teren festiwalu i znów zawitamy na scenę Circus, będziemy w wybitnie tanecznej formie.

Rzeczywiście tak się stało, bo mocnymi dźwiękami rozgrzała nas Sara Landry – jedna z najlepszych na świecie DJek hard techno. Następnie czekał na nas występ I Hate Models  gwiazdy, którą wszyscy chcieliśmy zobaczyć. Francuz rozpoczął granie o 4 nad ranem, jednak nie brakowało nam wytrwałości, aby zachwycać się jego popisami. Szybkie i ciężkie brzmienia techno przeplatały się z muzyką metalową. W trakcie jego seta usłyszeliśmy takie kawałki, jak Chop Suey! grupy System Of A Down oraz Can You Feel My Heart Bring Me The Horizon. Oba utwory nabrały elektronicznej odsłony, dzięki czemu brzmiały bardzo świeżo. W ten nieoczywisty sposób I Hate Models zakończył drugi dzień festiwalu, a także występy na scenie Circus.

Na drugim namiocie, Studio, najbardziej rozgrzał nas TVB w towarzystwie Guest Julki i Jakuba Bryndala. Artyści po raz pierwszy wystąpili w takim składzie i obiecali, że to nie koniec ich wspólnych poczynań. Więcej od nich możecie usłyszeć tutaj:

Scena główna

Główna scena, mieszcząca pod sobą tysiące ludzi i zaskakująca rozmachem, serwowała występy największych artystów, takich jak Tiesto. W nocnym szaleństwie nie przeszkodził nawet deszcz i chłodniejsza temperatura podczas pierwszego dnia festiwalu. Zresztą jak można przejmować się warunkami atmosferycznymi, gdy na scenie gra prawdziwa legenda muzyki elektronicznej? Choć wiedzieliśmy, czego się spodziewać, w żadnym wypadku nie zepsuło nam to zabawy. Z niecierpliwością i dziecięcą radością wyczekiwaliśmy na każdy kolejny ruch DJa.

Występ Tiesto poprzedziła Charlotte de Witte, która roztańczyła nas swoją wspaniałą energią. DJka pokazała, że nawet tak surowe i ciężkie gatunki, jak hard techno, gdzieś w środku są czułe i serdeczne.

Wykonawcą, który zmiótł naszą całą ekipę z powierzchni ziemi, był Gesaffelstein. Wystąpił w znanym sobie, mocnym stylu, z konsoletami, wyrastającymi niczym stalagmity po obu jego stronach. Twarz skrył zaś za stalową maską ze światłami w miejscu oczu. Atmosferę budowała też pogoda na niebie błyszczała pełnia księżyca, skryta za lekkimi chmurami. Przeżycie było niemal kosmiczne. Francuz pokazał, że w jego wykonaniu nawet najbardziej wykręcone i nieziemskie techno staje się eleganckie i niezwykle kunsztowne.

Na głównej scenie pojawiali się również artyści z innych stron dźwiękowych. Byli to, między innymi, romantyczne duo Jeszcze, grające wspaniale intymne, synthove kompozycje, czy (co było dla nas dużym zaskoczeniem) znany nam na wrocławskim polu Zdechły Osa.

Podsumowanie

Audioriver to głównie całonocne zabawy, ale organizatorzy wyciągają również rękę do rannych ptaszków, oferując różne panele dyskusyjne, wcześniejsze koncerty i widowiska. Nawet nasza czteroosobowa reprezentacja radiowa miała ogromne problemy z ogarnięciem ogromu atrakcji festiwalowych!

Łódzkie wydarzenie przyciąga do siebie masy zajaranych muzą i sztuką ludzi. Ściągnął i nas, a jesteśmy pewni, że podobnie może być z Wami! Lineup oferuje szeroki przekrój artystów i każdy znajdzie tam miejsce dla siebie. To festiwal, który na pewno warto odwiedzić co najmniej raz podczas swoich eksploracji dźwiękowych doznań.

Tekst: Katarzyna Golec & Paulina Madej & Jakub Bergański
Fot. Kamil Kłak & Ania Rawa
Red. Michał Lach

 

Kasia Lins – Śmierć w bikini

Powiedzmy to wprost Kasia Lins dokonała rzeczy naprawdę wielkiej. Są bowiem artyści, z których legendą ciężko się mierzyć w jakimkolwiek porównaniu. Myślę, że większość muzyków w tym kraju, gdyby dostało zadanie zinterpretowania któregoś z utworów Grzegorza Ciechowskiego, poległoby sromotnie. Za sukces można by już uznać wykonanie, które, choć pewnie traciłoby większość czaru oryginału, określilibyśmy jako słuchalne”. Lins ryzykuje jednak jeszcze bardziej. Określanie swojej nowej, republikowej” persony, mianem Obywatelki K.L. brzmi jak szaleńcza wręcz buta. Tylko, że efekt jej starań jest fantastyczny.

Gdy kilka tygodni temu usłyszałem pierwszy singiel z nowej płyty wokalistki, Zasypiasz sama, zdębiałem. Lins przepuściła zmysłowość tekstu Ciechowskiego przez mroczny filtr, znany z jej ostatniego albumu OMEN. W efekcie powstało dzieło z jednej strony delikatne i oniryczne, a z drugiej mroczne i nieprzystępne. Śmierć w bikini, jeden z naszych tegotygodniowych Mocograjów, podbija jeszcze bardziej tę horrorową stylistykę. Choć współczesna wersja nie jest może tak rozbudowana aranżacyjnie, jak oryginał Republiki, to w genialny sposób podkreśla bezwstydną, cielesną desperację błagań Obywatela G.C.

Trzymam ogromnie kciuki, by album Obywatelka K.L., który ukaże się na jesień, okazał się równie ogromnym sukcesem, jak dwa pierwsze single. Naprawdę rzadko zdarza się, by porwanie się na autorski materiał tak monumentalnej persony, jak Grzegorz Ciechowski, przyniosło owoc w postaci dzieła, które stoi na własnych nogach jako równie wartościowy twór. Czapki z głów, Obywatelko.

Michał Lach

Ami Taf Ra ft. Brandon Coleman – My Friend

Jak cudownie móc czasem posłuchać utworu, który zapewnia zarówno totalne odprężenie, jak i głęboką radość obcowania z dopracowanym, pięknie zaaranżowanym i wykonanym dziełem. Takie uczucia towarzyszą mi przy odsłuchu naszego Mocograja My Friend.

Znakomita kompozycja to jedna z największych perełek, które można znaleźć na debiutanckim albumie pochodzącej z Maroka piosenkarki Ami Taf Ra  The Prophet And The Madman. Stworzony on został razem z wybitnym saksofonistą i kompozytorem, a prywatnie mężem artystki – Kamasim Washingtonem. Na My Friend gościnnie udziela się też inny częsty współpracownik Amerykanina, czyli pianista Brandon Coleman. Efektem jest bogaty duchowo i rytmicznie utwór, w którym piękny, głęboki głos wokalistki swobodnie płynie po funkowo zabarwionym podkładzie. Gorąco polecam, podobnie jak cały album The Prophet And The Madman.

Michał Lach

ortisei ft. Akoya – Crush

Kiedyś usłyszałem zdanie, że poprzez muzykę autorowi najtrudniej jest przekazać dokładne emocje, jakich powinien doświadczyć słuchacz. Jest w tym sporo prawdy ile par uszu, tyle interpretacji danego utworu. Od czasu tej dosyć przytłaczającej rozkminki zacząłem doceniać artystów, którzy, balansując między personalną introspekcją, a ogólnodostępnością, w precyzyjny sposób potrafią wstrzelić się brzmieniem nie tylko w konkretną scenę, ale również i w odbiorcę.

Przez to też zaintrygowała mnie postać ortiseia wrocławskiego producenta, który co prawda debiut ma już za sobą, lecz wraz z premierą albumu Noises na nowo otwiera przed słuchaczami swój świat pomysłów równie zaskakujących, co dziwnych. Kojących i pochłaniających jednocześnie. W tym tygodniu na antenie Akademickiego Radia Luz nurkujemy w brzmienia, wyciągnięte rodem z analogowych maszyn Floating Pointsa, lecz w trochę bardziej lokalnym i odświeżonym wydaniu.

Co tak właściwie oznacza słowo noise”? Przeglądając wielorakie słowniki internetowe natknąłem się na wiele polskich odpowiedników, na przykład hałas”, szum”, odgłos” czy zakłócenie”. Myślę, że tytuł drugiego tegorocznego projektu ortisei nieprzypadkowo jest tak niejednoznaczny. Noises to absolutny kocioł stylistyczny, w którym spotkacie się z masą przeróżnych emocji. Zamglone momenty, słyszalne na You Know Me Well czy Knobs są rozświetlane przez pełne dynamicznej nostalgii Gender Natural Club Bathrooms czy nasz Mocograj, czyli utwór Crush.

Jest to niewątpliwie bardzo mocne otwarcie całego albumu. Ortisei od początku bawi się efektami dźwiękowymi. Gdzieniegdzie usłyszymy podkręcenie gałki rezonansu czy przeszywający reverb, a stelażem dla tych mocno intuicyjnych zabiegów staje się fenomenalnie pocięty sampel wokalny, dostarczony przez Akoyę. Całość pulsuje, uderza, wyzwala i porywa jednocześnie. Warto również dodać, że ortisei sam odpowiada za miks i master, który w przypadku Crush określiłbym jako czysty oraz surowy.

Noises to portfolio dźwięków, których nie powstydziłaby się topka polskiej sceny elektronicznej. Jest to również pozycja dla słuchaczy równie wnikliwych, co niecierpliwych, gdyż po dokładnym zapoznaniu się z tym projektem, aż chciałoby się więcej. Nie pozostaje mi nic innego, jak odesłać Was do tego świetnego projektu. Polecam Wam puścić go wieczorem, zwłaszcza takim, w którym nie brakuje wilgoci i nostalgii do zeszłego lata.

Jędrzej Śmiałowski

Earl Sweatshirt

Przewodowe słuchawki, stare niemarkowe mp-3’ki, przytłumione głosy skejterów, przełamywane przez stukot desek zza okna blokowiska. Tak – w mojej głowie –  brzmią przełomowe dla współczesnej sceny hip-hopowej czasy rozkwitu grupy Odd Future. Buntowniczej, zrywnej ekipy młodych chłopaków z Los Angeles, zmierzających wbrew głównym nurtom.  Co więcej, byli członkowie nieistniejącego już składu dalej definiują brzmienie o wiele bardziej przystępnego hip-hopu (i nie tylko!) tej dekady (patrz Tyler The Creator, Frank Ocean, The Internet).

O należącym do kolektywu Earlu Sweatshircie mówiono ,,złote dziecko” kalifornijskiej gry. Już w wieku 16 lat wydał, nazwany od ksywki, mixtape Earl. To był swoisty początek legendy kalifornijskiego rapera. Wówczas w świadomości słuchaczy zapisał się jako artysta o niebagatelnym zasobie rymów i ponadprzeciętnym flow.

Na przestrzeni lat muzyka Earla pokonała długą drogę. Od nieco horrorcorowego Doris, przez mroczne I Don’t Like Shit I Don’t Go Outside, dalej moje ukochane Some Rap Songs – album abstrakcyjny, dziwaczny, zakrawający o stylistykę kalifornijskiej sceny LA Beat, po pandemiczne Sick! – showcase trapujących eksperymentów, przekomarzających się z, charakterystycznym już, nietypowym flow artysty, wykraczającym poza standardową rytmikę.

Wszystkie te albumy mają jednak wspólną stylistykę i rodzaj przekazywanej wrażliwości. Earl Sweatshirt to raper zazwyczaj kojarzony z ciężkimi tekstami. Uzewnętrznia się w swojej muzyce, w której mówi o porażkach i silnych przeżyciach, w tym o trudnej relacji ze swoim ojcem, która mocno go ukształtowała

Jako wielcy fani jego talentu,  jesteśmy niezwykle uradowani tym, co proponuje Sweatshirt w najnowszym wydaniu. Z końcem sierpnia ukazał się piąty studyjny album rapera, zatytułowany, nieco na przekór, Live, Laugh, Love. Tu słyszymy Earla dojrzałego, oszlifowanego, i chyba… szczęśliwego?

Z tej okazji Artystą Tygodnia w Radiu Luz zostaje Earl Sweatshirt.

Pokusiliśmy się o recenzje owego krążka:


Live, Laugh, Love

2025

Tan Cressida Records

Live, Laugh, Love jest swego rodzaju laurką, posłanaą klasyce z Los Angeles. To jedna wielka machina, składająca się z pojedynczych zębatek. Te zębatki-utwory pracują razem stabilnym tempem, jedna za drugą, przez co album sprawia wrażenie niekończącej się, płynącej w nieznane fali. Live, Laugh, Love słucha się wielce jednolicie. Dla niektórych może być to sporą wadą, gdyż utwory zlewają się jedną całość, co momentami brzmi powtarzalnie. To raczej produkcja dla koneserów muzyki opartej na loopach o klasycznym J Dillowym / Madlibowym sznycie. Za produkcje na większości utworów odpowiada Theravada, który dowiózł bardzo spójny sonicznie całokształt. Listę współtwórców uzupełnia producent Black Noi$e (Live, Static) i własny produkcyjny wkład rapera na zamykającym krążek Exhaust.

Mimo, że nowy album odbiega brzmieniowo od eksperymentalnego Some Rap Songs, a produkcyjnie znajduje się nawet na przeciwnym  spektrum, to lirycznie są blisko spokrewnione. Przycięte na na wymiar instrumentale są bombardowane pokrzywionym flow rapera. Live, Laugh, Love to mozaika złożona z drobnych wycinków rozmów, inside-joke’ów, czy nawiązań do świata koszykówki. Jest niczym nieograniczonym strumieniem świadomości, otulonym ciepłem, dowiezionym przez producentów.

Nazwa zdaje się nawiązywać do milenialskich, nieco obciachowych haseł z obrazków rodem ze sklepu z meblami. To swego rodzaju gra z odbiorcą, któremu Earl ironicznie daje znać, że znalazł się w nieco innym momencie swojego życia, niż w swoich smutnych autobiografiach z przeszłości. Słychać tu jednak zarówno szesnastoletniego Earla, bawiącego się muzyką, posępiałego Sweatshirta z czasów IDLSIDGO, jak i świeży sznyt, który do albumu wprowadza ta dojrzała wersja rapera. Całość jest bardzo skondensowana, ale nie da się jej opisać lepszym zwrotem niż easy-listening. Po prostu chce się słuchać więcej.

LLL to zdecydownie nie jest mój ulubiony projekt Earla Sweatshirta. Nie jest to też projekt jakkolwiek rewolucyjny. Ma natomiast wielkie znaczenie dla fanów rapera, którzy pragną śledzić życiowy rozwój twórcy. Ta sentymentalno-emocjonalna wartość niesie za sobą fenomenalnie solidną warstwę muzyczną, która wciąga, niemal hipnotyzuje. Niestety, bitom brakuje nieco wariactwa, przez co Live, Laugh, Love muzycznie jest zbyt grzeczne, jak na to, do czego przyzwyczaił nas kalifornijczyk. Jest jednak świadectwem swoistej dojrzałości muzycznej, pewnym kamieniem milowym, z którego osiągnięcia, fani Sweatshirta powinni się jedynie cieszyć.

Ulubione utwory: CRISCO, TOURMALINE, gsw vs sac

Filip Juszczak


Pierwsze skojarzenie, jakie przychodziło mi dotychczas do głowy, kiedy myślałem o twórczości Earla Sweatshirt’a, to niewątpliwie smutek. Jednak ósma płyta Earl’a, Live Laugh Love, to argument potwierdzający tezę, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Że każda studnia bez dna ma wystającą cegłówkę, za którą czasami musimy się kurczowo chwycić i utrzymać ciężar własnych tragedii, czy porażek, aby ostatecznie wrócić na powierzchnię.  

Album Live Laugh Love to kolejna z krypto=terapeutycznych sesji, do jakich przyzwyczaił nas już raper swoimi wcześniejszymi wydawnictwami. Tym razem, mamy jednak do czynienia z czasem dobrym, oswojonym i przepracowanym. LLL to płyta będącą celebracją ciągłego rozwoju i odwrócenia losu, który dla Earl’a nie zawsze był łaskawy. 

Cofnijmy się 10 lat wstecz, do roku 2015, kiedy to na kanale youtubowym Earl’a ukazała się EP-ka Solace. Róż okładki stwarza pozór przyjemności, który bardzo szybko raper równa z ziemią, zderzając słuchacza z absolutną apatią, stanami lękowymi, czy depresją. Trafne oddanie tak personalnych i subiektywnych uczuć to sztuka sama w sobie, nie wspominając, że Earl wrzucił ten projekt bez żadnej zapowiedzi. Po fakcie po prostu dał o tym znać na swoim Twitterze. 

Pewne rzeczy się nie zmieniają, bo o premierze LLL, Earl również poinformował za pośrednictwem mediów społecznościowych niecałe 5 dni przed premierą. O nowym projekcie Sweatshirt’a mówiło się od dawna, tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej do sieci wyciekły informacje o tajnej imprezie” w Nowym Jorku, gdzie raper po raz pierwszy zaprezentował nowy materiał.  

Po wcześniejszych eksperymentach z trapem (jak na przykład na 2010 z albumu SICK!, czy bliskiej współpracy z artystami labelu 10k Records pokroju Niontay’a oraz MIKE’a) byłem przekonany, że LLL będzie nową wersją Sweatshirt’a. Wersją nieco futurystyczną, która nie pomija aspektów lirycznych na rzecz rozpruwającego basu. Coś w stylu projektów Pinball autorstwa wcześniej wspomnianego MIKE’a oraz producenta Tonego Seltzer’a. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zderzyłem się z falą dźwięku bardziej nostalgicznego, niż bezprecedensowego. Live Laugh Love przywodzi na myśl niezrozumiałe dźwięki Some Rap Songs, tym razem w wydaniu nieco gładszym i bardziej przystępnym.

Są to utwory zaskakująco spójne, głównie z uwagi na jednostajny, lecz nienużący wokal Earl’a. Ten hipnotyczny stan, jakiego doświadczamy przez 26 minut trwania całego LLL, utwierdza w przekonaniu o immersyjnym drygu Sweatshirt’a, ale również udowadnia, że jest to dla Earl’a czas samoświadomego spokoju. Przełom? Niekoniecznie. Live Laugh Love jest bardziej jak renesans, w którym artysta zdejmuje z twarzy smutek na rzecz dojrzałej odpowiedzialności za swój los. Jako wierny fan Earl’a, niezmiernie cieszy mnie jego powrót, ale przede wszystkim jasna barwa wszystkich myśli, jakie prezentuje na LLL.  Tak trzymać Wujku!

Jędrzej Śmiałowski

Avant Art Festival 2025

Festiwal Avant Art to multidyscyplinarny przegląd sztuk — muzycznych, filmowych, wizualnych i performatywnych, który po raz osiemnasty zagości we Wrocławiu i po raz dziewiąty w Warszawie. Od 4 do 14 września serce Dolnego Śląska stanie się miejscem dźwiękowych eksperymentów, stanowiących punkt wyjścia do dalszych refleksji – nad tematami tożsamości, migracji i dziedzictwa kolonialnego. Jednym z tematów przewodnich tegorocznej edycji Avant Artu jest relacja człowieka i technologii — napięcia, inspiracje i pytania, które rodzą się na styku natury i syntetyczności. W ramach pasma Artysta Tygodnia prezentujemy sylwetki twórców, którzy pojawią się na festiwalu — muzyków, performerów i artystów wizualnych, dla których eksperyment staje się narzędziem przekraczania granic sztuki.

 

To nie tylko muzyka


Avant Art to nie tylko koncerty, czy DJ sety. Festiwal współpracuje z kultowym wrocławskim kinem Nowe Horyzonty, w którym równolegle do występów muzycznych odbędą się projekcje filmów dokumentalnych. Tym, co łączy wszystkie tytuły tegorocznej odsłony Avant Art Film, są poszukiwania wolności twórczej, motywy eksperymentu czy bunt. W repertuarze znajdują się między innymi Naked and Famous: Tricky, wyreżyserowany przez Marka Fidela, In the Court of the Crimson King: King Crimson at 50 autorstwa Toby’ego Amiesaczy White Riot reżyserki Rubiki Shah.

Richie Culver, muzyk i artysta wizualny, otworzy wrocławską odsłonę festiwalu swoim występem live actowym i solową wystawą. Prace Brytyjczyka cechują się surowością i oszczędnością formy — tworzy wizualne lo-fi. Niska jakość staje się środkiem stylistycznym, postaci ludzkie przedstawiane na obrazach zatracają tożsamość, a maszyny dla kontrastu zyskują empatię. Culver czerpie inspiracje z ruchów podziemia — estetyki industrialu, ulicznych graffiti i muzyki noise. Podczas Avant Art festiwalu zaprezentowana zostanie wystawa YUPPIE, która podobnie jak poprzednie w dorobku artysty, będzie stanowiła podstawę do analizy resztek marzeń i ambicji, charakterystycznych dla czasów późnego kapitalizmu.

Thomas Mahmoud

Lista formacji, które tworzy reprezentant berlińskiej sceny, jest długa. Wraz z Evą Kruijssen uformował eksperymentalno-trip-hopowy duet Black Swan’s End Cake, grając w rytmie noise rocka występował w grupie SFX. Należał też, razem z Geraldem Mandlem i Cemem Oralem, do indie-rockowego zespołu Von Spar, a teraz jest członkiem projektu Tannhäuser Sterben & das Tod. Tworzy on eksperymentalną elektronikę, połączoną z ciężkim gitarowym brzmieniem.

Swoim imieniem i nazwiskiem podpisuje również solowe projekty sound designowe, w których wykorzystuje nagrania terenowe i sprzęt analogowy. Tworzy muzykę celowo nieprawidłową, skupiającą się na tych elementach, które zazwyczaj muzycy odrzucają. W miejsce konwencjonalnych instrumentów podstawia dźwiękowe odpadki — przestery, szumy i trzaski, otrzymując przy ich użyciu kompozycje niezwykle przestrzenne i teksturalne. Przykładem może być wydany przez Mahmounda w 2018 album Univorm. Składa się on z dwóch kilkunastominutowych utworów, które brzmią jak nagrania muzyki, puszczanej w pomieszczeniu z dużym pogłosem. To nie przypadek, że przywodzi na myśl nawiązania do przestrzennego rozkładu dźwięku, bo w twórczości muzyka pojawiały się już projekty, badające relację pomiędzy dźwiękiem a architekturą. W 2010 roku opracował i wykonał na żywo ośmiogodzinny kolaż dźwiękowy Musik als Architektur.

W ramach festiwalu Avant Art we Wrocławiu zaprezentuj swój najnowszy projekt — NYX NYX. Według zapowiedzi wydaje się być zupełnie nową odsłoną artysty — bardziej taneczną i funkową, ale wciąż utrzymaną w jego stylistyce.

Univorm by Thomas Mahmoud

Grischa Lichtenberger & Qba Janicki

Opustoszałe przestrzenie, rozpraszające dźwięki dławiących się maszyn, chropowate tekstury przypominające obdrapane ściany leciwego budynku i zaskakująco żywy groove – tak można by spróbować uchwycić brzmienie Lichtenbergera.

Grischa Lichtenberger to artysta interdyscyplinarny, który swoją myśl przekazuje poprzez dźwięk, obraz i tekst. Artysta zdaje się nie faworyzować żadnej formy przekazu i nie wynosi jednej ponad drugą. Wręcz przeciwnie – żeby złapać sens któregokolwiek z cyklów jego prac należy widzieć, słyszeć, poczuć i doświadczyć. Jego dzieła często nawiązują do konkretnych miejsc i ich dynamiki. Są pewnego rodzaju pejzażami, które przefiltrowane przez wrażliwość Lichtenbergera, przyjmują postać. Myśli uchwycone w konkretnym czasie i miejscu zawsze wydają się być doinformowane o historię, okoliczności i personalną relacje artysty i jego najbliższego otoczenia. Na przykład And IV (Inertia) powstało na skutek próby odnalezienia się artysty w Berlinie. Topografia miasta i jego metaforyczna struktura stały się inspiracją do stworzenia albumu, który brzmi nerwowo, mechanicznie i chropowato. Wszystko pracuje tu w sposób złożony i zoptymalizowany. Wydajność i mechaniczność tego albumu obnażają chłód i gwałtowność, które stoją w sprzeczności z pragnieniem spokoju i ciepła.

And IV (Inertia) by Grischa Lichtenberger

Qba Janicki jest perkusistą związanym z bydgoskim klubem Mózg, który skupia muzyków sceny yassowej. Współpracował m.in. z Peterem Brötzmannem, Jerzym Mazzollem i Toshinorim Kondo. W swojej twórczości łączy techniczną wirtuozerię gry na perkusji z instrumentami własnej konstrukcji. Jego album Intuitive Mathematics to połączenie improwizowanej gry na perkusji z resztkami brzmień perkusyjnych wzmacnianych piezoelektrycznie.

Intuitive Mathematics by Qba Janicki

Muzycy wystąpią wspólnie na tegorocznej edycji Avant Artu. Ich koncert będzie eksploracją miejsca, w którym ludzka improwizacja spotyka się z cyfrową precyzją.

Aja Ireland

Aja Ireland to queerowa reprezentantka brytyjskiej sceny eksperymentalno-klubowej. Współpracowała z artystką Joеy Holder przy instalacjach pokazywanych m.in. na Biennale w Atenach i British Art Show, tworzyła multimedialne performanse wraz z projektantką LULALOOP, a w ramach Queer Noise Club redefiniuje przestrzeń klubową jako miejsce budowania wspólnoty i oporu przed dyskryminacją. W swoich solowych projektach łączy industrial, noise i deconstructed club z cielesnym performansem i silną queerową tożsamością. Jej dyskografia obejmuje wydany przez Opal Tapes album SLUG (2021), który znalazł się na listach podsumowujących rok w Creative Review oraz świeży materiał ze stycznia tego roku – Cryptid (2025, Infinite Machine). Jest to intymne, pełne sprzeczności soniczne archiwum, w którym Aja mierzy się z żałobą, wypaleniem i potrzebą przetrwania. Krytycy określają go jako „poetycki kolaż noise’u, future trapu i eksperymentalnego bassu”.

Podczas tegorocznej edycji Avant Art Festival Aja Ireland zaprezentuje Cryptid w formie performatywnego live actu, w którym dźwięk, ciało i obraz tworzą organiczną całość. To będzie jedno z najbardziej konfrontacyjnych, ale i oczyszczających doświadczeń festiwalu – muzyka o sile rytuału, powstała na styku sztuki, aktywizmu i klubowej ekspresji.

Aja Ireland – Cryptid

Mopcut ft. MC dälek

Mopcut, międzynarodowe trio założone w 2018 roku przez Audrey Chen (wokal i analogowe syntezatory), Juliena Despreza (gitara elektryczna) i Lukasa Königa (perkusja i syntezatory), to jedna z najbardziej wyrazistych formacji współczesnej sceny eksperymentalnej. Łączą free jazzową improwizację, noise’owy chaos i punkową ekspresję w performansy, które są absolutnie immersyjnym doświadczeniem dzwiękowym. Ich najnowszy album RYOK, wydany 2 maja 2025 roku, jest manifestacją płynność stylów: od dekonstrukcji groove’ów i rockowych riffów, aż po eksplodujący hip-hopowy kawałek Where to Begin, z gościnnym udziałem MC dälek. Całość składa się z 9 intensywnych, pełnowymiarowych utworów, które kontestują nasze oczekiwania wobec struktury i percepcji dźwięku. Właśnie utwór Where To Begin pokazuje, jak bezbłędnie MC dälek (Will Brooks) odnajduje się w hałaśliwym, punkowym świecie Mopcut — jego rap stapia się z oscylacjami, szarpnięciami, pęknięciami i szorstkim wokalem Audrey Chen.

Na Avant Art Festiwalu Mopcut wystąpi ze swoim noise-jazzowo-punkowym arsenałem, a MC dälek dołączy jako gość, tworząc eksplozję mroczniejszej strony hip-hopu, zanurzonej w dysonansie i intensywności.

Mopcut – RYOK

IFS MA

Trio łączy melorecytacje z gęstymi, wijącymi się beatami, wywołującymi wrażenie bycia w wyjątkowo dziwnym śnie — takim, który deformuje to, co znajome i rzuca w zupełnie inny kontekst. Głos japońskiego rapera MA jest tu równie ważnym instrumentem, co elektroniczny sprzęt Mateusza Wysockiego (Fischerle) i Krzysztofa Ostrowskiego. W rytualny, niemal teatralny sposób dopełnia natarczywy hip-hopowo-footworkowy podkład, spinając wszystko w surrealistyczną całość. W lutym 2023 roku trio wydało swój pierwszy album REIFSMA we wrocławskim outlines, a 12 września tego roku ukażę się ich kolejne wspólne wydawnictwo, 波動 (HADOW). Zdecydowanie będzie to materiał odmienny od wcześniejszego. Już otwierający album utwór sugeruje zmianę kierunku: zespół zmierza ku spójniejszej, bardziej usystematyzowanej formie, w której abstrakcja ustępuje precyzji.

波動 (HADOW) by IFS meets MA

Maja Michalik, Dominik Lentas, Grzesiek Dukaczewski