Archiwum

Vundabar – Stallion Running

Czas się ubrudzić. Czas poskakać w błotnistych kałużach w rytm wygrywający przez niechlujne gitary: czas odpalić najnowszy album zespołu Vundabar Surgery and Pleasure i oddać się w objęcia surowego, ale zupełnie niegroźnego brzmienia. Pora na mieszankę żywiołowości z pragnieniem namysłu, jedności między czystością a dziczą.

Niech utwór Stallion Running będzie zaproszeniem do zasiedzenia się w starym garażu, kryjącym w sobie najnowocześniejsze maszyny: chwytliwe melodie gitar, które są połączeniem rocka z zamierzchłych czasów ze współczesnym brzmieniem, typowym dla indie rocka. Jednak gitarki to nie wszystko! To także tekst łatwo zapadający w pamięć, będący jednocześnie chaosem i mrokiem,  jak i tym, co mógł przeżywać Bojack Horseman, gdy spoglądał na biegnące konie…

Czy to strach przed wolnością? Czy może jej ogromne pragnienie? 

Jedno jest pewne: to zachęta do tego, aby się ubrudzić.

Paulina Madej

G-DRAGON ft. Anderson .Paak – TOO BAD

G-DRAGON (Kwon Ji-yong), a więc niekwestionowany król k-popu wraca po latach w wielkim stylu z nowym albumem. Wydanie Übermensch to prawdziwe święto dla fanów koreańskiej muzyki. Wszak grupa BIGBANG, której członkiem jest G-DRAGON to najbardziej wpływowy k-popowy zespół. Żeby nakreślić to, jak ważny jest to punkt koreańskiej kultury popularnej, należy zdać sobie sprawę, że BIGBANG jest na tyle wielkie i słynne, że to ich kariera była inspiracją dla BTS, a sam Ji-yong jest autorytetem dla wielu zupełnie nowych i dopiero debiutujących idoli. 

Stąd zapewne brak jakiegokolwiek powstrzymania się przed nazwaniem krążka Übermensch. Nadczłowiek? Czy na takiego wzoruje się G-DRAGON? Coś w tym jest… Samoświadomość swojego talentu, a także bycia jednym z najpopularniejszych koreańskich idoli wszech czasów może rzeczywiście mieć coś wspólnego z tytułem krążka. W dodatku Ji-yong także usprawiedliwia się tym, że na utworze DRAMA, jak gdyby nigdy nic, rapuje w czterech językach. Natomiast w TOO BAD nie występuje sam – podejmuje się współpracy z Andersonem .Paakiem i razem tworzą kawałek, z którego słuchania płynie prawdziwa przyjemność. TOO BAD jest uzależniające do tego stopnia, że zapętlając ten utwór, wcale nie ma się go dość.  Jak cały Übermensch jest idealną propozycją do wiosennej playlisty.

Paulina Madej

Potwory I Ludzie – 1995

Potwory I Ludzie, choć znów nostalgicznie, to mimo wszystko wprowadzają powiew świeżości na polskiej scenie muzyki gitarowej. Wraz z singlem 1995 lądują na liście mocograjów tego tygodnia w Akademickim Radiu LUZ! 

1995 to kompozycja, która ma nie tylko tekst wspominający przeszłość, ale i gitary, które na myśl przywołują najbardziej zasłużone polskie zespoły. To most łączący współczesne spojrzenie na muzykę z najlepszym brzmieniem wszech czasów. Tym samym grupa wychodzi przed szereg i tworzy zupełnie nową propozycję gatunkową – mieszczanin punk.

Nie dajcie się namawiać i wsiadajcie do tramwaju, który zawiezie Was 30 lat wstecz – do tego zachęca zespół Potwory I Ludzie. Robi to przekonująco, bo tym samym zapowiada, że już 25 kwietnia wysiądziemy na przystanku Szczęście i posłuchamy ich nowego albumu. 

Paulina Madej

Natalia Lafourcade – Cancionera

Ta piosenka przyszła do mnie w poranek przed moimi 40 urodzinami. Mówi do mnie o tym, jak ważne jest, bym istniała zarówno w tym świecie, jak i w swoim własnym, bym głosiła swoją prawdę – bez strachu, nie wstrzymując niczego. Śpiewa do tego czegoś, co nigdy nie może w nas zgasnąć.

Gdy w ten sposób ktoś mówi o skomponowanym przez siebie utworze można spodziewać się rzeczy wielkich. Możliwości poznania choć rąbka tajemnicy kluczowych prawd o życiu i miłości. Wysłuchania opowieści o ponadczasowym pięknie. O tym, jak kluczowe dla naszej esencji jest tworzenie i doświadczanie sztuki. I w przypadku jednego z wyróżnionych w tym tygodniu w Radiu LUZ mocograjów oczekiwania te zostają spełnione. To wszystko zawarła bowiem w swym Śpiewniku Natalia Lafourcade.

Najnowszy singiel meksykańskiej artystki to jej pierwszy autorski materiał od wydanego w 2022 roku wybitnego De todas las flores. Podobnie jak w przypadku tamtego albumu kluczem do zawartej w Cancionerze magii jest między innymi proces jej nagrywania. Producent Adan Jodorowsky, odpowiedzialny również za stronę techniczną tamtego wydawnictwa, zarejestrował Lafourcade wraz z towarzysząca jej rzeszą muzyków na analogowej taśmie podczas wspólnej sesji. Do minimum ograniczył on również edycję nagrania, zostawiając w nim pozorne niedoskonałości i niedociągnięcia. W ten sposób udało się zachować czystość i wyjątkowość chwili , w której głęboka wrażliwość i czułość w tekście oraz muzyce połączyły się w magiczną, duchową całość. To wycinek wyjątkowo intymnego pamiętnika, którym Meksykanka zechciała się podzielić z całym światem w formie muzycznej perły. Tego pięknego skarbu możecie też doświadczyć na 91.6 FM

Michał Lach

Little Simz ft. Obongjayar & Moonchild Sanelly – Flood

Doczekaliśmy się. Zgodnie z przewidywaniami wydany przez Litttle Simz w ostatnich dniach 2024 roku singiel Hello, Hi był jedynie smakowitą przystawką do dania głównego. Jego pierwsza część właśnie wjechała na nasz mocograjowy stół. Flood zapowiada album Lotus, którego premiera nastąpi 9 maja.

Na wydanym w zeszłym roku Drop 7 Simz eksplorowała między innymi dźwięki rodzimej sceny elektronicznej, jak i brazylijskiego funku mandelão. Najnowszy singiel wytycza już inny, znacznie bardziej dramatyczny kierunek. Czuć w nim nieustannie rosnące napięcie, podsycane przez schodzącą momentami prawie do szeptu raperkę. Cudowny, poetycki refren Obongjayara osadzony na głębokim, rockowym wręcz basie fantastycznie kontrastuje zaś z psychodelicznym wokalem Moonchild Sanelly. Jej wejścia to również katalizator do uwolnienia ogromu nagromadzonej w trakcie poprzednich minut muzycznego rytuału energii. Jeśli całość albumu Lotus utrzyma ten poziom dramaturgii i teatralności, to będzie on zdecydowanie jednym z najbardziej intrygujących dzieł w wyjątkowej już teraz dyskografii artystki. I wspaniałym kolejnym etapem jej nieustannej muzycznej ewolucji.

Michał Lach

hoshii – YUMI

Jak opisać dzieje interplanetarnego bytu, który znudzony swoim dotychczasowym życiem postanawia zawitać na Ziemii? Z takim pytaniem mierzył się Kuba Więcek wraz z zespołem przy komponowaniu debiutanckiego albumu grupy hoshii wydanego w 2023 roku. Wraz z premierą singla YUMI, zapowiedziano również drugi rozdział przygód tytułowego hoshii w postaci krążka HER NAME WAS YUMI. W paśmie Mocograjów doceniamy kreatywność wychodzącą poza dźwięki, dlatego posłuchajcie baśniowej abstrakcji autorstwa jazzowych mistrzów. 

Bacznie oglądając rozwój projektu, jakim staje się hoshii, nie sposób przeoczyć jak wiele chłopakom udało się osiągnąć od czasu debiutanckiej płyty. Poza krótką epką wydaną w zeszłym roku, zespół ewidentnie skierował całą swoją uwagę na serię hoshii sessions. Wykonywane w warszawskim Plankton Records wykonania utworów łączyły światy jazzu, hip-hopu oraz popu, nadając znanym już piosenkom zupełnie nowy wydźwięk. Zwieńczeniem tej artystycznej eskapady w wykonaniu hoshii był koncert w katowickim NOSPRze, gdzie obok Więcka i zespołu znalazło się wiele nieoczywistych twarzy, takich jak schafter, Hubert. czy Daria Ze Śląska.

Po tym jakże gorącym okresie, zespół wykorzystuje momentum i prezentuje utwór YUMI, który kontynuuje miksowanie cukierkowych dźwięków z instrumentalną gimnastyką, jaką popisują się tutaj muzycy hoshii. Perkusyjne wyczyny Miłosza Bredzika nakręcają karkołomne tempo, którego narratorem staje się saksofon Kuby Więcka, a hipnotyzujący bas Maxa Muchy ma tak niebywały groove, że przez długi czas nie wyjdzie wam z ucha.  

Panowie, czapki z głów za dotychczasowe działania, bo pomimo tak wielu pomysłów i projektów jedno pozostaje niezmienne i jest to jakość. Premierowy koncert albumu co prawda dopiero w maju, ale zapowiedź w postaci YUMI napawa mnie wielkim optymizmem, że jazzowa scena zyskuje kolejny potężnie kreatywny skład. 

Jędrzej Śmiałowski

JENNIE ft. Doechii – ExtraL

JENNIE i Doechii – z początku to połączenie może dziwić. JENNIE, jako członkini BLACKPINK, jest ikoną k-popu, choć hip-hop w tej grupie nie jest niczym nowym, to BLACKPINK kojarzy się przede wszystkim ze słodkim brzmieniem k-popowej sceny. Jednak nikt nie ma wątpliwości: BLACKPINK zredefiniował granice tego gatunku, udowadniając to, jak różny i nieprzewidywalny może być koreański pop. 

I właśnie utwór ExtraL jest dowodem tego, jak zwinnie można połączyć urok k-popu z hip-hopowym pazurem. To fuzja, w której JENNIE i Doechii tworzą obraz charakterów godnych pozazdroszczenia. Raperki postawiły przed sobą zadanie: pokazać kobiecą siłę. Co rzeczywiście im się udało, bo charyzma i pewność siebie wręcz emanują z każdego wersu. Jednak, znając JENNIE i Doechii, chyba nie istnieje scenariusz, w którym realizacja ich planu nie wychodzi. 

Więc jaka w takim razie jest ta współpraca? Najprościej mówiąc: doskonała. 

Wydając ExtraL JENNIE, udostępniła kolejny z singli, który znajdzie się na jej debiutanckim albumie Ruby. Płyta niesie ze sobą duże oczekiwania, które jak na razie ciągle rosną. Do tej pory zaprezentowane kawałki MantraLove Hangover z Dominicem Fikem, a także ExtraL rozbudzają muzyczne marzenia na temat krążka. Co jeszcze buduje napięcie, to kolejne gościnne występy, mające się pojawić na Ruby: Dua Lipa, Childish Gambino, a także Kali Uchis. To nazwiska znane na całym globie, a ich połączenie z JENNIE rzuci nowe światło na k-popowy paradygmat.

Paulina Madej

god.wifi — dj

Muszę się do czegoś przyznać — ten mocograj był zaplanowany. Od miesięcy.

8 listopada.

To wtedy podczas setu god.wifi usłyszałem pierwszą próbkę utworu dj. Od razu wiedziałem, że po premierze zrobi on rundki na moich słuchawkach, ale skrycie w sercu trzymałem też nadzieję na głośniki radiowe. Ciężko kogokolwiek oszukać — utwór wpadł mi w głowę i nie chciał wyjść. I tak pomimo usłyszenia go zaledwie jeden raz, pilnie siedział tam od początku listopada i czekał na doskonały moment, aby przypomnieć mi o swoim istnieniu i wdrożyć plan w akcję.

28 lutego.

Warto było czekać na premierę debiutanckiego albumu FREE WIFI — na trackliście nareszcie widnieje utwór dj. Na sam album oczekiwania miałem już wystarczająco duże, ponieważ po passie świetnych singli ciężko byłoby mnie zawieść, ale to usłyszenie pierwszego dj to ja było jak powrót do domu. Na utworze znajdziemy charakterystyczny dla artystki niewiarygodnie kreatywny beat, któremu towarzyszą żartobliwe wersy, autotunowany wokal i zabawa muzyką, jak nastackowane tagi, sample czy rytmiczne oklaski. Ale ponad komiczną warstwą to przede wszystkim kawał świetnego digicore’u z trapowo-hyperpopową produkcją, którego podobnie pełno na wspomnianym debiucie. A to przypomina, że polska reprezentacja hyperpopu, jest naprawdę na poziomie międzynarodowym i warto ją sprawdzić.

Miksuje dla nas jedna z najlepszych polskich reprezentantek internetowej muzyki, więc jeżeli komuś trzeba jeszcze przypominać kto tu jest prawdziwym dj’em, a kto tylko gra tracki, to posłuchajcie jeszcze raz naszego najnowszego mocograja

Mikołaj Domalewski

Yung Lean – Forever Yung

Wraz z początkiem roku Yung Lean zapowiedział, że już wiosną będziemy mogli spodziewać się od niego nowego krążka. Jonatan zbliża się już wielkimi krokami, więc aby być słownym, raper w minionym tygodniu wypuścił kawałek Forever Yung, który wpisał się na listę mocograjów tego tygodnia w Akademickim Radiu LUZ! 

Jednak mówiąc o Yung Leanie, nie da się spodziewać jednego: brzmienia. Indie pop? New wave? A może indietronica? Singiel Forever Yung wzbudził tym trochę kontrowersji, ale i jednocześnie rozbudził umysły. W końcu pozostawił z pytaniem: Jak dźwiękowo zaprezentuje się cały Jonatan? Na odpowiedź jeszcze poczekamy, bo premiera płyty przewidziana jest na drugi dzień maja. 

Teraz natomiast możemy cieszyć się słodko-gorzkim brzmieniem Forever Yung. Jeśli utwór nie wpadł w ucho za pierwszym razem, to na pewno po drugim odsłuchu zostawi chociaż szumiący w głowie refren. 

Czego jeszcze możemy być stuprocentowo przekonani? Yung Lean w tekście zaznaczył, że powstanie jak feniks. Z taką deklaracją wyczekiwanie Jonatana staje się jeszcze bardziej niecierpliwe…

Paulina Madej

 

Cymande

Nierozpoznani pionierzy gatunku, który dziś rozumiemy jako funk. Pulsujące rytmy, wyrazista linia basu i duch niepowtarzalnej energii. Znasz ich piosenki, ale możesz nie wiedzieć jak brzmią w oryginale. Uformowali zespół, nagrali trzy albumy, odbyli trasę koncertową w Stanach u boku Al’a Green’a i rozeszli się w ciągu pierwszej połowy lat 70. Teraz, po 50.(!!) latach powracają z nową płytą i zasiadają na miejscu Artysty Tygodnia w akademickim radiu LUZ. 

 


 

Music is the most beautiful way to share love.

Wszyscy pochodzili z Karaibów, z tego samego regionu. Emigrowali do Wielkiej Brytanii jako mali chłopcy. Miał być to kraj płynący złotem. Lepsza przyszłość, możliwości, dobra edukacja i awans zawodowy rodziców, którzy byli wykształceni, z konkretnymi profesjami w rękach. 

Dotarcie na miejsce opisują jako doświadczenie traumatyczne. Anglia ukazała im się jako ciemna, ponura i nieszczęśliwa. Zimna. Zamglona do tego stopnia, że nie widać własnych dłoni. Nie wiadomo dokąd iść. A do tego z kompletnym brakiem akceptacji co do odmiennego koloru skóry. Spotkała ich skrajna dyskryminacją rasowa. W mediach pojawiały się wypowiedzi ludzi, którzy byli obrzydzeni i zdruzgotani, że otaczają ich osoby “nie ich gatunku”. Dojrzewali obserwując jak ich rodzice są poniżani, gasną, tracą chęć do życia. W takich okolicznościach mogli liczyć wyłącznie na siebie; ludzi pochodzących z tego samego regionu, mierzących się z tą samą trudnością życia codziennego. Mieszkali blisko siebie. Czerpali siłę od siebie nawzajem.


Zespół uformował się organicznie. W kwestii instrumentów wszyscy są samoukami, co zdecydowanie zapewnia im oryginalność w sposobie gry i brzmieniu. Grali z intencją, by instrumenty mówiły za nich. Motywowani do tworzenia przez nieopuszczającą ich złość i poczucie niesprawiedliwości. Muzyka była wyrażaniem się, wolnością, zapomnieniem, terapią. Elementem duchowości.

 

 

 




Cymande
1972

Ich celem było mieszanie gatunków. W tamtym czasie reggae nie było jeszcze rozpopularyzowane, ale w ich otoczeniu byli rastafarianie. Stąd pojawiła się inspiracja, by włączyć do ich muzyki rasta perkusjonalia, przyśpiewki i hymny. Rasta drums, funk i jazzowe inspiracje uformowały to czym stał się zespół Cymande. Choć gatunkowo ciężko zmieścić ich w jakichkolwiek ramach, próbowano zrobić to używając zwrotów jak: „nyah-rock”, “afro-rock” czy nawet “calypso-rock”.

Nazwa zespołu pochodzi z refrenu jednego z popularnych utworów calypso. Zależało im, by była unikalna, a jednocześnie by sama przez siebie wyrażała skąd pochodzą i co reprezentują. Oznacza gołębia, który symboliką wyraża miłość, pokój, jedność i harmonię.

 

W Wielkiej Brytanii początek lat 70. był politycznie gorącym okresem. Państwo chciało pozbyć się imigrantów. A Cymande chciało być zespołem, który coś reprezentuje. Mieli w sobie dużo do powiedzenia i chcieli, by ta wiadomość została usłyszana.

Spotykali jednak na swojej drodze wiele przeszkód. Nikt w Wielkiej Brytanii nie chciał “czarnej muzyki”. Zrządzeniem losu na ich drodze pojawił się John Schroeder, który znalazł się w jednym z klubów, by przesłuchać zupełnie inny zespół. Ten, który miał być przesłuchany, się nie pojawił, ale Cymande byli wystarczająco unikalni, by przykuć jego uwagę. Zostali zaproszeni do pracy w studiu.

John chciał, by płyta brzmiała dokładnie tak, jak to, co przypadkiem usłyszał podczas ich pierwszego spotkania.
Dzięki temu wszystko na płycie grane jest na setkę, a panowie wprost bawią się dźwiękami. John nagraną kasetę wysłał do zaprzyjaźnionego przedstawiciela wytwórni Janus w Stanach. I tak właśnie została wydana pierwsza płyta zatytułowana Cymande, która stała się najszybciej sprzedającą się płytą w wytwórni Chess/Janus Record Label.

The Message poniosło się dużym echem po Ameryce. Z solidną popularnością i bardzo pochlebnymi opiniami amerykańskiej prasy muzycznej, zespół wkrótce osiągnął rzadkie wyróżnienie w postaci notowań na wszystkich trzech kluczowych amerykańskich listach przebojów- Jazz, R&B i Pop. W październiku 1972 r. ruszyła ich pierwsza trasa koncertowa.

 

 



Second time round
1973

 

Z lotniska odebrano ich limuzyną. Pierwszy koncert zagrali jako support przed Al’em Green’em, który w tym czasie był w swojej pełnej świetności. Grali stadiony dla 40.000 osób. Wspominają to jako doświadczenie otwierające oczy. Miejsca były głośne, a ludzie odważni i nieskrępowani w wyrażaniu siebie, w sposób jaki nie był im znany w UK. Wskakiwali na stoły i radośnie uderzali we wszystkie przedmioty które dawały dźwięk, powtarzając grane przez zespół rytmy. Reagowali, a to było dla zespołu wręcz szokujące.

Jako pierwsi pochodzący z Wielkiej Brytanii zagrali na Harlemie, w legendarnym teatrze Apollo razem z Jerrym Butlerem, który po koncercie czekał by uścisnąć im dłonie.

Po trasie koncertowej powstał drugi album “Second time round”, a zaraz po nim kolejna trasa koncertowa, tym razem z Cymande na czele. To o czym wcześniej słyszeli o innych artystach właśnie im się wydarzało. Żyli swoim marzeniem.

 

 



Promised Heights
1974

Podczas trasy koncertowej z singlem będącym kontynuacją „The Message”, zatytułowanym „Bra”, poruszającym się po listach przebojów, narodził się pomysł stworzenia trzeciego albumu. “Promised Heights” zostało nagrane w Chicago w Chess/Janus Studios, gdzie wcześniej nagrywali tacy artyści jak Muddy Waters, Chuck Berry i Rolling Stones.

Chociaż zespół skorzystał z okazji i cieszył się widokami oraz dźwiękami Chicago, szalone tempo ich błyskawicznego wzrostu w USA w końcu ich dogoniło. Muzycznie magia pozostała, ale zaczęły pojawiać się charakterystyczne oznaki zmęczenia, zrzędliwości i przebywania z dala od domu przez długi czas. Po takim sukcesie, po latach w których Ameryka doceniła ich twórczość w każdy możliwy sposób, powrócili do domu.

Rzeczywistość brutalnie uderzyła ich w twarze. Mimo, że grali u boku potężnego wtedy Al’a Green’a, w UK nadal nikt nie chciał dać im szansy. Ani w postaci koncertu, ani w radiu, ani w żadnej telewizji. Poczucie niesprawiedliwości i wykluczenia dotknęło ich po raz kolejny. Choć reprezentowali dużą część populacji, nie byli w stanie przebić się przez ten mur. Czuli się pokonani przez system. Ból był nie do opisania, nie do zniesienia. Włożyli bardzo dużo pracy w rozwój zespołu, niestety bez finansowego pokrycia. Każdy artysta czułby się sfrustrowany. Grasz dobrą muzykę, ale Twoje przeznaczenie jest niespełnione. Nie byli w stanie żyć dłużej w taki sposób. Padła decyzja o zawieszeniu działalności. Wierzyli, że wrócą i będą realizować się “później”.

W 1975r. zespół się rozszedł. Każdy w swoją stronę. Założyli rodziny, dla których byli gotowi poświęcić wszystko, by zapewnić im inną drogę w życiu, niż tą, którą sami poznali. Nie chcieli po skończonej trasie żyć z zasiłku więc znaleźli inny sposób by mieć realny wkład w życie swojej społeczności. Gitarzysta i basista zostali prawnikami. Saksofonista założył firmę powiązaną z elektryką i zupełnie odłożył instrument. Jedynie perkusista i flecista pozostali w branży muzycznej, dołączając do innych zespołów i odnosząc w tej materii sukces.  



Hip-hop i era disco

 

Muzyka Cymande jest prawdziwa, kreatywna i głęboka. Bardziej się ją czuje niż słyszy. Prowokuje, wywołuje reakcje, stawia wyzwania. Łatwa do słuchania, łatwa do tańczenia, a jednocześnie pełna emocji i znaczenia. Muzyka którą chcesz się dzielić. Nie da się ich zamknąć w żadnej kategorii gatunkowej i ludzie ich za to kochają. 

Wszyscy DJ-e lat 70., którzy rozkręcali erę disco grali Cymande. Czasem z dwóch mikserów jednocześnie by wydłużać czas trwania utworu nawet do 15 min. Kategoryzowano ich jako taneczny funk, taneczne R&B. Poruszało nogi. Poruszało dusze. Słysząc linie basu, ludzie mieli tylko jedno pytanie: “Kto to jest?!”

Piosenki jak “Bra” były esencją początku hip-hopu, który w swojej wstępnej fazie był po prostu jammowaniem. Kręcił się wokół DJa i tego jak bawił się muzyką. The Fugees, De La Soul, Wu-Tang Clan, Mc Solaar to tylko kilku z ponad 150. przykładów użycia Cymande jako sampla. I nie tylko w hip-hopie. House, jungle, drum&bass. Jeśli spojrzeć na DNA tych gatunków, Cymande tam jest.

Braznalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu Spike’a LeeCrooklyn”, a “Dove”, kolejny klasyk Cymande, pojawił się w filmie Lee25 godzina”.

 

Give people a chance and they will tell you what they want.

Muzyka Cymande jest pełna życia. Wystarczająco silna, by nie umrzeć. W dobie algorytmów i dostępności jaką mamy; droga od sampli do oryginału jest bardzo krótka. Nie trzeba już godzinami polować na winyle w sklepie oddalonym kilometry od miejsca w którym żyjesz. Za pomocą jednego kliknięcia możesz podzielić się tym z innymi. Dzięki temu, Cymande w końcu, po wielu latach bycia w niezasłużonym cieniu, zostało wysunięte na powierzchnię wielomilionowymi wyświetleniami. Pojawiły się covery, ich utwory były użyte jako tło w filmach skaterów, tancerze dzielili się choreografiami stworzonymi do ich rytmów. Któregoś dnia syn perkusisty wrócił do domu z imprezy oznajmiając, że “Bra” było hitem wieczoru. Do członków zespołu zaczyna docierać informacja, że pojawia się nowe zainteresowanie. Globalne. Powstał fan base. Za tym przyszły również pieniądze.

Fakt, że zespół zaprzestał działalności w latach 70. pozostawił w nich poczucie, że ich misja, ich przeznaczenie nie zostało zakończone. Pojawił się w nich nowy duch, nowa energia która popchnęła ich do tego samego pomysłu- czas wskrzesić zespół, póki jeszcze mamy na to witalną siłę. Na początku saksofonista jednak nie był tak chętny do tego pomysłu. Po rozpadzie zespołu odłożył instrument i nie grał przez 40 lat. Musiał nauczyć się grania od nowa. Choć jazdy na rowerze ponoć nigdy się nie zapomina, to ciężko nie pominąć tutaj fizycznego aspektu. Po tylu latach opanowanie instrumentu, szczególnie dętego, wiąże się ze sporym wysiłkiem. Po jednej z prób jego twarz kompletnie opuchła. Na szczęście absolutnie go to nie powstrzymało.

 

W 2014 roku zespół ponownie stanął na scenie w swoim oryginalnym składzie. Sala wypełniona była po brzegi młodymi ludźmi którzy znali ich muzykę bardzo dobrze. Duma, radość, szczęście. Umysły wręcz eksplodowały. Chyba nikt nie sądził, że kiedykolwiek znajdą się jeszcze w takiej sytuacji. Odbyli trasę. Po raz pierwszy koncertując również na terenie Wielkiej Brytanii. 

Ludzie pozwolili im uwierzyć, że ich muzyka nie została zapomniana; że była i nadal jest ważna. Zespół został zasilony przez nowych członków. Pojawili się kolei instrumentaliści dęci oraz wokalista, który pochodził z Brixton. Z tej samej dzielnicy w której Cymande odbywało swoje próby, a on jako dziecko ukradkiem ich słuchał z zachwytem, bo byli tak unikalni. Ta trasa doprowadziła do pracy nad kolejnym albumem.



Renascense
2025

 

Nie mogłam uwierzyć kiedy po otwarciu swojej aplikacji streamingowej zobaczyłam nowy singiel od Cymande. “Chasing an Empty Dream” pojawiło się w październiku zeszłego roku zupełnie znikąd. POWRACAJĄ. Tańcząc do niepodrabialnego, jedynego w swoim rodzaju groovu rozpoczęłam odliczanie do stycznia.

Nowa płyta delikatnie różni się od pierwszych wydań zespołu. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo czas który je dzieli jest prawdziwą rozwojową przepaścią. Nie tylko samej muzyki ale również funkcjonowania całego świata. Myślę że Panowie odnaleźli się w nowej rzeczywistości bardzo dobrze, pamiętając i nawiązując do swoich korzeni, ale wpuszczając głos współczesnego życia.

Świetnym przykładem może być utwór “Only One Way” z gościnnym udziałem Celeste. Piękna odsłona soulu, z niesamowicie przeszywającym wokalem na froncie. Zaczyna się z delikatnie towarzyszącym pianinem, by po chwili dołączyć ponadczasowy groove Cymande. Do tego otulające smyczki i mamy przepis na wspaniały, rozgrzewający utwór. 

Innym, wyróżniającym się utworem jest “Coltrane”, z dużą dozą harmonicznego jazzu. Niewątpliwie jest to hołd wobec postaci z historii muzyki tego gatunku, będących inspiracją członków zespołu. Ponownie zaprasza nas do tej historii linia basu, którą już po pierwszych taktach jesteśmy w stanie zanucić. Wspaniałe zagrywki trąbki tylko uzupełniają kontekst utworu, nawiązujący do filozofii, która towarzyszyła Cymande już na samym początku. Muzyka to część duchowości. Dar, przesłanie idące od samego Twórcy. 

Justyna Kalbarczyk