Uwielbiam w upalne dni rozpływać się w marzycielskim shoegaze’ie, zatapiać w muzyce tak gęstej jak powietrze wokół nas.
Nie spodziewałam się jednak takiego brzmienia od Lunar Vacation. Do tej pory grali oni sztandarowego amerykańskiego indie rocka, mieszając jasne gitary z płynącym basem i miękkim głosem, czasem dodając do tej mieszanki nieco syntezatorów. A tu taka niespodzianka…
Set the Stage jest zadziwiająco ciężkie, przepełnione dźwiękami. Pogłos, który zespół dotychczas często stosował, jest dużo większy. Zagęszcza on fakturę utworu. Gep Repasky niezmiennie czaruje nas swoim gładkim głosem, choć brzmi on bardziej zdecydowanie. Gitary pozostają stateczne, wyznaczając kierunek naszego przepływu, a równomierna perkusja i bas dbają o to, żebyśmy nie zabłądzili. To wszystko sprawia, że przeprawa przez tę gęstwinę nie jest wyzwaniem, a najczystszą przyjemnością.
Premiera drugiego albumu zespołu już 13 września, a ja jestem bardzo ciekawa, czy Lunar Vacation pozostanie w takich shoegaze’owych klimatach.
Wydając album PAINLESS, wyróżniony przez nas w zestawieniu najlepszych albumów zagranicznych 2022 roku, Nilüfer Yanya postawiła dla siebie bardzo wysoką poprzeczkę artystyczną. Jej oficjalny singlowy powrót od czasu tego wydania udowadnia, że dla Brytyjki była to zaledwie rozgrzewka.
W Like I Say (I runaway), artystka trzyma w napięciu słuchaczy, bawiąc się balansem pomiędzy spokojem i miękkością płynącą z jej szeptanego wokalu a rozmytą, psychodeliczną instrumentalną stroną. Gdy z rosnącym tempem utwór wskakuje na wyższy bieg, chropowata, zniekształcona gitara zaprasza do wkroczenia w muzyczny świat pełen nietypowych faktur. Wewnątrz niego, czerpiący z shoegaze’u zapętlający się refren wydaje się wiercić dziurę w głowie, a rytm perkusji zaszywa się w każdej części ciała, które zachęcone pozwalają sobie podążać za błyszczącym wokalem.
Jako jeden z najbardziej energicznych utworów Nilüfer w katalogu, Like I Say jest pierwszym przedsmakiem tego, co nadchodzi. Przesłanie singla jest zaskakująco proste – mówi o momencie, w którym zdajesz sobie sprawę, jak cenny jest twój czas. Zgodnie z tą ideą, przekonuję wszystkich, że czas spędzony odsłuchując naszego najnowszego mocograja na zapętleniu, na pewno nie jest stracony…
Otulająca i dymna mantra z refleksyjną, prześladującą gitarą to bezkompromisowe katharsis od wrocławskiej sceny niezależnej i zespołu noco w towarzystwie Winetu i Kwiotków. Budda to utwór, który tak łatwo nie wychodzi z głowy, osiadając w myślach, kiełkując, rozrastając się w wymownym krzyku wokalistki zespołu noco Basi Białkowskiej i towarzyszącej jej perkusji. Wsłuchajcie się w ognistość i słuchając zapalcie koniecznie kadzidło, aby poczuć się jak Budda – może to się uda.
Z połączenia tego, co glam rockowe, wzniosłe, barokowe i czarodziejskie, powstały one – The Last Dinner Party. Co więcej, pojawiły się na scenie w równie magiczny sposób, bo jakby znikąd, nagle, niczym teleportujące się czarodziejki. I od razu spowodowały na brytyjskiej scenie rockowej niemałe zamieszanie. W ogóle się nie dziwię, bo zachwycające jest w nich wszystko – patetyczne brzmienie, charyzma, fantastyczne stylizacje… Serio, włączcie sobie jakikolwiek filmik z koncertu i spójrzcie tylko na te stroje!
Na początku lutego wydały swój debiutancki album zatytułowany Prelude to Ecstasy. Łącząc wszystko to, co dramatyczne i podniosłe, stworzyły soundtrack współczesnego Shakespeare’a. Kołyszą się między skrajnościami ludzkich emocji, od ekstazy namiętności do wzniosłości bólu. A to wszystko ma wręcz hedonistyczny wydźwięk.
Wiem, że nawet luty się jeszcze nie skończył, ale z pewnością stwierdzam, że Prelude to Ecstasy jest już jednym z moich ulubionych albumów roku 2024.
Odważny, bezkompromisowy, charyzmatyczny. Od początku swojej kariery muzycznej wykorzystuje swój głos, by powiedzieć więcej. 9 lutego premierę miał jego trzeci krążek What Happened to the Beach?. Z tej okazji zagłębiamy się w dyskografię Declana McKenny w paśmie Artysty Tygodnia na antenie Akademickiego Radia LUZ.
Przez wielu nazywany jest głosem młodego pokolenia. Pokolenia zbuntowanego, sfrustrowanego i bezradnego. Protest songi stanowią znaczną część dorobku artystycznego McKenny. To właśnie od jednego z nich rozpoczęła się jego kariera…
What Do You Think About the Car?
2017
Columbia
Brasil to pierwszy singiel Declana. Został on wydany niedługo po Mistrzostwach Świata w piłce nożnej organizowanych przez Międzynarodową Federację Piłki Nożnej (FIFA) w 2014 roku. Miały one miejsce właśnie w Brazylii. Utwór ten to wyraz frustracji spowodowanej korupcją w show-biznesie futbolowym, a także obojętności świata wobec sytuacji ekonomicznej Brazylii i powszechnego ubóstwa. Singiel wywołał niemałe zamieszanie na brytyjskiej scenie indie. Co jeszcze bardziej przyczyniło się do do sukcesu singla to fakt, że Declan, pisząc go, miał zaledwie 16 lat. Młody talent od razu zwrócił na siebie uwagę wielu wytwórni oraz ogólne zainteresowanie mediów. Brasil osiągnęło naprawdę wielki sukces, tym bardziej, że był to pierwszy singiel młodego muzyka.
What Do You Think About the Car? to pamiętnik dorastającego nastolatka. Dostrzega on niesprawiedliwość, nierówność i absurdy życia codziennego. Skupia się na kwestiach politycznych i społecznych, takich jak nierówności klasowe, samobójstwo, wiara, wojna, queerowość czy korupcja. Muzycznie album jest przejawem młodzieńczej lekkości, czasem nawet zabawy. Dość mocno kontrastuje to z ogólnym przekazem, ale przede wszystkim nieco uśmierza ból spowodowany powszechną bezsilnością. Niczym muzyczny plaster.
Zeros
2020
Columbia
Drugi album McKenny to stylistyczny zwrot w twórczości. Dobrze znany nam buntownik nie jest już nastolatkiem. Zeros to album dojrzalszy. Tym razem Declan ubiera błyszczący kostium, twarz przyozdabia brokatem, a frustracje zamyka w eklektycznych brzmieniach inspirowanych brytyjskimi ikonami glam rocka, takimi jak David Bowie, Marc Bolan czy zespół Slade. Mimo czerpania inspiracji z różnych źródeł muzycznych Zeros jednocześnie prezentuje unikalny styl Declana McKenny i jego zdolność do łączenia różnych gatunków.
Teksty są kopalnią metafor, alegorii i symboli. Nawiązują do wydarzeń historycznych, Biblii, konkretnych polityków, mitologii czy kultów. Co więcej, McKenna ma talent do budowania apokaliptycznych wizji opartych na ironii i zabawie słowem, dlatego nie zawsze są one oczywiste i łatwe do odnalezienia. Jednak, gdy już je zauważymy, odkrywają przed nami kolejne głębie. Declan nie porzuca swojej sztandarowej bezpośredniości. Otwarcie porusza tematy związane z polityką, problemami psychicznymi, zmianami klimatu, kryzysem mediów publicznych czy hipokryzją społeczeństwa. Mimo poruszania ciężkich tematów, jego pióro pozostaje lekkie.
What Happened to the Beach?
2024
Tomplicated
Po premierze Zeros bałam się, że poprzeczka została zawieszona za wysoko i każde kolejne wydawnictwo będzie mnie zawodzić. W jak ogromnym błędzie byłam!
Najnowszy album jest wyrazem doskonałej harmonii dojrzałości i beztroskiej zabawy. Declan sam stwierdził, że ta płyta jest wynikiem zdjęcia z siebie presji, którą nieustannie odczuwał przy pracy nad pierwszymi dwoma wydawnictwami. Teraz po prostu chce się dobrze bawić. Jednocześnie nie znika przy tym charakterystyczna dla niego refleksyjność nad światem. Przez wyraźnie słyszalną swobodę przekaz staje się jeszcze bardziej bezpośredni. Najwięcej uwagi poświęca sferze emocjonalnej człowieka, choć charakterystyczna dla Declana refleksja nad społeczeństwem również się pojawia. What Happened to the Beach? jest niczym doskonałe dopełnienie poprzednich dwóch albumów. Jest zupełnie inne, ale Declan nie odcina się od swojego muzycznego dziedzictwa. A nawet składa mu hołd.
Ta płyta to największy do tej pory eksperyment w dyskografii McKenny. Nie tylko bawi się słowami czy własnym głosem. Łączy on ze sobą najróżniejsze gatunki, od neo-psychodelii, przez dream pop, aż po mocne gitarowe brzmienia. Co więcej, żaden z utworów nie pozwala na pozostanie w bezruchu – czasem spokojnie się bujamy, innym razem porywamy się do nieco bardziej szalonego tańca.
Dyskografia Declana McKenny to nie tylko opowieść o dojrzewaniu człowieka, ale także artysty. Opowieść o poszukiwaniu, eksperymentach i odnajdywaniu własnej tożsamości. I jest to naprawdę wspaniała opowieść.
Na rodzimym podwórku muzyki alternatywnej mamy cały arsenał broni białej. Precyzyjnie niczym Skalpel, rozdzierająco jak Siekiera, na scenę wracają Noże. Najnowszy singiel zespołu z gościnnym udziałem Ofelii zapowiada długo wyczekiwany drugi album składu.
Jeśli w 2019 nie trafiliście na album Gniew, lub w 2022 nie trafiliście na singiel Heliocentryzm. Jeżeli w zeszłym roku nie złapaliście ich na trójmiejskiej edycji Męskiego Grania, lub na płycie Jerzyka Krzyżyka. Dziś najwyższa pora nadrobić tę niewiedzę zaczynając od najnowszego singla. Noże ponownie pokazują, jak idealnie nabudować emocje i zagrać skrajnie przejmujący refren piosenki. Ofelia i Karol Kruczek płynnie prowadzą nas przez swoją opowieść, splatając jej narrację. Co daje nam kolejne podejście zespołu do współpracy z innymi artystami i artystkami? Niesamowitą balladę osadzoną w górniczych realiach, dorosłych, dalej rozdrapujących swoje młodzieńcze rany. Rozpłyńcie się w tej opowieści i poznajcie Noże!
Declan McKenna niezmiennie od około 5 lat pozostaje jednym z moich ulubionych artystów młodego pokolenia. Niesamowicie charyzmatyczny i bezkompromisowy Brytyjczyk z każdym kolejnym albumem zaskakuje.
Elevator Hum to trzeci singiel promujący jego trzecią płytę WHAT HAPPENED TO THE BEACH?. Jej premiera już 9 lutego. Dotychczasowe utwory (z których jeden został już wyróżniony tytułem mocograja) pokazują, że wraz z każdym kolejnym krążkiem Declan przechodzi reorientację. Jego debiut był wyrazem nastoletniości, młodzieńczego buntu przeciwko społeczeństwu i systemowi. Zerosjest dziełem muzyka zdecydowanie dojrzalszego. Wciąż jednak mamy do czynienia z buntownikiem, ubierającym frustracje w błyszczące i eklektyczne brzmienia lat 80.
WHAT HAPPENED TO THE BEACH? zapowiada się jako album najbardziej różnorodny pod względem instrumentalnym w dyskografii tego muzyka. A fakt, że mówię coś takiego po trzech singlach, musi o czymś świadczyć. Dodatkowo, Declan nie porzuca swojej sztandarowej bezpośredniości. Otwarcie mówi o swoich uczuciach, problemach i frustracjach. A co więcej, najnowszy album będzie się składał z aż 16 utworów. Naprawdę nie mogę się już doczekać.
Devendra Banhart, wenezuelczyk o duszy melancholika, 22 września wydał swój jedenasty album dowodząc, że eklektyczność w muzyce jest niezwykle istotna. Flying Wig to album oniryczny, istna puszka pandory, która po odsłuchaniu wywołuje niesamowite poczucie tęsknoty za nieistniejącym. Jest w tym albumie nuta modernistycznego podejścia do muzyki, co sugeruje niebiesko-metaliczna okładka nie ukazująca twarzy artysty. Banhart nie wyzbywa się jednak swojej folkowej natury, natomiast przeobraża ją w gładki, miejski indie pop/folk eksperymentując z gitarowymi brzmieniami i syntezatorami. Przede wszystkim Flying Wig to owoc przyjaźni z multiinstrumentalistką Cate Le Bon, która dzieli z artystą nie tylko wspólną wizję, ale także tytuł albumu Oh Me, Oh My, z 2002 i w jej przypadku 2009 roku.
Sami artyści mówią o tym albumie jako wydawnictwie traktującym o wdzięczności, przekształcaniu zranień w piękno przeżywania i doświadczania. Według Banharta smutek ma za zadanie przekształcić rozpacz w piękno sztuki, a sama rozpacz ubrana jest w najpiękniejszy strój.
Devendra Banhart artystą tygodnia w Radiu Luz na 91,6 fm.
Devendra Obi Banhart, artysta o wenezuelskich korzeniach urodzony w Teksasie, przekracza granice gatunków. Łącząc akustyczny folk i psychodelę oraz tworząc teksty oparte o strumień świadomości. Banhart spędził większość swojego dzieciństwa w rodzinnym Caracas. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych studiował przez pewien czas w San Francisco Art Institute, zanim ostatecznie skupił się na karierze muzycznej. Pierwszym albumem, który przyniósł Banhartowi szeroką uwagę, był Oh Me Oh My… (2002). Jego elastyczne podejście do pisania piosenek, w połączeniu z zamiłowaniem do niezwykłości i surrealizmu, zyskało przychylność krytyków muzycznych przyglądających się jego karierze. Wraz ze wzrostem popularności, albumy Banharta w tym Niño Rojo i Rejoicing in the Hands (oba z 2004 roku), Cripple Crow (2005) i Smokey Rolls down Thunder Canyon (2007) stały się bardziej rozbudowane. Następnie wydał What Will We Be (2009), Mala (2013), Ape in Pink Marble (2016) i Ma (2019). Poprzez okazjonalne użycie języka hiszpańskiego oraz stylistyki Tropicálii ujawnia się jego latynoski sznyt. Oprócz stosowania różnych stylów muzycznych, zapożyczał z różnych form sztuki literackiej i wizualnej. Te ostatnie były szczególnie interesujące dla Banharta, który był także artystą wizualnym. Zbiór jego rysunków, obrazów, fotografii i prac mieszanych, I Left My Noodle on Ramen Street, został opublikowany w 2015 roku.
Miejska melancholia
Flying Wig jest niezwykle ezoterycznym wydawnictwem. Nagrany w studiu otoczonym sekwojami przywodzi na myśl medytację w ciemnym lesie lub też spoglądanie na oddaloną przestrzeń miejską i powolne jej kontemplowanie. Płyta wyprodukowana przez walijską wielbicielkę art-rocka Cate Le Bon nabrała temperamentu Benharta przybierając kolory niebieskiego, tęsknego folku w zupełnie nietradycyjnym znaczeniu.
Dziesięć utworów na Flying Wig tematycznie oscyluje wokół kwestii złamanego serca, przebaczenia i przeobrażenia cierpienia w coś szlachetniejszego. Czerpiąc inspiracje z poematu japońskiego mistrza haiku Kobayashiego Issa pt “This Dewdrop World” artysta przeobraża przygnębiającą tematykę w przeżycie duchowe. Są to piosenki używające zaskakujących historii, przeobrażonych na współczesną modłę, bo pojawiają się w nich zgubione ładowarki od telefonów, czy uciekające zakonnice. Devendra Banhart uwspółcześnia odwieczne ludzkie zagubienie i nie stroni od wtrąceń ponadczasowych.
Flying Wig rzeczywiście podnosi na duchu, a wręcz wznosi słuchacza gdzieś ponad kłęby chmur w iskrzącą od dźwięków kontemplację rzeczywistości. Król freak folku nie pozostawia z klasycznym pojmowaniem ballad i muzyki, jako wartko płynącej historii. Unikając akustycznego instrumentarium Banhart operuje ezoteryką, sennością syntezatora podszytym rockowym pomrukiem. Skupienie się na elektronice sprawia, że senność tego wydawnictwa jest urzekająca i brak w niej marazmu. Delikatny wokal uwodzi i opowiada historie warte wysłuchania.
Devendra Banhart operuje też estetyką queerową ubierając do okładki niebieską suknię Issey Miyake i perły. Kreację prezentował także w ostatnich występach na żywo m. in. na festiwalu Cusica w Caracas, w Wenezueli. Tłumaczy, że nie chodzi o jego tożsamość seksualną, ale połączenie z kobiecą stroną doświadczania, tak jak kiedy w dzieciństwie ubierał suknie matki. Banhart znany jest z bycia zwolennikiem androgenicznego ruchu Haight-Ashbury z lat sześćdziesiątych XX wieku, który osadzał piosenki w dzielnicy Castro w San Francisco. Zabawa gatunkiem, tożsamością, otwartością na różne rodzaje ekspresji wyróżniają go jako artystę.
Dziwność i zagadkowość – Flying Wig jest przekonującym albumem pełnym transcendencji z automatycznej perkusji w oniryczną stronę muzyki kojarzącej się z niektórymi wydawnictwami Beach House, czy Slowdive. W utworze tytułowym podmiot liryczny przyjmuje perspektywę peruki zwisającej ze statywu mikrofonu. Czy można dziwniej i zabawniej opisać samotność przeżywania?
Intrygująca jest również historia w utworach Charger oraz Nun. Smutek przełamywany jest tu poprzez zabawę z tekstem, w którym Banhart przedstawia historię zagubionej ładowarki, czy uciekającej zakonnicy za pomocą haiku. Czerpiąc z japońskiej duchowości Banhart pozostawia swoją muzyczną narrację w duchu ezoterycznym korzystając z nietypowych rozwiązań muzycznych. Skupienie się na syntezatorach skutkuje ciepłym i wszechobecnym szumem, unoszącą się fantazją, która grozi niskim szeptem, że w każdej chwili może uciec. Wprowadza słuchacza w niezwykły stan uniesienia, momentu transcendencji do innej rzeczywistości. Wydane 22 września Flying Wig pełne jest mistycznego charakteru z miejskim pomrukiem. Dziesięć niesamowitych utworów tworzy spójną całość. Prostota haiku przeplata się z próbą eksperymentu z gitarą, perkusją, czy nawet wstawkami chóralnymi.
Devendra Banhart to artysta wielowymiarowy. Swoją muzyką stara się opowiedzieć jak najwięcej historii, wyróżnić jak najwięcej perspektyw, jakie można przyjąć względem relacji międzyludzkich. Jednocześnie nie pozostaje nudny, wciąż poszukuje i eksperymentuje ze swoją muzyką zachowując niepowtarzalny styl, podkreślając swoje wenezuelskie korzenie. Jego muzyka to przede wszystkim zabawa dźwiękiem i nieustanne poszukiwania nowych inspiracji w kulturze i folku, który stał się kiedyś jego główną ścieżką tworzenia muzyki i budowaniu na nim swojego wizerunku artystycznego.
Miłośnicy Maca DeMarco nie wzięli jeszcze oddechu po ostatniej płycie, a już w prezencie otrzymali niezwykłą kolaborację, w której ciężko o przesadę. Wydawnictwo jest następstwem serii singli Eyedress w tym Teen Mom, Escape From The Killer i Flowers & Chocolate, a także jego mixtape’u COMMITTING CRIMES. Łącząc swoje style muzyczne – tak różne i tak podobne jednocześnie, bo oba czerpiące z sennej psychodeli rockowej lat 70 i bedroom popu. Duet Filipiny-Kanada stworzył beztroską miłosną balladę, fuzję stylów dobrze znanych z dotychczasowego repertuaru oby artystów, ale bez nudy.
Towarzyszący piosence teledysk hipnotyzuje, bawi się znaczeniami, przypomina sen, pozostawiając pole na interpretacje i zabawę.
Powroty skąd? Powroty dokąd? Czy to istotne? Istotne na pewno jest to, że trójmiejskie trio po prawie dwóch latach wracają z nową muzyką! Bluza to jeden z pięciu utworów, który znalazł się na niedawno wydanym EP Powroty.
Spontaniczna premiera od Powrotów znacznie poszerza gamę brzmień, którą pozwoliły nam poznać dwa pierwsze single. Sączące się w tle melodie, połączone z agresywnymi akordami, tworzą wyjątkowo groovy podkład dla krzykliwej historii o złamanym sercu. Inspirowane brytyjską alternatywą lat 80. brzmienie i na pozór niewinna opowieść na chwilę przeniosą was w inne miejsce. Czy to Chałupy, czy Wrocław, każdy z nas ma za sobą ten pamiętny ciepły dzień…
Sekcja rytmiczna zespołu wącha się między stwierdzeniem „Taki lofi letniaczek” i „Bardzo fajny kawałek”. W zestawieniu obu opinii powstaje nam coś w stylu „Powroty wydały bardzo fajnego letniaczka”, z czym ciężko się nie zgodzić. Dla mnie Bluza to kolejny punkt zaczepienia w Trójmieście i kolejny powód, by z zamiłowaniem poznawać dalej jego scenę niezależną. Następnym razem, zastanawiając się, dokąd właściwie wracacie, posłuchajcie nowego EP Powrotów. Może to pomoże nam trochę oczyścić głowy?
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.