Archiwum

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

The Twilight Sad

Siedem lat przerwy wydawniczej, walka z demonami i pożegnanie, które zdawało się nie mieć końca. The Twilight Sad powracają z najbardziej osobistym materiałem w swojej dwudziestoletniej karierze, a my, celebrując premierę krążka IT’S THE LONG GOODBYE, ogłaszamy ich Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

The Twilight Sad to szkocki duet z Kilsyth, tworzony przez Jamesa Grahama i Andy’ego MacFarlane’a. Choć nigdy nie stali się komercyjną maszyną do robienia hitów, ich upór i bezkompromisowość sprawiły, że stali się ulubieńcami samego Roberta Smitha. To właśnie lider The Cure wyciągnął ich na największe stadiony świata, a na nadchodzącym IT’S THE LONG GOODBYE aktywnie włączył się w proces nagrywania, grając na gitarze, klawiszach i basie w trzech utworach na nowej płycie. Przez ponad dwie dekady działalności słusznie zapracowali na miano „narodowego skarbu” szkockiej alternatywy, choć sam Graham woli nazywać grupę „karaluchem, który po prostu nie chce zniknąć”. Ich siła tkwi w autentyczności – od charakterystycznego, twardego szkockiego akcentu wokalisty, po ewoluujące brzmienie, w którym do przesiąkniętego shoegaze’owymi ścianami dźwięku post-punku z czasem zaczęły przenikać chłodne, syntetyczne tekstury czy automaty perkusyjne.


It's the Long Goodbye

IT’S THE LONG GOODBYE

2026

Rock Action Records

Po przesłuchaniu trzech singli promujących nadchodzący album (ATTEMPT A CRASH LANDING – THEME, DESIGNED TO LOSE, WAITING FOR THE PHONE CALL) słychać, że zespół kontynuuje rozwijanie stylu obranego na ostatniej płycie z 2019 roku zatytułowanej IT WON/T BE LIKE THIS ALL THE TIME. Przestrzeń w utworach, pomiędzy breakdownami, zapełniona jest po brzegi masywną przesterowaną ścianą dźwięku, chwytliwymi synthami, czy dodatkowo napędzającym już i tak żwawy rytm perkusji tradycyjnej automatem perkusyjnym.

Lirycznie Graham wykonuje tu ostateczny krok w stronę bezpośredniości. Jeśli na poprzednich płytach zdarzało mu się jeszcze chować za parawanem metafor, tutaj stawia na bezpośredni, niemal dokumentalny zapis swoich przeżyć. Centralnym punktem dla albumu jest walka matki Grahama z demencją, którą wokalista nazywa „długą i okrutną żałobą”. Dla Jamesa te siedem lat było czasem skrajnych kontrastów. W tym samym momencie, gdy w jego życiu pojawiało się nowe życie (narodziny syna), jednocześnie gasło to, które mu to życie dało. Te dwie skrajne drogi splotły się na płycie w jeden, trudny do emocjonalnego udźwignięcia obraz.

Graham nie pisze tu wyłącznie ze swojej perspektywy. Próbuje patrzeć oczami matki oraz pozostałych członków rodziny, szukając odpowiedzi w codzienności, która każdego dnia wyglądała inaczej. Mimo tak ciężkiej tematyki, warstwa instrumentalna albumu nie jest jedynie tłem dla smutku. Andy MacFarlane postawił w swoich kompozycjach na świadomy kontrast. Muzyka stanowi przeciwwagę dla bolesnej liryki, stając się potężnym nośnikiem emocji, które Graham z siebie wyrzuca. W efekcie otrzymujemy potężne, gitarowe soundscape’y o ogromnej objętości i głośności a nowe utwory, mimo bolesnego fundamentu, niosą w sobie dziwny rodzaj optymistycznego blasku. Jak przyznaje sam James:

Mogę być w samym środku cierpienia, ale otaczające mnie dźwięki mają w sobie tyle barwy, tekstury i dynamiki, że nie pozwalają mi tam zostać.

Dla zespołu cały ten siedmioletni proces twórczy był wart wszystkiego, co przeszli, jeśli tylko dzięki tym piosenkom ktoś po drugiej stronie głośnika poczuje się mniej samotny w swoim bólu.

Teskt: Marcin Olszyna

IT’S THE LONG GOODBYE by The Twilight Sad

Clayknot – Rzeka

Clayknot - Rzeka

Razem z prądem przypłynął do nas najnowszy singiel Clayknot Rzeka, przy której artystka snuje kolejną opowieść o wymarzonym wszechświecie. Przez całą historię towarzyszy nam krystaliczny dźwięk, przypominający polne cykady. Clayknot wyciąga do nas rękę, żeby na chwilę porwać nas w senny bieg przez pola i mokre kamienie. 

Rzeka brzmi dla mnie jak niecodzienne połączenie songwriterskich ballad z shoegaze’em. Nurt, w którym odnajdą się miłośnicy lekkiej alternatywy, popu, klasyki polskiego rocka i onirycznych brzmień. Clayknot dała się już poznać w najróżniejszych wydaniach, wspólnie z takimi artystami, jak Powaby, Bazgrołki, Mara, czy Aluzja. Krótko przed premierą solowego utworu zagościła również ze stasiem na singlu deszcz_na_twarzy z producenckiej płyty dj’a cbh, z którymi wspólnie wystąpiła w warszawskich Chmurach.

Na niezależnej scenie alternatywnej mamy wiele wyjątkowych wokalistek, które działają na podobnym polu. Często dzięki temu powstaje siostrzana sieć muzyczna, w którą sama Clayknot bardzo aktywnie się angażuje. Na przykład support przed wystepem KIWI to nie kolejny gig do odśpiewania, tylko okazja do wzajemnego wymienienia się zachwytami. Z kolej kolidująca data premiery ze znajomą wokalistką Olą Poskrop to nie powód do konfliktu, tylko szansa na wsparcie siebie nawzajem w dniu premiery i okazanie wsparcia. Clayknot, zarówno jako artystka i postać w internecie, tworzy przestrzeń otwartą i pełną delikatnego komfortowego światła. W jej imieniu zapraszam Was do tej krainy!

Dawid Sas
osiedle core

Balu Brigada – What Do We Ever Really Know?

Nowozelandzki duet Balu Brigada zdradza kolejną pozycję ze swojego nadchodzącego, debiutanckiego albumu. Już za lekko ponad dwa tygodnie dowiemy się, jak w całości brzmi Portal. Poprzeczka zawisła wysoko, zwłaszcza po tym, jak wykręcony i przestrzenny był wcześniejszy singiel Backseet oraz hiciarski So Cold. Teraz czas dać szansę What Do We Ever Really Know? i zrozumieć, co zespół ma do przekazania. 

Na temat nowego singla wypowiedzieli się sami autorzy. Twierdzą, że What Do We Ever Really Know? to kryzys egzystencjalny. Może się to wydawać dość zaskakujące, bo muzycznie, tak jak indie rockowe gitarki mają w zwyczaju, kawałek jest raczej ciepły i przyjemny. Zgłębiając jednak historię Mocograja dowiadujemy się o ciężarach życia, ciągłym pędzie, a także mnóstwie niezależnych od nas rzeczy. Równocześnie Balu Brigada mówi o towarzyszących tym trudnościom zamieszaniu i ambicjach, ale też o tym, że na osi czasu trafiają się i dobre chwile. Z połączenia przeciwstawnych biegunów emocjonalnych  powstaje rzeczywistość, w której staramy się działać słusznie. Jednak pojawią się przy tym pytanie: Czy w ogóle wiemy, co robimy? 

Paulina Madej

Wolf Alice – The Sofa

Brytyjski zespół Wolf Alice przesunął datę premiery nadchodzącego albumu The Clearing z 29 na 22 sierpnia, a niedługo po ogłoszeniu radosnej informacji, przypieczętował ją drugim z singli promujących projekt – rozkosznym The Sofa. Jeśli macie w zanadrzu kilka minut, włączcie teledysk i rozsiądźcie się na kanapie, obok wokalistki. Uwaga! Ryzyko braku możności oderwania oczu oraz uszu jest wysokie… i absolutnie warto je podjąć.

Podczas gdy ostatni studyjny projekt Wolf Alice, czyli Blue Weekend, opowiadał o podróży zarówno w znaczeniu dosłownym (pobyt Ellie Rowsell w Stanach Zjednoczonych), jak i metaforycznym (wewnętrzne zagubienie i proces leczenia złamanego serca), The Sofa jest stateczne. Wypełnione komfortem i ciepłem. Nasycone samoakceptacją. Utwór jest sugestią, że czasem lepiej odpuścić i (na przykład, na własnej kanapie) zaczerpnąć błogiego spokoju, uprawiając il dolce far niente.

Pola Sosin

 

Wolf Alice – Bloom Baby Bloom

wolf alice bloom baby bloom

Od czego tu zacząć? W końcu przy tak gorących premierach, nie tylko w roli mocograja na antenie Radia LUZ, brakuje trochę słów. Może więc po kolei. Kiedy cztery lata temu ukazał się Blue Weekend, poprzeczka, jaką postawili sobie Wolf Alice wydawała się niemożliwa do przeskoczenia. Spowity w mrocznej, filmowej aurze trzeci krążek londyńskiej grupy to dzieło w każdym calu wybitne. Długo wówczas zastanawiałem się, jak tego dokonali i co muszą zrobić, by choć w najmniejszym stopniu dorównać tak wysokiemu poziomowi.

Ani przez chwilę nie spodziewałem się tego, co uzyskam w odpowiedzi. Nikt nie mógł być na to gotowy. W ubiegłym tygodniu Wolf Alice powrócili z nowym utworem, zapowiedzieli album i, jakby to nie wystarczało, solowy koncert w warszawskiej Progresji! Wiele poczynań z legendarnym singlem na czele, bo tylko tak można określić Bloom Baby Bloom. Trochę jakby wyjęty ze starej gry wideo, której chaotyczna akcja w rzeczywistości jest doskonale przemyślana, trzymając w napięciu od pierwszych sekund rozgrywki.

Rozmarzone gitary, choć już nie tak w centrum, dalej stanowią istotny element układanki, czasem w postaci szybkiej solówki, czasem w formie wysokich przeciągnięć strun tu i tam. To jednak pianino wysuwa się na prowadzenie swoim skocznym, teatralnym rytmem. W jego ślady idzie perkusja – szybka i dynamiczna. Wszystko spojone nietuzinkowymi melodiami oraz przyjemnymi smaczkami w formie przeróżnych dźwięków: od przypominających wspomnianą wyżej grę wideo elektronicznych syntezatorów, po odgłosy jadącego pociągu. Jest jednak coś jeszcze, co bez cienia wątpliwości wyróżnia się najbardziej. Ellie Rowsell i jej wokal. To zdecydowanie jej rozgrywka, w której nie bierze żadnych jeńców. Każdy oddech, westchnięcie, chórki, każdy krzyk (a takich jest sporo!) przypomina o niezrównanej sile, jaką dysponuje. Wokalistka rozkwita niczym kwiat, a nam nie sposób nie zachwycać się kolorami jej głosu.

Sumując wszystkie elementy, otrzymujemy jeden z najbardziej intrygujących utworów tego roku. Bloom Baby Bloom to całkowita reinwencja stylistyczna, której pozostałe karty Wolf Alice ujawnią pod koniec sierpnia, przy okazji premiery albumu The Clearing. Pięknym dokumentem obranej ścieżki jest towarzyszący singlowi teledysk, przedstawiający artystów z innej, nieznanej wcześniej strony. I choć zaskakujący, u jego podstaw leży ta sama nieodłączna chęć odkrywania nowych możliwości i ciągłej eksperymentacji.

Antek Winiarski

Vundabar – Stallion Running

Czas się ubrudzić. Czas poskakać w błotnistych kałużach w rytm wygrywający przez niechlujne gitary: czas odpalić najnowszy album zespołu Vundabar Surgery and Pleasure i oddać się w objęcia surowego, ale zupełnie niegroźnego brzmienia. Pora na mieszankę żywiołowości z pragnieniem namysłu, jedności między czystością a dziczą.

Niech utwór Stallion Running będzie zaproszeniem do zasiedzenia się w starym garażu, kryjącym w sobie najnowocześniejsze maszyny: chwytliwe melodie gitar, które są połączeniem rocka z zamierzchłych czasów ze współczesnym brzmieniem, typowym dla indie rocka. Jednak gitarki to nie wszystko! To także tekst łatwo zapadający w pamięć, będący jednocześnie chaosem i mrokiem,  jak i tym, co mógł przeżywać Bojack Horseman, gdy spoglądał na biegnące konie…

Czy to strach przed wolnością? Czy może jej ogromne pragnienie? 

Jedno jest pewne: to zachęta do tego, aby się ubrudzić.

Paulina Madej

Automatic — half•alive

automatic half alive okadka

Chaotyczne, grungowe i wybuchowe Automatic od kalifornijskiego trio half•alive to odpowiedź na pytanie co w człowieku ludzkie, sięgając po nostalgię i młodzieńczą wolność. Po spokojnym i słonecznym dancepop’owym singlu Sophie’s House zespół kompletnie zmienia kierunek, sięgając po gniewne riffy i krzyczane refreny.

Jak wspomina wokalista Josh Taylor, utwór, którego tekst warto wykrzyczeć musi pochodzić z głębi serca, jakoś przekonać nas do tego, że warto dołączyć do niego emocjonalnie. Kiedy oprócz przemyślanego przekazu pojawiają się też rozmyte, brudne gitary i pulsująca niczym tętno perkusja, łatwo uświadomić sobie, że nic nie przekonuje nas jednak tak bardzo jak dobre brzmienie!

Najnowszy album grupy half•alivePersona, ukaże się 15 listopada. Jak zawsze z dopasowaną choreografią.

Mikołaj Domalewski


ROCKMAN — Mk.gee

rockman mk.gee okładka

Michael Gordon nie kłamie w tytule najnowszego singla. To prawdziwy ROCKMAN.

Mk.gee już od jakiegoś czasu staje się pewnego rodzaju gwiazdą new-age’owych gitar, a fale fanów błagają o zdjęcia jego koncertowych konfiguracji pedałów i teoretyzują na temat technicznych aspektów jego brzmienia. Ciężko im się dziwić, bo artysta w niesamowicie biegły sposób bawi się nie tylko krzywieniem i rozciągnięciem specyficznych dźwięków gitar z lat 80-tych, ale także sylwetką idola i gwiazdy.

Ironizując ekstrawagancję macho artystów klasycznego rocka niczym pistolet wycelowany w zatłoczony syntezator na okładce singla, czy grając ostatni utwór na koncercie 12 razy z rzędu, muzyk nie bierze na poważnie oczekiwań i konwencji. Jednak przy całej ironii, zabawie i słyszalnych inspiracjach Brucem Springsteen’em czy The Police, ten rozmazany, niedbały i transowy utwór jest nadal pełen szczerości i miłości do gatunku, przypominając lata świetności psychodelicznego rocka i syntezatorów.

Wyróżnione przez nas ROCKMAN’owe harmonie Gordona usłyszycie w akademickim Radiu LUZ w tym tygodniu jako mocograj!

Mikołaj Domalewski

Been Stellar – I Have The Answer

been stellar scream from new york ny

Naszych mocograjowych debiutantów poznałem w dość intrygujących okolicznościach m.in. w roli supportu na tegorocznej zimowej trasie koncertowej The 1975. Jako że lubię mieć tę niespodziankę, nie sprawdzałem wówczas dokonań kwintetu. Miło się dzięki temu zaskoczyłem. Nim przyszedł czas na headlinera, Been Stellar zaserwowali na rozgrzewkę zestaw wyśmienitych indie-rockowych numerów, zaostrzających apetyt jeden po drugim.

Jeden z nich zaczął się podejrzanie spokojnie: delikatne szarpnięcia strun powoli zmieniały się w ścianę przesterów, by za chwilę zupełnie puścić hamulce. Niespieszne tempo i melancholijny wokal skradły mnie od pierwszych słów, uderzając w refrenie ze zdwojoną siłą. Emocje wylewały się jedna za drugą. Publiczność także dołożyła swoją cegiełkę do tego magicznego momentu. Niedługo wszyscy machali z włączonymi latarkami w telefonach, kierując światło w stronę sceny.

Jak na ironię, przypomniałem sobie o tej pięknej chwili dopiero niedawno, za sprawą premiery debiutanckiego krążka Been StellarScream From New York, NY. Albumu o dorastaniu w mieście, które nigdy nie śpi i realiach życia jako Nowojorski zespół. Włączam play i, podobnie jak na koncercie, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zmierzając w stronę końca, już pełen zachwytu, docieram do ostatniej piosenki. Uszom nie wierzę – kropki połączone. Tutaj w zasadzie mógłby pójść cały drugi akapit tego wywodu. I Have The Answer przypomniało mi o tamtej magicznej chwili, gdy całkowicie zatraciłem się w wykonaniu utworu na żywo. Tym razem nigdy tego nie zapomnę.

Antek Winiarski