Archiwum

Artysta tygodnia – Phoenix

Nieco ponad 14 lat temu we francuskim Wersalu czterech młodych mężczyzn podjęło decyzję o  zmianie swojego życia i wyniesieniu się raz na zawsze z prowincji. Thomas Mars, Deck d'Arcy, Christian Mazzalai i Laurent Brancowitz zafascynowani z jednej strony twórczością Beach Boys, z drugiej zaś Daft Punk, postanowili założyć zespół.  I tak oto w 1999 roku nieopodal pałacu Ludwika XIV powstała grupa Phoenix.

Elektorniczne i gitarowe fascynacje chłopaków słyszymy już na ich pierwszym wydawnictwie. „United”, które ukazało się w 2000 roku nakładem wytwórni Source przyniosło niełsychaną i dość niespodziewaną popularność zespołowi. Punktem zapalnym z pewnością było  wybranie ich singla „Too Young” do ścieżki dźwiękowej do filmu „Płytki facet”, a dwa lata później do „Między słowami” Sofii Coppoli.

httpv://youtu.be/PvamJU_coUw

Płynąc na fali popularności, do 2009 roku Francuzi wydali aż trzy albumy (Alphabetical, Live! Thirty Days Ago i It’s Never Been Like That), w czym jeden nagrany podczas występu na żywo w trakcie skandynawskiej trasy koncertowej zespołu. Niestety żaden z nich nie został odebrany aż tak ciepło, jak ich przełomowy krążek „Wolfgang Amadeus Phoenix”. Nazwa tego LP jest zdecydowanie adekwatna do do treści na nim zawartych – perfekcyjnie skomponowany i wyprodukowany, a także (co najważniejsze) jeszcze lepiej zagrany materiał to kwintesencja tego, co nazywamy dobrą muzyką alternatywną.  Thomas Mars sam niejednokrotnie powtarzał, że album ten jest świeższy, lepszy i bardziej tchnący młodością niż wszystko, co zrobili do tej pory. Chociaż nazwanie wydawnictwa „Wolfgang Amadeus Phoenix” to posunięcie równie ryzykowne, co domalowanie wąsów Mona Lisie przez Marcela Duchampa, to tak samo jak w przypadku tego modernistycznego artysty, igranie z ogniem opłaciło się muzykom w stu procentach. Świadczą o tym nie tylko liczby sprzedanych kopii płyty i świetne recenzje dziennikarzy, lecz także nagroda Grammy dla najlepszego albumu alternatywnego w 2009 roku.  Co więcej, to właśnie dzięki temu wydawnictwu Francuzi spełnili jedno ze swoich marzeń i rok później wystąpili razem z Daft Punk na Madison Square Garden.

Panowie z Phoenix wyciągnęli z tego wszystkiego lekcję i tym razem na ich najnowsze wydawnictwo musieliśmy czekać aż cztery lata. Plotki na temat powstawania „Bankrupt!” pojawiły się w sieci już w 2011 roku za sprawą enigmatycznego i bardzo krótkiego wpisu na ich blogu o treści „Songwriting…”. Informacje te potwiedzili w ubiegłym roku sami członkowie Phoenix, którzy ogłosili że skończyli nagrywanie kilku piosenek na nowy LP. Singiel promujący krążek, czyli „Entertainment” , to nie tylko wyjątkowa produkcja jak na twórczość Francuzów – energetyczny kawałek przerywany charakterystycznymi chińskimi melodiami stanowi świetny materiał promocyjny i tylko zaostrzył apetyty na więcej. Czy poniedziałkowe wydawnictwo Phoenix zostanie równie ciepło przyjęte, co „Wolfgang Amadeus Phoenix”? O tym przekonamy się w ciągu kilku najbliższych tygodni…

httpv://youtu.be/tBsRvthVhdw

Ellen Allien- Artysta Tygodnia

Ellen Allien to ikona, pionierka berlińskiej sceny techno, założycielka i szefowa wytwórni BPitch Control, uznana dj-ka i producentka.                                                                                           

Od najmłodszych lat otaczała ją muzyka, grała na saksofonie, elektrycznych organach, słuchała buntowniczego brzmienia nurtu Neue Deutsche Welle. W muzyce niemieckiego podziemia lat 80. fascynowało ją połączenie elektroniki z tekstami w ojczystym języku o punkowych treściach. Po upadku muru berlińskiego, w atmosferze wielkiego świętowania podziemie Berlina opanowało surowe techno. Ellen znalazła się w samym centrum wydarzeń z legendarnego U.F.O a następnie w kultowym klubie Tresor. W 1991 roku, w barze Fischlabor  zadebiutowała jako dj-ka a niedługo potem grała w takich miejscach jak Tresor czy Bunker równocześnie prowadząc audycję w Kiss FM.

 

W 2001 roku ukazał się jej debiutancki album Stadtkind, który był swego rodzaju "odą do Berlina". Ellen w celu promocji własnej muzyki rozpoczęła grać w klubach całej Europy. Płyta została bardzo ciepło przyjęta zarówno przez krytyków jak i słuchaczy. Połączenie surowego, abstrakcyjnego electro z eksperymentalnym techno  podbiło europejskie kluby. Mroczne, zanieczyszczone dźwięki Ellen znakomicie połączyła z surowym wokalem i świeżymi melodiami. Wydanie tej płyty stało się kamieniemi milowym dla wielu kobiet próbujących swoich sił w muzyce elektronicznej, co podkreśla nawet tak wpływowa producentka jak Anja Schneider.

 

Od czasu wydania pierwszej płyty Ellen minęło 12 lat a artystka ma na swoim koncie 6 płyt studyjnych i EP-ek oraz udział w wielu kompilacjach czy remixach. 12 marca światło dzienne ujrzy LISm- kolejny LP w karierze EA. Inspiracją dla tego nowego wydawnictwa był soundtrack, który artystka stworzyła i wykonała na żywo w paryskim Centrum Pompidou, podczas tanecznego performance'u Drama Per Musica. Po roku dojerzewania materiał został odświeżony i zaprezentowany jako album, który jak możemy się domyślać po zapowiedziach, ukaże subtelniejszą naturę artystki.

Ellen Allien to jedna z najbardziej wpływowych kobiet w muzyce elektronicznej. Założona przez nią w 1999 roku wytwórnia BPitch Control jest jednym z najlepiej prosperujących labeli na świecie. Od samego początku EA ma niezwykłą intuicję co do artystów, którzy wydają dla BPitch Control. To dzięki niej świat usłyszał o Apparacie, Modeselektorze, Paulu Kalkbrenerze, Sashy Funke.

Nick Cave & The Bad Seeds

Nick Cave to niewątpliwie artysta, którego nie trzeba przedstawiać  nawet największym przeciwnikom alternatywnych brzmień.  Muzyka, którą tworzy w połączeniu z jego męskim, barwnym wokalem sprawia, że podczas słuchania  jakiegokolwiek utworu z jego udziałem wprawiamy się w niezwykły, wręcz magiczny nastój.

Cave urodził się w 1957 roku w Warracknabeal, małym miasteczku w stanie Victoria w Australii. Swoją przygodę z muzyką rozpoczął od występów w parafialnym chórze chłopięcym w miejscowości  Wangaratta.  Wczesne lata młodości nie były łatwe dla artysty.  W wieku 13 lat, ze względu na problemy wychowawcze, które sprawiał, rodzina wysłała go do męskiej szkoły z internatem Caulfield Grammar School. Tam jego talent wokalny dostrzegł przewodniczący szkolnego chóru chłopięcego Norman Kaye. Po niedługim czasie Nick ze względu na bardzo dobry słuch oraz znajomość akordów został głównym solistą  i często występował także grając na fortepianie.  W wieku 19 lat artysta przeżył  tragedię, gdyż w wypadku samochodowym zginął jego ojciec, osoba bardzo mu bliska, która zaszczepiła w nim miłość do muzyki.  Jak Cave sam później określił, śmierć jego ojca stała się „ próżnią, w której zaczęły powstawać jego słowa i unosić się szukając celu”. Można więc wywnioskować, że właśnie wtedy zaczął pisać swoje piosenki. 

W 1973 roku Cave i jego pięciu kolegów z Caulfield Grammar School założyli własny zespół o nazwie „The Birthday Party” gdzie Nick był głównym wokalistą.  Grupa istniała do 1977 roku a jej specjalnością było wykonywanie coverów zespołów i wokalistów, głownie z pogranicza post-punku i glamrocka, którzy w tamtych czasach byli na topie.  Po ukończeniu szkoły zespół zmienił nazwę na „The Boys Next Door” i występował w nieco zmienionym składzie wykonując już przeważnie własny materiał.  Do momentu rozpadu w 1983 roku Cave wraz ze swoją grupą badał różne style i gatunki muzyczne. Końcowa działalność zespołu obfitowała w prowokacyjne koncerty, na których prezentowali fragmenty Starego Testamentu w mrocznych gothic-rockowych sceneriach .

Oficjalny rozpad grupy „The Boys Next Door” nastąpił w 1984. Wtedy też Nick wraz ze swoim znajomym Mickiem Harveyem założyli zespół „Nick Cave and the Bad Seeds”. Główną  inspiracją utworów z ich pierwszej płyty  zatytułowanej   „ From Her to Eternity” była obecna dziewczyna Cave- Anita Lane.  Przez ponad 20 lat istnienia, zespół Nick Cave and the Bad Seeds osiągnął znaczący sukces komercyjny, a niektóre ich utwory – w szczególności „Where the Wild Roses Grow” z płyty Murder Ballads, zaśpiewany przez Cave'a w duecie z Kylie Minogue – stały się światowymi przebojami. W 2003 roku od zespołu odszedł gitarzysta zespołu Blixa Bargeld a sześć lat po nim sam Mick Harvey, który stwierdził, że Cave i on już zbytnio się różnią w kwestiach muzycznych.  Pomimo znacznej zmiany składu i odejścia jednego z założycieli,  zespół  w 2013 roku dokładnie 18 lutego wydał swój piętnasty  album studyjny zatytułowany  „Push the Sky Away”.  Płytę charakteryzuje powolne tempo utworów i oszczędna, odbiegająca od radiowych playlist melodyka. Na próżno szukać  na niej szybszych, atrakcyjnych materiałów na wielkie lub nawet małe przeboje. Cave przez znaczną większość 42 minut zamiast śpiewać, melorecytuje. Nie, on zaklina. I robi to jak zwykle na najwyższym poziomie swojej muzycznej iluzji.

Apparat

Sascha Ring czyli Apparat to prawdziwy człowiek orkiestra: DJ, producent, gitarzysta, pianista, wokalista, perkusista, do niedawna współwłaściciel wytwórni Shitkatapult, a wcześniej pasjonat i amator grafiki. Urodził się 27 czerwca 1978 roku i już od najmłodszych lat miał styczność z muzyką. Pierwszym instrumentem jaki go zainteresował była perkusja. Szybko jednak okazało się, że to mu nie wystarcza, dlatego też sięgnął również po pianino i gitarę. Takie połączenie sugerowało raczej rockową ścieżkę kariery, jednak wtedy nastąpił ważny zwrot w jego życiu jak i życiu wszystkich europejczyków.

 

Po zjednoczeniu Niemiec Sascha, który wychowywał się w odciętym od zachodu NRD, poznał muzykę elektroniczną, a przede wszystkim techno. Zafascynowany nowymi brzmieniami postanowił zostać DJ-em. W między czasie dorabiał sobie również jako grafik i chcąc zrobić karierę w tym zawodzie przeprowadził się do Berlina.  W stolicy Niemiec zaznajomił się Marco Haasem znanym jako T. Raumschmiere i razem z nim stworzył wytwórnie Shitkatapult. W poważną muzyczną podróż wybrał się w 2001 roku wydając wtedy pierwsze albumy, single i EPki. Miedzy innymi Multifunktionsebene. Jednak dopiero dzięki udziałowi w 2006 w legendarnym  Peel  Session stał się rozpoznawalny. Wydany później EP pt. Silizium EP stworzony został z zaaranżowanych na nowo utworów zaprezentowanych u Peel’a. Bardzo eksperymentalny, post-elektroniczny album. Wiele melancholii, rytm ślizgający się pod delikatnym techno i przede wszystkim detale. Kolejnym ważnym wydarzeniem z tego samego roku była kolaboracja z „królową techno”, czyli Ellen Allien. Wydana nakładem jej wytwórni płyta „Orchestra for Bubbles” łączyła ze sobą lirykę Saschy z klubowymi brzmieniami Ellen. Fani Saschy już rok później mogli się cieszyć jego albumem Walls, który wyznaczył kolejny punkt zwrotny w jego karierze.  Ten longplay z jednej strony naszpikowany jest charakterystycznymi trzaskami i elektronicznymi beatami, a z drugiej liryczne wokale i melancholijne smyczki łączą wszystko w jedną wspaniałą całość.

 

Dziś wracamy do dorobku Saschy który 15 lutego został wzbogacony o kolejne dzieło. Krieg und Frieden (Music for Theatre) to jak sama nazwa wskazuje muzyka skomponowana do teatru. Ściślej mówiąc do przedstawienia opartego na podstawie powieści Wojna i Pokój Lwa Tołstoja. Początkowo miałaby to być tylko ścieżka dźwiękowa. Na szczęście ukazała się również jako odrębne wydawnictwo. I zabrzmi to bardzo banalnie ale ten album jest faktycznie w całości teatralny. Potężne podkłady ambientu stworzone przy współpracy z trzydziestoosobową orkiestrą brzmią niesamowicie wzniośle. Wszystko jest spięte Apparatowska precyzją tą, którą już niebawem będziemy mogli usłyszeć na żywo, ponieważ producent wraz z duetem Modeselektor pojawiają się na tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka.

 

 

My Bloody Valentine

Naszym artystą tygodnia jest legenda sennego gitarowego hałasu — My Bloody Valentine, która niespodziewanie po 22 latach milczenia, wydała w minionym tygodniu swój trzeci studyjny album.
Ich debiutancki longplay zatytułowany Isn't Anything ukazał się pod koniec 1988 roku i wraz z towarzyszącymi mu epkami był wstępem do gatunku nazwanego shoegaze, czerpiącego w równych częściach z onirycznego popu, noise rocka i neo-psychodelii. Zespół nawiązywał stylistycznie do popularnych ówcześnie grup Jesus and the Mary Chain czy Dinosaur Jr., ale tak jak My Bloody Valentine – nie brzmiał jeszcze nikt. Prawdziwe arcydzieło od My Bloody Valentine przyniósł jednak rok 1991. Druga długogrająca płyta grupy Loveless to jeden z tych albumów, które zmieniają postrzeganie muzyki przez słuchaczy. Charakterystyczny hałas gitar Kevina Shieldsa i eteryczne wokale Belindy Butcher dały początek  idealnie przebojowemu albumowi nakrytemu półprzezroczystą zasłoną misternie utkaną z gitarowych szumów i przesterów.
Wreszcie — 2 lutego 2013 My Bloody Valentine wydali swój trzeci studyjny album zatytułowany m b v. Nowa płyta rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie grupa skończyła w 1991 roku, w miarę trwania przenosząc jednak słuchacza w zupełnie nowy muzyczny wymiar.

A$AP Rocky

Złoto, dym, znane marki i amerykańska flaga. To tylko część elementów które przeniosły się z podziemia Harlemu na nowojorskie salony. A$AP Rocky w ciągu zaledwie kilku miesięcy wspiął się na wyżyny. Nowy Jork wychował sobie nowego rapera, który podbił już Amerykę, a teraz razem ze swoim kolektywem A$AP Mob rusza na podbój innych kontynentów. Zawojował hiphopowym światem już przed wydaniem debiutanckiego albumu. Czy zostanie na dłużej, czy tak szybko jak się pojawił zniknie? To drugie jest raczej mało prawdopodobne, bo Rakim Mayers ma zaledwie 23lata, a świat stoi przed nim otworem. To nie jego flow go wyróżnia. Charyzma, styl, oddanie fanom i przede wszystkim znakomity wybór beatów to elementy które postawiły rapera tak szybko w miejscu, w którym teraz się znajduje. Dzięki temu obok tego nowojorczyka nie da się przejść obojętnie. Rocky udowadnia, że hiphop to gatunek otwarty na szeroko pojęty import. Przez pryzmat barwnej warstwy dźwiękowej wydaje się, że jego muzyka brzmiałaby równie dobrze bez charakterystycznej dla Nowego Jorku strony wokalnej. Mglisty soundback, elementy elektroniki, śpiewający chór. Dla A$APA Rocky'ego podróż dopiero się zaczyna. Zarówna ta, która dotyczy kariery, jak i ta związana z sięganiem po coraz to nowe rozwiązania muzyczne.

 

Najbliższy przystanek tej pierwszej już 15 stycznia, bo właśnie na ten dzień muzyk zaplanował premierę swojego debiutanckiego longplaya Long.Live.A$AP. Krótko przed tym muzycznym świętem przypominamy o dotychczasowej twórczości artysty która mimo iż jest skromna, to już wywarła znaczące piętno nie tylko na scenie Nowego Jorku. Ten tydzień w Akademickim Radiu Luz upłynie pod znakiem A$APA Rocky’ego. 

 

Agata Ociepa

Artysta Tygodnia: Lindstrøm

Skandynawski klimat zupełnie nie pomaga w tworzeniu ciepłej elektroniki. Ale czy na pewno? Hans-Peter Lindstrøm postanowił chyba zadziałać w drugą stronę i zmrożone norweskie serca chce ogrzewać swoją muzyką. Udaje mu się to bez wątpienia, co udowadnia przy każdym swoim albumie, choć sam wydał ich dopiero trzy.

Lindstrøm zaczął nagrywać jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jednak nic z tej twórczości nie ujrzało światła dziennego. Pierwsza EPka muzyka ukazała się dopiero w 2003 roku nakładem wytwórni Feedelity, którą zresztą sam założył rok wcześniej. Prawdziwa sława Norwega budowała się długo, ale przynajmniej możemy mieć pewność, że oparta została na mocnych fundamentach. Dwa lata po ukazaniu się debiutanckiej 7”, Lindstrøm nagrał swój pierwszy długogrający album. Nie był to co prawda jego projekt solowy, jednak płyta wydana z jego serdecznym przyjacielem Prinsem Thomasem to dzieło idealne. Później doszły do tego jeszcze dwa równie dobre LP i kilka EPek. Na tym kolaboracja panów się nie kończy, bowiem obaj znani są ze swoich wspólnie nagranych remiksów, które są pracą iście twórczą. Norwegowie tworzą z każdego utworu branego na warsztat coś zupełnie nowego i świeżego.

Fani musieli długo czekać na pierwszy solowy i długogrający zarazem album Lindstrøma. Stało się to w 2008 roku, kiedy to muzyk wydał „Where You Go I Go Too”. Ciężko też powiedzieć, na ile to tak naprawdę jest LP, bo krążek składa się jedynie z trzech utworów. Za wyznacznik użyć musimy po prostu czas trwania nagrań. Pierwsze z nich, to tytułowy singiel pt. „Where You Go I Go Too” zajmujący całą stronę A winyla. Dla Norwega te dwadzieścia osiem minut tanecznych melodii to po prostu synteza gatunku muzyki, którą określa się mianem „space disco”. Nie trudno zauważyć tu inspiracji takimi artystami jak Steve Reich, czy Manuel Göttsching. Początkowo ambientowy utwór w pewnym momencie zmienia się praktycznie nie do poznania, stając się jak do tej pory najbardziej pompatycznym i epickim dziełem Norwega spod znaku „space disco”.

Ciekawe jest to, że oba późniejsze solowe albumy Hans-Peter nagrał w tym roku. Pierwszy z nich, „Six Cups Of Rebel” to coś zupełnie innego niż to, do czego zostaliśmy przez niego przyzwyczajeni. Wielu recenzentów stwierdziło, że Lindstrøm „zjadł swój własny ogon” i pogubił się w syntezatorowych kawalkadach, które stanowią pierwszy plan na tej płycie. To prawda, oryginalny styl muzyka został trochę zepchnięty na bok, ale na pewno nie bez przyczyny. Artysta chciał zrobić coś innego. Najlepszym przykładem na to jest utwór otwierający. Żadnych syntezatorów, zero basu, perkusji, czy ukochanego przez wszystkich rytmu 4/4 – jedyne, co usłyszymy to ponad pięć minut organowego patosu rodem z XVII-wiecznych Niemiec. Jednak Lindstrøm to dobry człowiek i wszystkich zasmuconych rozweselił swoim ostatnim albumem „Smalhans”. Podobno powstał on niesłychanie szybko i na tyle sprawnie, że muzyk czuł się, jak przy niedzielnym pichceniu. W związku z tym każdy utwór na płycie nazwał tak, jak jakieś norweskie potrawy. Apetyty najbardziej wybrednych melomanów z pewnością zostały zaspokojone, bo „Smalhans” to chyba najlepszy album z muzyką elektroniczną od lat. Zresztą posłuchajcie, czego można spodziewać się po arcydziele Norwega i oceńcie sami. Ja czekam na więcej.

 

Lindstrøm – Vōs-sākō-rv by Lindstrøm

Artysta Tygodnia – Miguel

Prince mając 25 lat nagrał Purple Rain, on mając tyle samo wydał Kaleidoscope Dream.
Porównania Miguela z postacią Prince’a nie są tutaj przypadkowe. Obaj operują znakomicie swoim warsztatem wokalnym, obaj dają podobne emocje i tematy podczas obcowania z ich muzyką.

Miguel Jontel Primentel, który na początku października wydał swój drugi long play zatytułowany Kaleidoscope Dream bardzo mocno zbliża się nie tylko do postaci Prince’a, ale także do innych tuzów, którym szeroko pojęty świat R&B nie jest obcy. Z pewnością słuchając świetnych piosenek tego muzyka przyjdą nam na myśl takie nazwiska jak klasycy Marvin Gaye, Stevie Wonder czy też współcześni R Kelly, Alicia Keys czy Frank Ocean.


Drugi krążek Miguela, wydany po jego debiutanckim All i Want is You w 2010 roku przynosi nam 14 utworów, w których przewijają się takie światy jak pop, rock, soul, funk tworzące jedną spójną całość, nazwaną po prostu R&B. Jego muzyka nie jest pozbawiona sznytu retro jak i nowoczesnych elektronicznych brzmień, jak chociażby w najbardziej jego znanym utworze „Adorn”, który swego czasu już mocno narobił  mi smaka na jego drugi album, który dostaliśmy do radia przed dwoma tygodniami. Artysta z Los Angeles, jak sam wspomina podczas rozmów o nowym wydawnictwie, mógł się w pełni skupić na nagraniu swoich piosenek, w których producencko pomagali mu m.in. Saalam Remi czy Jerry „Wonder” Duplesis, odpowiedzialni za wiele sukcesów w przestrzeni tzw. czarnej muzyki

Ten jeszcze anonimowy w Polsce muzyk z pewnością narobi szumu, jest to z pewnością tylko kwestia czasu. Tymczasem warto kolejny raz posłuchać Kaleidoscope Dream. Dodam, że w tym roku nie słyszałem tak równego albumu, w którym każda z piosenek pretenduje do rankingów typu najlepsze utwory 2012 roku.

Artysta Tygodnia : Mumford & Sons

 

 

Debiutancki album Mumford & Sons okazał się niebywałym zaskoczeniem zarówno dla publiczności, jak i samego zespołu. "Sigh No More" znalazł się na szczytowych miejscach sprzedaży w Irlandii, Australii, Nowej Zelandii i Stanach Zjednoczonych, co było nie lada wyczynem, mając za konkurencję np. Fleet Foxes. Czy Anglicy powtórzą ten wyczyn? Przekonamy się już niebawem, bo dziś (24 września) ukazuje się ich drugi krążek zatytułowany "Babel".

 

Wszystko zaczęło się w grudniu 2007 roku, kiedy to Marcus Mumford, „Country” Winston Marshall, Ben Lovett i Ted Dwane założyli zespół. Często wpisuje się ich w trend nazywany „Wschodniolondyńską sceną folkową”. Z Laurą Marling, również zaliczaną do tego okręgu, panowie nagrali nawet kilka utworów. Ciekawa jest etymologia nazwy kapeli, ponieważ nie ma w niej żadnego ojca i synów. Otóż w początkowym okresie działania zespołu, to właśnie Marcus Mumford działał najprężniej: organizował koncerty, szukał sponsorów i producentów, a także najbardziej „pokazywał się na scenie”. W jednym z wywiadów Ben Lovett zdradził, że nazwa Mumford & Sons miała przywodzić na myśl taki swojski, rodzinny biznes.

 

 

Teraz mają dwie platyny w Stanach Zjednoczonych i cztery w Wielkiej Brytani i grają koncerty na całym świecie, pokazując się w eleganckich (hipsterskich?), na-pozór-swojskich garniturach. Jednak jeszcze całkiem niedawno było zupełnie inaczej. Panowie byli skromnym, niespecjalnie wyróżniającym się zespołem. Swój debiutancki album zdecydowali się nagrać jedynie własnych środków, aby mieć całkowitą artystyczną i techniczną kontrolę nad przygotowywanych materiałem – nie chcieli iść na żadne kompromisy.

 

W warstwie tekstowej twórczość zespołu nie jest tak beztroska, jak mogłoby się na pierwszy rzut ucha wydawać. Słowa piosenek zawierają wiele odniesień do literatury. Mumford & Sons ewidentnie mają największą słabość do twórczości Williama Shaekspeare’a – tytuł ich pierwszej płyty „Sigh No More” to cytat ze sztuki „Wiele hałasu o nic”. Na albumie znajdują się też nawiązania do „Makbeta” („Roll Away Your Stone”). Lider zespołu w jednym z wywiadów zdradził, dlaczego ma tak wielkie upodobanie w cytowaniu wielkiego brytyjskiego dramaturga: „Możesz drzeć z Szekspira jak chcesz; żaden prawnik nie będzie cię za to ścigał”. Ponadto dwie piosenki z debiutu obficie czerpią z „Myszy i ludzi”, „Na wchód od Edenu” i „Gron gniewu” Johna Steinbecka”. Wszystkie te zabawy i nawiązania wynikają z zamiłowania Mumforda do literatury wszelkiej maści, co objawia się również w tym, że w wolnym czasie prowadzi internetowy klub książki na oficjalnej stronie swojego zespołu.

 

I mimo, że portal Pitchfork nie pała miłością do Mumford & Sons (debiutancki album oceniony został na 2.1), to jednak zespół zdobył ogromną rzeszę fanów, również światka „alternatywnego”. Na ich tegorocznym koncercie na festiwalu Open’er chłopaków słuchały tysiące ludzi, a „Babel” to jedna z bardziej wyczekiwanych premier tego roku. Miejmy nadzieję, że tym razem zaspokoi ona nawet wyrafinowane gusta dziennikarzy Pitchforka.

Artysta Tygodnia : Mumford & Sons

 

 

Debiutancki album Mumford & Sons okazał się niebywałym zaskoczeniem zarówno dla publiczności, jak i samego zespołu. "Sigh No More" znalazł się na szczytowych miejscach sprzedaży w Irlandii, Australii, Nowej Zelandii i Stanach Zjednoczonych, co było nie lada wyczynem, mając za konkurencję np. Fleet Foxes. Czy Anglicy powtórzą ten wyczyn? Przekonamy się już niebawem, bo dziś (24 września) ukazuje się ich drugi krążek zatytułowany "Babel".

 

Wszystko zaczęło się w grudniu 2007 roku, kiedy to Marcus Mumford, „Country” Winston Marshall, Ben Lovett i Ted Dwane założyli zespół. Często wpisuje się ich w trend nazywany „Wschodniolondyńską sceną folkową”. Z Laurą Marling, również zaliczaną do tego okręgu, panowie nagrali nawet kilka utworów. Ciekawa jest etymologia nazwy kapeli, ponieważ nie ma w niej żadnego ojca i synów. Otóż w początkowym okresie działania zespołu, to właśnie Marcus Mumford działał najprężniej: organizował koncerty, szukał sponsorów i producentów, a także najbardziej „pokazywał się na scenie”. W jednym z wywiadów Ben Lovett zdradził, że nazwa Mumford & Sons miała przywodzić na myśl taki swojski, rodzinny biznes.

 

 

Teraz mają dwie platyny w Stanach Zjednoczonych i cztery w Wielkiej Brytani i grają koncerty na całym świecie, pokazując się w eleganckich (hipsterskich?), na-pozór-swojskich garniturach. Jednak jeszcze całkiem niedawno było zupełnie inaczej. Panowie byli skromnym, niespecjalnie wyróżniającym się zespołem. Swój debiutancki album zdecydowali się nagrać jedynie własnych środków, aby mieć całkowitą artystyczną i techniczną kontrolę nad przygotowywanych materiałem – nie chcieli iść na żadne kompromisy.

 

W warstwie tekstowej twórczość zespołu nie jest tak beztroska, jak mogłoby się na pierwszy rzut ucha wydawać. Słowa piosenek zawierają wiele odniesień do literatury. Mumford & Sons ewidentnie mają największą słabość do twórczości Williama Shaekspeare’a – tytuł ich pierwszej płyty „Sigh No More” to cytat ze sztuki „Wiele hałasu o nic”. Na albumie znajdują się też nawiązania do „Makbeta” („Roll Away Your Stone”). Lider zespołu w jednym z wywiadów zdradził, dlaczego ma tak wielkie upodobanie w cytowaniu wielkiego brytyjskiego dramaturga: „Możesz drzeć z Szekspira jak chcesz; żaden prawnik nie będzie cię za to ścigał”. Ponadto dwie piosenki z debiutu obficie czerpią z „Myszy i ludzi”, „Na wchód od Edenu” i „Gron gniewu” Johna Steinbecka”. Wszystkie te zabawy i nawiązania wynikają z zamiłowania Mumforda do literatury wszelkiej maści, co objawia się również w tym, że w wolnym czasie prowadzi internetowy klub książki na oficjalnej stronie swojego zespołu.

 

I mimo, że portal Pitchfork nie pała miłością do Mumford & Sons (debiutancki album oceniony został na 2.1), to jednak zespół zdobył ogromną rzeszę fanów, również światka „alternatywnego”. Na ich tegorocznym koncercie na festiwalu Open’er chłopaków słuchały tysiące ludzi, a „Babel” to jedna z bardziej wyczekiwanych premier tego roku. Miejmy nadzieję, że tym razem zaspokoi ona nawet wyrafinowane gusta dziennikarzy Pitchforka.