Archiwum

Tyler, The Creator – DOGTOOTH

Postawię sprawę jasno od samego początku – CALL ME IF YOU GET LOST to mój ulubiony album Tylera. Jasne, nie ma on tak transformującego wizerunek znaczenia jak Flower Boy. Nie jest również tak ambitny koncepcyjnie i nie zapędza się tak daleko w nieobecne dotychczas w dyskografii artysty dźwięki jak IGOR. Zawiera on jednak największą ilość utworów, do których uwielbiam wracać. Za przykład niech posłuży fenomenalne SWEET / I THOUGHT YOU WANTED TO DANCE. Sam zainteresowany ostatnio dostarczył mi kolejnego powodu, by upewnić się w moich uczuciach. Kilka dni temu ukazała się bowiem rozszerzona wersja tego wydawnictwa.

Co więc czeka na nas na CALL ME IF YOU GET LOST: The Estate Sale? To samo, co prawie 2 lata temu – atmosfera luksusowego dnia na jachcie na jeziorze genewskim (czym Tyler kilkukrotnie przechwala się w trakcie trwania płyty). Tę estetykę idealnie podkreślają teledyski i ubiór artysty w trakcie całej ery CMIYGL. Okonma perfekcyjnie układa dookoła siebie muzyczne puzzle, tworząc optymalne warunki do pokazania swojego niewątpliwego talentu jako raper. Jednocześnie prezentuje stale rosnące umiejętności jako producent i gospodarz albumu, czym błyszczał już niezwykle jasno na krążku IGOR.

DOGTOOTH to doskonały przykład utworu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Subtelne chórki, donośne pianino, plumkające synthy, dudniący bit. Wszystko składa się w spójną całość, która w połączeniu z charyzmatyczną nawijką  jest prawdziwą manifestacją sukcesu. Zarówno materialnego, jak i artystycznego.

Tu przechodzimy jednak do jedynej nurtującej mnie kwestii. Tyler znany jest z tego, iż od 2011 roku z regualrnością metronomu wydaje co 2 lata kolejny albumu. Mam nadzieję, że to wspomnienie lata 2021 roku nie kwalfikuje się w jego oczach jako pełnoprawne wydawnictwo. Szczególnie biorąc pod uwagę doniesienia, że następny longplay może kierować się brzmieniowo jeszcze bardziej w stronę jazzu, a szczególnie bossa novy.

Michał Lach

PS : Dj Drama to dalej hypeman idealny

PS 2 : Utwór WHAT A DAY to właściwie w całości zsamplowany A Day In The Park Michała Urbaniaka i Urszuli Dudziak!

Burna Boy ft. J Balvin – Rollercoaster

Ponad dziewięć tysięcy kilometrów dzieli Port Hartcourt oraz Medellin, czyli miejsca narodzin Burna Boya oraz J Balvina. Łączy ich jednak zaskakująco dużo. Obaj są twarzami nurtów, które w ostatnich latach zajęły gigantyczny obszar mapy muzycznego świata. Ekspansja afrobeats oraz reggeatonu uczyniła z nich międzynarodowe gwiazdy, niosąc za sobą miliony, a nawet miliardy streamów. Nieobce są im również głośne współprace. Nic więc dziwnego, że w końcu wylądowali razem na jednym utworze.

Klimat zdecydowanie bardziej kieruje się w stronę delikatnie bujających dźwięków elektronicznej mieszanki gatunkowej, która narodziła się na początku stulecia w Nigerii i Ghanie. Dla Burny oczywiście jest to doskonale znane środowisko, jednak Książe Reggeatonu również bardzo gładko płynie po falach afrobeatu. Czy jest to Rollercoaster? Bardziej skłaniałbym się ku nieśpiesznej przejażdżce kabrioletem po centrum Lagosu w upalny, bezchmurny wieczór. Poziom endorfin niezależnie od wybranej aktywności powinien być podobny.

Michał Lach

Paramore – You First

Oczekiwania to straszna rzecz. Szczególnie w przypadku grupy tak kultowej jak Paramore. Powracającej dodatkowo po prawie 6 latach posuchy wydawniczej. Czy więc napompowany do pokaźnych rozmiarów balonik pękł?

Dla wielu This Is Why to bardziej dojrzałe wcielenie zespołu. Nie oznacza to jednak absolutnie, że stateczne i zachowawcze. Najlepszym tego przykładem jest właśnie tegotygodniowy mocograj – You First. Utwór buzuje nieokiełznaną energią Hayley Williams z genialnymi momentami wytchnienia przed refrenami oraz w trakcie bridge’u. Ten kontrast właśnie, poza byciem majstersztykiem kompozycyjnym pozwala w pełni uwidocznić możliwości wokalne frontmenki grupy. Jej charyzma połączona z soczystymi riffami Taylora Yorka oraz tętniącym rytmem wybijanym przez Zaca Farro składają się w najlepszy utwór albumu.

You First, podobnie jak i reszta This Is Why jest zarówno doskonałą laurką dla długoletnich fanów amerykańskiej grupy, jak i idealnym wprowadzeniem dla osób dotychczas bliżej niezaznajomionych z ich dyskografią. W tym i niżej podpisanego.

Michał Lach

Zima Stulecia – Lawina

Najnowszy projekt Marka Pędziwiatra (aka Latarnika) oraz Marcina Raka (aka Cancer G) ma na pozór niezbyt trafioną jak na obecne realia nazwę. Zima Stulecia w roku, w którym 1 stycznia powitał nas dwucyfrowym odczytem temperatury, z tym że plusowym, a nie minusowym? Wszystko rozjaśni się jednak, gdy zajrzy się w metrykę obu panów. Przyszli oni bowiem na świat w 1987 roku. Jego pierwsze miesiące szumnie ochrzczono właśnie tym terminem.

Lawina przenosi słuchacza w pół-filmową, pół-rzeczywistą polską końcówkę XX. wieku. Czerpiąc z inspiracji popkulturowych oraz mocno przyziemnych wspomnień tamtych czasów członkowie Błota oraz EABS zasypują słuchacza całą gamą mroźnych syntezatorów i pulsującym, house’owym bitem. Klimat zapiera dech, na szczęście mniej brutalnie niż tytułowa nawała śnieżna.

Mam nadzieję tylko, że moim wstępem nie załatwiłem nam wszystkim spóźnionego “remasteru” na 36-lecie tamtych mroźnych tygodni. Zdecydowanie jedyne Minus 30°C na jakie czekam w kolejnych dniach to album tego intrygującego duetu.

Michał Lach

Jessie Ware – Pearls

1036 dni. To dużo, czy mało? Na osi czasu wszechświata – niewyobrażalnie mało. Jako interwał pomiędzy kolejnymi albumami Jessie Ware to jednak nieznośnie dużo. Wyczekiwanie powoli dobiega końca, gdyż już 28 kwietnia głośnikami i słuchawkami zawładnie nowe długogrające dzieło Brytyjki – That! Feels Good!

Pearls podobnie jak zeszłoroczne, mocograjowe Free Yourself stanowi kontynuację stylistyki obranej na fenomenalnym albumie What’s Your Pleasure. Najnowszy singiel utrzymuje poziom tamtego wydawnictwa. Tworzy luksusowy nastrój obezwładniającej przyjemności, przymusza wręcz każdy skrawek ciała do wprawienia go w taneczne ruchy przy akompaniamencie pereł dźwięcznie uderzających o parkiet. Nieznośna lekkość bytu zamknięta w 4 minutach disco renesansu.

Michał Lach

Kali Uchis – I Wish You Roses

Każda strata niesie za sobą kilka etapów radzenia sobie z traumą. Nie inaczej jest w przypadku rozstania, bądź zakończenia innej bliskiej naszemu sercu relacji. Na końcu tej ciernistej drogi czeka na nas ukojenie –  akceptacja. Nie zawsze jednak jesteśmy w stanie na owym rozdrożu ofiarować na pożegnanie drugiej stronie bukiet róż. Chyba że trafią się wyjątkowo kłujące.

Po pomoc w nauce tych życzliwych emocji można zwrócić się do Kali Uchis. Jak twierdzi sama artystka, I Wish You Roses to utwór o rozstawaniu się z miłością, bez trzymania urazy i goryczy. Pragnienie to podkreśla atmosferyczna, zmysłowa muzyka, stanowiąca powrót do organicznych dźwięków z debiutanckiego albumu wokalistki – Isolation. Jej brzmienie bogatsze jest zarówno o muzyczne, jak i osobiste doświadczenia ostatnich lat. Gotowe by wystawić do słońca ciemnoczerwone płatki z pełną mocą i wdziękiem.

W tym roku róże zakwitły więc wyjątkowo wcześnie. A tegotygodniowy mocograj w Radiu LUZ to ledwie wielce wonny przedsmak albumu Red Moon In Venus. Jego premiera będzie mieć miejsce już 3 marca. Mam więc trochę czasu by pomyśleć nad kolejnymi kwiecistymi metaforami.

Michał Lach

Posłuchaj: Raper Mokebe: „Ja chcę koncerty i żywy fanbasik” [wywiad]

Mokebe w wywiadzie dla Radia LUZ
Mokebe, czyli artysta z Łukowa, po raz pierwszy szerzej opowiada o początkach swojej kariery w rozmowie dla Radia Luz. W podziemiu kojarzony za sprawą nielegalu Arcytektura, a szerzej znany z udziału w SB Starterze, czy gościnnego utworu na Rulecie od 1988. Obecnie stoi na przełomowym etapie przygotowań do wydania legalnego LP w Sony Music. Między pierwszymi po długiej przerwie singlami (Monopol’18 i Ledy na japie) a premierą albumu spotkaliśmy się w Warszawie na krótką rozmowę. W związku z nadchodzącą premierą porozmawialiśmy zarówno o tym co czeka  Mokebe w przyszłości i tym co ukształtowało jego drogę.

 

,,Wyglądało to tak, że puszczaliśmy beat z głośników (śmiech) i nawijaliśmy. Z tego samego mikrofonu był beat i wokal, więc ten numer oczywiście nigdy do sieci nie trafił. (…) Ale tak to się zaczynało…”

 

Jak wygląda praca nad albumem kiedy samodzielnie realizuje się wokale i trzyma pieczę nad konceptem wizualnym swoich teledysków? Kogo i jakich klimatów muzycznych możemy spodziewać się na nowym albumie? Jak wyglądały pierwsze podejścia do rapowania? Skąd w twórczości Mokebe francuskie motywy? Jak na przestrzeni lat przebiegały współpracę z innymi raperami i producentami? Czym jest Arcytektura i Neo Banda?

Dawid Sas

 

Denzel Curry – Walkin

Okładka singla "Walkin" od Denzela Curry'ego

Rok temu mogliście usłyszeć Walkin jako redakcyjnego mocograja, o którym pisał Janek Dąbrowski. W tym tygodniu singiel powraca na naszą powerplayową listę zajmując miejsce czwarte spośród STU SZTOSÓW roku 2022 wyróżnionych przez redakcję muzyczną Radia LUZ!

Denzel Curry zainspirowany motywem westernowej tułaczki przez życie, w pierwszym singlu z albumu Melt My Eyez, See Your Future przelewa swoje rozgoryczenie dotyczącego stanu świata. Raper rozlicza się z rasizmem systemowym oraz kapitalizmem, wobec których nie widzi zmiany na lepsze. Oprócz tego otwarcie mówi o swoich trudnoścaich, z jakimi zmaga się w obszarze zdrowia psychicznego. Cieszy fakt, że otwarcie mówi o korzyściach terapii oraz przerwaniu niezdrowych cykli zachowań. Niepokojące może być jedynie zastosowania w takim kontekście motywu „me, against the world”, ale cóż „cowboys, will be cowboys”.

Warstwa tekstowa Walkin zyskuje dzięki technicznemu popisowi rapera oraz pełnej oprawie audiowizualnej. Wykorzystanie doskonałego sampla z The Loving Touch Keith Mansfield podnosi emocjonalny wydźwięk utworu. Na początku wybrzmiewa więc nostalgiczny zaśpiew i pulsujący bas z pętli w połączeniu z klasycznym boombapowym brzmieniem. Patent dobrze znany, ale jakże sprawnie pobudzający kinematograficzne skojarzenia. Pozwoli nam to poczuć pustynny piach w butach.

Piękna pustyni Tabernas doświadczymy gdy pojawi się beatswitch. Chwila przerwy „as I toke my cigarettes, which I don’t even smoke” i rozbujane 80 bpm, zamieni się w żywiołowe 135 bpm, gdy z głośników wypalą klasyczne trapowe bębny. Jak stwierdził sam raper w rozmowie dla Geniusa, aby poczuć, że utwór jest kompletny, pojawiła się potrzeba, żeby go czymś dopalić. Producent Kal Banx zrozumiał doskonale tę potrzebę. Myślę, że wy zrozumiecie ją również słuchając Walkin. Wersję na pełnym trapowym wygarze zaserwowano niecałe pół roku później na remixie z gościnnym udziałem Key Glocka, który na pełnym laidbacku dokłada swoje 5 groszy.

Pomimo niezwykłej nośności singla, można stwierdzić, że współczesna publika ma umiarkowany popyt na rapowy western. Po roku singiel nie wykręcił szalonych liczb jak CLOUT COBAIN i nie został viralem jak Ultimate. Mimo wszystko Curry przebił się z Walkin do szerszej publiczność, zaliczając kolejny checkpoint w karierze z doskonałym występem w The Tonight Show Jimmy’ego Fallona. Wszystkim osłuchanym z oryginalną wersją polecam dla odświeżenia tą reinterpretację przygotowaną z pełnym aranżem live wraz z zespołem Cold Blooded Soul. Inne utwory z Melt My Eyez, See Your Future usłyszeć można również w takim wydaniu na rozszerzonej edycji albumu.

Michał Frysiak

Natalia Kukulska – W biegu (dadan karambolo flip)

W istnym biegu był dadan karambolo przez cały 2022 rok. Począwszy od owocnej działalności z ramienia kolektywu SPLOT i debiutu ich labelu w postaci epki deers by bess, przez kilka znaczących singli w hołdzie dla bogatego bassowego dziedzictwa Wielkiej Brytanii, aż po długogrający album braincage dla wrocławskiego kolektywu regime brigade.

W ramach zapowiedzi swojego debiutanckiego LP, autor audycji grit, sięgnął do twórczości Natalii Kukulskiej i jednego z najsłodszych okresów dla polskiej muzyki popularnej. Wczesno-rejwowa reinterpretacja W Biegu z 1997 roku okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko ze względu na pozytywne przyjęcie przez szeroko pojętą scenę klubową, ale także przez potencjał na powrót klasyka Kukulskiej do topki muzycznych zestawień 2022 roku. W końcu lepiej późno niż wcale!

Nowa odsłona W biegu wyraźnie nawiązuje do brytyjskich szlagierów z początku lat dziewięćdziesiątych. Don dadan, idąc śladem producentów pierwszej fali kultury rave, dorzucił do głosu Kukulskiej kultowego amen breaka, przeszywający reese bass oraz euforyczne pianino rodem z wczesnego breakbeatu czy UK hardcore’u. Z tego ekstatycznego połączenia piano-break-popularny sampel, mamy sentymentalnego, parkietowego killera – którego:

1. nie sposób przestać nucić.

2. nie da się wyrzucić z myśli.

3. trzeba było nagrodzić!

Natalia KukulskaW biegu (dadan karambolo flip) jednym z najlepszych Mocograjów 2022 roku według redakcji muzycznej Radia LUZ!

Kamil Winiarz

James Brown

Soulbrother #1, The Godfather of Soul, Mr. Dynamite, The Hardest Working Man in Show Business — te przydomki nie wzięły się znikąd, jednak pomimo miejsca zaraz obok nazwisk takich jak Elvis Presley czy Michael Jackson, prawdziwy wpływ Jamesa Browna na świat muzyki oraz droga jaką przebył, niekoniecznie są wiedzą powszechną.

 

James Brown urodził się w 1933 roku w małej drewnianej chatce we wsi Elko, która do dziś liczy ok. 150 mieszkańców. Jego matka Susie née Behling w momencie porodu miała zaledwie 16 lat, zaś ojciec (Joseph G. Brown) 21. Jego dzieciństwo od samego początku naznaczone było trudem i ogromną biedą. Przez pierwsze parę lat życia jego rodzina żywiła się głównie tym, co byli w stanie znaleźć w lesie, a opiekę nad nim sprawowała głównie matka, w trakcie gdy ojciec zarabiał zbierając i sprzedając żywicę. Po 4 latach życia w ten sposób matka Jamesa nie wytrzymała i uciekła, zostawiając go z ojcem. Po krótkim czasie Joseph G. Brown również postanowił opuścić wieś i pojechać z synem do miasta w poszukiwaniu lepszych perspektyw. W ten sposób, w wieku 6 lat James Brown zamieszkał z ojcem w Auguście, w stanie Georgia. Jak się okazało, przeprowadzka do miasta nie pozwoliła im jednak uciec od biedy i problemów. Pieniędzy nadal było mało, lub nie było ich wcale i niejednokrotnie zdarzało się, że odsyłano Jamesa ze szkoły za brak wystarczającego odzienia. W swojej autobiografii opowiada, że przez większość jego dzieciństwa za parę majtek służyły mu worki po mące.

W Auguście akomodacje zapewniała im jego ciotka, w jednym ze swoich przybytków płatnej miłości, gdzie Brown na co dzień ścierał się z prostytucją oraz przestępczością i zdaje się, że muzyka w tym czasie była dla niego główną drogą ucieczki od trudów życia. Stopniowo zaczął brać udział w lokalnych przeglądach talentów i w wieku 10 lat wygrał pierwszy konkurs wokalny. Ten mały-wielki sukces był dla niego pierwszą poważną motywacją i skłonił go do szukania dalszych możliwości do występów. Podczas pierwszych lat II wojny światowej James Brown zaczął więc stepować za przysłowiowe drobniaki zabawiając przejeżdżających przez Augustę żołnierzy armii amerykańskiej, zarabiając w ten sposób na opłacenie mieszkania dla siebie i ojca (5$ tygodniowo). W trakcie jego przydrożnych występów po raz pierwszy usłyszał również legendę bluesa Howlin’ Wolfa, który momentalnie stał się dla niego inspiracją i skłonił do nauki gry na gitarze, pianinie oraz harmonijce.

W międzyczasie bieda i codzienna styczność z przestępstwem zaczęła jednak odciskać na nim swoje piętno i w wieku 16 lat w 1949 roku został zatrzymany przez policję za kradzież i skazany na 8 lat więzienia. Wydawałoby się, że to sytuacja która skutecznie powstrzymałaby działania artystyczne większości ludzi, ale nie mówimy o większości, tylko o Jamesie Brownie. Niestrudzony wyrokiem, wykorzystał nowe znajomości w więzieniu i założył wraz z kolegami z celi wokalną grupę gospelową. Wkrótce zaczęto mówić o nim the guy called Music Box i jego muzyczna reputacja w więzieniu zaczęła rosnąć. Podczas jednej z rozgrywek baseball’u odbywających się poza zakładem karnym poznał niejakiego Bobby’ego Byrda. Między dwójką szybko wywiązała się przyjaźń, która trwać miała do końca życia Browna. Bobby, zafascynowany reputacją i głosem Music Boxa, wraz ze swoją rodziną pomógł zapewnić jego wcześniejsze wyjście z więzienia. Ubiegając się o wcześniejsze wypuszczenie Brown podobno obiecał sądowi, że po wyjściu będzie śpiewał dla Pana. Nie kłamał.

W 1952 roku został wypuszczony na wolność i po dwóch latach pracy i członkostwa w paru grupach gospelowych dołączył do grupy wokalnej Bobby’ego Byrda, która ostatecznie przerodziła się w The Famous Flames. Z uwagi na dopracowane układy taneczne, zespół szybko zaczął zdobywać rozgłos jako grupa, którą warto zobaczyć na żywo. Początkowo James Brown był równoprawnym wokalistą grupy, jednak jego naturalna siła przebicia, charyzma i zmysł do biznesu sprawiły, że prędko stał się główną postacią zespołu. W 1956 roku grupa wydała pierwszy singiel zatytułowany Please, Please, Please, który od razu stał się przebojem i sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Zaledwie rok później James przejął rolę managera grupy, która chwilowo rozpadła się, po tym jak nazwa została zmieniona na James Brown and his Famous Flames… Po rozpadzie zespołu wypuścił solowo balladę Try Me, która szybko trafiła na listę przebojów R&B i chwilę po tym, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, oryginalny skład The Famous Flames powrócił i od 1960 roku znów grali razem z Brownem.

Kolejnym kamieniem milowym w jego karierze był wydany w 1963 roku album Live At The Apollo, który sfinansowany i wyprodukowany został przez samego Browna. Właściciel wytwórni King Records, która wydawała w tamtym czasie Jamesa Browna uważał bowiem wypuszczanie albumu za zły pomysł, twierdząc, że nikt nie będzie chciał słuchać albumu w wersji live. Ku zdziwieniu wszystkich poza samym Brownem album sprzedał ponad milion kopii i pozostał na liście przebojów przez 14 miesięcy.

Na tym etapie trzydziestoletni James Brown, był już w pełni uformowanym muzykiem, wokalistą, performerem oraz biznesmenem gotów na to, by w pełni zrewolucjonizować świat muzyki popularnej i ostatecznie przypieczętować swoje dziedzictwo. W 1964 roku światło dzienne ujrzał kolejny album  zatytułowany Out of Sight. Czerpiący z bluesa tytułowy utwór z płyty stał się kolejnym hitem grupy i pozwolił im zdobyć szeroki rozgłos. Szczególnie przełomowym momentem był ich słynny wykon tego utworu w programie telewizyjnym The T.A.M.I. Show, który na chwilę wstrząsnął całą Ameryką. Brown i The Flames mieli być główną gwiazdą wieczoru, kiedy w ostatniej chwili otrzymali wiadomość, że za decyzją prowadzących headlinerem będzie jednak młody, zdobywający rozgłos zespół z Anglii — The Rolling Stones. Złość Browna spowodowana tą wiadomością okazała się być siłą, która popchnęła go do chwały. The Furious Flames u boku Jamesa Browna dali historyczny popis wokalno-taneczny, który bez dwóch zdań przyćmił tamtej nocy The Rolling Stones. Wiele doniesień z tego wydarzenia mówi o tym jak młody Mick Jagger nerwowo palił za kulisami papierosy, obserwując dopracowane do perfekcji ruchy grupy i zwierzęcą wręcz energię i charyzmę Browna. Na dostępnych nagraniach można zaobserwować na twarzy Jaggera lekkie zakłopotanie oraz jego nieudolne próby dorównania Brownowi w trakcie występu The Rolling Stones. Legenda głosi, że to wydarzenie popchnęło później Jaggera do eksplorowania swojego motorycznego ekscentryzmu.

Na kolejne lata kariery Browna przypada krystalizowanie się jego nowego, niepowtarzalnego stylu, który jawnie przebijał się już przez bluesową stylistykę utworu Out of Sight. W 1965 roku Brown wydał kolejno 3 single — Papa’s Got a Brand New Bag, I Got You oraz It’s a Man’s Man’s World, które nie tylko znalazły się na szczycie list przebojów R&B i Popu, ale znane dobrze są wszystkim do dziś, blisko 70 lat po ich wydaniu. Dwa lata później osobisty styl Jamesa Browna oficjalnie stał się nowym gatunkiem i otrzymał miano f​unku. W tym samym roku światło dzienne ujrzał również singiel zatytułowany Cold Sweat, który przez wielu krytyków uważany jest za pierwszy prawdziwie funkowy utwór w historii.

Niebywały sukces Browna opierał się nie tylko na jego zdolnościach taneczno-wokalnych, czy nawet biznesowych. Ojciec soulu odmienił wśród słuchaczy czucie i rozumienie muzyki. Myślał bowiem nie przez pryzmat melodii, a rytmu i konsekwentnie szukał nowych rozwiązań rytmicznych, które mogłyby nadać utworom energii i porwać do tańca nie tylko jego, ale i każdą z osób na widowni. Początkowo zaprowadziło go to do wykorzystywania synkop, czyli przesunięcia akcentu w takcie względem stałego schematu wynikającego z metrum, co przy odpowiednim użyciu tworzy coś, co przeciętny słuchacz rozumie jako groove. Kluczem i finalną pieczęcią na akcie stworzenia funku było jednak całkowite zminimalizowanie melodyki i rozebranie wszystkich instrumentów do ich rytmicznych kości. James Brown zaczął traktować sekcję dętą jako sekcję rytmiczną, która zamiast wypełniać melodyczną pustkę, okazjonalnie pojawiała się w określonym momencie taktu, dodając rytmu i energii. Brown postawił również na silne akcentowanie pierwszego uderzenia w takcie, co pozwalało słuchaczowi nie tylko lepiej odnaleźć się w rytmice całości utworu, ale stanowiło swego rodzaju mikro-zastrzyk energii, powracający cyklicznie wraz z każdym kolejnym taktem. Brownowi nie zależało na wirtuozerii, jego celem było porwanie mas do tańca.

Był nie tylko nowatorem. Przydomek The Hardest Working Man in Show Business był bezapelacyjnie trafny. W całej karierze wydał bowiem blisko 70 albumów i 145 singli, co przekłada się łącznie na ok 1900 pojedynczych utworów. Z tego aż 110 znalazło się na oficjalnych listach przebojów R&B i pop. W samym okresie 1965-1975 James Brown wydał aż 43 krążki, które trafiły na wspomniane listy przebojów.

Wpływ Jamesa Browna wychodzi jednak daleko poza funk i soul. Bezpośrednio z funku wywodzi się bowiem disco, a z obu tych gatunków — hip hop. Wiele osób uważa Jamesa Browna nie tylko za ojca funku i soulu, ale właśnie i hip hopu. Schematy rytmiczne stworzone przez Browna są bowiem fundamentami hip hopu. James Brown jest najczęściej samplowanym artystą w historii i to na jego samplach w dużej mierze powstawały pierwsze hip hopowe utwory. Styl wokalny jakim jest rap również częściowo można przypisać Brownowi, bo pomimo iż nie sam raczej używał typowo rymującej się i rytmicznej formy przekazu lirycznego, rozpowszechnił wywodzący się z bluesa styl call and response (czyt. wołanie i odpowiedź), który do dnia dzisiejszego można usłyszeć w rapowych refrenach. Jungle jest kolejnym gatunkiem, który wielokrotnie używał drum-breaków oraz charakterystycznych okrzyków Browna i częściowo zawdzięcza mu swoje brzmienie. Pop, czyli muzyka popularna, na pewno nie byłaby tym samym bez jego wpływu. James stał się archetypem tańczącej, śpiewającej i dobrze wyglądającej gwiazdy i to na jego barkach stoją tacy giganci jak Michael Jackson czy Prince, którzy otwarcie mówili o tym, że to właśnie on utorował im drogę oraz był ogromną inspiracją. Podczas jednego z pierwszych przesłuchań The Jackson 5, młody Michael imitował zresztą ruchy Jamesa Browna, coverując z braćmi jego utwór I Got The Feelin.

Po długiej i bujnej karierze James Brown zmarł w 2006 roku w Atlancie w wieku 73 z powodu zawału serca. Pomimo szwankującego już zdrowia zdawał się całkowicie oddawać się muzyce, a jego legendarna energia nigdy nie przeminęła. Jedna z członkiń jego zespołu opowiadała, że kiedy grali wspólnie jeden z ostatnich koncertów, James był w kiepskim stanie fizycznym, jednak nalegał, że musi zagrać choćby świat miał się walić. Lekarz założył mu więc cewnik, dał pobudzający zastrzyk, po czym 73 letni James Brown zagrał półtoragodzinny koncert, na koniec którego w przypływie euforii scenicznej skoczył do znajdującego się obok sceny basenu, z którego wyławiać go później musiał jego zespół.

Czego by o nim nie powiedzieć, James Brown wpłynął na kształt dzisiejszej muzyki jak mało który artysta i stał się nieśmiertelny dzięki swojemu dziedzictwu. Udowodnił całemu światu, że przy odpowiedniej dawce samozaparcia, dyscypliny i konsekwencji w dążeniu do celów można osiągnąć  literalnie wszystko. Nie ważne skąd się zaczyna.

Oskar Pągowski