Archiwum

Villager – Sósia

Egzotyczne eksperymenty prosto z Waszyngtonu. Najnowszy singiel amerykańskiego producenta Alexandra Younga tworzącego pod pseudonimem Villager ma wyłącznie jedno zadanie – i jest nim rozgrzać słuchaczy Akademickiego Radia LUZ do czerwoności! 

Poza paroma flirtami z brzmieniami zahaczającymi o garage czy dubstep, większość wcześniejszych projektów Villager’a celebrowała subtelność pierwszych wydawnictw Four Tet’a. Utwór Sósia można określić swego rodzaju próbą badawczą, w której to Young sprawdza się na nieznanych dla siebie sonicznych wodach. Efektem tego ambitnego testu staje się dzika fuzja baile funku oraz garage’u, w której nie brakuje agresji oraz zabawy dynamiką. Tłusty bas, który prowadzi całą kompozycję atakuje słuchacza przez cały czas nie dając nawet chwili wytchnienia. Intensywność całości dopełnia żywiołowa sekcja rytmiczna, która stanowczo podkreśla abstrakcję niskich tonów. 

Zdobywając uznanie producentów klasy Flying Lotusa czy Bonobo, producencka kariera Alexa Younga powoli zaczyna nabierać rozpędu. Wszechstronność, jaką Villager aktualnie reprezentuje z pewnością stawia go w pozycji jednej z najbardziej intrygujących postaci na aktualnej scenie amerykańskiej elektroniki. 

Jędrzej Śmiałowski

Xiu Xiu – Veneficium

Miniony tydzień fani Xiu Xiu na pewno mogą zaliczyć do udanych, bowiem ich ulubieńcy, jeszcze przed premierą płyty, wydali podwójny singiel – Arp Omni i Veneficium. Również Radio LUZ nie mogło przejść obok tego obojętnie! Dlatego też kawałek Veneficium zostaje wyróżniony i melduje się na liście mocograjów! 

Veneficium to piosenka, która jak najbardziej ma w sobie coś z muzycznej psychodelii. Wpływa na to sama kompozycja utworu, łącząca brzmienie ciężkich gitar z organowymi wstawkami i elektronicznymi elementami. Całość wieńczy błagalny głos Jamiego, dodając tym samym, ogólnie obecnej w piosence, dramaturgii.

Jednak, by rzeczywiście mieć komplet składników, należy także wspomnieć o solidnej dawce absurdu. Wszak teledysk do Veneficium został nagrany tosterem… Bynajmniej nie chodzi tu o jakość nagrania! I trzeba to zdanie potraktować poważnie (o ile da się tak w ogóle myśleć o absurdzie). W każdym razie toster, jak i sam tost, odgrywają znaczącą rolę na klatkach filmowych. Xiu Xiu natomiast na tym nie poprzestają i rzucają kolejnym mocnym zagraniem – otóż tost-kamera służy protagoniście teledysku do produkcji własnych wideo… wideo o pociągach. Reszta bohaterów także nadaje nowe właściwości kawałkom chleba, co chyba już zupełnie pokazuje, jak reżyser bawi się z odbiorcami. Ta pułapka pozostawiona dla nas, słuchaczy, to tak naprawdę wskazówka do przemyślenia tego, jak trywialna potrafi być nasza codzienność. 

Niezwykły kontrast oraz pięknie zarysowany absurdyzm to przepis na udany kawałek, czego dowiedli Xiu Xiu. Prowadząc nas na peron, abyśmy i my mogli wsiąść do pociągu, a następnie wyskoczyć przez toster, wprawiają nas w stan oniemienia, za który wszyscy tak bardzo uwielbiamy ten zespół. 

Paulina Madej

Jeff Buckley

Jeff Buckley był amerykańskim wokalistą, autorem tekstów i multiinstrumentalistą, którego niezaprzeczalny talent i emocjonalna głębia uczyniły go postacią wyjątkową w świecie muzyki lat 90. Jego twórczość to połączenie rocka alternatywnego, folku i bluesa, pełne bogatych brzmień i przekonującej wrażliwości. Buckley słynął z przejmującego, płaczliwego wokalu, oryginalnej interpretacji i finezyjności przekazu. Pozostawił po sobie muzyczny testament, który wciąż zachwyca nowe pokolenia słuchaczy. W tym roku świętujemy jego 30-lecie.

Jeff Buckley artystą tygodnia Radia LUZ na 91,6 FM.

Nieśmiertelna spuścizna niespełnionego geniuszu

Trzy dekady temu światło dzienne ujrzał album, który na zawsze zmienił oblicze muzyki, a było to Grace Jeffa Buckleya. Wydany w 1994 roku, debiut ten szybko stał się kamieniem milowym w historii rocka alternatywnego nadającego mu nowy kształt, a Buckley, choć za życia zdążył wydać tylko tę jedną płytę, pozostawił po sobie niezaprzeczalny ślad estetyczny i emocjonalny w muzyce lat 90. Jego ciepły głos, połączony z boleśnie pięknymi tekstami, wciąż odnajduje swoich wiernych słuchaczy, a Grace pozostało symbolem artystycznej autentyczności i emocjonalnej głębi, wciąż poszukującej w muzyce pierwiastka wieczności w subtelności.

Nieśmiertelne Hallelujah

Jednym z najbardziej znanych utworów na Grace jest Hallelujah, oryginalnie skomponowane przez Leonarda Cohena. Jeff Buckley nadał tej piosence nowy wymiar, wprowadzając do niej bolesną sensualność i autentyczność, która uczyniła jego wersję jedną z najbardziej emocjonalnych interpretacji w historii muzyki. Dzięki Buckleyowi Hallelujah stało się czymś więcej niż tylko balladą – to hymn dla zagubionych dusz, wyrażający tragizm i cierpienie w sposób, który porusza do głębi. Trudno jest zmienić tak dominujący w pop-kulturze klasyk na własną modłę, aby zachować przy tym sens alegoryczny piosenki. Jemu zdecydowanie się udało.

Łaska, która trwa

Tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Buckleya, Grace, to nie tylko pierwszy singiel promujący płytę, ale także esencja przesłania, które artysta starał się przekazać w swojej twórczości. Miłość, przedstawiona jako siła dająca „łaskę”, jest tu ukazana jako coś, co powstrzymuje przed upadkiem i otwiera na głębsze zrozumienie życia i dotarcie do jego akceptacji. Sam Buckley mawiał, że łaska jest tym, co naprawdę się liczy – zarówno w życiu, jak i w ludziach, i to właśnie ten motyw przewija się przez cały album, nadając mu unikalny nastrój, który wprawia go w ruch przy każdym odsłuchu.

Grace: Legacy Edition – sentymentalne powroty i nowe odkrycia

W 2004 roku, w dziesiątą rocznicę wydania Grace, ukazała się specjalna edycja albumu – Grace: Legacy Edition. W tym roku, obchodzimy jej 30-lecie. To dwupłytowe wydawnictwo nie tylko odświeżyło oryginalne nagrania, ale również zaoferowało fanom wyjątkowy wgląd w kulisy powstawania tej płyty. Na pierwszym krążku znajdują się zremasterowane utwory z Grace, a drugi dysk zawiera alternatywne wersje, dema oraz covery piosenek folkowych, bluesowych i R&B, które Buckley nagrał w 1993 roku. Wśród dodatkowych utworów znajdziemy m.in. demo Forget Her oraz cover Kanga Roo zespołu Big Star, które nigdy wcześniej nie były publikowane.

Wydanie Grace: Legacy Edition to nie tylko hołd dla jednej z najważniejszych płyt lat 90., ale również dowód na to, jak trwała jest spuścizna Jeffa Buckleya. Dzięki tej edycji nowe pokolenia słuchaczy może odkryć jego talent, a starzy fani mogą zgłębić niepublikowane wcześniej materiały, które odsłaniają jeszcze więcej z artystycznego świata Buckleya.

So real

Buckley miał niezwykłą zdolność do tworzenia muzyki, która była tak osobista, że słuchacz czuł, jakby miał możliwość dotarcia swoim głosem w najgłębsze zakamarki ludzkiego ducha. Jego utwory, takie jak So Real czy Lover, You Should’ve Come Over, eksplorują złożoność emocji związanych z miłością, lękiem i samotnością. Teksty pełne surrealistycznych obrazów i intensywnych uczuć są dowodem jego zdolności do przekazywania najgłębszych emocji w sposób niezwykle autentyczny i poruszający. Głos Jeffa Buckleya to niezwykłe narzędzie ekspresji, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Charakteryzował się niespotykaną elastycznością i zdolnością do wyrażania całego spektrum emocji – od szeptu pełnego czułości po potężne, niemal operowe frazy. Jego wokal miał w sobie coś hipnotyzującego, łącząc delikatność oddechu z surową intensywnością krzyku. Buckley z łatwością przechodził między różnymi rejestrami, dzięki czemu jego śpiew zawsze był pełen głębi i autentyczności poruszający słuchaczy. To właśnie głos Buckleya sprawiał, że jego muzyka stawała się tak intymna, jakby każdy dźwięk i każda fraza były odbiciem jego najskrytszych emocji.


Sketches for My Sweetheart the Drunk – niedokończony testament artysty

W 1996 roku Buckley rozpoczął pracę nad swoim drugim albumem, który miał być zupełnie inny, bardziej eksperymentalny. Niestety, jego nagła śmierć w 1997 roku przerwała ten proces. Pośmiertnie wydany album Sketches for My Sweetheart the Drunk ukazuje pełnię możliwości wokalnych Buckleya – od aksamitnych, niemal soulowych brzmień w Everybody Here Wants You, po surowe i ekspresyjne momenty w The Sky Is a Landfill. Słuchając tej płyty, można poczuć pewną surowość i autentyczność, które wynikają z faktu, że wiele utworów nie doczekało się finalnych wersji. To sprawia, że głos Buckleya na tym albumie jest jeszcze bardziej poruszający, pełen niedopowiedzianych słów i przerwanych myśli.

Album Grace, stał się ponadczasowym arcydziełem, które inspiruje kolejne pokolenia artystów i słuchaczy. Grace: Legacy Edition to nie tylko przypomnienie o niezwykłym potencjale Buckleya, ale także dowód na to, że jego muzyka żyje dalej, mimo że jego życie zostało przerwane zbyt wcześnie. To album, który wciąż porusza serca i umysły, oferując podróż przez emocje, które są tak samo aktualne dziś, jak były 30 lat temu.

W Lover, You Should’ve Come Over Buckley śpiewa o niespełnionej miłości, żalu za przegapioną okazją, oraz bólu wynikającym z  niepokojącej samotności. Słowa It’s never over, my kingdom for a kiss upon her shoulder wyrażają gorzkie pragnienie czegoś, co już minęło, a jednocześnie wskazują na pełne poczucie odpowiedzalności za uczucie, które się traci. Jest to utwór pełen żalu za tym, co mogło się wydarzyć, ale z różnych powodów nie doszło do skutku.

W kontekście życia Buckleya, te słowa zyskują dodatkowy wymiar. Muzyk, znany ze swojej intensywnej i emocjonalnej natury, miał skomplikowane relacje miłosne, co znajduje odzwierciedlenie w jego muzyce. Piosenka mogła być dla niego swego rodzaju katharsis – wyrażeniem tego, co czuł w związku z własnym życiem uczuciowym.

Jeff Buckley zmarł tragicznie w wieku zaledwie 30 lat, topiąc się w rzece Missisipi w 1997 roku. Jego śmierć miała charakter przypadkowy, a zarazem tragiczny – był w trakcie nagrywania drugiego albumu, który nigdy nie został ukończony w formie, jaką zaplanował. Śmierć Buckleya przerwała jego karierę i sprawiła, że to, co mógł jeszcze osiągnąć, pozostanie na zawsze w sferze domysłów. W tym kontekście utwór Lover, You Should’ve Come Over może być postrzegany jako lament nie tylko za utraconą miłością, ale także za niewykorzystanymi możliwościami i przerwaną obiecującą karierą.

Julia Prus & Zuzia Kopij

 

Denzel Curry ft. 2 Chainz & Mike Dimes – G’Z UP

Denzel Curry to artysta o dwóch twarzach. Pierwsza z nich uwidacznia się w formie lirycznych perełek, będących eksploracją ciemnych zakamarków duszy rapera . Mierzenie się z własnymi demonami i próba znalezienia nowej, lepszej drogi życiowej stanowiło znaczną część fantastycznego albumu Melt My Eyez, See Your Future z 2022 roku. Druga odsłona Denzela to zaś piekielnie zdolny technicznie muzyczny potwór, który pierwszy raz ukazał się szerokiej publice na viralowym Ultimate. Nie zawaha się on ani chwili, by sięgnąć po koronę króla rapowej gry. Co właśnie uczynił.

G’Z UP jest częścią najnowszego wydawnictwa muzyka z Miami. Nie bez kozery wymieniam tutaj miejsce pochodzenia Curry’ego. Magic City to jedna z kolebek stylu zwanego dirty south. Była ona kluczowa dla dalszego rozwoju tego bezwstydnego nurtu hip-hopu rodem z Południa. Po latach, za sprawą trapowej rewolucji to ten region właśnie dyktuje warunki i trendy, które zawładnęły również szerokorozumianą muzyką pop. O takim rozwodnieniu na King Of The Mischievious South Vol.2 nie ma jednak mowy. Album ten to bowiem niecałe 40 minut rasowej, trapowej imprezy. Fantastycznie wyprodukowanej, znakomicie zarapowanej. Wraz z plejadą mniej i bardziej znanych twarzy, które znakomicie wpasowują się w klimat wydawnictwa Curry udowadnia, że również w tak prostolinijnej odsłonie jest jedną z najjaśniejszych twarzy na współczesnej scenie. A może i nawet Królem Południa.

Michał Lach

Childish Gambino

Bando Stone & The New World to album, który jak zawsze w przypadku produkcji Donalda Glovera jest wybitnie interesujący pod wieloma aspektami.

Przede wszystkim jest to dzieło, które nie tylko kończy etap twórczości Donalda pod pseudonimem Childish Gambino, ale również nakłada dość niespotykaną, bo bardzo nieoczywistą klamrę na całokształt jego twórczości. Odwołuje się w szczególności do najbardziej dzikiego i chaotycznego etapu swojej twórczości, czyli samych początków.
MC DJ jak raczył się wtedy nazywać, był zarówno przestrzenią jak i etapem rozwoju, który jest ciekawy nie tylko z perspektywy tego, jaką osobą jest Donald Glover, ale również, w jaki sposób pozostając w zgodzie z sobą czerpał laicką radość ze swojej twórczości nawet gdy znajdował się na jej pozornym szczycie. Efekty możemy usłyszeć w jego finałowym dziele, w które zgodnie ze swoją filozofią z beztroską radością, jednak w pełni świadomie w zdumiewająco agresywny sposób łączy brzmienia i gatunki, które wypowiedziane w jednym zdaniu wydałyby się czymś nie do pomyślenia.

Różnorodność Bando Stone & The New World jest w swojej wyjątkowości tym bardziej interesujący, że podtrzymywać będzie ciężar problematyki, którą Donald Glover zamierza nam przybliżyć w Filmie, który współdzieli tytuł jego najnowszego albumu. Fragmenty filmu możemy usłyszeć na intrach i outrach niektórych utworów. Te wyciągnięte z kontekstu kawałki rozmów mają bardzo niepokojący i nieprzyjemnie znajomy klimat. Uczucie to potęgują niesamowicie emocjonalne i pełne skrajnych emocji i brzmień utwory będące ścieżką dźwiękową całego projektu. Tematyka zarówno utworów jak i krótkich dialogów z filmu, zapowiada, że film, co w przypadku Donalda Glovera nie jest żadnym zaskoczeniem, będzie traktował między innymi o trudach odpowiedzialności bycia potrzebnym i urzeczywistniał codzienne frustracje związane z byciem mimowolną częścią społeczeństwa.

Koniec postaci Childisha Gambino Donald Glover zapowiadał od dawna. Narzekał na to, że branża muzyczna jest nudna i brakuje mu zabawy. Życie Childisha przedłużała jednak niestłumiona pasja do muzyki Donalda. Nie zakładałbym więc, że Bando Stone & The New World to koniec kariery muzycznej Donalda Glovera, a jedynie kolejny etap rozwoju, dla którego należało uśmiercić stare „Ja”.

Adam Karpeta

Fontaines D.C. – Here’s The Thing

Do premiery Romance zostało już naprawdę niewiele czasu, jednak mimo to Fontaines D.C. rozpieszczają swoich fanów, wydając Here’s The Thing – trzeci singiel promujący nadchodzącą płytę.

Najnowszy utwór przyprawia o dreszcze. I, bynajmniej, nie chodzi tu wyłącznie o stronę muzyczną! Teledysk idealnie współgra z piosenką, zważywszy na to, że klatki doskonale oddają klimat niepokojących i powodujących gęsią skórkę produkcji filmowych. Dodatkowo na tę napiętą atmosferę wpływają ciężkie brzmienia gitar, które brzmią zupełnie tak, jakby pochodziły z grunge’owego albumu. Żeby tego było mało, to całość dopełniają elektroniczne elementy i sprawiają one tym samym, że Here’s The Thing staje się kosmiczną (w dobrym tego słowa znaczeniu) kompozycją.

Sam wokalista Fontaines D.C. o utworze mówił tak:

To niespokojna melodia, która w wwierca się , balansując między bólem a odrętwieniem

Po wybuchowym Starburster i potulnym Favourite zespół wychodzi z naprawdę wykręconą piosenką – Here’s The Thing. To zadziwiające, jak bardzo różnią się od siebie te kawałki, ale i jednocześnie, jak dobrze do siebie pasują. To tylko podwyższa oczekiwania wobec tego, jaki będzie Romance. Jednakże po tym, co zostało zaprezentowane, chyba nie trzeba się martwić o jakość krążka – Fontaines D.C. zawsze pokazują poziom i tak pewnie stanie się też w najbliższej przyszłości.

Paulina Madej

Klawo – Ballhead

Do opisu jednego z utworów wyróżnionych w tym tygodniu przez redakcję muzyczną tytułem mocograja wystarcza w zasadzie jedno słowo. Klawo. Zawiera ono bowiem deskrypcję stanu ducha słuchacza kompozycji Ballhead, jednocześnie wskazując na sprawców owego dobrostanu. Trójmiejska grupa na szersze wody wypłynęła dwa lata temu za sprawą znakomitego, pełnego życia i świeżości debiutu. Ostatnie kilkanaście miesięcy wypełnili licznymi, często zagranicznymi koncertami. Znaleźli też jednak czas na upichcenie przepysznej włoskiej strawy na potrzeby projektu Generacja Jazz. Na jesień tego roku szykują za to pełen bufet w postaci drugiego albumu. Figlarny flet, wirtuozerska trąbka oraz delikatne, elektryczne klawisze ich najnowszego singla nieustannie zaskakują, podobnie jak żartobliwie wmiksowane dźwięki eksplozji oraz przelatującego orła. Po znakomitych tegorocznych albumach Kosmonautów oraz Kosmosu szykuje się kolejna perełka spod znaku nowej fali polskiego jazzu. Nic tylko rzec – Klawo.

Michał Lach

Święty Bass ft. BSK & North Side District & Krzaquu – Eskejp

Wakacje w pełni. Co chwila chce się uciekać od codziennej rutyny i wypływać na szerokie wody letnich uciech. Zachęta do podniesienia kotwicy to imprezowa perełka, która będzie wybrzmiewać wyjątkowo obficie w tym tygodniu na falach Radia LUZ. Potężna współpraca ekipy Świętego Bassu z doborową wrocławską reprezentacją w postaci BSK i North Side District zachowuje tempo co bardziej szalonych klubowych numerów superduetu, jednocześnie zapewniając podmuch rześkiej, nadmorskiej bryzy. Jak tu nie dołączyć do tak żywiołowej załogi.

Michał Lach

 

Charli xcx ft. Billie Eilish – Guess

Lato 2024 roku zapisze się na kartach historii jako brat summer. Fenomen najnowszego albumu Charli xcx przebił granice internetowej bańki, sięgając wyścigu o prezydenturę Stanów Zjednoczonych. Zapominając jednak na chwilę o warstwie popkulturowej trzeba postawić sprawę jasno – brat to przede wszystkim znakomity album. Szczery, świetnie napisany i wyprodukowany, a co najważniejsze dający ogromną przyjemność przy każdym kolejnym odsłuchu. Brytyjka przeplata bowiem chwilę wzruszenia przy poświęconym Sophie So I, przytłoczenia blichtrem i sławą na Rewind z bezwstydnym sięgnięciem po popową koronę na Von dutch. Każda kolejna wizyta może tu oznaczać nowego ulubieńca z przebogatej zarówno w hity, jak i emocje tracklisty.

Jeśli ktoś jednak dalej odczuwa niedosyt, nadszedł czas na Lunch. Nie trzeba długo zgadywać o co, a raczej kogo chodzi. Zaproszenie Billie Eilish do remixu utworu Guess podgrzało jeszcze bardziej niezwykle gorącą już temperaturę oryginału. Podobnie jak w przypadku fenomenalnej współpracy z Lorde w rozszerzonej wersji Girl, so confusing zwrotka gościni jest drugą stroną medalu dla tekstu gospodyni. W przeciwieństwie do tamtego niezwykłego dialogu, by wyjaśnić narosłe przez lata nieporozumienia tutaj cel jest zupełnie inny. Zwrotka Charli pełni funkcję niezwykle graficznego zaproszenia do dalszej eksploracji i odkrycia, czy jest ona w stanie spełnić skrywane przez adresata pragnienia. Zwrotka Billie to już zdecydowanie obietnica ich ziszczenia się. Zanurzając się, (dosłownie i w przenośni) w bieliźnianie fantazje serwują one świdrujący uszy hedonistyczny banger, nieustannie zachwycający kolejną dźwiękową pokusą. Niech to lato nigdy się nie skończy.

Michał Lach

JPEGMAFIA – it’s dark and hell is hot

Co najlepszego może się wydarzyć, gdy beatowy czarodziej odwiedzi Brazylię? Odpowiedź jest prosta i wręcz przypomina rachunek matematyczny. Proszę tylko spojrzeć: 

JPEGMAFIA + brazylijski funk = It’s dark and hell is hot

Spoglądając na te obliczenia, należy przyznać, że wszystko się zgadza. Nawet nie tyle, co zgadza, lecz gra! Gra i to jak wspaniale! Peggy samplując Upa Upa Pocotó autorstwa DJ RaMeMes, udowodnił swoją nieprzewidywalność i kreatywność, którą charakteryzuje się zarówno sam twórca, jak i jego najnowsze wydanie I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU

Choć pierwsze zetknięcie z twórczością JPEG’a może przyjąć formę pewnego wyzwania – gry, której mistrzem, ale i jednocześnie przewodnikiem jawi się sam artysta, to gwarantuję, że ta rozgrywka jest warta świeczki. Wszak my, jako graczo-słuchacze, otrzymujemy sporą dawkę świeżości i zaskoczenia, które nie zawodzi. 

Tak też można opisać cały album I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU, bowiem obfituje on w unikalne brzmienia. Nie dość, że można się tam doszukać brazylijskiego funku, to da się tam również znaleźć inspiracje metalem czy sludge rockiem. Zdecydowanie jest to gratka dla fanów muzyki. Dobrej muzyki.

Paulina Madej