Najgłośniejszy zespół na świecie, bo tak lubią mówić o sobie A Place To Bury Strangers, jeszcze w kwietniu zaprezentował światu najnowszą kompilację – Rare And Deadly. Album łączy wcześniej niepublikowane utwory powstałe na przestrzeni ostatniej dekady, przez co mimowolnie staje się podróżą w przeszłość. Jednocześnie są to kawałki, które (choć kiedyś odrzucone), nie mogły zostać zapomniane na zawsze. Za sprawą Rare And Deadlyotrzymały więc nowe życie i swoje zasłużone miejsce na krążku. Co więcej, całość składa się aż kilkudziesięciu numerów, gdyż na każdym z nośników znajduje się zupełnie inna tracklista. Trzeba przyznać, że to prawdziwa gratka dla miłośników amerykańskiego zespołu.
Utwór Lost początkowo nie miał mieć swojej streamingowej premiery, jednak fanom na tyle wpadł w ucho, że numer doczekał się tego wydania. A Place To Bury Strangers mówią, że kawałek traktuje o niepewności. Utwór napędzany jest poprzez post-punkowe gitary, ostrość brzmienia oraz przez tekst pełen wątpliwości. Przedstawia mętlik, jaki potrafi wyrządzić samokontrola.
Siedem lat przerwy wydawniczej, walka z demonami i pożegnanie, które zdawało się nie mieć końca. The Twilight Sad powracają z najbardziej osobistym materiałem w swojej dwudziestoletniej karierze, a my, celebrując premierę krążka IT’S THE LONG GOODBYE, ogłaszamy ich Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.
The Twilight Sad to szkocki duet z Kilsyth, tworzony przez Jamesa Grahama i Andy’ego MacFarlane’a. Choć nigdy nie stali się komercyjną maszyną do robienia hitów, ich upór i bezkompromisowość sprawiły, że stali się ulubieńcami samego Roberta Smitha. To właśnie lider The Cure wyciągnął ich na największe stadiony świata, a na nadchodzącym IT’S THE LONG GOODBYE aktywnie włączył się w proces nagrywania, grając na gitarze, klawiszach i basie w trzech utworach na nowej płycie. Przez ponad dwie dekady działalności słusznie zapracowali na miano „narodowego skarbu” szkockiej alternatywy, choć sam Graham woli nazywać grupę „karaluchem, który po prostu nie chce zniknąć”. Ich siła tkwi w autentyczności – od charakterystycznego, twardego szkockiego akcentu wokalisty, po ewoluujące brzmienie, w którym do przesiąkniętego shoegaze’owymi ścianami dźwięku post-punku z czasem zaczęły przenikać chłodne, syntetyczne tekstury czy automaty perkusyjne.
IT’S THE LONG GOODBYE
2026
Rock Action Records
Po przesłuchaniu trzech singli promujących nadchodzący album (ATTEMPT A CRASH LANDING – THEME, DESIGNED TO LOSE, WAITING FOR THE PHONE CALL) słychać, że zespół kontynuuje rozwijanie stylu obranego na ostatniej płycie z 2019 roku zatytułowanej IT WON/T BE LIKE THIS ALL THE TIME. Przestrzeń w utworach, pomiędzy breakdownami, zapełniona jest po brzegi masywną przesterowaną ścianą dźwięku, chwytliwymi synthami, czy dodatkowo napędzającym już i tak żwawy rytm perkusji tradycyjnej automatem perkusyjnym.
Lirycznie Graham wykonuje tu ostateczny krok w stronę bezpośredniości. Jeśli na poprzednich płytach zdarzało mu się jeszcze chować za parawanem metafor, tutaj stawia na bezpośredni, niemal dokumentalny zapis swoich przeżyć. Centralnym punktem dla albumu jest walka matki Grahama z demencją, którą wokalista nazywa „długą i okrutną żałobą”. Dla Jamesa te siedem lat było czasem skrajnych kontrastów. W tym samym momencie, gdy w jego życiu pojawiało się nowe życie (narodziny syna), jednocześnie gasło to, które mu to życie dało. Te dwie skrajne drogi splotły się na płycie w jeden, trudny do emocjonalnego udźwignięcia obraz.
Graham nie pisze tu wyłącznie ze swojej perspektywy. Próbuje patrzeć oczami matki oraz pozostałych członków rodziny, szukając odpowiedzi w codzienności, która każdego dnia wyglądała inaczej. Mimo tak ciężkiej tematyki, warstwa instrumentalna albumu nie jest jedynie tłem dla smutku. Andy MacFarlane postawił w swoich kompozycjach na świadomy kontrast. Muzyka stanowi przeciwwagę dla bolesnej liryki, stając się potężnym nośnikiem emocji, które Graham z siebie wyrzuca. W efekcie otrzymujemy potężne, gitarowe soundscape’y o ogromnej objętości i głośności a nowe utwory, mimo bolesnego fundamentu, niosą w sobie dziwny rodzaj optymistycznego blasku. Jak przyznaje sam James:
Mogę być w samym środku cierpienia, ale otaczające mnie dźwięki mają w sobie tyle barwy, tekstury i dynamiki, że nie pozwalają mi tam zostać.
Dla zespołu cały ten siedmioletni proces twórczy był wart wszystkiego, co przeszli, jeśli tylko dzięki tym piosenkom ktoś po drugiej stronie głośnika poczuje się mniej samotny w swoim bólu.
Zespół Prostitute inicjuje rozpoczęcie współpracy z wytwórnią Mute re-edycją jednego z najintensywniejszych albumowych otwieraczy…
All Hail już od pierwszych sekund jest manifestacją, bezwstydną i bezkompromisową.
Powiedzieli, że po mnie przyjdą
Czyjego głosu się słuchają?
Kto nasłał na mnie te psy?
A jeśli umrę, to umrę
Dla mnie to i tak było tylko mięso
Teraz to widzę
Trzonem tego utworu jest doświadczenie bycia „innym” (wokalista i perkusista — założyciele zespołu — to Amerykanie pochodzenia libańskiego). Opowiada o życiu w społeczeństwie naznaczonym globalnymi konfliktami, ksenofobią i strachem napędzanym przez stereotypy. To utwór o presji, gniewie i alienacji zarówno od innych ludzi, jak i własnej tożsamości.
Moe Kazra, wokalista zespołu, przyznaje, że przez wiele lat nienawidził tego, że jest Arabem, tak samo jak nienawidził innych Arabów. Uprzedzenia i ataki kierowane w jego stronę sprawiły, że sam zaczął wymierzać podobne. Jednak później odwrócił perspektywę, zmienił narrację. Zapytał: „a może będę właśnie tym, kim chcecie bym był?”.
Brzmienie tego zespołu jest momentami radykalnie agresywne. Tak samo All Hail nie jest utworem, który oferuje komfort i ukojenie. To raczej zbiorowy wyraz gniewu, niepokoju i głębokiej frustracji wobec świata, który często marginalizuje, uprzedmiotawia i odmawia zrozumienia. Miejsca, gdzie presja staje się zarówno przyczyną, jak i skutkiem braku empatii i powszechnego zobojętnienia. Błędne koło.
Prostitute nie tyle relacjonuje, ile na bieżąco przeżywa. Stajemy się świadkami wewnętrznej walki Moego, w której nieustannie miesza się gniew, rezygnacja i desperacja. Muzyka staje się narzędziem wywołującym katharsis — dość gwałtowne, a przez to prawdziwe, szczere, po prostu ludzkie.
Ostatnio mogliśmy ich słyszeć Na Balkonie.Metro, bo o nich mowa, po długim czasie wracają z przytupem, prezentując światu nowy singiel, Nic nie płonie, tym samym serwując zapowiedź długo wyczekiwanego albumu. Choć artyści wciąż nie chcą zdradzać szczegółów na temat płyty, już sam ich powrót niezmiernie nas cieszy.
W utworze Nic nie płonie surowość gitar splata się z zadumą. Typowy dla Metra poetycki tekst jest pełen refleksji nad dwoma walczącymi ze sobą konstruktami: ambicją i wypaleniem. Wersy są przesiąknięte marzeniami, które zderzają się z twardą rzeczywistością, a w tle dogrywa lęk przed utratą polotu oraz przeciekającego przez palce życia. Bohaterką jest także ciekawość rutyny i pretensja – to właśnie ona tak świetnie współgra z rozpaczą w kawałku Nic nie płonie.
Zespół Pére-Lachaise nie porzuca swoich ideałów i wciąż wzywa do buntu. Tym razem łączy siły z Natalią Nosorowską, członkinią grupy La Venders, by wspólnie nawoływać do działania. Owocem tej współpracy jest utwór Skowyt, a więc post-punkowy manifest.
Pére-Lachaise nadaje własne oblicze muzyce post-punkowej, co doskonale słychać w Skowycie. Hipnotyzujące syntezatory wciągają odbiorcę od pierwszych sekund, prowadząc do wysłuchania sprzeciwu wobec obojętności. Sam apel nabiera mocniejszego charakteru za sprawą rapu Tima Curtisa, który świetnie kontrastuje z głosem Natalii Nosorowskiej.
Tak Allen Ginsberg rozpoczynał swój Skowyt –poemat, w którym w znacznym stopniu podejmowany jest temat upadku społeczeństwa konsumpcyjnego. Pére-Lachaise również stawiają sobie za cel przeciwstawianie się obecnej rzeczywistości. Podobną narrację prowadzą na swojej debiutanckiej płycie Wszystko wokół wreszcie płonie i są przesłanki ku temu, aby twierdzić, że Skowyt jest jej kontynuacją. W końcu w tekście nie bez przyczyny płonie komuś świat…
Najpoważniejsza niepoważna grupa, a więc Viagra Boys, wraca z nową płytą – viagr aboys. Tym razem zespół stawia na mniej hałaśliwe brzmienia niż te znane z wydanego w 2022 roku Cave World, prezentując bardziej parkietowy charakter.
Na najnowszym albumie słychać swobodną zabawę instrumentami i gatunkami. Viagra Boys w swoje utwory wplatają punkowe riffy i synthy, a nawet funkowe rytmy. Tworzą tym samym mieszankę, którą świetnie dopełniają ironiczne teksty i przewrotny humor Szwedów.
Kawałek Waterboy snuje surrealistyczną opowieść o jednostce rozdartej, z jednej strony starającej się wymknąć systemowi, a z drugiej tkwiącej w absurdzie i nostalgii. To historia człowieka, który wciąż gubi się w wirującej codzienności.
W piosence możemy dostrzec momenty uniesień, ale i pogrążenie w letargu. Balansujemy w dowcipnie opisany sposób między granicami spektrum, przez co można odnieść wrażenie, że cała ta sytuacja jest jednocześnie zabawna i smutna.
Refren natomiast pokazuje świadomość narratora. Wie, że żyje w dziwnej spirali, ale zdołał się z tym pogodzić.
Poznański skład Willa Kosmos powraca z nowym materiałem. Podobnie jak poprzednie dokonania zespołu, singiel Willa Kosmos został wydany pod szyldem wytwórni Koty Records. Opowiada o tym, co wszyscy znamy z doświadczenia – o przytłaczającej rzeczywistości i codzienności, która mija tak szybko, że ciężko za nią nadążyć. Choć motyw ten nie wydaje się niczym nowym, Willa serwuje nam go w świeżej, pełnej energii odsłonie, która już od pierwszej nuty uderza nas mocnym riffem i chwytliwą linią melodyczną. To wszystko sprawia, że po skończeniu utworu trudno oprzeć się pokusie odsłuchania go ponownie.
Jak informuje zespół, nowej płyty możemy spodziewać się w przyszłym roku. Tymczasem, przysłuchajmy się najnowszemu singlowi w Akademickim Radiu LUZ.
Ojcowie chrzestni post-punka i protoplaści gotyckiego rocka. Podczas 45-letniej kariery wielokrotnie zachwycali, zaskakiwali i oczarowywali kolejne pokolenia słuchaczy. Legendarna formacja The Cure powraca po 16 latach z nowym albumem Songs of a Lost World zostając Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.
The Cure , założony w 1976 roku w Crawley w Anglii, początkowo znany był pod nazwą Easy Cure . Na czele zespołu stanął wokalista, gitarzysta i autor tekstów Robert Smith . Pierwsze lata działalności grupy wyznaczały ich debiutancki album Three Imaginary Boys z 1979 roku, który zaprezentował światu unikalny styl zespołu.
Na początku The Cure wyraźnie oscylowali między post-punkiem a nową falą, ale ich brzmienie już wtedy zdradzało ponurą głębię, która wkrótce stała się ich znakiem rozpoznawczym.
Rok po wydaniu debiutanckiego albumu zespół wydał Seventeen Seconds. Był to przełomowy krążek, który wprowadził ich w bardziej mroczne rejony. Płyta ta, zawierająca między innymi utwór A Forest, szybko stała się jednym z kluczowych elementów sceny gotyckiej, która w tamtych czasach kształtowała się na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii. Następnie, Faith (1981) i Pornography (1982) kontynuowały tę podróż ku mrocznej, introspektywnej atmosferze. Pornography szczególnie wyznaczyła punkt kulminacyjny w ich wczesnej twórczości — przepełniona była desperacją, bólem i nihilizmem, a Smith w swoich tekstach sięgał po najgłębsze pokłady emocji, co nadało albumowi brutalną szczerość i surowość.
Bójka pomiędzy Robertem Smithem, a Simonem Gallupem podczas jednego z koncertów na trasie promującej Pornographyprzesądziła o rozpadzie zespołu. Jednak po krótkiej przerwie muzycy powrócili do studia. Drogę na szczyt popularności zwiastował album The Top na którym eksperymentowano z psychodelicznymi i bardziej złożonymi brzmieniami, co początkowo spotkało się z mieszanymi opiniami wśród słuchaczy.
Punktem przełomowym miało być wydanie w 1985 roku płyty The Head on the Door, które przyczyniło się do drastycznego wzrostu popularności grupy na całym świecie. Zespół, który wcześniej kojarzony był z mrocznymi, gotyckimi brzmieniami, otworzył się na bardziej przystępne i melodyjne formy. Wypracowany na nim romantyczno-melancholijny styl utrzymywany był na kolejnych wydawnictwach The Cure. W 1987 roku ukazał się album Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me, który okazał się ogromnym sukcesem, zwłaszcza na rynku amerykańskim, głównie za sprawą singla Just Like Heaven.
Po sukcesie bardziej popowych albumów, zbliżający się do trzydziestki lider zespołu The Cure, Robert Smith zaczął czuć potrzebę powrotu do mroczniejszych korzeni. Strach przed upływającym czasem był dla niego paraliżujący, ponieważ czuł, że wszystkie arcydzieła muzyczne zostały ukończone przed osiągnięciem przez artystów wieku 30 lat. W związku z tym Smith zaczął pisać muzykę bez udziału reszty zespołu. Album Disintegrationz 1989 roku w niedługim czasie osiągnął kultowy status i do dziś uznawany jest przez większość fanów za opus magnum w twórczości The Cure.
Kulminacją popularności grupy było wkroczenie w lata 90. wraz z wydaniem albumu Wish, wydany w 1992 roku. Materiał ukazuje bardziej optymistyczne brzmienie, a singiel Friday, I’m in Love niemalże zdefiniował postrzeganie zespołu przez społeczeństwo. Podczas tworzenia utworu, Robert Smith nabrał przekonania, że niechcący ukradł skądś progresję akordów. Wkrótce zaczął dzwonić do znajomych muzyków, aby upewnić się, że melodia rzeczywiście jest jego.
„Zawsze było paradoksem, że ludziom wciskano do gardła, że jesteśmy zespołem gotyckim. Ponieważ dla ogółu społeczeństwa nie jesteśmy. Dla taksówkarzy jestem facetem, który śpiewa Friday I’m in Love. Nie jestem facetem, który śpiewa Shake Dog Shake lub One Hundred Years.”
Kolejne wydawnictwa grupy nie cieszyły się już tak ogromnym entuzjazmem. Mimo iż albumy Wild Mood Swings, Bloodflowers, czy 4:13 Dream dorównywały dotychczasowym artystycznym ambicjom Roberta Smitha, to zawarte na nich utwory nie wpisały się w kanon rockowych przebojów. Po 16 latach The Cure powraca z nowym albumem. Songs of a Lost World to wielki powrót do mrocznego brzmienia znanego z Disintegration.
Muzykę zespołu black midi ciężko jest zaszufladkować. Ich przebojowy styl bycia w połączeniu z nieustępliwym zacięciem do zaglądania tam, gdzie inni bali się zaglądać stworzył jeden z najbardziej ambitnych i unikatowych projektów ostatnich lat. Z okazji solowego debiutu Geordiego Greepa, ex-frontmana zespołu, brytyjska awangarda zaznacza swoją obecność w cyklu Artysty Tygodnia Akademickiego Radia Luz!
Schlagenheim
2019
Rough Trade
Debiutancki krążek black midi zaatakował odbiorców znienacka latem 2019 roku i od samego początku rozkochał w sobie krytyków. Zespół zabiera nas do obskurnego, postmodernistycznego klubu na 40-minutowy noisowo-progresywny koncert, na którym nie za bardzo wiemy, co się dzieje. Pospolita jest tu zabawa odbiorcą. Ciągłe obroty i stylistyczne piruety odkrywają rzeczywistości. Począwszy od środka spoconego moshpitu, poprzez otwarte przestrzenie świeżego powietrza, aż po krainy dziwne i niezrozumiałe dla ludzkiego rozumu.
Na albumie czuć nieokrzesaną energię wczesnych płyt szwedzkiego REFUSED, a nawet abstrakcję w stylu legendarnego Franka Zappy. Schlagenheim to krzyk pokolenia młodych artystów mający dosyć wtórnego zamykania się w jednym gatunku. Artystów ciekawych i pewnych swojego, pokazujących, że da się inaczej i że muzyka ma jeszcze bardzo dużo do zaoferowania. Krążek w niektórych kręgach uważany za klasyk nowej fali eksperymentalnego grania prosto z Wielkiej Brytanii. Z małej podziemnej kapeli grających po obskurnych klubach, zespół trafił na festiwale, a nawet do telewizji BBC, grając na Mercury Price w 2019 roku. Dzięki Schlagenheim, black midi bez precedensu zajęło miejsce na piedestale muzycznych talentów młodego pokolenia, lecz dla Londyńskiej grupy był to dopiero zalążek tego, co miało nadejść.
Cavalcade
2021
Rough Trade
Po świetnie przyjętym debiucie na barkach black midi leżało naprawdę bardzo duże zadanie. Na przekór swojej pierwotnej formie, grupa zrezygnowała z kontynuacji klubowo-hardcorowego grania i postawiła na psychodeliczne teatralny spektakl.
Od otwierającego krążek John L opowiadającym o władzy, przez którą ślepo zapatrzony bohater traci wszystko w rytmie uzależniającej kakofonii, która na początku szokuje słuchacza, lecz go nie odstrasza, a bardziej intryguje oraz wciąga. Po imponująco zagrane Slow, które jest wyrzynam opanowania instrumentacji do perfekcji przez zespół niedłubiący się i zachowujący spójność. Utworem, który najpiękniej oddaje, teatralny klimat krążka jest Ascending Forth. Niesamowita przepiękna 10-minutowa CODA wypełniona jest narastającymi emocjami i czystą epiką. Dzieło przepiękne, które idealnie domyka drugi długogrający projekt black midi. Cavalcade miesza style i o ile debiut był noisowo punkowym statmentem, drugi krążek zespołu zdecydowanie bardziej przypomina długie soniczne pejzaże, rodem ze sztandarowych utworów King Crimson.
Drugi krążek zespołu to psychodeliczny rollercoaster, który jeszcze bardziej pokazał, na co stać nieziemsko utalentowanych chłopaków z Londynu.
Hellfire
2022
Rough Trade
Hellfire, czyli trzeci projekt black midi to punkt kulminacyjny dla działalności całego zespołu. Choć Londyńskie trio wypłynęło na szerokie wody już rok wcześniej przy premierze fenomenalnego Cavalcade, to właśnie na Hellfire trio młodziaków z Londynu certyfikuje swój status jednego z najbardziej kreatywnych zespołów aktualnego millenium.
Awangardowe kompozycje Hellfire to groteskowy pojedynek słuchacza z zespołem, gdzie serie precyzyjnych ciosów wymierzane są za pomocą uderzeń werbla. Tylko momentami mamy chwilę na wzięcie oddechu i podniesienie z powrotem gardy, która błyskawicznie przełamywana jest z nokautującą siłą. Jazz, rock, punk, a nawet country – zaszufladkowanie trzeciego projektu black midi to zadanie wręcz niemożliwe z uwagi na sztandarową niekonwencjonalność, która na Hellfire błyszczy jak nigdy dotąd.
Nie można zapomnieć również o baśniowym story-tellingu w wykonaniu brytyjskich muzyków. Chcecie posłuchać o meczu bokserskim z 31 lutego 2163 roku, w którym dwóch 300-kilowych mężczyzn krzyżuje rękawice? A może wolicie przygodę dwóch przyjaciół, której akcja rozgrywa się w losowej kopalni? Wszystko to i nie tylko znajdziecie na Hellfire, gdzie sen i jawa miksują się w nową rzeczywistość kuriozalnej fikcji i surowych zasad.
Wielka szkoda, że tegoroczne ogłoszenie o rozpadzie black midi uczyniła z Hellfire czarnego łabędzia w dyskografii zespołu. Z drugiej strony, sam Geordie Greep wspominał, że w muzyce jak ognia unika powtarzalności, co wiąże się z zespołowymi podziałami. Czy trio londyńskich artystów byłoby w stanie przeskoczyć poprzeczkę, jaką zawiesili sobie na Hellfire? Tego się już, niestety, w najbliższym czasie nie dowiemy. Pozostawione przez Greepa, Pictona oraz Simpsona dziedzictwo daje nam jednak wystarczającą ilość materiału do studiowania i inspiracji na najbliższe lata muzycznych odkrywek.
The New Sound
2024
Rough Trade
Wydany na początku października debiutancki album Geordiego Greepa to kolejne ogniwo w łańcuchu ewolucji brzmień świeżo emerytowanego black midi. Choć news o rozpadzie zespołu mógł być dla wielu szokiem, Greep niejednokrotnie wspominał, że zachowanie unikatowości często wiąże się z podejmowaniem brutalnych w skutkach decyzji.
I loved being in Black Midi, but these are songs that lend themselves to playing with different people. Also, I wanted to start doing something which was more under my own name and try something more versatile. I knew I wanted to do it eventually.
The New Sound to okraszony nowym szyldem stary dryg do eksperymentowania z gatunkowymi fuzjami. Jest to potężna dawka sonicznej ekstazy, w której swoista teatralność wokalu przeplata się z latynoamerykańskimi rytmami, momentami czerpiąc również z bardzo nietuzinkowych źródeł. Przykładem obrazującym niecodzienność muzycznych wpływów na debiutancki krążek Greepa jest sztandarowy utwór Holy, Holy, gdzie bez wątpienia czuć up-beatowy koloryt japońskiego rocka lat 80. Słysząc marzycielskie pociągnięcia strun gitary, na myśl od razu przychodzą legendarny Masayoshi Takanaka czy genialny zespół Casiopea. Zresztą, Japonia od zawsze towarzyszyła Greepowi, o czym sam artysta szerzej wypowiada się w rozmowie z Junnosuke Amaiem dla magazynu Tokion.
Nie można również zapomnieć o warstwie lirycznej, której bazą stały się losowe historie barowych tubylców, jakich Geordie miał okazję spotkać podczas tourowania po świecie z black midi. Cudowną analizę tekstową przeprowadził Profesor Skye z kanału Professor’s Skye Record Review, w której to dowiadujemy się więcej o obszernym kontekście kulturowym całego materiału na The New Sound. Link dla ciekawskich zostawiam tutaj!
Przeglądając rankingi topowych wydawnictw 2024 roku, nie sposób nie zaważyć powtarzalności pod względem wysokiego uplasowania solowego debiutu Greepa. W końcu ile albumów otrzymuje od Pitchforka tak błyskawiczną 10? Zapewnić was mogę, że niewiele, bo do roku 2021 było ich zaledwie 11. Podsumowując – The New Sound to must-listen dla ludzi, którzy po prostu kochają odkrywczą muzykę, która wykracza poza uznane przez większość szablony.
Stoję i się zastanawiam. Myślę, analizuję, badam detale. Uprawiam overthinking. A wszystko przez to, że mam za dużo wyboru. Możliwości. Alternatyw. I co? No właśnie nic, bo dalej nie wiem po jakie Produkty sięgnąć ze sklepowej półki. Przychodzi do mnie kluczowe pytanie: czego ja tak naprawdę chcę? czego my wszyscy chcemy?
Sprawnej metafory odnoszącej się do problemów miejskiego społeczeństwa dokonali nie po raz pierwszy. Mimo tego całkiem możliwe, że dopiero się rozkręcają, co wnioskować można chociażby z faktu niedawnego poszerzenia składu o multiinstrumentalistę Macieja „cobalta” Dydka. Już jako kwartet, Blokowisko wraca na polską scenę ze znakomitym singlem, który swoją ulotnością i retromanią przynosi na myśl neworderowskie syntezatory i remowskie janglowanie. Dysonans jaki tworzą te zgoła odmienne skojarzenia zaprasza do gorzko-słodkiego tańca kończącego outdoorową imprezę w ciepły, letni poranek.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.