Wydając album PAINLESS, wyróżniony przez nas w zestawieniu najlepszych albumów zagranicznych 2022 roku, Nilüfer Yanya postawiła dla siebie bardzo wysoką poprzeczkę artystyczną. Jej oficjalny singlowy powrót od czasu tego wydania udowadnia, że dla Brytyjki była to zaledwie rozgrzewka.
W Like I Say (I runaway), artystka trzyma w napięciu słuchaczy, bawiąc się balansem pomiędzy spokojem i miękkością płynącą z jej szeptanego wokalu a rozmytą, psychodeliczną instrumentalną stroną. Gdy z rosnącym tempem utwór wskakuje na wyższy bieg, chropowata, zniekształcona gitara zaprasza do wkroczenia w muzyczny świat pełen nietypowych faktur. Wewnątrz niego, czerpiący z shoegaze’u zapętlający się refren wydaje się wiercić dziurę w głowie, a rytm perkusji zaszywa się w każdej części ciała, które zachęcone pozwalają sobie podążać za błyszczącym wokalem.
Jako jeden z najbardziej energicznych utworów Nilüfer w katalogu, Like I Say jest pierwszym przedsmakiem tego, co nadchodzi. Przesłanie singla jest zaskakująco proste – mówi o momencie, w którym zdajesz sobie sprawę, jak cenny jest twój czas. Zgodnie z tą ideą, przekonuję wszystkich, że czas spędzony odsłuchując naszego najnowszego mocograja na zapętleniu, na pewno nie jest stracony…
Najwyższy czas wpuścić tu nowe generacje i brzmienia — koreańska scena od dawna pokazuje, że nie można przejść koło niej obojętnie, a młode talenty pojawiają się tam jak grzyby po deszczu. Damska grupa Young Posse znalazła się na moim radarze całkiem niedawno dzięki nietypowemu dla tej sceny drillowemu utworowi YOUNG POSSE UP. Od tego momentu z niecierpliwością oczekiwałem ich comebacku — i nareszcie się go doczekałem. W fantastycznym stylu.
Idąc tropem młodych talentów takich jak New Jeans, xikers czy P1Harmony, na EPce XXL artystki odchodzą od przestarzałego kpopowego przepisu na sukces, według którego od wykonawców oczekuje się intensywnych występów tanecznych i nieosiągalnych wokali. Young Posse odrzucają to swoim przyziemnym vibe’em — utwory i choreografie, a także teledyski nie przypominają zsynchronizowanych do perfekcji występów, lecz skupiają się na dobrej zabawie i interakcjach ze sobą, pozwalając osobowościom zabłysnąć. Czujemy się, jakbyśmy nie patrzyli na grupę idoli, ale na grupę utalentowanych przyjaciół.
Maybe, maybe, Baby version Wu-Tang Clan
Oddając hołd starym, boom bap-owym bitom w XXL raperki pokazują, że oprócz dobrej zabawy mają dużo więcej do zaoferowania, ponieważ styl i zabawę gatunkiem też opanowały do perfekcji. Dziewczyny pozwalają sobie na łamanie rytmu, aby dopasować go do własnej struktury. Ich flow, czasem luźne i głupkowate jak Baggy Pants, o których śpiewają, a czasem ostre i szybkie, świetnie wpasowuje się w ich grę formą. Przerwy są dokładnie tam, gdzie powinny być, aby nadać blasku build-up’om, a kiedy dziewczyny wracają do rytmu, a raczej poza rytm, natychmiast czuje się ich obecność. Wyjątkową uwagę trzeba przy tym zwrócić na delivery Sunhye w końcowej części utworu, która dzięki swojemu nietypowemu flow i szybkim wersom zyskała tytuł najszybszego rapera k-popowego piątej generacji (8,50 sylab na sekundę!), co jest szczególnie imponujące, biorąc pod uwagę, że te linijki są napisane samodzielnie przez 19-latkę.
Young Posse pokazuje, że przyszłość rapowych girlsbandów w kpopie rysuje się w jasnych barwach, świecąc przykładem na całym wydawnictwie. Mnie pozostaje tylko błagać dziewczyny, by trzymały się swojego zamysłu i kontynuowały swoją działalność w hip-hopowym stylu, zachowując przy tym lekkość i zabawę. Bo to właśnie ten LUZ sprawia, że w tym tygodniu otrzymały tytuł naszego redakcyjnego mocograja.
Little Simz — niezależna ikona brytyjskiego rapu w nowej odsłonie
Little Simz, czyli kryjąca się pod tym pseudonimem Simbiatu ’Simbi’ Abisola Abiola Ajikawo, to jedna z najwybitniejszych reprezentantek współczesnej sceny hip-hopowej. Od początku kariery muzycznej pozostaje w zgodzie z własnymi wartościami, szczera i odważna. Z każdym kolejnym wydawnictwem udowadnia, że nie tylko nie boi się eksperymentować, ale też ciągle dąży do muzycznego rozwoju.
Nie inaczej jest w przypadku niedawno wydanej EPki Drop 7, blendu gatunków i najśmielszej odsłonie raperki do czasu. Z okazji tego wydawnictwa, w Radiu LUZ celebrujemy całokształt jej twórczości i przypominamy jej najważniejsze dzieła.
Drop 7
2024
Age 101 Music · AWAL
Rzadko zdarza się, by 15-minutowe wydawnictwo poniosło się takim echem po muzycznym świecie. Mowa o tu jednak o EPce jednej z najlepszych współczesnych raperek, która porzuca w znacznej części organiczne brzmienia na rzecz EDM-owej produkcji. Seria Age 101: Drop zawsze była dla Little Simz okazją do rozluźnienia konwencji i zabawy formą oraz tekstem. Drop 7 nosi jednak w sobie oznaki czegoś znacznie więcej. Wyprodukowany wspólnie z brytyjskim DJ-em Jakwobem projekt wydaje się być zapowiedzią nowego brzmienia, które może na dłużej zagościć również na innych projektach Simbi. Baile funk, silniejsze niż wcześniej zanurzenie w grime’ie, czy zwrotka po portugalsku to tylko kilka atrakcji tego fascynującego wydawnictwa. Te nowości perfekcyjnie łączą się w finale z tą bardziej znaną słuchaczom instrumentalną stroną artystki, która coraz chętniej używa swojego głosu do śpiewu. Pozostaje tylko czekać, czym Simz zaskoczy nas na kolejnym albumie.
Nasza selekcja:
GREY Area
2019
Age 101 Music · AWAL
GREY Area to trzeci studyjny album Little Simz, a zarazem pierwszy, który dał jej rozgłos w Anglii, jak i poza jej granicami. To intensywna, osobista i refleksyjna płyta, w której raperka eksploruje różnorodne tematy związane z przeszłością, współczesnym społeczeństwem, własną tożsamością oraz jej miejscem w branży muzycznej. Teksty są poruszające, odważne i introspektywne. Ajikawo nie hamuje się i otwarcie mówi, co myśli. Już w otwierającym album utworze zatytułowanym Offence zapowiada, że zrzuci ciężar z serca, nie zastanawiając się nad tym, czy kogoś urazi.
Ten album to dla Little Simz pole do ekspresji i wylania zbierającej się w niej złości. Dotyka wielu istotnych kwestii. W utworze Boss rapuje o tym, że jest szefową w sukience, podkreślając siłę swojej kobiecości. Venom i jego słynny wers never givin’ credit where it’s due, ‘cause you don’t like pussy in power adresowane są do wszystkich, którym przeszkadza widok kobiety odnoszącej sukces. Jednak GREY Area to nie tylko rozprawienie się z dyskryminacją płciową. Simbi uzewnętrznia także swoją wściekłość związaną z przemocą na tle rasowym, na co przykładem może być 101 FM. Mimo up-beatowego brzmienia i jasnych syntezatorów to utwór o brutalności, z którą na co dzień spotykają się osoby z marginesu społecznego. Can’t see us but you can hear us – Simz pozostaje głosem tych, którym głos zabrano. Artystka zagląda też w głąb siebie. Najbardziej introspektywne wydają się być Therapy i Wounds. Ten drugi był szczególnie trudny do napisania, dotyczy on bowiem śmierci przyjaciela Simbi, który został zamordowany. To opowieść o stracie, bólu i ponownym odnalezieniu drogi do przodu.
Raperka muzycznie eksperymentuje, mieszając hip-hop z elementami jazzu, soulu i elektroniki. Dzięki temu na albumie tworzy wyjątkowy przelot, manewrując między złożonymi melodiami, często mrocznymi i zmysłowymi, nadając swoim tekstom dodatkowej głębi, dzięki czemu mają one jeszcze silniejszy wydźwięk.
Sometimes I Might Be Introvert
2021
Age 101 Music · AWAL
Od pierwszych sekund Sometimes I Might Be Introvert jasne jest jedno. Ten album ma ambicję być czymś wielkim. Pompatyczna, orkiestralna aranżacja. Cleo Sol zapowiadająca tytułowy utwór słowami There’s a war. Little Simz dumnie deklarująca I study humans, that makes me an anthropologist. Czy coś tak majestatycznego może być jednocześnie po prostu przyjemne w odbiorze? Otóż może. Simbi ujawnia bowiem prawdziwy sens albumu pod koniec tego 6-minutowego arcydzieła. Jest on podróżą, by odkryć co DLA NIEJ znaczy być kobietą. Zarówno w muzyce, jak i poza nią.
Nie da się ukryć, że jest to zbiór utworów o rzeczach WAŻNYCH. Konfrontacja Simz z uczuciami do swojego ojca, którego dalej kocha, ale jednocześnie nienawidzi. Historia kuzyna raperki, która rzuca światło na to jak frustracja na beznadzieję dookoła i brak perspektyw na lepsze jutro popychają ludzi ku przemocy, która może kosztować czyjeś życie. Afirmacja kobiet z całego świata, które każdego dnia inspirują raperkę, by być coraz lepszą wersją siebie. Poświęcenie chwili na docenienie ludzi, którzy zapewniają nam podstawowe wygody codzienności, które często bierzemy za oczywistość. Ten ogrom wątków, spektakularne filmowe interludia, chóralne wstawki, fenomenalna (a to myślę i tak za małe słowo) produkcja Inflo mogą połączyć się w harmonijną całość tylko dzięki jednej rzeczy. Szczerości Simbi.
Niezależnie, czy mierzy się ona z osobistymi demonami, czy demoluje większość sceny rapowej bezlitosną nawijką, jedno pozostaje niezmienne. Little Simz robi to, co chce. I jest z tego dumna. To również dlatego teatralne przerywniki i posągowe Introvert mogą znaleźć się na jednej trackliście z delikatnym wyznaniem miłości na I See You, czy wizytą złowrogiej bliźniaczki Simz na Rolling Stone. Płynne przejścia pomiędzy kolejnymi częściami tej jakże filmowej podróży prowadzą nas do momentu refleksji autorki w postaci How Did You Get Here. Nad trudnymi początkami, momentami zwątpienia, całym wysiłkiem włożonym w osiągnięty sukces. I uświadomieniem sobie, że jest teraz tą wersją siebie, o której zawsze marzyła. Ciężko o piękniejsze zwieńczenie tak niezwykłej podróży.
NO THANK YOU
2022
Age 101 Music · AWAL
Od momentu wkroczenia na scenę Little Simz głośno mówi o pozostaniu wiernej swojej wizji i ostrzega twórców przed współczesnym przemysłem muzycznym. Od zawsze trzymała się niezależności i wywyższała jej wartość – cała jej twórczość została wydana własnym nakładem pod szyldem założonej przez nią wytwórni Age 101. W albumie NO THANK YOU jest najbardziej bezpośrednia w tym przesłaniu. W utworach takich jak Angel, Sillhoute czy Heart On Fire artystka wspomina swoje doświadczenia i przyznaje, że wielokrotnie musiała uczyć się na własnych błędach. Swoją frustrację zamienia w rady i ostre wersy:
They don’t care if your mental is on the brink of something dark
As long as you’re cutting somebody’s payslip
And sending their kids to private school in a spaceship
Yeah, I refuse to be on a slave ship
Give me all my masters and lower your wages
Autorka nie boi się krytykować branży nagraniowej, która tak ją wyczerpała, porównując ją między innymi do kolonializmu w X. Widząc, jak daleko sława i chęć sukcesu mogą odciągnąć sztukę od jej celu, chce pomóc innym artystom nauczyć się mówić nie, dziękuję i nadal robić swoje. W NO THANK YOU trudno dostrzec kierunek, w którym Simz chce podążać muzycznie. Ale to być może jego największa siła, ponieważ album zaprasza każdego dostępnego słuchacza do wysłuchania apelów artystki. Nie przejmuj się prasą, tabloidami i garniturami. Po prostu rób swoje i rób to dobrze. A kto może dać na to lepszy przykład niż nasza Artystka Tygodnia?
Po dwudziestu latach od ostatniej płyty Outkast’u, André 3000 powraca skąpany w niebieskim blasku tytułowego słońca swojego nowego albumu New Blue Sun – zupełnie odrywa się od oczekiwań i w pełni poświęca się radości z tworzenia.
Główny target z wielkim niezadowoleniem przyjął nowy album, wynika to jednak z czystej ignorancji i oczekiwań zamykających André w ramach klasycznego hip-hop’owego brzmienia. André od dwudziestu lat był bardzo mało aktywny muzycznie. Od czasu do czasu gościnnie pojawiał się w utworach innych artystów. Jego jedyną solową muzyczną działalnością w tym okresie było pojawianie się w najróżniejszych zakątkach świata – grając na flecie, co udało nam się zobserwować na filmikach nagranych przez zaciekawionych fanów. Był to pierwszy znak, że jeśli André szykuje nowe publikacje, nie możemy liczyć na coś, co już słyszeliśmy. Ice Cold w wywiadzie z Rickiem Rubinem wyraził swoją ogromna niechęć i zwątpienie w czerpanie radości z procesu tworzenia muzyki. Jak sam twierdził możliwe, że musi odnaleźć nowe powołanie, więc z tym większą radością przyjąłem wiadomość o nowym albumie 3 Stacks’a.
Album New Blue Sun z niesamowitym wdziękiem i gracją prezentuje jeden z moich ulubionych zabiegów porzucania klasycznego aranżu utworu. Przez całą tę muzyczną podróż przeprowadzi nas wyżej wymieniony flet, który oprócz uczucia nieustającego zaciekawienia jest jedynym wspólnym mianownikiem dla wszystkich utworów razem z wyjątkowo długimi tytułami, które zdążą przyciągnąć naszą uwagę, zanim zrobi to muzyka.
Chaotyczne opisy, które pozornie są z niczym nie związane, żartobliwe w pewien sposób nadają bardzo luźne ramy interpretacyjne, i wgląd w uczucia włożone w ten album, co świetnie obrazuje nutka I Swear, I Really Wanted to Make a 'Rap’ Album but This Is Literally the Way the Wind Blew Me This Time, w której tytule André przewidując nieprzychylny odbiór, błyskotliwie wyśmiewa ironicznie nieprogresywnych fanów progresywnego artysty.
Odejście od aranżacji utworów jest wyjątkowo warte docenienia ze względu na to jak fundamentalną częścią dla hip-hopu jest powtarzalny aranż i pętle. Ten wyjątkowo interesujący fenomen odwołuje się do pierwotnej formy muzyki opartej o improwizację. Mimo że te utwory są z pewnością bardziej przemyślane to czuć energetyczny i niczym nieograniczony strumień dźwięków – esencję improwizacji.
Muzyka Outkast’u od zawsze była o krok dalej w świecie hip-hopu. Ich naturalne akustyczne brzmienie było świeże i zachwycające groove’m, a elektroniczne i zupełnie odchodzące od organicznych dźwięków perkusji rytmy połączone z głosem, od którego nie sposób oderwać uwagi do dzisiaj wywołują potężnego stank face’a.
André przechodził od klasycznego składania rymów z potężnymi puentami i niesamowicie szybkim połączeniem słów przez niepowtarzalne adliby, po śpiewane hooki. Ta muzyczna podróż obfita w różnorodne ery André, z nową publikacją obrała bardzo ciekawy kierunek. Dlatego z ogromny zaciekawieniem oczekuje dalszego rozwoju tego artysty.
Ich muzyka migocze gdzieś pomiędzy klubowymi bitami a improwizacjami na gitarze. Między słowem mówionym a melodyjnym wokalem, niczym wyrwanym ze snu. Lost Girls w składzie zJenny Hval i Håvardem Voldenem to nazwa zespołu z Norwegii, któremu tym razem poświęcamy pasmo Artysta Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.
Lost Girls (Jenny Hval Håvard Volden), fot. Signe Fuglesteg Luksengard
To muzyka, której najlepiej się słucha wieczorem we własnym pokoju lub u przyjaciela czy przyjaciółki na chacie, siedząc na dywanie i głaszcząc psa. Jenny Hval i jej długoletni muzyczny kompan, Håvard Volden tworzą muzykę w długich ciągach improwizacji, często wyrywani pomysłem ze snu. Praca Hval rozpoczyna się półsennym, luźnym wokalem do czegoś – jak sama nazwała – dziwnego, co wysłał jej Volden. „Oboje nagrywamy zanim wiemy, co tak naprawdę robimy”.
W efekcie powstają utwory przesiąknięte liryką, feminizmem i zmysłowością, zapraszające słuchaczy do ukrytego pokoju, w którym Lost Girls meandruje w procesie artystycznym. Niedokończony i surowy klimat ich muzyki jest doskonały.
With the other hand to tytuł ich nowego singla, który zapowiada drugi album Lost Girls wydany przez niezależną wytwórnię z Oslo, Smalltown Supersound. Selvutsletter ukaże się już 20 października. Zespół zapowiedział ich najnowsze wydawnictwo jako „znikanie w doświadczeniach”. „Znikanie” pojawia się także w tytule albumu, otóż Selvutsletter jest wymyślonym norweskim słowem, neologizmem, którego dosłowne tłumaczenie to „samowymazywacz”. Jest to ktoś, kto sam siebie usuwa z drogi, zaciera. Płyta połączy w sobie intuicyjną i senną atmosferę starszych utworów duetu z eksperymentem i muzyką rockową jako bazą.
Współpraca Jenny Hval i Håvarda Voldena, tworzących Lost Girls sięga ponad dekady wstecz. W 2012 roku wydali oni swój pierwszy, akustyczny album pod pseudonimem Nude on Sand. Zamiast wskrzeszać poprzedni zespół, zdecydowali się na nowy początek dla swojej EP-ki Feelingz 2018 roku. Ich pierwszy długogrający krążek Menneskekollektivet sprzed dwóch lat, został uznany za jedno z najlepszych wydawnictw roku przez Pitchfork, The FADER, Brooklyn Vegan, czy wiele innych magazynów muzycznych.
Na Menneskekollektivet teksty zajmują szczególne miejsce, jak zresztą we wszystkich dziełach z udziałem Hval. Tym razem artystka czuła, że nie jest w stanie napisać dla tej muzyki niczego, co naprawdę miałoby znaczenie i postanowiła nie zamykać się na śpiew. Na płycie czasem po prostu mówi do mikrofonu, czasem znajduje rymy lub frazy muzyczne, a czasem brzmi niczym oprogramowany bot. Możliwe, że w swojej praktyce artystycznej Jenny Hval wciąż eksploruje muzyczne rejony, które tworzy, jednak nigdy nie brzmi jakby była w nich zagubioną dziewczyną. Wręcz odwrotnie, jej praca sprawia, że wszystkie lost girls czują się widziane.
Proces twórczy Jenny Hval w duecie z Voldenem jest bardzo zaskakujący, ponieważ solowo ta artystka jest brutalnie krytyczna wobec własnej twórczości i edytuje ją jak szalony rzeźnik… Połowa duetu Lost Girls, to wokalistka, której cały artystyczny wyraz jest niezwykle złożony. W swojej twórczości splata muzykę, literaturę oraz sztuki performatywne i wizualne. Jest prawdziwą norweską awangardzistką, a jej teksty to poetyckie dzieła. Hval wydała aż osiem albumów solowych, dwa pod pseudonimem Rockettothesky i sześć pod własnym nazwiskiem. Konsekwentnie poszerza granice samej siebie, a jej ciekawość świata pozostaje nieograniczona, od anarchizmu i porno po religię i komedie romantyczne.
Zgubione Dziewczyny to także gitarzysta eksperymentalny, poruszający się pomiędzy swobodną improwizacją, sztuką dźwięku i muzyką rockową – Håvard Volden. Ten 43-letni gitarzysta współpracuje z Hval od 2008 roku, jest także w składzie instrumentalnego noise-rock-jazzowego zespołu Moon Relay. Ma również kilka innych działających projektów, takich jak szwedzko-norweskie trio elektroakustyczne Muddersten i duet z włoskim perkusistą Carlo Costą. Wydał dwa solowe albumy.
Pierwszy singiel, zapowiadający nowe wydawnictwo Lost Girls to With the other hand, który zaczyna się jak medytacja z przewodniczką. Gdy Hval hipnotyzuje nas, byśmy skoncentrowali się na nieznanym świetle i dźwięku, nagłe klaskanie w dłonie przekształca piosenkę z powolnego utworu w taneczny. Najnowszy singiel Ruins zwiększa apetyt na nadchodzącą premierę. Powstawanie utworu Jenny Hval opowiedziała w wywiadzie:
Håvard wysłał mi tę długą, cudowną i kalejdoskopową linię basu i perkusji i nie miałam pojęcia co z tym zrobić. Czułem, że to zbyt trudny materiał, by próbować się z nim zmierzyć i jakoś z nim oswoić. Zaczęłam improwizować głosem do tej muzyki, nieco modyfikując jej części, a utwór zaczął przypominać zagubienie w mieście nocą lub na cmentarzu. Chodzenie w kółko, może bieganie, może ukrywanie się… Po chwili improwizacji zdałam sobie sprawę, że śpiewam o tym rodzaju ruchu (zespołowego), który w latach 90-tych towarzyszył mi, gdy po raz pierwszy zaczęłam grać z innymi ludźmi. Ruins jest o praktyce odkrywania, byciu młodym i zagubionym oraz poczuciu, że jest się blisko czegoś pierwotnego i magicznego.
Zanim Awich została ogłoszona Królową Japońskiego Rapu, doznała od życia wielu ciosów. Ich echo wciąż daje się słyszeć między dźwiękami jej kolejnych płyt. Najnowszy krążek artystki zatytułowany United Queens, jest nie tylko kolejnym rozdziałem o życiu raperki. Jest to manifest, którego głównym przekazem jest to, że królowa nie musi być tylko jedna.
Sześć lat minęło od wznowienia przez Awich swojej kariery. Po powrocie do Japonii nie planowała już nagrywać. Stało się jednak inaczej i od tego czasu regularnie dostajemy od artystki kolejne wydawnictwa. W tym roku z rąk raperki otrzymaliśmy album United Queens.
Początki przygody Awich, albo raczej jeszcze wtedy Urasaki Akiko (jap. 浦崎 亜希子), z hip-hopem miały miejsce w latach 90. Wtedy dostała w swoje ręce album 2Paca o tytule All Eyez On Me. Akiko będąca w tym czasie jeszcze młodą nastolatką, zaczęła pisać własne teksty na podstawie swoich wierszy i kazała nazywać siebie raperką.
W 2007 r. światło dzienne ujrzał pierwszy album Awich, Asian Wish Child, którego tytuł swoją drogą jest rozwinięciem pseudonimu artystki. Debiutancki longplay stał się na bardzo długi czas jedynym punktem na dyskografii cudownego dziecka Azji. Dziewiętnastolatka po wydaniu albumu wyemigrowała do USA, gdzie zamieszkała w Atlancie.
W tym etapie jej życia nie było zbyt wiele muzyki. Awich poszła na studia i wyszła za mąż. Niestety epizod życia w Stanach Zjednoczonych nie zakończył się dobrze. Jej mąż najpierw trafił do więzienia, by potem po wyjściu na wolność, zostać śmiertelnie postrzelonym. Artystka została sama z urodzoną trzy dni po śmierci ojca córką. Wróciła na rodzinną wyspę – Okinawę, by rozpocząć kolejny etap życia, którym miała być… własna firma brandingowa.
Niespodziewanie, w roku 2017. Awich stała się pierwszą raperką w kolektywie Yentown, z którym zaczęła budować swoją karierę na nowo. Album 8 miał być powrotem Asian Wish Child. Jednak Akiko nie była już dzieckiem. Zostanie samotną matką i wdową w tak młodym wieku, nie jest czymś, co nie zostawia blizn na duszy i umyśle człowieka. To już nie była ta sama Awich. Nie była to też jeszcze osoba, którą potem nazwano królową. Na tym etapie swojej twórczości, próbowała szukać nowej siły, lecz jej nienajlepszy stan psychiczny uzewnętrzniał się w niektórych utworach. Na krążku 8 był to przykładowo utwór Detox.
Z każdym kolejnym utworem i płytą Awich zyskiwała więcej odwagi. Nie bała się już mówić nie tylko o traumatycznych przeżyciach, ale i o wszystkim, co jej się nie podobało. Przeistoczyła się. Stała się silną kobietą, która postanowiła stać się wzorem dla kobiet jej pokolenia. Nie domagała się tytułu królowej, a mimo to został on jej nadany. Akiko nie zamierzała jednak udawać skromności, ani obnosić się pychą. Postanowiła stać się prawdziwie wartą tego tytułu. Tak powstał album Queendom. Na nim, Awich ukazuje się jako silna artystka, która ma swoje opinie, nie boi się krytykować świata, ale ma też w sobie na tyle odwagi, by opowiedzieć historię każdej wewnętrznej rany. Kulminacją jej ewolucji jest utwór tytułowy tego krążka, który dla znających kontekst biograficzny artystki, jest nie tylko wyjątkowym dziełem muzycznym, ale też doznaniem emocjonalnym. Teledysk nagrany do utworu podbija ten efekt, wykorzystując prywatne nagrania artystki z czasów pobytu w USA, na których obecny jest jej zmarły mąż.
Tak docieramy do sierpnia roku 2023. Awich wciąż jest tytułowana Królową Japońskiego Rapu. Teraz jednak artystka nie chce tego przydomku tylko dla siebie. Nagrała album, w który zaangażowane zostały inne mniej lub bardziej znane japońskie raperki. United Queens swoim tytułem i zawartością daje jasno do zrozumienia, jaki przekaz jest motywem przewodnim wydawnictwa. Urasaki Akiko stała się jedną pierwszych i jedną z wielu japońskich kobiet, które zasługują na uznanie w świecie Japońskiego hip-hopu. NENE, LANA, MaRi, AI, Yuriyan Retriever to kolejne pokolenie, które również stanie się królowymi.
Awich jest postacią barwną. Jej ewolucja z zafascynowanej rapem dziewczyny z Okinawy, w doświadczoną życiem artystkę z wartościami sprawia, że odbierając jej słowa, słyszysz nie tylko i wyłącznie artystkę… słyszysz drugiego człowieka, który przeszedł w życiu bardzo wiele. Taka wiarygodność jest warta wyróżnienia. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nie twórczość Awich przyczyniła się do nadania jej tytułu królowej, tylko jej autentyczność i odwaga. Tacy artyści są bezcenni i warto o nich mówić, by stali się modelem, z którego warto brać przykład.
Więcej o Artystce Tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku o północy, w audycji Audiostarter (9:00-11:00) oraz o 13:00.
Kilka dni temu poznański Klub pod Minogą stanął w płomieniach. Wielkopolska styrta paliła się co prawda jedynie przez pół godziny, ale cóż to był za pożar! Ogień pochłonął niemal wszystko, co znajdowało się w sonicznym zasięgu rzężącego basu, psychodelicznego banjo oraz pieruńsko mocnej perkusji. Prowodyrami całego tego zajścia okazała się trójka amerykańskich chochlików znana jako Show Me The Body. Szał piekielnego żywiołu nie spowodował uszczerbku na niczyim zdrowiu. No, prawie — jak to na posthardcore’owy koncert przystało.
Zaledwie dwie doby po szalonym gigu zbiegom udało się opublikować swój trzeci studyjny album Trouble The Water. Nikogo specjalnie nie zdziwiło to, że Julian Pratt zdziera gardło, a instrumenty Harlana Steeda interferują w ściśle nieokreślony — czy jak zwykło się określać w fizyce — częściowo koherentny sposób.
Sporym zaskoczeniem wydaje się być jednak quasi-ambientowy track wyrywający z jazdy po gitarowym rollercoasterze. Na moment przenosimy się do ciasnego, przyciemnionego pomieszczenia z jednym małym oknem, do którego wpadają jedynie pojedyncze wiązki światła. W pomieszczeniu jest wilgotno i niespokojnie, a jedyne co możemy tu usłyszeć poza swoim głosem to hipnotyczne syntezatory wygrywające hymn tego hermetycznego miejsca. Dopiero gdy spod ziemi dochodzą nas zduszone wokale, zdajemy sobie sprawę, że to jeszcze nie czas na sen. Przeciskając się przez okienko wychodzimy Out Of Place zmierzając na następną rundę jazdy bez trzymanki.
Każdy z jego albumów zadebiutował na szczycie UK Albums Chart – również ten najnowszy. Nic dziwnego, bo Last Night in the Bittersweet to najambitniejsze przedsięwzięcie artysty. Przez prawie dekadę pozostawał w cieniu, ale teraz pora na światła reflektorów. Ten tydzień w Radiu Luz należy do Paola Nutiniego.
Nutini wywodzi się z muzykalnej rodziny, która pokazała mu folk, operę, r&b, czy jazz. Początkowo w planach było wprawdzie przyjęcie przez niego rodzinnego biznesu, ale szybko okazało się, że nie tędy droga. Miłość do muzyki zaszczepił w nim przede wszystkim dziadek, który później zachęcał go do podążania za pasją, podobnie z resztą jak jedna ze szkolnych nauczycielek i nauczycielka śpiewu, Avril McCusker. Gdy miał 16 lat, Paolo rzucił szkołę i wyjechał w trasę koncertową ze szkocką grupą Speedway. Sprzedawał koszulki z logo zespołu, ale i występował z nim, a także solowo. Przy okazji naturalnie uczył się jak działa show business.
W 2003 roku młody artysta wybrał się na koncert Davida Sneddona w rodzinnym Paisley, w Szkocji. Ten dzień okazał się dla niego przełomowy. Jako, że Paisley spóźniał się na występ, organizatorzy zgodzili się, by Paolo Nutini, który wygrał spontaniczny pop quiz, zagrał kilka piosenek. Publiczność była zachwycona, a obecny na widowni Brendan Moon zaproponował, że zostanie jego menadżerem. Paolo wykorzystał i tę okazję, i przeniósł się do Londynu. Tam regularnie występował w pubie Bedford. Zagrał też w Hard Rock Cafe i zaczął pojawiać się w stacjach radiowych, na przykład Radio London, oraz grać jako support – zaprezentował się, między innymi, przed KT Tunstall, Amy Winehouse i The Rolling Stones.
Trzy lata później został wydany pierwszy album Paola Nutiniego, These Streets. Od razu zyskał wielu fanów, a szczególnie pokochali go Brytyjczycy. W tamtym czasie artysta sporo koncertował – zagrał, między innymi, na Wireless Festival, Montreux Jazz Festival i T in the Park. Przyjął także zaproszenie do programu telewizyjnego Later… with Jools Holland. Długie trasy stały się stałym punktem w jego karierze – również po wydaniu drugiej płyty, Sunny Side Up oraz trzeciej, Caustic Love, zagrał wiele koncertów. Co ciekawe, bardzo często wszystkie utwory wyśpiewywał z zamkniętymi oczami.
Oddanie się muzyce wymaga później odpoczynku – po promowaniu Sunny Side UpNutini zaszył się w rodzinnym mieście, gdzie regenerował się przy okazji po rozstaniu z partnerką Teri Brogan. Para w przeciągu w sumie ośmiu lat kilka razy wracała do siebie i rozstawała się. Burzliwa relacja przyniosła Nutiniemu inspirację do tworzenia – wiele jego piosenek opowiada o Teri. Wśród nich są, na przykład, Last Request, Rewind, czy Fashion nagrany z Janelle Monae.
Kolejna, tym razem już dłuższa, przerwa w karierze Paola nastąpiła w 2014 roku, po wydaniu i promocji albumu Caustic Love. Wprawdzie czasem pojawiał się publicznie, na przykład wystąpił na imprezie noworocznej w Edynburgu w 2016 roku, ale nie wypuszczał żadnej nowej muzyki. Aż do teraz. Gdy fani zdążyli już nieco o nim zapomnieć, ten zaskoczył ich nową muzyką. Zaskoczył, bo Last Night in the Bittersweet właściwie nie było promowane; ze świecą można by szukać wywiadów na jego temat. Szkoda – po pierwsze dlatego, że album powstał po wielu (małych i dużych) podróżach, a po drugie dlatego, że słyszymy na nim nowe inspiracje: mamy tu klasyczny rock, elementy krautrocka, post punku, nieco nowej fali. Przykładowo Petrified in Love budzi skojarzenia z Talking Heads, czy Elvisem Costello, a Lose It to ukłon w stronę wspomnianego krautrocka. Z kolei Shine a Light brzmi jak utwór, który mógłby zamykać film o dojrzewaniu z lat 80-tych.
Osiem lat to całkiem długo. Warto jednak było tyle czekać na nowy album Paola Nutiniego. W 72 minutach artysta zawarł niezwykle dojrzałe, dopracowane i intrygujące brzmienia. Ciekawa jest kolejność utworów – właściwie nie wiadomo czy za chwilę usłyszy się emocjonalną balladę, czy rozbudowany, epicki utwór. I, jakby się zastanowić, trudno teraz przewidzieć jaki będzie kolejny krok artysty. Na szczęście w Last Night in the Bittersweet można się wsłuchiwać godzinami, dostrzegając w międzyczasie kolejne muzyczne nawiązania; to z pewnością umili oczekiwanie na nowy materiał.
Chcecie dowiedzieć się więcej o naszym Artyście Tygodnia? Słuchajcie Radia Luz od poniedziałku do piątku o północy i o 13:00, a także w niedzielę o 13:00.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.