Po dwóch latach od premiery albumu Nowy Pop zespół Bluszcz, piosenką Mieszane Uczucia, zapowiada powrót. Albowiem już w przyszłym roku czeka nas kolejne wydawnictwo. Jak dobrze, że do 2025 nie dzieli nas dużo, bo kawałek zdecydowanie napędza wyobraźnię, stawiając tym samym spore oczekiwania wobec nadchodzącego krążka.
Czym jednak są Mieszane Uczucia? Powiedzieć, że artystycznym wyrazem dysonansu, to tak jakby nie wspomnieć nich nic… Utwór jest noworoczną historią, którego scena dzieje się w bloku. W pierwszych wersach już ujawnia się pewne nieporozumienie, gdy w sylwestrową noc podmiot liryczny obserwuje, jak hucznie tę uroczystość obchodzą sąsiedzi. Osoba mówiąca w utworze natomiast ma mętlik w głowie, czuje się zagubiona – siedzi na kanapie (prawdopodobnie) ze swoją lubą i wspólnie oglądają telewizję. Mężczyzna nie rozumie tego, co się dzieje wokół i myślami biegnie w stronę tego, by rozprawiać się z rachunkiem sumienia współczesnego świata. Smutnego świata. Rzeczywistości, w której nic już nie dziwi i wszystko staje się monotonne.
Muzyka Mieszanych Uczuć względem tekstu również jest okraszona dychotomią. To propozycja bardziej taneczna i rytmiczna. Trochę przypomina lekką piosenkę dyskotekową, wszak jej klimat jest utrzymany w scenerii lat osiemdziesiątych. Jednak lirycznie także nawiązuje do starych przebojów: oczy masz niebieskie od telewizorów to jawne nawiązanie do utworu zespołu Lombard i ich hitu Szklana Pogoda.
My to szalone dzieci, niech w końcu usłyszy świat – śpiewają (w piosence PKM-1) Père-Lachaise.Chcą żyć tak, aby za pięćdziesiąt lat pochowano ich właśnie na tym słynnym cmentarzu, łączą rap z post-punkiem i z zimną falą, a ostatnio, żeby dopiąć swoich obietnic, wydali debiutancką płytę Wszystko wokół wreszcie płonie. Równocześnie wraz z utworem Mia Wallace wpisują się na listę mocograjów tego tygodnia w Akademickim Radio LUZ.
Mia Wallace: kawałek, z którego płynie chęć buntu i wola spontaniczności. Chęć czegoś wyzwalającego i niespodziewanego. To swego rodzaju pragnienie doznania czegoś, co zmieni szare barwy świata na takie w ognistych kolorach. Co jednak jest iskierką, która rozpali płomień? Taniec. A może raczej danse macabre? Czy to tete-à-tête ze śmiercią? Czy z Mią Wallace?
Czy zatem utwór Mia Wallace można traktować jako piosenkę o końcu świata? Jak najbardziej. Jednak lepiej odczytać go tak, by podczas tej tragedii być pewnym, że w życiu osiągnęło się wszystko, czego się tylko chciało. W takim razie: niech Vincent tańczy z Mią, gdy wszystko wokół wreszcie płonie.
Jeśli w czyjekolwiek usta z muzycznego świata minionej dekady miałbym umieścić ostatnimi czasy viralowe słowa– ,,tworzymy historię”, byłby to Kendrick Lamar. Człowiek instytucja – raper, który przedefiniował postrzeganie z pozoru mniej lirycznego zachodniego wybrzeża. Jest autorem takich muzycznych pomników, jak good kid, m.A.A.d city, czy To Pimp A Butterfly. Wstąpiwszy na tron hip-hopowego króla 2024, zaskoczył wydaniem listopadowego krążka GNX. Z tej okazji artystą tygodnia w Radiu LUZ mianujemy Kendricka Lamara.
Sentyment do zachodu długo we mnie kiełkował. Do west-coastu jednak realnie dorosłem za sprawą bardziej prominentnych przedstawicieli schyłku poprzedniej dekady. Na wyróżnienie w tej materii zasługuje Earl Sweatshirt, czy Vince Staples, jakiś czas temu również reprezentujący cykl Artysty Tygodnia na 91.6 FM w opracowaniu Jędrzeja Śmiałowskiego. Dwóch panów łączy wyraźne nastawienie na liryzm. Niczym dziecko dorastające do szpinaku dobre parę lat temu cofnąłem się do początków twórczości K.Dota.
Daleki byłem od zawodu.
Jego seria narracyjnych albumów nabrała statusu współczesnych klasyków. Na swoich muzycznych flagowcach zrywa z braggą i przepychem, jako definicją charakteru rapera. Mimo to brzmienie znad Santa Monica Baywyczuwalne jest w każdym z jego wydań. Przelotne romanse ze stylistyką drugiej strony nadbrzeżnego duopolu w amerykańskim hip-hopie, zdają się zawsze ulegać wpływom Tupaca i spółki. Tym Lamar imponuje. Niektórzy To Pimp A Butterfly chrzcili nowym Illmaticiem, To niepotrzebne porównanie. Artysta z Compton rzuca nowe światło na narracyjny rap i albumy koncepcyjne i tak należy go rozpatrywać. Postaram podrzucić się wam pod nos przekrój kariery Kendricka.
Nasza selekcja:
Overly Dedicated
2010
Top Dawg Entertainment
Overly Dedicatedto pierwszy projekt artysty, który trafił na streamingi. Wersja cyfrowa nie jest jednak kropka w kropkę identyczna do oryginału. Problemy z wyczyszczeniem sampla, to jest uzgodnieniem z wytwórnią wykorzystania materiału źródłowego, pozbawiły naschociażby The Heart Pt. 2 z cyklicznej już serii singli Kendricka, służącymi za zwiastun nadchodzących projektów. W efekcie część trzecia względem streamingów jest pierwszą.
Chronologia raczej mickiewiczowska.
Tu K.Dot zrywa z imitowaniemLil Wayne’a i Tupaca. Spoważniał lirycznie i muzycznie.
Najlepszy z mixtape’ów rapera otworzył mu drogę do szerszych współprac, chociażby z J.Colem, który jako producent zamykać będzie kolejny z albumów Kendricka.
W pamięć zapadają tu poszczególne linijki, jak początek Cut You Off, czy momenty z chyba najlepiej starzejącego się tracku z wydania: Ignorance is Bliss. Mixtape wspiął się na godną 72 pozycje na Billboardzie, nadając pędu karierze przedstawiciela Compton.
Tu de facto zaczyna się Kendrick, jakiego znamy dzisiaj. Następcą OD stał się pierwszy studyjny album Lamara, Section.80, o którym więcej usłyszeć w ramach pasma Artysta Tygodnia na antenie Radia LUZ.
good kid, m.A.A.d city
2014
Aftermath/Interscope(Top Dawg Entertainment)
W 2014 roku Kendrick świętował sukces albumu good kid, m.A.A.d city, mojego solidnego faworyta wśród dyskografii Lamara, co zdaje się potwierdzać wysoka pozycja w rankingu Top 500 magazynu Rolling Stone. To album mozaikowy muzycznie z wysoce zuniwersalizowaną warstwą tekstową. Raper meandruje tu wśród uliczek Los Angeles, prezentując relacje, znajomości i problemy z różnych perspektyw – Drake czy Jay Rock wcielają się w role bohaterów wielowątkowej fabuły. K.Dot kontekstualizuje opowieść wtrąceniami z lat młodzieńczych, retrospekcjami i odwołaniami do popkultury.
Dobry dzieciak to laurka zaadresowana Kalifornii. Słuchając tego albumu po raz wtóry nadal zaskakuje plastycznością i dokładnością wyrazu. Słuchacz poczuć może się, jak część wydarzeń.
Bujna wyobraźnia tylko wspomaga odbiór, pozwalając prowadzić siebie za rączkę przez gangowe porachunki, opis zgniłego hollywoodzkiego życia i panoramę społeczności czarnoskórej w Stanach Zjednoczonych. Historię GKMC należy przeżyć samemu, najlepiej w domowym zaciszu. Szczególnie w pamięć zapada good kid, prowadzone przez sampel przywodzący na myśl czołówki seriali kryminalnych, które tuż za chwilę kontrowane jest do kości west-coastowym m.A.A.d city, którego najlepiej słuchać by było w swoim błyszczącym, amerykańskim muscle carze.
To Pimp A Butterfly
2015
Aftermath/Interscope(Top Dawg Entertainment)
To w opinii wielu najlepsze wydanie Kendricka. To Pimp A Butterfly to honorowy hołd wobec czarnej muzyki. W albumie z 2015 zgromadził plejadę gości,1 w tym czołowe postaci kalifornijskiej sceny związanej z wytwórnią Brainfeeder, tj. Thundercat i Flying Lotus.Krążek to album nie tylko hip-hopowy, a przede wszystkim eklektyczna muzyczna powieść, znów traktująca o światopoglądzie, tym razem mniej wizualnie, a bardziej konceptualnie. Brzmieniowo to przekrój stylistyki od funkowego 5-strunowego basu wspomnianego Thundercata, przez free jazzowy przerywnik do instrumentali Pharella Williamsa.
Lamar nie zapomina, że muzyka musi pozostać muzyką. Swoje teksty w sprawnie techniczny sposób komponuje w idealną całość z instrumentalami. Trzeba powiedzieć, że treść liryczna dorasta tu do muzyki i na odwrót.
Kendrick kończy tym albumem swoją cenioną trylogię komentarzy społecznych. Na Motylu historia znowu opowiadana jest z kilku perspektyw. Postacie w świecie przedstawionym często są ilustracjami szerszych motywów. Przewijająca się postać Lucy, jest figurą białego krezusa, rozpracowującego środowisko od wewnątrz. Takich zabiegów jest więcej.
Album jako całość jest sprawnym wycinkiem z życia środowisk borykających się z przemocą, dyskryminacją rasową i niesprawiedliwością. Krytycy twierdzą, że swoją trylogią bezpośrednio wchodzi w dialog z pionierami empowermentu osób czarnoskórych – Martinem Lutherem Kingiem i Malcolmem X. Album zapewnił Kendrickowi najwięcej nominacji do nagrody Grammy w ramach jednej edycji – rywalizował w 11 kategoriach, co zamieniło się w imponujące 4 statuetki.
GNX
2024
pgLang
W 2024 o Kendricku zrobiło się głośno za sprawą beefu z Drake’iem. Sprzeczka, w wyniku której panowie dopuścili się szokujących 7 diss-track ów wydanych w przeciągu 7 dni, wygenerowała szokujące liczby w serwisach streamingowych. Lamar postanowił nie odpuszczać i na fali popularności po zwieńczonej viralowym Not Like Us potyczki, zdecydował się na niezapowiedziany listopadowy release albumu GNX.
K.dot powraca z projektem prostszym niż te, do których przyzwyczaił swoich słuchaczy. Stając w progu nie wita nas wielowątkową narracją, czy introspektywnością zpoprzedzających DAMN. i mr. morale & the big steppers.
GNX to hołd dla brzmień lat 90. rodem z zachodniego wybrzeża. Cofa się w czasie, serwując nam album brzmiący, jak alternatywna linia czasowa, w której to nie Tupac i Lil Wayne święcili triumfy parę dekad temu, tylko właśnie Lamar. „Peekaboo” po prostu brzmi jak dzwoniące, lśniące łańcuchy przywodzące na myśl GTA. W albumie wraca chwalenie się statusem – tradycyjna rapowa bragga. Kendrick robi to jednak sprawnie. Nie burzy tym samym swojego wizerunku, serwując fanom ciekawą propozycję do swoich odtwarzaczy.
Ciekawostką jest obecność kolejnego utworu z serii Heart, jako pstryczek wobec dissu Drake’a przewrotnie zatytułowanego wedle schematu Lamara, które zazwyczaj zwiastują następne wydawnictwo. Uważniejsi słuchacze sugerują, że prostota GNX jest jedynie częścią większej gry, a właściwy materiał jeszcze nadejdzie.
Trudno powiedzieć, czy to prawda, ale jeśli ma to znaczyć więcej muzyki od rapera z Compton – Jestem za.
Potwory I Ludzie: jest ich troje i żaden z nich nie ma nawet zadatków na potwora. W ostatnich dniach wydali kolejny singiel – Ostrożnie, z którym wpisują się na listę mocograjów tego tygodnia w Akademickim Radio LUZ!
To mało męcząca piosenka z dziwnie znajomymi, bo trochę nostalgicznymi riffami. Przypomina te od najlepszych starych polskich zespołów rockowych. Ostrożnie to krótki utwór, prosty i bardzo gitarkowy, będący reprezentantem mieszczanin punku, którego pionierami są Potwory I Ludzie. Tekst kawałka dotyczy młodych osób, tych które właśnie dorosły. Tych, które muszą być teraz dorosłe, a wciąż przyłapują się na tym, że czasem myślą w Biedronce o łące.
Chaotyczne, grungowe i wybuchowe Automatic od kalifornijskiego trio half•alive to odpowiedź na pytanie co w człowieku ludzkie, sięgając po nostalgię i młodzieńczą wolność. Po spokojnym i słonecznym dancepop’owym singlu Sophie’s House zespół kompletnie zmienia kierunek, sięgając po gniewne riffy i krzyczane refreny.
Jak wspomina wokalista Josh Taylor, utwór, którego tekst warto wykrzyczeć musi pochodzić z głębi serca, jakoś przekonać nas do tego, że warto dołączyć do niego emocjonalnie. Kiedy oprócz przemyślanego przekazu pojawiają się też rozmyte, brudne gitary i pulsująca niczym tętno perkusja, łatwo uświadomić sobie, że nic nie przekonuje nas jednak tak bardzo jak dobre brzmienie!
Najnowszy album grupy half•alive — Persona, ukaże się 15 listopada. Jak zawsze z dopasowaną choreografią.
Nim Nadejdzie Jesień wraca po rocznej przerwie wydawniczej i ponownie dopina swego zamykając lato swoim mini EP. Sztuka mówienia przepraszam to jeden z dwóch utworów na nowym projekcie Labirynt Młodości. Zespół po raz kolejny przypomina, że wrocławska scena niezależna ma jeszcze czym się pochwalić.
Sztuka mówienia przepraszam to zbiór retrospekcji, wyciągniętych wniosków i wynikających z nich przeprosin. Oprawiona krzykiem, agresywną melorecytacją, przestrzennymi riffami i energiczną sinusoidą, która zatacza kolejne łuki aż do punktu kulminacyjnego. Nowy utwór, to dla mnie to kolejny powód by umieszczać Nim Nadejdzie Jesień na czele zestawienia moich ulubionych polskich zespołów. (gdzieś obokSklepów Cynamonowych i Mojejpołowy) Dla Was z kolei może być to powód do zainteresowania się resztą ich dorobku artystycznego. To muzyka, która porusza i przypomina o uczuciach, które czasem łatwiej odłożyć na bok. Każdy nocny spacer ze słuchawkami to mała konfrontacja. Czasami trzeba, żeby ktoś wykrzyczał nam prosto do ucha najprostsze słowa. Takie jak mantra przewijająca się w piosence:
„Chcę trwać, chcę mocniej kochać, więcej pomagać, serdecznie dziękować”
Jeśli szukacie muzyki, która wywoła w Was coś nowego, cenicie sobie introspektywne teksty w rodzimym języku, od dziecka jaracie się emo, screamo, hardcore’m lub shoegaze’m, lub po prostu lubicie wspierać projekty związane z Waszym podwórkiem. Zróbcie sobie małą przysługę i koniecznie posłuchajcie Sztuki mówienia przepraszam. Bo jesień właśnie nadeszła.
Liczba letnich festiwali muzycznych w Polsce w 2024 roku osiągnęła rekord: 68 imprez. Dla redakcji Akademickiego Radio LUZ kilka z nich miało szczególną siłę przyciągania. Sprawdźcie, na jakich festiwalach byliśmy, co zrobiło na nas wrażenie i jakie nowe odkrycia muzyczne przywieźliśmy ze sobą!
Kolejność chronologiczna
Tauron Nowa Muzyka Katowice
W tym roku na 19. TNMK miało mnie nie być. Cztery razy z rzędu na tym samym festiwalu, gdy jeszcze jest tyle jest do poznania? No dajcie spokój… A jednak nie był to ten sam festiwal. Dwie nowe sceny muzyczne (Secret Stage i Kominiarz), kino festiwalowe i większy teren. Wybrałam się na piątek + sobotę i dałam się pochłonąć. Większą skalę imprezy (która powróciła do swoich rozmiarów sprzed pandemii) od razu poczułam w nogach. Ilość występów, które były na mojej liście – od Bendika Giske, przez Klawo, Clarka, LuigiegoTozzi itd. – była naprawdę spora. Warto było przejść te kilometry na Tauronie! Zaskoczeniem było to, jakie koncerty najbardziej na mnie oddziaływały, a z jakich wychodziłam po 15 minutach. Zazwyczaj najbardziej zapamiętywałam przetańczone noce na scenie klubowej, tymczasem przez dwa tygodnie po festiwalu słuchałam w kółko IAMDDB. Urzekła mnie jej charyzma, wdzięk i absolutna kontrola nad publicznością. Po 15 minutach wyszłam natomiast z koncertu Clarka – a czekałam na niego dwa lata. Ciągnęło mnie za to na Scenę Amfiteatr, która po 19. TNMK zasługuje na spore wyróżnienie. Klawo, Nene Heroine i KOKOKO! – kłaniam się w pas! Doceniłam też wybitnie subtelny, ale jednocześnie charakterny koncert live Nabihah Ibqal, która przeplatała między piosenkami intymne i poetyckie historie z życia w Londynie. Last but not least: Róisín Murphy to królowa scenicznego performansu!
20-23 czerwca / Żaneta Wańczyk
LAS Festival
Festiwal w lesie, w którym od ośmiu lat odbywa się impreza muzyczna na kilka tysięcy osób… Pięć scen muzycznych, siedem odrębnych soundsystemów… Na początku miałam dylemat, czy ta idea (nazwę to wprost, może za ostro) zawłaszczenia lasu na festiwalowy hedonizm dla tłumów jest etycznie w porządku. Nie mam na to odpowiedzi, mój dylemat pozostaje więc nierozwiązany. Bawiłam się wspaniale, osłonięta od upału pod drzewami, nad ranem słuchając śpiewu ptaków.
Na tegorocznej edycji LASu, tym razem z podtytułem BALANS, stworzono dla festiwalowiczów miejsca regeneracji. Były sauny, namiot z masażem, warsztaty relaksacyjne i terapeutyczne. Balans dało się odczuć nawet przy scenie techno – jeśli ktoś dobrze szukał, to odkrywał ukryte miejsca urządzone tak, by odpocząć, położyć się i oglądać wizualizacje na ekranie z firanki, schowanym tuż obok sceny. Kino na firance dla introwertyków – cudo o którym nie wiedziało zbyt wielu. Na moje wyróżnienie w LAS Festival 2024 zasługuje różnorodność muzyczna, występ nieporównywalnej do nikogo Ellen Alien, dekoracje i dizajn scen, występ wrocławskiego producenta i DJ-a o pseudonimie Mistic / DragonHunt oraz zespołu Jeszcze. Dziękuję, może wrócę!
26-30 czerwca / Żaneta Wańczyk
Jazz Around Festival
W ostatni weekend czerwca w pięknych sceneriach Zamku Ujazdowskiego gościła trzecia edycja Jazz Around Festival. W letnio niespiesznej (i bardzo gorącej) atmosferze na trzech scenach razem z red. Rafałem Marczakiem podziwialiśmy artystów z Polski i zagranicy, którzy balansowali na granicy jazzu, funku, R&B i soulu. Mimo że organizatorzy nie nazywają gwiazd imprezy „headlinerami”, to Nubya Garcia czy Alfa Mist przyciągnęli rzesze fanów młodej brytyjskiej sceny około-jazzowej. Gigantyczne wrażenie zrobił na nas szczególnie występ Brytyjki, która od pierwszych sekund utworu Sourceswoją charyzmą, luzem i wirtuozerią zaczarowała całą publikę Do festiwalowych odkryć zaliczymy także węgierskie Jazzbois czy pierwszy polski koncert spektakularnej Lady Blackbird. Rodzimi artyści również wnieśli sporo kolorytu do niezwykle różnorodnego line-upu tegorocznego Jazz Around. Marcin Masecki z gwiazdorskim big bandem dał popis splendoru i wirtuozerii zamkniętej w misternie zaplanowanej, ponadgodzinnej suicie. Masovian MantraMichała Barańskiego dało zaś pretekst do wyjątkowej, duchowej eksploracji tradycyjnej muzyki z Mazowsza oraz… Indii, zamkniętych w jazzowych aranżacjach. A do tego Wojtek Mazolewski (z którym red. Michał Lach miał okazję porozmawiać) ze swoim znakomitym kwintetem w szalonych, freejazzowych podróżach. Już czekamy na przyszłoroczną edycję, która podobno na stałe ma zakotwiczyć w Warszawie!
28-29 czerwca / Michał Lach, Rafał Marczak
SLOT Art Festival
Radio LUZ po raz kolejny (z rozmachem!) partnerowało festiwalowi mieszczącemu się w jednej z najbardziej niezwykłych lokalizacji. Mowa
o Slot Art Festival, odbywającym się w monumentalnych murach ruin klasztoru cystersów w Lubiążu. Nie jest to typowy festiwal muzyczny. To wydarzenie, które trudno wpisać w jakiekolwiek ramy. Przez pięć dni dawne opactwo zmienia się w prawdziwą przystań dla sztuki, muzyki i inspiracji.
Od ponad 20 lat uczestnicy przyjeżdżają na SLOT, by nauczyć się czegoś nowego na warsztatach, których jest ponad sto: od manualnych, przez ruchowe, po artystyczne i przyrodnicze. To miejsce, gdzie poszukuje się inspiracji i zachwytu na wystawach, pokazach filmowych i teatralnych. To także przestrzeń do rozmów – zarówno na spotkaniach ze specjalnymi gośćmi, jak i w klimatycznych festiwalowych kawiarenkach, gdzie można spotkać starych znajomych lub nawiązać nowe relacje. SLOT to również festiwal napędzany energią wolontariuszy, którzy dbają o bezpieczeństwo i porządek.
Oczywiście nie brakuje tu także muzyki. Koncerty odbywają się na kilku scenach zlokalizowanych w katedrze, komnatach klasztoru czy na głównym patio. Jedna z tych scen, klubowa, po raz drugi została przejęta przez ekipę DJ-ów Radia LUZ. Przez pięć nocy (choć w tym roku tylko cztery ze względu na potężną burzę, która zmusiła organizatorów do odwołania części programu) swoje sety prezentowali DJ-e i DJ-ki związani z Radiem LUZ, dobrze znani słuchaczom z audycji muzycznych: Sebinho Rogalski (DJ RO, który również prowadził cieszące się ogromną popularnością warsztaty didżejskie), Zuzanna Pawlak (Młoda Dospania), Kamil Winiarz (Guiltee), Paweł Szeląg (dadan karambolo), Michał Sember (repmeis), Bartłomiej Patla (Sir Williams), Jan Chrzan (rabano picante), Zuzanna Pajorska (Pincoya), Adam Salamon, a także zaprzyjaźnieni z Radiem LUZ artyści, których często można usłyszeć na 91.6 FM: DT i Saltea z kolektywu Subwena, DJ Feel-X (współprowadzący warsztatów DJ-skich), Kalyma, Galant i Pixie Elf. Na scenie klubowej wystąpili również debiutanci, którzy brali udział w warsztatach, otwierając scenę w piątek i sobotę – rozkręcając parkiet, który potem tętnił życiem aż do rana!
W ciągu dnia ekipa Radia LUZ była równie widoczna. Na naszym stoisku, zlokalizowanym niedaleko serca festiwalu – pod wielkim platanem – codziennie relacjonowaliśmy wydarzenia na żywo, przeprowadzaliśmy wywiady, opowiadaliśmy o Radiu, a podczas letnich ulew oferowaliśmy schronienie pod naszym pomarańczowym daszkiem. Krótko mówiąc, byliśmy obecni przez całą dobę, z energią i pasją, które non stop nas charakteryzują. LUZ being LUZ!
9-13 lipca / Zuzanna Pajorska
CREEPY TEEPEE
Wyjazd na festiwal Creepy Teepee to przeżycie równe wejściu na kilka dni w inną rzeczywistość. Piękne czeskie miasteczko z osiemnastowieczną starówką, bogate dzięki leżącym nieopodal złożom srebra, w lipcu każdego roku na kilka dni zostaje przejęte przez bandę (!) wielobarwnych ludzi o… śmiałej stylistyce wyrazu. Wszyscy głodni nowych dźwięków i beztroskiej imprezy do rana. Bycie na Creepy Teepee zawsze daje mi poczucie wolności w kwestii wyrażania siebie – począwszy od samego tylko ubioru aż po wartości, którymi się kierujemy na co dzień.
Od kilku lat festiwal rozgrywa się na dwóch scenach: dziennej na dziedzińcu klasztoru św. Urszuli i nocnej w dawnym domu tekstylnym. Takie rozmieszczenie zapewnia równowagę między koncertami na świeżym powietrzu a imprezą w postindustrialnej przestrzeni. Festiwal w dawniejszych latach odbywał się w innym miejscu, ale z roku na rok coraz bardziej ewoluuje, a twórcy wprowadzają różne rozwiązania usprawniające jego działanie. Tegorocznym jest dbałość o komfort termiczny festiwalowiczów. W zeszłym roku ze sceny tekstylnej wychodziło się jak spod prysznica, bo lipcowe upały dawały się we znaki. Dodanie klimatyzacji i przeniesienie sceny piętro niżej odjęło co prawda nieco klimatu, zdecydowanie natomiast poprawiło bezpieczeństwo. Scena klasztorna pozostała bez zmian. Koncerty, które szczególnie zapadły w moja pamięć to żywiołowe chłopaki z ekipy DRES.SoFTT, którzy w ostatni dzień dali taneczny wycisk grając kawałki i swoje, i miksując letnie hity takie jak Rush TroyeSivana czy Von Dutch Charlie XCX. Stella Explorer to najprzyjemniejszy koncert w popołudniowym słońcu, na trawie, odbywający się outdoorowo, a smagany lipcowym wiatrem i delikatnym damskim wokalem. Dobrą energię tłumu wspominam na Bassvictim i Miguelu Angelesie, którego kontakt z publicznością i wrażliwość pośród agresywnych dźwięków jego muzyki jest niepowtarzalna i niezmienna (Miguel odwiedził festiwal również w zeszłym roku). Najbardziej spektakularna natomiast był Europa wraz ze szperaczem w formie mikrofonu i miotaczem ognia z dezodorantu na scenie indoorowej.
Do Kutnej Hory zajrzę w lipcu jeszcze wielokrotnie, do czego zachęcam i was. Poza festiwalem koniecznie nie zapomnijcie zwiedzić tego czeskiego miasteczka o włoskim sznycie, pięknych krajobrazach i wielu zabytkach!
12-14 lipca / Katarzyna Golec
KONEKT Festival
Występowało dwudziestu czterech artystów – i żaden z nich nie zawiódł. Przez mocne, jednak dalej subtelne doznania z mieszkającą w Islandii DIĄ, po poranny ambient z Patronem. Na festiwalu nie znajdziemy wielkich nazwisk, jednak jest to jego zaleta. Nie chciałbym wpadać w pompatyczne porównania i nazywać KONEKTu muzycznym odpowiednikiem Nowych Horyzontów, jednak festiwal w Pałacu w Chociczy jest dobrą okazją to poszerzenia muzycznych granic. Jeśli artysty nie znacie – pójdźcie przed scenę. W selekcję włożono wiele pracy, co doskonale słychać.
Na terenie kompleksu pałacowego funkcjonowały dwie sceny muzyczne. Dzienna, od godzin porannych do około północy, dedykowana była zarówno najwytrwalszym zawodnikom jak i osobom, które chciały zacząć dzień z selekcją dobrej elektroniki. Ulokowana w parku przy ścianie pałacu koncentrowała się wokół spokojniejszych ambientowych brzmień, jednak nie stroniła od gatunków house czy disco. Druga ze scen, nocna, była ulokowana we wnętrzu pałacu. Tutaj znajdziemy mocniejsze, cięższe brzmienia spod znaku techno, electro i breakbeatu.
Najlepszym setem jaki usłyszałem w Chociczy był ten, który grała Prncs Error. Bardzo dobry mix, świetny dobór utworów i dynamiczne, jednak wyważone przejścia. Wyróżnić należy również Patrona za ambient na scenie dziennej. Grając ambient, bardzo łatwo popaść w schematy. Tego udało się uniknąć, dzięki czemu dostaliśmy spokojny set, który doskonale wpisał się w parkową przestrzeń przy scenie dziennej. Moim osobistym odkryciem tegorocznej edycji jest wspomniana wcześniej DIA. Jednocześnie intymne i dynamiczne występy spod znaku bedroom techno są czymś, co zostanie mi w pamięci.
Wszystko, co działo się wokół festiwalu, w sprawny sposób spięło się w spójną całość. Tegoroczny sezon festiwalowy przyniósł nam bardzo dużo wydarzeń z muzyką elektroniczną. KONEKT Festival, mimo że ciągle zaliczany do mniejszych festiwali muzycznych, rokrocznie gruntuje swoją pozycję. Ekipa organizatorów stworzyła bezpieczne warunki do zabawy, dobrze zaplanowała przestrzeń oraz zapewniła świetną selekcję elektroniki.
12-14 lipca / Maciej Baranowski
Borderline Noise Festival
Przez dwa sierpniowe dni przestrzeń Atelier w Wolimierzu, tuż przy granicy polsko-czeskiej, była po brzegi wypełniona hałasem. Prawie trzydzieści zespołów noise, drone i ambient, instalacje artystyczne i performance. To właśnie była ósma i zarazem ostatnia edycja Borderline Noise Festivalu.
Zarówno event, jak i samo Atelier odwiedziłam po raz pierwszy, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać – i zaskoczyłam się bardzo pozytywnie. Cała przestrzeń współgrała ze sobą, tworząc artystyczną całość: kameralna koncertownia przyozdobiona pracami Stacha Szumskiego, rysunki na ścianach, które powstawały podczas trwania eventu i parogodzinny old-schoolowy set XCOPY na zewnątrz. Artyści współtworzyli festiwal nie tylko występując i tworząc, ale także będąc jego uczestnikami, co nadawało autentyczności całemu wydarzeniu.
Największe wrażenie zrobił na mnie duet P≡B, który łączył elementy industrialu z noise’em. Zestawienie ostrej perkusji z porywającym i rytmicznym kobiecym wokalem zaowocowało niezwykle surowym, angażującym występem. Inną sobą artystyczną, która zapadła mi w pamięć, jest gertie adelaido: klęcząc na stole otoczona syntezatorami, wprawiała w drżenie całą salę tak, że fale dźwięku było czuć każdą częścią ciała. Wciąż mam też w pamięci występ Hi Helga: powalający i hipnotyzujący performans, który wycisnął z uczestników resztki sił ostatniej nocy festiwalu.
Smuci mnie, że moja pierwsza przygoda z Borderline Festiwalem jest zarazem ostatnią. To miejsce, do którego chciałabym wracać co roku! Zostaje tylko mieć nadzieję, że idea będzie kontynuowana w przyszłości, może w innej odsłonie, dalej tworząc miejsce dla rozwoju tej undergroundowej sceny.
2-4 sierpnia / Maja Dachtera
Sanatorium Dźwięku
Tegoroczne Sanatorium Dźwięku celebrowało dziesiąta już edycję nie tylko ogromnych rozmiarów tortem bezowym, którego mogli skosztować uczestnicy. Odbywający się w urokliwym (i cieszącym się coraz większą popularnością) Sokołowsku festiwal tym razem zgłębiał wątki czasu i rytmu. Te fundamentalne dla muzyki pojęcia można z powodzeniem dopasować do niemal wszystkiego, ale nacisk na rytmiczność objawiał się choćby w wirtuozerskich popisach perkusistów: Aleksandra Wnuka i Huberta Zemlera. Wrażenie zrobił na mnie zwłaszcza solowy występ tego drugiego. Korzystając jedynie z werbla i kilku rodzajów pałeczek poprowadził wciągającą muzyczną narrację, pełną wykonawczej precyzji i brzmieniowej wyobraźni. Czas spędzony w Kinoteatrze Zdrowie wypełniały głównie propozycje elektroniczne: zniuansowane kolaże Marji Ahti czy też kwadrofoniczne akrobacje Jessici Ekomane. Moje serce (uszy?) najskuteczniej skradł Thomas Ankersmit, który ze swojej modularnej skrzyneczki wydobywał dźwięki doprawdy niesłychane. Może chłodne i bezlitośnie chirurgiczne, ale jakże odświeżające. Odbycie takiej kuracji daje długoterminowe pozytywne efekty.
2-4 sierpnia / Michał Sember
Osada Festival
Festiwal Osada odbywający się w czasie sierpniowej pełni księżyca w Połajewicach to wydarzenie zdecydowanie kameralne i przyjazne studenckiej kieszeni, które moją sympatię zyskało przede wszystkim koncertem na sitarze, tradycyjnym indyjskim instrumencie. W występie Tomasza Orszulaka z zespołu Sitartronic pojawiły się klasyczne utwory, ale nie zabrakło również miejsca na jego autorskie, nowoczesne kompozycje. Była też przewidziana muzyka dla rozruszania bioder – ja miałam okazję świetnie się bawić do reggae-dubowego seta DJ-a Madmaszina.
Do dyspozycji uczestników są przestrzenie relaksu z dostępem do prądu i wi-fi, strefy sanitarne i w pełni wyposażona kuchnia. Wśród ludzi zaciera się linia uczestnik-organizator, nie czuć również różnic wiekowych – każdy jest tam dla siebie jak członek rodziny, można liczyć na wzajemną pomoc i miłą rozmowę. Osada nie ma wypełnionego line-upu po brzegi, ale dzięki temu daje okazję na prawdziwy odpoczynek i ucieczkę, chociaż na chwilę, od pędu dni powszednich. Czuję, że wrócę do Połajewic na kolejną edycję tego magicznego wydarzenia.
15-19 sierpnia / Maja Michalik
Męskie Granie / Żywiec, Warszawa
Tegoroczna, 15. trasa Męskiego Grania zawitała do do siedmiu miast i w każdym z nich trwała dwa dni. Była ona promowana singlem Wolne Duchy stworzonym przez Orkiestrę MGO w składzie: Zawiałow, Mrozu oraz bracia Kacperczyk. Z okazji 15-lecia organizatorzy zaproponowali nam powrót do przeszłości. Każdy finałowy koncert pierwszego dnia festiwalu był próbą odtworzenia jednej z Orkiestr Męskiego Grania z ubiegłych lat lub zagraniem Orkiestry Orkiestr, czyli wszystkich „hymnów” męskiego grania od 2010 do 2024 roku z oryginalnymi wykonawcami.
Miałem okazję być na dwóch przystankach trasy: inauguracyjnym Żywcu i finałowej Warszawie. Były to jednak dwa różne przeżycia. Żywiec otulił mnie kameralną, góralską atmosferą Amfiteatru pod Grojcem. Na terenie festiwalu czekały trzy sceny, na których wystąpili artyści, którzy dopiero zaczynają swoją karierę, jak i ci, których znamy z największych scen muzycznych w Polsce. Moją największą uwagę zwrócił Wiktor Waligóra, który w tym roku wydał debiutancki album Czekam na świt. Miło było również posłuchać gitarowych brzmień Orkiestry z 2017 roku z Organkiem, Roguckim i Brodką. Tegoroczna Orkiestra, mimo wydania bardzo „radiowego” singla, zaskoczyła mocno gitarowym setem z coverami Manaamu czy Republiki. Miło było tego słuchać.
Na finałowy przystanek do Warszawy jechałem z dużą dozą ciekawości. Organizatorzy na miesiąc przed imprezą zmienili miejsce na o wiele rozleglejsze Lotnisko Bemowo, gdzie przygotowano pięć scen: nowości to scena klubowa oraz silent disco. Przystanek w Warszawie, mimo rozmachu, z jakim został przygotowanym, pozwolił mi poczuć się jak za starych dobrych lat, kiedy Męskie Granie nie było aż tak komercyjną imprezą. Na scenie Ż mogliśmy słuchać brzmień nieoczywistych, jak na przykład eksperymentalnego jazzu od USO 9001, zespołu Matecki oraz Wojciecha Mazolewskiego z gośćmi. Na scenie głównej Jakub Józef Orliński oraz Aleksander Debicz zagrali przedpremierowo album #LetsBaRock, czyli interpretacje utworów… barokowych! Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałoby połączenie muzyki Bacha z hip-hopem, to polecam tę pozycję waszej uwadze. Finałowym koncertem w piątek była wspomniana wcześniej Orkiestra Orkiestr, która rozbiła bank przede wszystkim dzięki zgromadzeniu w jednym miejscu śmietanki polskich muzyków, którzy zagrali pod „dowództwem” Andrzeja Smolika. Niestety z koncertu do centrum Warszawy wracaliśmy prawie dwie godziny z powodu słabej komunikacji, ale… po tym dniu naprawdę nie miało to znaczenia.
28-29 czerwca, Żywiec
23 sierpnia, Warszawa / Wojciech Fokczyński
Nie da się ukryć, że rok 2024 nie jest łaskawy dla fanów k-popu. Pośród masowo wypuszczanych piosenek oraz licznie debiutujących, często niewyróżniających się, zespołów trudno jest znaleźć coś, co przyciągnie do siebie słuchacza na dłużej. Na szczęście, mimo tego całego muzycznego przepychu, nie zapomina się o grupach, które spędziły już dobre kilka lat na scenie i wciąż utrzymują wysoki poziom. KARD oraz ich siódmy minialbum Where To Now? zdecydowanie to potwierdza, czego dowodem jest SPIN, czyli utwór, który został jednym z pięciu mocograjów Radia LUZ. To naprawdę gorrrąca premiera, której nie można przespać!
SPIN to istna fuzja, łącząca ze sobą najbardziej egzotyczne elementy, o jakich można tylko pomyśleć – koreański pop, za który odpowiada słodki głos Somin i Jiwoo, elementy rapu wprowadzane przez BM’a i J.Steph’a oraz rytmiczne latynoskie dźwięki idealnie wzbogacające kawałek. Na piśmie brzmi to tak, jakby mogło nie wyjść.. ale proszę się nie zniechęcać, bo SPIN to świetna propozycja, której słuchanie pozwoli na dłużej zatrzymać się w wakacyjnym, a w dodatku gorącym, klimacie.
Wytwórnia DSP Media pozwalając na debiut KARD, podjęła się ogromnego ryzyka, ponieważ koreańskie zespoły raczej słyną z tego, że są albo girlsbandem, albo boysbandem. Stąd decyzja o tym, aby utworzyć KARD mogła się okazać zupełnym niepowodzeniem. Jednak, jak widać i słychać, KARD ma się dobrze i cyklicznie powraca z nowymi albumami.
Choć nie są najbardziej doceniani w Korei, to poza Azją cieszą się naprawdę sporą popularnością. Lubiani są zwłaszcza w Ameryce Południowej i ten ślad da się usłyszeć w wielu ich utworach, a kawałek SPIN jest tego wzorowym przykładem.
Fontaines D.C. nie dają zapomnieć (i dobrze!) o tym, że jest już coraz bliżej do premiery Romance. Serwując Favourite, a więc singiel zapowiadający najnowszą płytę, budują napięcie związane z tym, w jakich brzmieniach finalnie osadzony został ten album. Szczerze? To dopiero początek zalet. Zresztą sam utwór Favourite to istna fuzja emocji, co doskonale widać i słychać.
Choć dzień dziecka był już jakiś czas temu, teledysk do utworu proponuje nostalgiczną podróż do krainy marzeń i niewinności. Do krainy beztroskiego dzieciństwa. Jednocześnie w klipie przewijają się kadry z teraźniejszości, tworzące dość niepokojący, bo (o zgrozo!) smutno-szczęśliwy kontrast. Pamięć o dziecięcym szczęściu, mimo że jest naprawdę rozkoszna, to może doprowadzić do zadumy. Bo przecież już nigdy do nas nie powróci.
Co istotne, to samo miejsce, w którym nagrano wideo, również ma znaczenie – Fontaines D.C. zdecydowali się udokumentować ich pobyt w Madrycie. Stolica Hiszpanii ma szczególne znaczenie dla gitarzysty zespołu, Carlosa O’Conella, urodzonego i dorastającego właśnie w tym mieście. Ten fakt tylko potęguje tęsknotę oraz to dziwne uczucie niepokojącej radości płynących z piosenki Favourite.
Choć nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na pytanie, jak w całości zabrzmi Romance, to doszłam do innego wniosku – Favourite na pewno będzie jednym z moich ulubionych utworów przez długi, długi czas.
Nie chcę być queerową ikoną. Chcę być ikoną. – powiedział kiedyś wokalista i raper Kevin Abstract. Myślę, że tracki takie jak Tennessee mogą być zrozumiane dokładnie pośrodku pomagania i odrzucania tej reputacji.
Najnowszy singiel byłego frontmana BROCKHAMPTON pokazuje poniekąd powrót artysty do korzeni – muzyka jest sensualna, chwytliwa i skoczna, odchodząc od eksperymentalnych indie-rockowych wpływów obecnych w ostatnim solowym albumie na korzyść cloud rapu. Nic dziwnego, że w intymnym, queerowym utworze idealnie odnalazł się także Lil Nas X – jego wersy są wyraziste i czarujące, a wspólne chórki wokalistów od razu wpadają w ucho.
I just know that I love being used, as long as you make me feel loved
Track przedpremierowo zaprezentowany był na żywo podczas setów Kevinana festiwalu Coachella, gdzie na scenie dołączył do niego Nas X, oraz twórca beatu, raper Quadeca. To kolejna kolaboracja producencka pary od czasu opublikowanego wcześniej tego roku TEXAS BLUE. Współprace te pokazują, że od czasu solowego Blanket, Kevin Abstract czuje się pewnie, zarówno eksperymentując, jak i trzymając się swoich schematów. A my, doceniamy jego formę, wyróżniając jego kolejnegomocograja.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.