Po trzech latach Queens of the Stone Age wracają z nowym wydawnictwem. Kto jednak czekał na kolejną pokaźną dawkę ciężkich, ciemnych brzmień, może się rozczarować. Sugeruję, aby nie wpadać w dezorientację – zespół tak doświadczony, jak QOTSA, daje sobie radę w niejednym anturażu.
Singiel Easy Street można podsumować trafnie dobranym w tytule słowem – easy. Klimat jest ciepły, południowy, wręcz ogniskowy. Mamy gitarę akustyczną, klaskanie i mnóstwo niedoskonałości. Do nich przyznaje się sam Joshua Homme i przyznaje się z dumą. Piosenka przyspiesza, zwalnia, klaskanie nie zawsze jest równo – całość swoim charakterem nieco przypomina demo.
Homme’a słyszymy w towarzystwie. Dołącza do niego Nikki Lane, wokalistka country, której obecność jest rezultatem długiej i intensywnej miłości Josha do amerykańskich tradycji. Za jej przejawy można uznać również podjęcie się produkcji najnowszej płyty Lane, a także gościnny występ u artystki Shani Twain. Efekty tych kolaboracji możemy usłyszeć właśnie w singlu Easy Street, który jest lekki, mocno brzmiący Ameryką, ale z tej przyrodniczej, pustynnej strony. Oferowane nam brzmienie jest przyjemne a nawet romantyczne – dobrze odnajdzie się jako soundtrack do ciepłego, letniego wieczoru.
W pierwszych sekundach singla JeansJae Matthews zadziornym i roześmianym głosem mówi „Okay James Spader over here, look at you”, a mi przypominają się pierwsze minuty filmu Seks, kłamstwa i kasety wideo. W nim właśnie rzeczony aktor nosi cudowne dżinsy, które mogą być częściowo odpowiedzialne za zawiłości w relacjach bohaterów. W nim możemy doświadczyć parnego lata na przedmieściach, które może być sielskie, ale nie musi. Swoim charakterem może przecież pokryć wszystko, co pomiędzy.
Duet Boy Harsher przyzwyczaił już słuchaczy do brzmień, którym daleko od optymizmu, a bliżej do melancholii. Zwykle są osnuci ciężkim, syntezatorowym dymem, który potęgowany jest chłodnym, ciemnym wizerunkiem. Jednak ostatnie poczynania Jae Matthews i Augustusa Mullera sprawiają, że nachodzi mnie pytanie, czy nie czas na redefinicję brzmienia projektu. Najnowszy singiel Boy HarsherJeans potwierdza, co sugerowała piosenka Machina – muzycy weszli w romans z synth-popem. Oba utwory przesiąka widmo lat ’80, tak definiujących dla muzyki elektronicznej.
To jednak nie wszystko, co się w Jeans dzieje. Piosenka jest skoczna, mocno popowa, lekka. Sami muzycy z Boy Harsher mówią, że jest to ich wersja piosenki country, a według mnie jest to również ich ukłon w stronę amerykańskiej małomiasteczkowości, ich wspomnienie lata. Warto obejrzeć także teledysk. W nim pokaźne ilości lateksu nabierają teatralnego charakteru będąc jednocześnie zabawą z formą. Jae Matthews i Augustus Muller sugerują nam, że jeszcze wszystkiego o nich nie wiemy, jeszcze kolejne filary ich monumentalnego projektu czekają na odsłonięcie.
Brytyjska scena gitarowa od około 10 lat przeżywa wyjątkowo ciekawy moment. Po sukcesach Black Country, New Road, Black Midi czy Squid pojawiło się całe pokolenie zespołów, które przestało traktować rock jako zbiór sztywnych reguł. Jednym z nich jest Man/Woman/Chainsaw – londyński kolektyw, który zaledwie kilka lat temu wyrósł z młodzieżowej sceny DIY, a dziś coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród najważniejszych nowych nazw brytyjskiej alternatywy. Debiutancka EP-ka Eazy Peazy pokazała zespół zakochany jednocześnie w post-punku, chamber popie i hałaśliwym art rocku. To właśnie ta nieoczywista mieszanka sprawiła, że wielu krytyków zaczęło stawiać ich obok najbardziej ekscytujących gitarowych debiutów ostatnich lat.
Najnowszy singiel Get Up and Dance zapowiada debiutancki album Cannonball. Już sam tytuł sugeruje przebojowość, ale zespół bardzo szybko pokazuje, że nie interesuje go pisanie prostych tanecznych piosenek. To utwór, który bawi się oczekiwaniami słuchacza. Zaczyna się niepozornie, niemal delikatnie, by z każdą kolejną minutą coraz mocniej zagęszczać atmosferę. Wokal prowadzi narrację z pozornym spokojem, podczas gdy pod powierzchnią cały czas narasta napięcie.
Największą siłą utworu pozostaje jednak aranżacja. W tej popowo-alternatywnej formie zastosowanie budujących napięcie i przyspieszających instrumentów smyczkowych zwieńczone mocniejszym uderzeniem gitary, perkusji i wokalu przywodzi na myśl wczesne Black Country, New Road i jest dowodem na wyjątkowe umiejętności kompozytorskie tej grupy. Smyczki nie pełnią tutaj funkcji ozdobnika. Są pełnoprawnym instrumentem rytmicznym, który prowadzi kompozycję i nadaje jej dramatyzm. Gdy w finale dołączają przesterowane gitary, wszystko układa się w niezwykle naturalną kulminację. Nie ma tu ani jednego elementu, który sprawiałby wrażenie dopisanego na siłę.
To właśnie umiejętność budowania napięcia wydaje się dziś największym atutem Man/Woman/Chainsaw. Zamiast zasypywać słuchacza kolejnymi pomysłami, zespół cierpliwie rozwija motywy, pozwalając im wybrzmieć we właściwym momencie. Recenzenci od dawna zwracają uwagę, że grupa znakomicie odnajduje się na granicy piękna i kontrolowanego chaosu. Get Up and Dance tylko tę opinię potwierdza.
Singiel promuje album Cannonball, który ukaże się 7 sierpnia. Jeżeli pozostałe kompozycje utrzymają poziom singli Nosedive, Goddamn, Lizard Man! i właśnie Get Up and Dance, Man/Woman/Chainsaw mogą bardzo szybko dołączyć do grona zespołów wyznaczających kierunek rozwoju brytyjskiej alternatywy. Patrząc na tempo, w jakim dojrzewa ich sposób komponowania, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami początku historii, o której za kilka lat będzie mówiło się znacznie głośniej niż dziś.
Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.
Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.
To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.
Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.
Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.
Berlińskie duo – Brutalismus 3000 wydają swój nowy album, Harmony. Jeśli jakimś cudem ktoś ich nie kojarzy, musi wiedzieć, że Zeitner i Daldas na przestrzeni ostatnich kilku lat wypracowali unikalne i charakterystyczne brzmienie dla Brutalismusa. Ich muzyki raczej nie da się pomylić z żadnym innym berlińskim techno czy w ogóle jakimkolwiek innym projektem muzycznym. Sprytnie łączą wczesny gabber, hardstyle oraz punk, a sami tę mieszankę określają jako “nu-gabber post-techno punk”. Nazwa ta, choć nieco prześmiewcza, świetnie współgra z wizerunkiem duetu, który lubi pośmiać się z poważnej berlińskiej sceny techno…
Wydając Harmony, nie odchodzą od korzeni swojej twórczości i wciąż pozostają wierni pierwszym inspiracjom. Na płycie, oprócz producenckiego kunsztu Zeitera, słychać międzynarodowe wpływy, za które odpowiedzialna jest wokalistka Daldas, pisząca teksty w trzech językach: angielskim, niemieckim i słowackim. Równocześnie jednak ich najnowszy album obfituje w dźwięki nie brzmiące jak “typowy Brutalismus”. Utwór Testo Skin Part 2, a więc nasz najnowszy Mocograj, jest tego najlepszym przykładem. Jego siostra bliźniaczka (Testo Skin Part 1) to numer głośny, hardcore’owy, a nawet nieco demoniczny. Zupełnym przeciwieństwem jest druga część tego kawałka. Choć nadal słyszalne są hardcore’owe wpływy, to Testo Skin Part 2 zdaje się wyciszony (o ile da się tak powiedzieć o jakimkolwiek utworze Brutalismusa) i może nawet bardziej skomplikowany. Idealne zamyka tę brudną i poszarpaną płytę.
Tove Lo to absolutny popowy klasyk lat dziesiątych no i oczywiście tumblr ery, która w obecnym czasie jest wspominana jako najlepsze czasy naszej współczesności… Wszystko również wskazuje na to, że jej nadchodzący album ESTRUS ma szansę powtórzyć sukces Queen Of The Clouds, gdyż pierwszy singiel zapowiadający ten krążek w wielu miejscach przypomina kawałki pochodzące z debiutanckiej płyty.
I’m your girl right? to numer niezwykle bezpośredni. Nie ma w nim zbędnych metafor. Tove Lo posługuje się językiem prostym, a sposób w jaki używa do tego swojego głosu, nadaje mu siłę. Z powodzeniem można nazwać to liryką codzienności, która jednocześnie jest zaprzeczeniem banalizmu. Artystka daje nam możliwość spojrzenia na opisywaną relację poprzez szkło powiększające, dzięki czemu widzimy nie tylko namacalne detale, ale i czujemy, jak wiele niepewności oraz obsesji pochłania podmiot liryczny.
Fcukers zaś nadali temu singlowi kolejnej głębi. Duet, choć w marcu wydał swój debiutancki krążek, nie siedzi bezczynnie i śledzi to, co dzieje się w popie. W ich odczytaniu I’m your girl right? nabiera house’owego brzmienia, co zupełnie zmienia estetykę utworu. Pulsujące brzmienia i hipnotyczny groove sprawiają, że niepewność oryginału staje się tanecznym transem, który dobitnie podkreśla obsesyjną mantrę z refrenu. Remix Fcukers zdecydowanie uwypukla żądzę płynącą z oryginalnego numeru, przy czym nie stara się go przebudowywać. To działanie mające na celu interpretację I’m your girl right? poprzez osobiste spojrzenie drugiej osoby.
Mark Van Hoen kryjący się pod pseudonimem Locust od ponad czterech dekad kreuje scenę IDM-ową, ambientową i trip-hopową. Projekt Locust istnieje z kolei od ponad trzydziestu lat i z każdym wydawnictwem udowadnia, jak szerokim zakresem muzycznego działania dysponuje.
W najnowszym singlu zatytułowanym Soul SkyVan Hoen nie występuje jednak samotnie. Dołącza do niego raper Griffin Spex, którego partie nadają piosence lekko buntowniczej energii. Za dream popowe chórki odpowiada Olive Kimoto, której rola w nowej twórczości Locust nie ogranicza się do gościnnego nagrania partii wokalnych. Sam Van Hoen przyznaje, że Olive – DJ-ka, artystka wizualna, wokalistka – na stałe dołączyła do Locust i to właśnie dzięki jej obecności nowy materiał powstaje.
Piosenka Soul Sky oferuje pełną gamę doświadczeń – regularną rytmikę, chwytliwą melodię, duszny charakter. Od pierwszych dźwięków, które siadają na ramionach, czujemy pociąg do ciężkiego i hipnotycznego tańca. Lub do zamknięcia oczu. Lub do posłusznego ruszania głową w rytm muzyki. Na trzy minuty stajemy się własnością „nieba duszy” i mi to osobiście pasuje, a wręcz chcę więcej.
Więcej już niedługo – premiera nadchodzącego albumu Locust zaplanowana jest na 11 września tego roku. Single, którymi na razie zostaliśmy obdarowani, sprawiają, że czekam z niecierpliwością.
Polly Jean Harvey wróciła z nowym materiałem po trzech latach nieobecności. Singiel, który ujrzał światło dzienne 24 czerwca został napisany na prośbę profesora Briana Coxa i będzie mu towarzyszył w jego cyklu wykładów dotyczących kosmosu. Nie znaczy to jednak, że jest to piosenka samotna – Polly mówi o niej, jako o fragmencie nowej twórczości, nad którą aktualnie pracuje.
Delikatny, pełen emocji głos, syntezator i orkiestra. Te trzy komponenty sprawiają, że Voyager jest się utworem pełnym, dojrzałym i pięknym. Nie bez znaczenia jest rownież warstwa tekstowa – Polly wciela się w sondę Voyager i opowiada z jej perspektywy o dryfowaniu w przestrzeni kosmicznej. Cytuje Carla Sagana Ziemię określając bladą, błękitną kropką.
Nowy singiel PJ Harvey jest o kosmosie, dla kosmosu brzmi i z kosmosu wynika. Dlatego też słuchanie go jest podróżą w nieważkości, gdzie otacza nas lekkość i surrealistyczna wolność. Z zapowiedzi autorki wynika, że w taki etap wchodzi właśnie jej twórczość.
Fimiguerrero wydając EP-kę The Statue of a Fool, zapowiada swój trzeci album – Lost City. Wydanie z tego tygodnia zupełnie zaskoczyło słuchaczy, ponieważ zostało opublikowane bez żadnego uprzedzenia. The Statue of a Fool zdaje się interesującym projektem, któremu towarzyszą szybkie i agresywne beaty. To naprawdę niezły kawał trapu do zgryzienia.
Na EP Fimi zaprosił również gości – dobrze znanego ze wcześniejszych wspólnych kawałków – fakeminka oraz coraz bardziej rozchwytywany duet Bassvictim (PL gurom). Maria Manow, a więc połowa Bassvictim, świetnie odnajduje się na naszym Mocograju – mrocznym Dutty. Nieco powagi odbiera mu co prawda goofy sampel trąbki, ale to jedynie drobny szczegół. Całościowo numer siada tak, jak trzeba. Delikatny głos Marii doskonale oddaje niepokój oraz zagubienie stanowiące główne przesłanie kawałka. Fimi tworząc Dutty, otwiera się przed słuchaczem i otwarcie mówi o tym, że popularność i kasa to nie wszystko, ponieważ i tak na koniec dnia czuje się samotny.
Pomiędzy świętowaniem 8 rocznicy wydania krążka Red Light a dziesięcioleciem premiery albumu Eversince, szwedzki artysta Bladee zupełnie niespodziewanie wydał nowy singiel — Blondie. Jak się okazało, niezapowiedziany utwór, stanowił preludium do wydanego pięć dni później długogrającego albumu Sulfur Surfer. Wydawnictwo stanowi kolejny owoc współpracy rapera z producentem Whitearmorem, który wyprodukował wszystkie 13 utworów składających się na krążek. Konsekwentna współpraca z jednym producentem poskutkowała niezwykle spójnym stylistycznie wydaniem. Podobnie jak przy wcześniejszych współpracach tych dwóch artystów, Sulfur Surfer łączy przyziemność z podniosłością, a robi to przy pomocy symbolicznego, niejednoznacznego języka i wielowarstwowych melodii. Ostatnie wydawnictwo Szwedów, choć spójne z ich dotychczasową dyskografią, mam wrażenie, że jest czymś zupełnie nowym, niepodobnym do ich wcześniejszych projektów.
Cały album Sulfur Surfer wydaje się być zawieszony poza czasem. Z jednej strony jest pełen trapowych utworów tak charakterystycznych dla współczesnej muzyki, z drugiej, wydaje się być współczesną interpretacją (może wariacją na temat?) średniowiecznych świeckich ballad. Łączy w sobie wielość styli, a Bladee w swoich tekstach wyraża emocje z całej rozpiętości uczuciowej gamy. Nie zabrakło na tym wydaniu również zaskakujących gości — utwór Fox & Birch powstał przy współpracy z Davidem Tibetem, reprezentującym brytyjski neofolkowy zespół Current 93. I gdyby ktoś się zastanawiał jak się ma neofolk do cloud rapu — odpowiem, że ma się bardzo dobrze.
Słuchając tego utworu mam wrażenie, jakbym przeżyła cały cykl życia – jest to niewątpliwie związane z jego konstrukcją. Zaczynając od lekkości i swawoli melodyjnych z początku, przechodząc przez pewnego rodzaju kryzys, gdy w bridge’u melodia zamiera, kończąc na zwrotce zaśpiewanej przez Davida Tibeta, która jest obdarzona cięższą emocją i pewną powagą, charakterystyczną dla osób doświadczonych przez życie. To wszystko sprawia, ze podążając za rozwojem dźwięków i onirycznej opowieści, czuję jakbym dorastała. A wraz z postępowaniem czasu, doświadczam w tym utworze-życiu coraz to większych konfliktów i kontrastów — smutek walczy z radością, młodość napotyka starość a światło ściera się z mrokiem. I podobnie jak w doświadczeniu życiowym — w zależności od tego co akurat czuję i przeżywam, inny jest wynik tych dychotomicznych starć. W zależności od tego co targa moim wnętrzem, słyszę w melodii i odczytuję z niejednoznacznego tekstu coś innego, trafiającego idealnie do mnie.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.