Archiwum

DNGDNGDNG & PRISMA – Caudal

Okładka kompilacji Perú: Afuera

Nowy track zespołu Dengue Dengue Dengue! z kompilacji Perú: Afuera, to połączenie afro-peruwiańskiej tradycji muzyki rytualnej z brzmieniem charakterystycznym dla sceny UK bass.

Caudal, wijący się spiralnym ruchem, zachęca do tańca, w którym nogi unoszą się wysoko, ciało zapomina, że tańczy, a piach sypie się we wszystkie strony. Drewniane i przybrudzone perkusjonalia brzmią żywo, jakby były wystukiwane ludzką ręką; dopiero w momentach przełamań poszczególnych taktów okazuję się, że mamy do czynienia ze zautomatyzowaną linią perkusyjną.

Utwór szybko i konkretnie się ustanawia, a z rutyny wytrąca nas jedynie drobnymi wariacjami – dzięki czemu nigdy nie nuży, mimo że orbituje wokół jednego motywu. Caudal sprawia, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż choć jedną stopą stąpamy po peruwiańskiej dżungli.

Dominik Lentas

LITEMTRC | [untitled] Perú: Afuera by MATRACA

Nie-miejsca nowej muzyki elektronicznej

Przegląd nowości spoza centrum. Zbitki dźwięków, które budzą wrażenie bycia gdzieś indziej.


Carrier – Tender Spirits

4 kwietnia 2025

Od pierwszego odsłuchu River Cairn Kindohma nie mogę przestać myśleć o słowie desolate użytym w kontekście konkretnego brzmienia. To jeden z tych terminów, które wymykają się prostemu tłumaczeniu — zwłaszcza gdy próbujemy uchwycić nimi charakter utworu. Co właściwie znaczy, że album, EP-ka czy pojedynczy track jest „niegościnny” i „opustoszały”?

Najzgrabniej opisać tymi słowami Tender Spirits — EP zastygłe, teksturalne i przestrzenne. Początkowo jednak nieco bardziej atmosferyczne. Utwór Light Candles, To Mark The Way powoli zanurza nas w sosie Guya Brewera. Nazwa utworu zaczyna nabierać sensu, gdy zdajemy sobie sprawę, że z każdym utworem schodzimy coraz głębiej – w stronę czegoś zupełnie oschłego.

Punktem kulminacyjnym jest Carpathian. Słuchacz, pozostawiony sam sobie, zmuszony jest wpatrywać się w pustkę. Każdy z elementów rytmicznych pomaga określić się w przestrzeni, ale nie pozwala zidentyfikować się brzmieniowo. Ułożenie, tonalność i wzajemna interakcja dźwięków schodzą tu na dalszy plan. Na pierwszym znajduje się nośnik dźwięku — medium, czyli przestrzeń, w której wszystko wybrzmiewa. Pasmo częstotliwości zwykle rezerwowane dla melodii pozostaje tu niemal całkowicie niezagospodarowane, co dodatkowo potęguje poczucie dyskomfortu i obcości.


Saint Abdullah ft. Eomac – Of No Fixed Abode

20 marca 2025

Spoglądająca w przeszłość, pełna niepokoju podróż inspirowana archiwalnymi wykopaliskami irańskiej muzyki pop. Skrawki blisko pięćdziesięciu lat muzyki Bliskiego Wschodu zazębiają się z ciężkimi, chropowatymi, metalicznymi strukturami. Wokalne sample Hayedeh, Fereydouna Farrokhzada i Andranika Madadiana mieszają się z dźwiękami pracujących maszyn, brudnym basem i perkusyjnymi zawiłościami. Album momentami brzmi bezdusznie, chaotycznie i dystopijnie — mimo to w tej muzyce tli się odrobina nadziei.

Tytuł albumu Of No Fixed Abode nawiązuje do doświadczeń migracyjnych ludności muzułmańskiej, a jego treść ma za zadanie oddać poczucie tęsknoty, rozdarcia i życia w ciągłym ruchu. Muzyka Moh i Mehdiego wykracza poza czysto emocjonalny przekaz — nierozerwalnie łączy się również z polityką i rzeczywistością społeczną.


DJ Dying – Fake Truce

1 kwietnia 2025

Zasysający wgłąb parkietu sub-bass, złowrogie dudnienie, orkiestralne sample i nawałnica ostrych jak brzytwa hi-hatów. Beaty zimne jak kamień do robienia srogich min.

Jak dotąd moje ulubione wydawnictwo Adama Kołkowskiego, znanego pod pseudonimem DJ Dying. Stylistycznie wychyla się w stronę brzmienia kojarzonego z twórczością Jlin. To footwork w formie pełnego wariacji i różnorodności slow burnera, który zamiast tryskać energią, woli budować napięcie i powoli je rozmasowywać.

Materiał z tego EP zupełnie niczym nie odstaje od muzyki wydawanej przez największe labele eksplorujące tę gałąź muzyki tanecznej. Pod względem spójności, klimatu i wyrachowania bije większość na głowę.

Producencki masterclass, wasz nowy benchmark dobrego smaku.


Saapato – Decomposition: Fox on a Highway

25 marca 2025

Zwłoki lisa na autostradzie to widok, który zainspirował album Brendana Principata – dekompozycja, to jego temat przewodni. Artysta w ramach projektu eksploruje zjawisko rozkładu na kilka różnych sposobów, przede wszystkim kładąc nacisk na wymiar metaforyczny całości. Album rozgrywa się w pięciu etapach: fazy świeżej, fazy wzdęcia, rozkładu wstępnego, rozkładu zaawansowanego i fazy szczątek. Każdy utwór nawiązuje do jednego z tych etapów, choć żaden nie jest wyraźnie oznaczony. W ten sposób artysta realizuje zamysł celowego zatarcia granic między poszczególnymi etapami rozkładu.

Metoda twórcza również naśladuje proces biologiczny — Saapato rozpoczął projekt od stworzenia bazowych utworów (nazwanych przez niego „skeleton tracks”), które następnie przekazał zaproszonym artystom – symbolicznym „dekompozytorom”. Za przeobrażenie, transformację i zanik pierwotnego materiału odpowiada siedemnastu różnych muzyków.


Tammo Hesselink – Mantis 16

11 kwietnia 2025

Seria minialbumów Mantis to projekt skupiający się na mocno zredukowanym, dusznym i ponurym techno, które zamiast tętnić, zdaje się wirować. Gęsto nagromadzone lekkie elementy zestawiane są z ociężałym low-endem, który z niechęcią zdaje się wprawiać je w ruch. Uderzenia stopy wyrzucają w powietrze chmury kurzu i drobinki pyłu, które szybko ogarniają przestrzeń, nie ograniczając przy tym widoczności. Tammo Hesselink działa z precyzją chirurga, utrzymując odpowiedni balans między zagęszczeniem elementów rytmicznych a przejrzystością całego utworu.

Wyjątkowo obrazowy wydaje mi się utwór Gossamer, przepełniony dźwiękami cienkich, metalowych blach uginających się pod wpływem podmuchów otoczenia. Jeśli zasugerować się tytułem utworu, blachy byłyby grubości pajęczyny. Wówczas całość rozgrywałaby się na bagnistym terenie, w środku nocy, w pobliżu opuszczonego zakładu metalurgicznego.

Dominik Lentas

Yaeji ft. E Wata – Pondeggi

Okładka singla Yaeji ft. E Wata - Pondeggi

Świeże wydanie Yaeji konsekwentnie realizuje to, z czego artystka jest już dobrze znana — mieszania koreańskiego folku z elektronicznymi brzmieniami. Tym razem jednak koreański składnik nie dotyczy tego, co słychać w pokruszonym beacie. Pondeggi, to nawiązanie do popularnego w tym azjatyckim kraju dania street foodowego, można zatem powiedzieć, że Yaeji i E Wata serwują nam małą ucztę dla uszu. 

Tak, ale podają ją na surowo. 

Melodię w singlu tworzy wyłącznie głos artystki, który jest doprawiony głębokim basem i posypany na wierzchu szaloną, rytmiczną perkusją. Jest smacznie, ale pojawia się mały problem — ta oszczędność w formie, tylko zaostrza apetyt na podobne brzmienia od tej dwójki.

Maja Michalik

 

 

Calum Gunn – 31 Ecstatic

Calum Gunn to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny muzyki algorytmicznej — jednocześnie jest jednym z niewielu algorave’wowców, którzy pochłonięci możliwościami programowania muzyki nie uciekają w skrajności.

Algorave początkowo był jedynie nazwą wydarzenia, w trakcie którego muzyka powstaje na skutek „wklepanych w laptopa” linijek kodu. Z czasem przeobraził się w międzynarodowy ruch zrzeszający muzyków-programistów z całego świata. Choć brzmienia Algorave nie da się łatwo skategoryzować i uogólnić, to artyści często poruszają się w stylistyce muzyki: glitch, minimalistycznej lub klubowej. Ze względu na otwartą strukturę narzędzi, z których korzystają i możliwości, które z tego wynikają często mamy do czynienia z czymś, co najłatwiej nazwać eksperymentalnym.

Niskopoziomowe podejście do tworzenia muzyki komputerowej znamy z twórczości Aphex’a, Autechre czy Ryoji’ego Ikedy. Takie labele jak Warp Records, Mille Plateaux lub późniejszy Raster-Noton udowodniły, że do tworzenia poruszającej muzyki wcale nie potrzebujemy żywego instrumentu, bo wystarczy nam komputer (na którym wcale nie musimy mieć DAW-a). Te inicjatywy przetarły szlak najciekawszym wytwórniom poszukującym nowego w punkcie styku technologii i sztuki. Na szczególną uwagę zasługują: SUPERPANG, outlines, tokinogake, ale ostatnio najbardziej trafia do mnie EVEL, spod którego szyldu od początku roku wyszło już osiem albumów, w tym album Eroder.

Dominik Lentas

god.wifi — dj

Muszę się do czegoś przyznać — ten mocograj był zaplanowany. Od miesięcy.

8 listopada.

To wtedy podczas setu god.wifi usłyszałem pierwszą próbkę utworu dj. Od razu wiedziałem, że po premierze zrobi on rundki na moich słuchawkach, ale skrycie w sercu trzymałem też nadzieję na głośniki radiowe. Ciężko kogokolwiek oszukać — utwór wpadł mi w głowę i nie chciał wyjść. I tak pomimo usłyszenia go zaledwie jeden raz, pilnie siedział tam od początku listopada i czekał na doskonały moment, aby przypomnieć mi o swoim istnieniu i wdrożyć plan w akcję.

28 lutego.

Warto było czekać na premierę debiutanckiego albumu FREE WIFI — na trackliście nareszcie widnieje utwór dj. Na sam album oczekiwania miałem już wystarczająco duże, ponieważ po passie świetnych singli ciężko byłoby mnie zawieść, ale to usłyszenie pierwszego dj to ja było jak powrót do domu. Na utworze znajdziemy charakterystyczny dla artystki niewiarygodnie kreatywny beat, któremu towarzyszą żartobliwe wersy, autotunowany wokal i zabawa muzyką, jak nastackowane tagi, sample czy rytmiczne oklaski. Ale ponad komiczną warstwą to przede wszystkim kawał świetnego digicore’u z trapowo-hyperpopową produkcją, którego podobnie pełno na wspomnianym debiucie. A to przypomina, że polska reprezentacja hyperpopu, jest naprawdę na poziomie międzynarodowym i warto ją sprawdzić.

Miksuje dla nas jedna z najlepszych polskich reprezentantek internetowej muzyki, więc jeżeli komuś trzeba jeszcze przypominać kto tu jest prawdziwym dj’em, a kto tylko gra tracki, to posłuchajcie jeszcze raz naszego najnowszego mocograja

Mikołaj Domalewski

Mark Fell

Mark Fell

Metaliczne, szkliste i mieniące się dźwięki jak gdyby ciągle zmieniające swój stan skupienia. Działanie na krawędzi percepcji i uwagi słuchowej. Rekonfiguracje rytmiczne wydzierające się typowym schematom kwantyzacji beatów. Muzyka prezentująca piękno procesu twórczego i jego ograniczeń. Z okazji 20-lecia wydania albumu Ten Types of Elsewhere przypominamy jedną z najważniejszych postaci współczesnej muzyki komputerowej – Mark Fell Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Mark Fell ft. Gábor Lázár – The Neurobiology of Moral Decision Making

2015

To album zupełnie osobliwy, taki, który trze i trąca, ściera i gryzie, a wtrąca brzdąca (Ciebie) w dziwny i ciężki do wytłumaczenia stan transu. Trafia w specjalne miejsce naszej świadomości i ląduje w sweet spocie czegoś, co w zależności od potrzeby angażuje w stu procentach lub idealnie spełnia rolę tła (nawet przy wysokim natężeniu dźwięku/ów).

Twórczość Gábor Lázára w tandemie z myślą Marka Fella jedzie od dawna. Artysta z Budapesztu już swoim debiutem zaznaczył, że działalność będzie bazował na skrawkach muzyki klubowej, syntezie FM i zwodniczych rytmach. Nie dziwi więc, że artyści złapali nić porozumienia, co zaowocowało 50 minutami hipnotycznych, pulsujących i minimalistycznych rewizji techno. We wczesnej fazie kształtowania się gatunku zauważono, że techno (odróżniane od house’u między innymi przez obecność syntetycznych dźwięków podobnych z brzmienia do niczego) przy odpowiednim zestawieniu elementów rytmicznych potrafi wprowadzić w stan otępienia lub nawet odurzenia. Powtarzalność, specyfika dźwięków wytwarzanych elektronicznie oraz ciągła potrzeba innowacji stanowią tożsamość tego gatunku. Artyści świadomi tego faktu rozkładają gatunek na części pierwsze i tworzą coś, co łamie większość jego założeń, daje ten sam rezultat, ale działa na ich warunkach.

Dominik Lentas



Mark Fell – Multistability

2010

Jeśli mamy zwrócić uwagę na motyw przewodni, który wypełnia multistability, to najpewniej będzie to repetycja.
Nagromadzenia składowych harmonicznych, czasami rozpoznawalnych jako akordy rzeczywiście uderzają w nas wielokrotnie, ale w rytmicznych kombinacjach rozbijających przywiązanie do stabilnego, jednorodnego pulsu. Niektóre z procesów ilustrują płynne przechodzenie z sekwencji pojedynczych zdarzeń do ciągłości. W innych, ucho słuchacza może zahaczyć o znajome brzmienie clapów i kicków, które jednak poruszają się według logiki tych samych systemów determinujących osadzenie w czasie melodyczno-harmonicznej reszty. Często, gdy struktura zdaje się ujawniać swoją przejrzystość, następuje coś w rodzaju 'przeładowania’ skutkującego wprowadzeniem nowego elementu.

 

 

Ostatecznie ta kultowa już pozycja emanuje paradoksami: znane składniki są ułożone zupełnie enigmatycznie. Całość bywa odbierana zarówno jako surowa i chłodna, ale też ciepła i przytulna. Niezależnie od indywidualnych wrażeń i deskryptorów, multistability jest zorganizowane wertykalnie i horyzontalnie w sposób na wskroś współczesny i oryginalny, konstytuując jedno z arcydzieł muzyki komputerowej początków obecnego wieku.

Michał Sember


SND – Atavism

2009

Prawdopodobnie najważniejszym aspektem muzyki Marka Fella i Matta Steela (SND) jest repetytywność. Wykorzystywana świadomie wyciąga na wierzch drobne i normalnie niesłyszalne zmiany: rytmiczne, barwy dźwięku i długości jego trwania. Atavism to przykład albumu, który do cna wyczerpuje bardzo ograniczoną paletę dźwięków i traktuje minimalizm poważnie.

To przez drobne modulacje fizycznych parametrów dźwięku i wykorzystanie zjawisk psychoakustycznych pozornie statyczny album wprawiany jest w ruch. Artyści ograniczyli się do minimum, przez co każdy dźwięk jest prawie całkowicie suchy i nagi. Materiał nie jest rozwodniony efektami, ani potraktowany wzmacniaczami smaku. Takie podejście premiuje praktykę aktywnego słuchania, bo mechanizmy działania tego albumu są „na widoku”. Jednak momentami działają w sposób nieoczywisty i zaskakujący, przez co niełatwo je zrozumieć. Można powiedzieć, że słuchanie tego albumu jest jak granie godzinnej partii szachowej na FM’a, w której wychodzisz z openingu po 28 sekundach.

Dominik Lentas


 

Mark Fell w duecie z Mattem Steelem zagrali również jeden z najdziwniejszych Boiler Roomów, jaki znajdziecie. Boiler Room na dwa laptopy i oprogramowanie Max MSP, w trakcie którego artyści zdają się edge’ować publikę złożonymi i nieparkietowymi salwami dźwięków tylko po to, żeby w odpowiednim momencie w spektakularny sposób rozładować napięcie.

 

 

Michał Sember & Dominik Lentas

Church Andrews ft. Matt Davies – Aquilia

Bujne i kwieciste pulsacje dźwięków modulowanych częstotliwościowo, rozciąganych zarówno w przestrzeni i czasie. Wariacje rytmiczne i wariactwo współbrzmieniowe. Coś, co brzmi jak zawroty głowy spowodowane czwartą przejażdżką naszą ulubioną karuzelą.

Muzyka CAMD jest bez wątpienia techniczna, złożona, w odbiorze jednak psotna i kapryśna. FM’owe wygibasy zaprogramowane przez Kirka Barleya (Church Andrews) wchodzą w interakcje z perkusją Matta Daviesa na wiele różnych sposobów, tym samym wyciskając z ograniczonej ilości materiału ostatnie soki. Rzężący syntezator czasem działa samodzielnie, innym razem jego mobilność ograniczana jest przez stopę. Twórczość duetu bardzo mocno kojarzy mi się z wczesnym materiałem Gábora Lázára i albumem Multistability Marka Fella. Z tego co wiem, CAMD zupełnie świadomie kontynuuje myśl rozwijaną przez tych panów, co cieszy mnie jak nic innego.

Dominik Lentas

The Blue Nile

the blue nile AT

The Blue Nile: klejnot koronny lat 80

 

Każdej dekady pojawia się kilka albumów, o których nie tylko mówi się ponadczasowe, ale i doskonale oddające ducha swojej epoki. Wydany u progu lat 90 Hats stanowi pewnego rodzaju hołd romantyczno-popowym ejtisowym brzmieniom, domykając ten jakże legendarny okres. W najnowszym wydaniu Artysty Tygodnia przyglądamy się The Blue Nile – autorom owego krążka.

Pochodzący z Glasgow zespół pojawił się na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii na początku lat 80, z miejsca przyciągając uwagę wszystkich romantyków. I choć nigdy nie osiągnęli statusu mega gwiazd czy wielkich sukcesów komercyjnych, nieprzerwanie utrzymują status kultowych o wiernym i oddanym gronie fanów. Z okazji 35 urodzin Hats oraz czterdziestolecia debiutu, The Blue Nile Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.


A Walk Across The Rooftops

1984

Linn

Gdyby określić jednym epitetem dorobek The Blue Nile, chyba najbardziej odpowiednim okazuje się być filmowy. Subtelna, lecz bogata mieszanka popu, jazzu, ambientu i elektroniki w zestawieniu z pełnym wrażliwości głosem Paula Buchanana powoduje, że odczuwane emocje uderzają z potrojoną siłą. Tym bardziej, jeśli teksty utworów traktują o samotności czy miłosnych rozterkach.

Taki właśnie jest A Walk Across The Rooftops – pierwszy album zespołu udowadniający, że w romantycznej muzyce pop istnieje miejsce dla form przestrzennych i progresywnych. The Blue Nile, mimo swojej subtelności, zadebiutowali z przytupem.


Hats

1989

Linn

O ile debiut The Blue Nile zawierać może w sobie namiastkę wczesno-jesiennej, młodzieńczej naiwności, tak pięć lat później, bogatsi o pewne doświadczenia, znajdujemy się pod gęstą warstwą deszczowych chmur. Wydany pod koniec 1989 roku Hats to album jedyny w swoim rodzaju, na którym główną rolę, obok przestrzennych instrumentariów i rozmarzonych tekstów, odgrywa atmosfera.

To jakby muzyczny odpowiednik obrazów Edwarda Hoppera – eleganckie postacie, w towarzystwie, lecz samotne, nocnymi godzinami przemierzające ulice wielkich miast skąpanych w deszczowej aurze. Samotnicy podróżujący od stacji do stacji w pełni świadomi tego, że każdy pociąg kiedyś odjeżdża, choćby na jego miejscu zjawił się kolejny. Tym razem deszcz pada o wiele silniej, a złamane serce – niczym pęknięte naczynie – przepuści każdą kroplę. The Blue Nile podają nam swoje jak na dłoni.


Peace At Last / High

1996 / 2004

Warner Bros / Sanctuary

Jak brzmi spokój i czy kiedykolwiek będziemy w stanie go zaznać? Po intensywnej trasie koncertowej i licznych kolaboracjach na fali sukcesu Hats The Blue Nile zaczęli szukać odpowiedzi na przytoczone pytanie. Ta okazała się kryć w żywych, akustycznych instrumentach, czego efektem jest Peace At Last – trzeci album formacji. Choć odrobinę bardziej optymistyczny, nadal stanowi szeroki wachlarz emocji, nierzadko ukazując pełnię możliwości w spokojniejszych kompozycjach.

Nie inaczej jest w przypadku High. Po kolejnej wieloletniej przerwie i w nowym dziesięcioleciu (a nawet już millennium) The Blue Nile ponownie zachwycają. Tym razem w postaci eklektycznej fuzji wszystkich zebranych dotychczas inspiracji – od ejtisowych przestworzy po akustyczne motywy z lat 90. To album, który w przepięknym stylu zamyka ikoniczną dyskografię, pozostając po dziś dzień finalnym przykładem wyśmienitej formy, do jakiej The Blue Nile przyzwyczaili nas w ciągu całej swojej kariery.

Antek Winiarski

George Daniel – Screen Cleaner

george daniel screen cleaner

Impuls. Dalej. Prawo. Lewo. Mniej więcej takie (w luźnym tłumaczeniu) sentencje wymawia Tove Lo w swoim rodzimym, szwedzkim języku. Ów statement możemy usłyszeć w nowym mocograju, klubowym bangerze Screen Cleaner. Stoi za nim nikt inny, jak George Daniel – perkusista i główny producent The 1975, którego debiutancki solowy utwór wytycza nowy kierunek artystycznej drogi. Stanowczo odcina się od romantycznego brzmienia macierzystej formacji: jest brudniej, ciężej i co najważniejsze – piekielnie gorąco.

Wydanie stanowi kulminację najnowszych poczynań artysty. Przez ostatnie miesiące George nie próżnował. Dotrzymywał kroku swojej narzeczonej i naszej królowej mocograjów Charli xcx w jej dzikich rozróbach pod hasłem PARTYGIRL. Dorzucał także produkcyjne trzy grosze do wielu krążków, w tym m.in. legendarnego już Brat. Jeśli to jednak nie wystarcza, to uwaga – założył własny label. No, prawie własny.

Dh2, którego George Daniel został głową, to w rzeczywistości stricte taneczno-elektroniczny odłam Dirty Hit, niezależnej wytwórni i domu dla takich nazwisk jak Been Stellar, Lava La Rue czy ww. The 1975. Pod jego skrzydła zdążyła już trafić m.in. Kelly Lee Owens, której nowa era oficjalnie zapoczątkowała katalog dh2. Owocny ciąg wydarzeń, prawda? Screen Cleaner wydaje się zatem być idealnym punktem zwrotnym tej obfitej w niespodzianki ścieżki. Zastanawia jednak pytanie, co dalej?

Odkąd w samym środku pandemii ukazał się Notes On A Conditional Form, czwarty album The 1975, wiele znaków na niebie wskazywało, że ów debiut to tylko kwestia czasu. Utwory takie jak Having No Head, Yeah I Know czy Shiny Collarbone ukazały emocjonalne podejście artysty do groovy, elektronicznych połączeń dających poczucie wewnętrznego spokoju i równowagi. Zupełnie niczym medytacja. Jak się okazuje, była to zaledwie cisza przed burzą, która miała dopiero nadejść. Czy mamy do czynienia z jednym bądź kilkoma osobnymi utworami? Może całą płytą? Jedno jest pewne: nie możemy się doczekać. A teraz wracamy na parkiet.

Antek Winiarski

Mateusz Tomczak – Usta i ręce

mateusz tomczak usta i ręce

Jak zagrać koncert otwierający festiwal? Zapytajcie Mateusza Tomczaka. W ubiegły piątek to właśnie on zapoczątkował pełen muzycznych doznań katowicki OFF Festival. Było krótko, lecz intensywnie. W ciągu nieco ponad pół godziny usłyszeliśmy materiał z zeszłorocznego debiutu Ekshibicjonizm oraz niemałą garść numerów z nadchodzącego krążka. Ten ukaże się już na początku września, o tytule Niektóre sekrety powinny pozostać marzeniem. My jednak w rzekomym sekrecie nie potrafimy utrzymać pięknych doświadczeń wyniesionych z OFFowego koncertu.

Niesiony olbrzymią dawką ekspresji Tomczak miotał się po scenie, rzucał statywem czy owijał sobie szyję kablem od mikrofonu, zupełnie niczym Matty Healy na koncertach The 1975. Jedną z licznych wisienek na torcie było pogo w trakcie Usta i ręce – singla zwiastującego drugi album i nowego mocograja na 91.6 FM. Artysta określił go jako “ten utwór, gdzie jak ktoś chce wskoczyć w moshpit, to teraz jest moment”. Cóż, nie ma się co zastanawiać. Z elektronicznego bangera przerodził się w emo hymn, do którego nie sposób jakkolwiek stać w miejscu.

Antek Winiarski