Archiwum

Man/Woman/Chainsaw – Get Up and Dance

Brytyjska scena gitarowa od około 10 lat przeżywa wyjątkowo ciekawy moment. Po sukcesach Black Country, New Road, Black Midi czy Squid pojawiło się całe pokolenie zespołów, które przestało traktować rock jako zbiór sztywnych reguł. Jednym z nich jest Man/Woman/Chainsaw – londyński kolektyw, który zaledwie kilka lat temu wyrósł z młodzieżowej sceny DIY, a dziś coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród najważniejszych nowych nazw brytyjskiej alternatywy. Debiutancka EP-ka Eazy Peazy pokazała zespół zakochany jednocześnie w post-punku, chamber popie i hałaśliwym art rocku. To właśnie ta nieoczywista mieszanka sprawiła, że wielu krytyków zaczęło stawiać ich obok najbardziej ekscytujących gitarowych debiutów ostatnich lat.

Najnowszy singiel Get Up and Dance zapowiada debiutancki album Cannonball. Już sam tytuł sugeruje przebojowość, ale zespół bardzo szybko pokazuje, że nie interesuje go pisanie prostych tanecznych piosenek. To utwór, który bawi się oczekiwaniami słuchacza. Zaczyna się niepozornie, niemal delikatnie, by z każdą kolejną minutą coraz mocniej zagęszczać atmosferę. Wokal prowadzi narrację z pozornym spokojem, podczas gdy pod powierzchnią cały czas narasta napięcie. 

Największą siłą utworu pozostaje jednak aranżacja. W tej popowo-alternatywnej formie zastosowanie budujących napięcie i przyspieszających instrumentów smyczkowych zwieńczone mocniejszym uderzeniem gitary, perkusji i wokalu przywodzi na myśl wczesne Black Country, New Road i jest dowodem na wyjątkowe umiejętności kompozytorskie tej grupy. Smyczki nie pełnią tutaj funkcji ozdobnika. Są pełnoprawnym instrumentem rytmicznym, który prowadzi kompozycję i nadaje jej dramatyzm. Gdy w finale dołączają przesterowane gitary, wszystko układa się w niezwykle naturalną kulminację. Nie ma tu ani jednego elementu, który sprawiałby wrażenie dopisanego na siłę.

To właśnie umiejętność budowania napięcia wydaje się dziś największym atutem Man/Woman/Chainsaw. Zamiast zasypywać słuchacza kolejnymi pomysłami, zespół cierpliwie rozwija motywy, pozwalając im wybrzmieć we właściwym momencie. Recenzenci od dawna zwracają uwagę, że grupa znakomicie odnajduje się na granicy piękna i kontrolowanego chaosu. Get Up and Dance tylko tę opinię potwierdza.

Singiel promuje album Cannonball, który ukaże się 7 sierpnia. Jeżeli pozostałe kompozycje utrzymają poziom singli Nosedive, Goddamn, Lizard Man! i właśnie Get Up and Dance, Man/Woman/Chainsaw mogą bardzo szybko dołączyć do grona zespołów wyznaczających kierunek rozwoju brytyjskiej alternatywy. Patrząc na tempo, w jakim dojrzewa ich sposób komponowania, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami początku historii, o której za kilka lat będzie mówiło się znacznie głośniej niż dziś.

 

Piotr Sekuła

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

Murex – Massacre

Skandynawia wyznacza trendy i to wiemy nie od dziś, a kolejnym potwierdzeniem tej tezy jest debiutancki singiel Murex o tytule Massacre. Utwór został wyprodukowany samodzielnie w sztokholmskim studiu i trzeba przyznać, że emanuje charakterystycznym nordyckim powiewem chłodu. Mimo że kawałek zdaje się delikatny, potrafi zaskoczyć brutalnością i błyszczeć pośród mgły. To zdecydowanie jeden z tych numerów, w których dychotomiczne wartości odgrywają główne role. Massacre najciemniejsze oblicze pokazuje jednak wtedy, gdy odbiorca zagłębi jego przesłanie: opowieść o głodzie i świadomym prowadzeniu samego siebie ku zniszczeniu.

Paulina Madej

ciiicho — always be there

always be there ciiicho cover

always be there to pierwszy singiel zapowiadający nową erę w twórczości producentki ciiicho, znanej między innymi ze współpracy z Dominiką Płonką. Stojąca za pseudonimem Gabi Cichy z wykalkulowaną lekkością i precyzją wybiera harmonie i efekty, tworząc delikatny, choć równie żywiołowy krajobraz dźwięków. W jej stylu produkcji od dawna widać fascynację echem i miękkością, łącząc talent do subtelnych, klasycznych kompozycji, ze świadomością nowoczesnych wpływów elektronicznych – z artystami takimi jak Oklou czy Sega Bodega na czele.

Te inspiracje są zwłaszcza słyszalne w wyróżnianym utworze, z kompozycją płynnie mieszającą dynamikę syntezatorów z eterycznym, glitchującym sound designem. Podróżując poprzez wszystkie emocjonalne warstwy melancholii, uczucia potęguje oprawa wizualna artystki Julii Florczyk, tworząc unikatowe połączenie dźwięku i grafiki — połączenie absolutnie zasługujące na wyróżnienie mocograja!

Mikołaj Domalewski

ROSALÍA – Berghain ft. Björk & Yves Tumor

ROSALÍA powraca w dramatycznym tonie klasycznej koloratury. Jej głos nie odbija się jednak od marmurów opery, lecz od betonowych ścian mieszkania na warszawskiej Pradze albo tytułowego Berghain kultowego klubu techno w Berlinie. Całość brzmi jak gdyby ktoś zamknął Montserrat Caballé w gotyckiej katedrze zamienionej w klub nocny i kazał jej się modlić do migających wokół świateł. Ten powrót nie jest triumfalny – jest wyznaniem, zaklęciem, próbą odzyskania kontroli nad własną narracją i kierunkiem artystycznym. W jej wokalu wciąż drży flamenco, ale pulsuje też rytm klubowego, nocnego oddechu po Motomami

Berghain to pierwszy singiel z nadchodzącego albumu Lux, który ukaże się już 7 listopada. Artystka ostrzy apetyt słuchaczy, łącząc elektronikę, chór i orkiestrę, a także odwołując się do swoich korzeni klasycznych przy pomocy trzech języków: niemieckiego, hiszpańskiego i angielskiego. 

Współpraca jest imponująca na papierze — trzy nazwiska o kulturowym ciężarze. To właśnie tutaj pojawia się ryzyko: wielkie współprace często oczekują od nas, by zachwycić się samym pomysłem, zanim usłyszymy muzykę. W Berghain udało się uniknąć tej pułapki tylko częściowo. Obecność Björk i Yves Tumor jest wyczuwalna bardziej w atmosferze niż w wyrazistych partiach. ROSALÍA jest na tyle silną artystką, że sama doskonale podźwignęłaby dramaturgię utworu. 

Odrobinę hermetyczny singiel Berghain dla jednych będzie doskonałym manifestem, dla innych niezrozumiałym chaosem. Jedno jest pewne. ROSALÍA doskonale łączy teatralność, czułość i wewnętrzny egzorcyzm.

Julia Prus

 

 

Clayknot – Rzeka

Clayknot - Rzeka

Razem z prądem przypłynął do nas najnowszy singiel Clayknot Rzeka, przy której artystka snuje kolejną opowieść o wymarzonym wszechświecie. Przez całą historię towarzyszy nam krystaliczny dźwięk, przypominający polne cykady. Clayknot wyciąga do nas rękę, żeby na chwilę porwać nas w senny bieg przez pola i mokre kamienie. 

Rzeka brzmi dla mnie jak niecodzienne połączenie songwriterskich ballad z shoegaze’em. Nurt, w którym odnajdą się miłośnicy lekkiej alternatywy, popu, klasyki polskiego rocka i onirycznych brzmień. Clayknot dała się już poznać w najróżniejszych wydaniach, wspólnie z takimi artystami, jak Powaby, Bazgrołki, Mara, czy Aluzja. Krótko przed premierą solowego utworu zagościła również ze stasiem na singlu deszcz_na_twarzy z producenckiej płyty dj’a cbh, z którymi wspólnie wystąpiła w warszawskich Chmurach.

Na niezależnej scenie alternatywnej mamy wiele wyjątkowych wokalistek, które działają na podobnym polu. Często dzięki temu powstaje siostrzana sieć muzyczna, w którą sama Clayknot bardzo aktywnie się angażuje. Na przykład support przed wystepem KIWI to nie kolejny gig do odśpiewania, tylko okazja do wzajemnego wymienienia się zachwytami. Z kolej kolidująca data premiery ze znajomą wokalistką Olą Poskrop to nie powód do konfliktu, tylko szansa na wsparcie siebie nawzajem w dniu premiery i okazanie wsparcia. Clayknot, zarówno jako artystka i postać w internecie, tworzy przestrzeń otwartą i pełną delikatnego komfortowego światła. W jej imieniu zapraszam Was do tej krainy!

Dawid Sas
osiedle core

Pulp

O pamięci, przemijaniu i pożegnaniach

More to triumfalny powrót Pulp: emocjonalnie bogaty, stylistycznie przemyślany i mocno osadzony w ich klasycznej tożsamości. Album zgłębia tematy starzenia się, seksualności i refleksji nad życiem – wszystko okraszone ironicznym humorem i nostalgicznym urokiem. To nie tylko prezent dla fanów, ale także dowód, że zespół – mimo 24 lat przerwy – wciąż potrafi przedstawić nam coś świeżego.

 

I’d like to buy the world some time, some time, some time
And a choice

Tymi słowami kończy się More, najnowszy album Pulp. To nie tylko pożegnanie z basistą zespołu i dobrym przyjacielem, Steve’em Mackeyem – to także zamknięcie kręgu, który rozpoczął się w latach 80., kiedy młoda grupa muzyków z Sheffield poszukiwała swojego brzmienia; tego, czym miał być Pulp. Między tymi dwoma momentami – oddalonymi o ponad czterdzieści lat – mieści się jedna z najbardziej złożonych historii ewolucji artystycznej w brytyjskiej muzyce popularnej.

Pulp to nie tylko zespół britpopowy (sami zresztą nigdy nie lubili się tak określać). Lawirując pomiędzy seksownym glam rockiem, tanecznym manifestem, a niewinnymi balladami tworzą własną wartość. To formacja, która przeszła przez niemal wszystkie fazy emocjonalne i estetyczne dorosłości – od niepewnej młodości, przez bunt, naukę kochania i niebezpieczną sławę, aż po melancholię przemijania. Każdy ich album to etap, każde brzmienie – lustro czasu, w którym się odbijali.


It

1983

Mimo że pierwsze albumy Pulp nie odbiły się dużym echem, wciąż są dziełami, które kształtują całokształt muzyki brytyjskiej lat 80. i 90. It do teraz plasuje się jako jeden z ciekawszych debiutów w tym nurcie. I choć ówczesny skład zespołu zdecydowanie różnił się od tego, który zdobył sławę dekadę później, jedno pozostało niezmienne – Jarvis Cocker. Jeszcze wówczas nastoletni, rozczochrany, z ogromnymi okularami i jeszcze większymi aspiracjami, by na zawsze zmienić oblicze brytyjskiej muzyki. Inspirowany Nickiem Drake’em, Jonathanem Richmanem i Donovanem wypełnia album odami do miłości, melancholii, młodości i niewinności. Cocker komentuje uważnie obserwowaną przez siebie rzeczywistość, ukazując intymną wrażliwość i poetycki dystans.

It to cichy debiut, który dzisiaj brzmi jak zapis prywatnej rozmowy młodego artysty z samym sobą. To muzyczny szkicownik, który pokazuje, że nawet najwięksi zaczynali od rzeczy małych, subtelnych, czasem naiwnych.


Different Class

1995

Kiedy w 1994 roku nadeszło His ‘n’ Hers, Pulp rozkwitli. Wreszcie znaleźli brzmienie, w którym czuli się najpewniej: surowy glam-pop z ironicznymi tekstami o ciele, pragnieniu i brytyjskiej, szarej codzienności. Momentami patetyczny, ciągle ironiczny i poetycki. Przeplatany błyszczącą nitką disco, której kierunek ściegu wyznaczał Steve Mackey na basie.

Ale to Different Class z 1995 roku uczynił z nich legendę. Album po brzegi wypełniony hymnami klasy średniej, która próbowała być kimś innym, niż pozwalała jej metryka społeczna. Jarvis Cocker stał się kimś więcej niż tekściarzem i frontmanem zespołu. Został głosem pokolenia, ale zamiast triumfu – była ironia. A sława podszyta była świadomością jej fałszu.

To właśnie był moment przełomowy dla zespołu. Od tamtej pory byli jedną z najbardziej znanych brytyjskich formacji, jednak gdy britpop często flirtował z narodową dumą i stylistyką retro, Pulp pytał, prowokował i obnażał hipokryzję.


This Is Hardcore

1998

Po sukcesie Different Class Pulp nie poszli drogą kolejnych hitów. Wydany w 1998 roku album This Is Hardcore był zaskoczeniem – ciemniejszy, poważniejszy i bardziej intymny. Jarvis Cocker śpiewał o wypaleniu, starzeniu się, o tym, co dzieje się po imprezie. Zamiast euforii – niepokój, zamiast przebojów – piosenki z ciężarem emocjonalnym. Choć w momencie premiery wzbudził mieszane reakcje, dziś uważany jest za jedną z najdojrzalszych płyt zespołu.

To zdecydowanie najcięższy i najbardziej wyrafinowany album grupy. Taneczny pop się skończył, a Pulp rozbierali jego resztki na części pierwsze. Muzycznie – noir-pop, cyniczne ballady, echo trip-hopu. Lirycznie – erotyka, przemijanie, starzejące się ciało, bezsilność. This Is Hardcore stanowił najbardziej bezlitosny autoportret zespołu, który już nie wierzył w pop jako wybawienie. A mimo to stworzył sztukę, która była jego najwyższą formą.


We Love Life

2001

Pulp wracają w 2001 roku z płytą We Love Life – spokojniejszą, cieplejszą, ale nadal pełną treści. To album, na którym zespół wyraźnie oddycha głębiej. Pojawiają się tematy natury, relacji, pogodzenia się z przemijaniem. Nie ma tu już britpopowej zadziorności – jest za to refleksyjna dojrzałość.

We Love Life jest subtelny, piękny, z ukrytym napięciem skrytym pod powierzchnią. Nie próbował robić hałasu, zamiast tego wszedł cicho, rozgościł się i zostawił coś, co z czasem działa mocniej niż wielkie finały – spokój, pewność, dojrzałość. To płyta, która nie musi krzyczeć, żeby powiedzieć coś ważnego. Może właśnie dlatego dziś tak dobrze się jej słucha. Jakby Pulp chcieli nam powiedzieć: „Hej, życie może być dziwne, trudne, ale też całkiem piękne – jeśli tylko przestaniesz pędzić i zaczniesz słuchać”.


More

2025

Album More nie próbuje być kopią dawnych sukcesów. To dojrzała, dobrze przemyślana płyta, w której słychać doświadczenie, dystans i nadal bardzo żywy styl zespołu. Tematyka skupia się na starzeniu się, intymności i ucieczce od schematów. Jarvis Cocker nadal pisze teksty, które łączą humor z obserwacją rzeczywistości. More nie jest tylko prezentem dla fanów – to znak, że Pulp wciąż mają coś ważnego do powiedzenia.

Zespół wraca nie po to, by powrócić, lecz by pogodzić się z tym, co było. To album o żałobie po Steve’ie Mackeyu, ale też o pamięci, która nie przemija, nawet jeśli ciało znika; dźwiękowa przestrzeń dla Cockera, w której może mówić nie jako komentator społeczny, ale jako człowiek, który tęskni, wspomina, rozumie i próbuje się z tym wszystkim pogodzić.

Bo Steve Mackey nie był tylko basistą zespołu Pulp. Był jego pulsującym sercem – tym, który nadawał rytm, głębię i taneczny wymiar piosenkom o alienacji, pożądaniu i egzystencjalnym niepokoju. Jego śmierć 2 marca 2023 roku zakończyła jeden z rozdziałów w historii brytyjskjej muzyki, ale jego wpływ – zarówno jako muzyka, jak i producenta – nadal rezonuje. More to album dedykowany Steve’owi. To nie tylko hołd dla wspaniałego muzyka, ale też pożegnanie z przyjacielem.

Czym jest tytułowe More? Nazwa najnowszego albumu może wydawać się przewrotna. W świecie, w którym każdy chce więcej, od samych siebie wymagamy coraz większego rozwoju, większych sukcesów, Pulp proponuje nam coś zupełnie innego. Więcej ciszy, więcej miłości, więcej refleksji… i mniej spektakularności.

A to zdecydowanie więcej niż można było się spodziewać.

Zuzanna Kopij i Julia Prus

god.wifi — dj

Muszę się do czegoś przyznać — ten mocograj był zaplanowany. Od miesięcy.

8 listopada.

To wtedy podczas setu god.wifi usłyszałem pierwszą próbkę utworu dj. Od razu wiedziałem, że po premierze zrobi on rundki na moich słuchawkach, ale skrycie w sercu trzymałem też nadzieję na głośniki radiowe. Ciężko kogokolwiek oszukać — utwór wpadł mi w głowę i nie chciał wyjść. I tak pomimo usłyszenia go zaledwie jeden raz, pilnie siedział tam od początku listopada i czekał na doskonały moment, aby przypomnieć mi o swoim istnieniu i wdrożyć plan w akcję.

28 lutego.

Warto było czekać na premierę debiutanckiego albumu FREE WIFI — na trackliście nareszcie widnieje utwór dj. Na sam album oczekiwania miałem już wystarczająco duże, ponieważ po passie świetnych singli ciężko byłoby mnie zawieść, ale to usłyszenie pierwszego dj to ja było jak powrót do domu. Na utworze znajdziemy charakterystyczny dla artystki niewiarygodnie kreatywny beat, któremu towarzyszą żartobliwe wersy, autotunowany wokal i zabawa muzyką, jak nastackowane tagi, sample czy rytmiczne oklaski. Ale ponad komiczną warstwą to przede wszystkim kawał świetnego digicore’u z trapowo-hyperpopową produkcją, którego podobnie pełno na wspomnianym debiucie. A to przypomina, że polska reprezentacja hyperpopu, jest naprawdę na poziomie międzynarodowym i warto ją sprawdzić.

Miksuje dla nas jedna z najlepszych polskich reprezentantek internetowej muzyki, więc jeżeli komuś trzeba jeszcze przypominać kto tu jest prawdziwym dj’em, a kto tylko gra tracki, to posłuchajcie jeszcze raz naszego najnowszego mocograja

Mikołaj Domalewski

Dno – bogdan sėkalski ft. magicc_pep

Płyniemy do Dna, by pomedytować nad stanem naszego ducha, ponarzekać i oczyścić głowę ze zmartwień. Płyniemy w mieszance nieoczywistej (jak to zwykle bywa w przypadku tej dwójki artystów). A Dno jest gładkie, plumkające i sprawia, że mamy łaskotki.

Czujemy porządek pośród chaosu. Otaczają nas zapętlone repetycje, błyskotki i glitche. Melancholia nas koi, a dotarcie do Dna to introspektywny katharsis. bogdan i magicc_pep osiągnęli ten dziwny stan, rozsadzając granice między gatunkami muzycznymi. Nie jest to jednak dekonstrukcja dla samej sztuki dekonstrukcji – Dno wydaje się być intymnym, emocjonalnym manifestem. To dialog między introspekcją a rytmem życia – hipnotyczny, refleksyjny, a zarazem zaskakująco dynamiczny. Do tego, jak na bogdana sėkalskiego i magicc_pepa przystało, bawią się produkcją, tworząc niespodziewane połączenia i dochodząc do nieoczywistych rozwiązań.

Koledzy, bierzcie ile się da z tej lekkości, zabawy formą i nieperfekcyjnej doskonałości. Trzymamy kciuki, że się uda!

Zuzanna Kopij


FKA Twigs

EUSEXUA to stan bytu. Uczucie chwilowej transcendencji, często wywoływane przez sztukę, muzykę, seks i jedność. EUSEXUA może wiązać się z przypływem błogości i uczucia nieograniczonych możliwości. Używane również w odniesieniu do szczytu ludzkiego doświadczenia.”

– Tak tytuł swojego najnowszego albumu tłumaczy FKA Twigs – Artystka Tygodnia w Radiu LUZ

FKA Twigs, a właściwie Tahliah Debrett Barnett, urodzona 16 stycznia 1988 roku. Od najmłodszych lat była zajawiona tańcem – głównie baletem. Ciężko się temu dziwić, jej mama – Angielka z hiszpańskimi korzeniami, była tancerka i nauczycielka salsy oraz krawcowa, inspirowała małą Tahliah’e Dorastała w Cheltenham, dość małym mieście, blisko granicy z Walią.  Zawsze czuła się trochę inna, trochę niepasująca do reszty rówieśników. Była jedyną niebiałą osobą w swojej szkole i jak niestety większość osób odmiennych etnicznie od ogółu, doświadczała wykluczenia.

Miłość do baletu przerodziła się w ogólne zapatrzenie w sztukę. Mając 16 lat, zaczęła tworzyć muzykę w jednej z młodzieżowych organizacji artystycznych. A już rok później, nie ukończywszy nawet 18 roku życia, w celu poszerzenia swoich horyzontów, wyprowadziła się samodzielnie do Londynu.

W stolicy UK udało jej się rozkręcić karierę tancerki do tego stopnia, że jej stawka była nieraz dwukrotnie wyższa niż stawki reszty tancerek pracujących przy danym projekcie. Współpracowała między innymi z Kylie Minouge, Jessie J i Ed’em Sheeran’em. Podczas tej przygody Tahliah zdobyła swój przydomek – TWIGS. Ze względu na to, że jej stawy podczas kontorsji strzelały niczym suche gałęzie.

Jednak taniec, mimo że Twigs była w nim zatracona do reszty, nie dawał jej artystycznego spełnienia. Rozpoczęła pisanie tekstów i współpracę z poznanymi już producentami. Pierwszą epkę – EP1 wydała niezależnie w 2012 roku, świetny, odważny debiut. Bardzo intymna, ale jednocześnie trochę eksperymentalna – dała jej head start w świat popowej awangardy.

Drugi projekt – EP2, wydany został pół roku po pierwszym. Tym razem za całość produkcji odpowiadała experimental diva we własnej osobie – Arca. 2013 rok był dla wenezuelskiej producentki przełomowy. Najpierw angaż w produkcji kultowego YEEZUS Kanye’go Westa, któremu nadała eksperymentalnego pazura, a później niewpasowany w żadne wcześniej utarte schematy, futurystyczny album &&&&&.  Twigs i Arca pięknie się dopasowały i stworzyły idealne EP, które na stałe zapisały wokalistkę w zbiorowej świadomości jako artystkę niebojącą się dekonstrukcji, zarówno muzycznej jak i emocjonalnej. Trafiła nawet na listę 14 artystów do śledzenia w 2014 roku, magazynu Billboard.

Warto było w tamtym czasie śledzić jej działalność, w czerwcu wypuściła razem z klipem, jej największy ówczesny hit – Two Weeks, zapowiadający jej pierwszy pełen studyjny album – LP1. Album zadebiutował na 16 miejscu zestawienia albumów z UK. The Time bardzo pozytywnie odebrał album i napisał, że wykonała jeden z najbardziej fascynujących i złożonych aktów w R&B.

W tym samym roku rozpoczęła pracę nad kolejnym EP. Tym razem współpracując z producentem stojącym między innymi za największymi hitami BeyoncéBOOTS. M3LL155X – ukazała się w sierpniu 2015 roku, razem z 16-minutowym filmem. Twigs w tym konceptualnym audiowizualnym dziele opowiada, o mierzeniu się z byciem kobietą. Warto zobaczyć.

Po tych sukcesach nastąpiła jednak stagnacja, zarówno w jej życiu prywatnym jak i artystycznym. Diagnoza i operacja usunięcia nowotworu oraz rozstanie z wieloletnim partnerem, bardzo popularnym aktorem Robertem Pattinsonem były bardzo ciężkimi doświadczeniami. Twigs pracując przez 3 lata nad albumem MAGDALENE, włożyła w niego całe swoje złamane serce. Z okazji wydania tego projektu została nawet w 2019 roku Artystką Tygodnia w Radiu LUZ, więcej o nim możecie przeczytać w artykule autorstwa Anny Lalki.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jednak, jak dobrze MAGDALENE będzie odebrane. Album otrzymał świetne recenzje, a teledysk do cellophane został nawet nominowany do Grammy.

Po każdej żałobie musi nastąpić akceptacja. Po dewastującym smutku przeżywanym w MAGDALENE akceptacją było CAPRISONGS. Obszerny mixtape wydany 14 stycznia 2022 roku. Projekt dużo lżejszy i zabawowy, nie odchodzi jednak od zmysłowości, do której Twigs przyzwyczaiła już swoich odbiorców. Realia 2020 roku – pandemia i lockdown, sprawiły, że prace nad CAPRISONGS odbywały się zdalnie, przez FaceTime. Lista współtwórców jest dzięki temu bardzo bogata – Koreless, El Guincho, Cirkut, MIKE DEAN, The Weeknd, Arca, Shygirl, Dystopia, Rema, Daniel Caesar, Jorja Smith oraz Unknown T.

Mimo luźniejszej warstwy muzycznej, tekstowo jest nadal głęboko. Twigs pośrednio opowiada, o jak sama to wspomina – najbardziej traumatycznym okresie w swoim życiu. W 2018 na planie filmu Honey Boy poznała Shia’e LaBeouf. Przez rok, do połowy 2019 byli parą. Aktor był w tym czasie bardzo przemocowy, sprawił, że życie Twigs zamieniło się w koszmar. W 2020 złożyła oskarżenia związane z napaścią seksualną, pobiciem i „bezlitosnym wykorzystywaniem” emocjonalnym. Proces nadal się nie zakończył, a najbliższa rozprawa odbędzie się dopiero w połowie 2025 roku. Artystka sama w odniesieniu do sytuacji, w wywiadzie dla CBS powiedziała na koniec – „To cud, że uszłam z tego z życiem”

W styczniu 2024 Twigs napisała na swoim Instagramie „W tym roku robiłam mój album w taksówkach w Berlinie, chatach w Big Sur, jaskiniach na Ibizie, ulicach Hackney, napisałam teksty nad praskimi jeziorami  i w toaletach rave’ów, długopisem na dłoni”. To była zapowiedź ostatniego wydawnictwa, w zeszły piątek 24 stycznia EUSEXUA ujrzała światło dzienne. Artystka jakiś czas wcześniej przeprowadziła się do Pragi, w celu nagrywania filmu The Crow. Tam doświadczyła praskiej kultury alternatywnej, tej, która nie zdążyła jeszcze dotrzeć w rejony pretensjonalności. W wywiadzie z RuPaul’em opowiedziała, że uczęszczanie na rave’y w stolicy Czech sprawiły, że zakochała się w techno i otaczającą je kulturą. Sam album, mimo, że nie zawiera tego gatunku, jest jej listem miłosnym dla całej właśnie kultury alternatywnej.

„Eusexua przejmuje kontrolę nad tym, kim jesteś. Mieniące się płatki róż na mojej skórze. Wszystko wydaje się idealne, Jakbyś w końcu dotarł do celu. Eusexua to zaufanie do swojego ciała. Wyrażanie siebie lepiej, tworzenie czegoś bez używania ogólnie dostępnego języka. Eusexua to tlen, to coś, co sprawia, że czuję, że żyję. Po prostu nigdy nie wiedziałem, jak to wyrazić” – wybrzmiewa materiał promujący najnowsze wydawnictwo FKA TwigsEUSEXUA.

Grzegorz Dukaczewski