Wojciech Mann „Kroniki wariata z kraju i ze świata” (Monika Glińska)
Wojciech Mann „Kroniki wariata z kraju i ze świata”
wyd. Znak
Monika Glińska
„Kroniki wariata z kraju i ze świata” Wojciecha Manna to całkiem spora dawka absurdu podana czytelnikowi w nietypowy sposób. Jednak, żeby zabawa z tą książką była udana, trzeba podejść do niej z odpowiednim nastawieniem. Inaczej przejdziemy koło niej obojętnie.
„Kroniki wariata” są kolażem reklam obrazkowych, najróżniejszej maści rymowanek i historyjek obyczajowych z kilkoma stale powracającymi postaciami w roli głównej. Każdy tekst jest opatrzony fotografią, z którą wiąże się w mniej lub bardziej przewrotny sposób, a dzięki temu sąsiedztwu i tekst, i zdjęcia wzajemnie się wzmacniają. Wszystkie historie łączy absurdalny, niekiedy wręcz surrealistyczny humor rodem z Monthy Pythona, choć poziom abstrakcji niektórych z nich jest tak duży, że nawet Brytyjczycy z Latającego Cyrku by ich nie wymyślili… Opowieści Manna mają też wyraźne zabarwienie PRL-owskie, mimo że autor przyjął raczej współczesną perspektywę czasową. Nie minąłby się z prawdą ten, kto powiedziałby, że stanowią nieco wynaturzone żarty z komunistycznej propagandy.
Ogólnie rzecz biorąc, cały ten miszmasz ma swój specyficzny urok. Rewelacyjne reportażowe fotografie Tomka Sikory na pewno stanowią niewątpliwą ozdobę tej książki. Obawiam się jednak, że jej klimat może nieco trącić myszką. Wszak główne postacie, takie jak Gandalf, żelazny karzeł Wasyl, doktor Wycior czy pan Henio, pochodzące z satyrycznej audycji radiowej „Nie tylko dla orłów,” mają już niemal 30 lat i do współczesnych realiów nijak nie pasują. Bo tak się składa, że uciekanie się do nieuzasadnionej przemocy wobec kobiet i zwierząt czy mniej lub bardziej otwarcie manifestowany mizoginizm są już dawno passé i nie śmieszą, przynajmniej mnie. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że nie ma się co czepiać autora o tę niepoprawność, skoro bardziej niż określenie „książka” do „Kronik wariata” pasuje słowo „zgrywa”. Mann puścił bowiem wodze fantazji, zbytnio się nie przejmując, czy to, co spłodził, sklei się w wartościową i spójną całość. Tym miał się zająć wydawca, któremu zapewne zależało głównie na tym, żeby po pierwsze w ogóle książkę wydać, a po drugie skorzystać z trwającej mody na PRL oraz popularności lubianego dziennikarza i powtórzyć sukces sprzedażowy „Rockmanna”. Podsumowując: po „Kroniki wariata” można, moim zdaniem, sięgnąć dla zabicia czasu. Od Manna pisarza wolę jednak bardziej przyziemne dowcipy pełnego dystansu do siebie i do świata redaktora radiowego.