Archiwum

Z Radia LUZ na sejmowe korytarze – rozmowa z Radomirem Witem

Każdy ma gdzieś swoje korzenie i początki. Los pisze różne historie, a my mieliśmy okazję przyjrzeć się jednej z nich. Czy wiedzieliście, że Radomir Wit, znany aktualnie dziennikarz i publicysta, swoje pierwsze przygody z dziennikarstwem zaczynał w budynku C8? Jak wspomina tamte czasy, a jak obecnie wygląda jego kariera, ale też codzienność? Odpowiedzi na te i inne pytania poznacie dzięki rozmowie przeprowadzonej przez Tomasza Gumułę dla Radia LUZ.

 

Radomir Wit, dziennikarz, reporter polityczny związany ze stacją TVN24, autor książek i jeden z najbardziej rozpoznawalnych korespondentów sejmowych w Polsce.

Dziennikarstwo od zawsze

Niektórzy z Nas już od dziecka wiedzieli czym chcą zajmować się w przyszłości. Podobnie było w przypadku Radomira Wita, który jak zdradził w wywiadzie dla Radia LUZ myślał o dziennikarstwie od nastoletnich lat.

Jeżeli mnie pamięć nie myli, to jak zaczynałem w ogóle w Radiu Luz, to jeszcze byłem licealistą, dlatego że od zawsze wiedziałem, że kręci mnie dziennikarstwo i zawsze wiedziałem, że chcę robić dziennikarstwo. –  wspomina.

Jeśli zainteresowała Was historia Radomira i chcecie dowiedzieć się więcej, koniecznie przesłuchajcie całej rozmowy przeprowadzonej przez Tomka Gumułę na naszym radiowym Spotify:

tekst: Agnieszka Traczyk, fot. Tomasz Gumuła, materiały dźwiękowe: Jakub Dworzecki

Michał Barański – To jest moja filozofia muzyki

Dla polskiego muzyka jazzowego wydanie albumu w serii Polish Jazz to odpowiednik zdobycia Mount Everestu. Zrobić to dwukrotnie – tego doświadczyli naprawdę nieliczni. Do ich grona ostatnio dołączył basista Michał Barański ze swoją najnowszą płytą No Return No Karma.

 

Kariera Michała Barańskiego znacząco różni się od tej innego współczesnego muzyka, Kuby Więcka, który również posiada na koncie mnogie wydawnictwa zrealizowane w ramach cyklu Polskich Nagrań – najsłynniejszej polskiej serii fonograficznej. Choć w jej obrębie obaj debiutowali jako liderzy, ich doświadczenie sceniczne różniło się diametralnie.

W chwili premiery Another Raindrop, Więcek miał jedynie 23 lata i miano ciągle rozwijanego wielkiego talentu. Dla Barańskiego Masovian Mantra było zaś możliwością pokazania umiejętności instrumentalnych oraz kompozytorskich, które zdobywał w trakcie ponad dwudziestu lat koncertowania z postaciami tak legendarnymi, jak Zbigniew Namysłowski czy Bennie Maupin. Gdy jednak przyjrzymy się obu artystom bliżej, zaczynamy dostrzegać punkty wspólne.

Przede wszystkim wspomniany debiut Więcka (podobnie jak jego następna płyta, Multitasking) to album nagrany w tercecie, razem z Łukaszem Zytą i właśnie Barańskim. Po latach saksofonista odwdzięczył się za pomoc, biorąc czynny udział w tworzeniu Masovian Mantry. Poza wspólną twórczością, muzyków łączy sposób, w jaki postrzegają rolę wiodącego instrumentu w tworzonej przez siebie muzyce. W rozmowach, które miałem okazję przeprowadzić z nimi w tym roku, zarówno Więcek jak i Barański podkreślali, że traktują (odpowiednio) saksofon oraz bas jako elementy większej układanki, w której należy harmonijnie połączyć brzmienie wspomnianych aparatów z pozostałymi dźwiękami.

W przypadku muzyki Barańskiego dodatkowym wyzwaniem na drodze do muzycznego balansu jest często niezwykła kompleksowość rytmiczna jego kompozycji. Artysta od lat zgłębia konnakol sztukę perkusji wokalnej, pochodzącej ze straohinduskiej muzyki karnatackiej (więcej na ten temat dowiecie się z naszej rozmowy sprzed roku, załączonej poniżej). Pozwala ona w matematyczny sposób tworzyć wzorce rytmiczne o dowolnej długości i złożoności. Przede wszystkim jest jednak znakomitym narzędziem do wykształcenia odpowiednika słuchu absolutnego w zakresie metrum.

Dla Barańskiego konnakol był odpowiedzią na wyzwania w jazzie nowego milenium. Coraz częściej prezentowane przez artystów zainteresowanie muzyką Wschodu, a co za tym idzie jej rytmiczną maestrią, wielokrotnie wymagało od basisty ogromu pracy, by podołać trudnym wymaganiom. Dzięki matematycznej logice konnakolu i tysiącom godzin ćwiczeń obecnie żaden rytm nie jest już dla niego wyzwaniem.

Na płycie No Return No Karma można usłyszeć metrum tak szalone jak 12 na 15, które posłużyło za tytuł jednej z kompozycji. Dziewięćdziesiąte wydanie serii Polish Jazz ani przez moment nie sprawia wrażenia albumu służącego jedynie rytmicznym popisom jej twórcy. Przeciwnie – to wydawnictwo spójne i wyważone. Dzieje się tak, ponieważ, podobnie jak w przypadku wpływu jego instrumentu na całokształt muzyki, Barański doskonale rozumie, że najważniejszy jest balans. Niezwykle płynnie łączy zdominowane przez rytm hinduskie inspiracje ze skupionymi na melodii i harmonii zachodnimi wpływami.

– Jak to robisz, żeby nie przesadzić z konnakolem (…) żeby to było wyrafinowane rytmicznie, ale dało się tego słuchać?

– Ja myślę, że tutaj wychodzi moje zainteresowanie innymi rodzajami muzyki (…). Słucham też, no właśnie, Jamiroquai, muzyki R&B (…), popu – takiego naprawdę z najwyższej półki – i muzyki elektronicznej też. Zawsze to gdzieś tam siedzi we mnie i nigdy nie będzie to za trudne dla odbiorcy, ponieważ będzie melodia, będzie harmonia wzięta z muzyki R&B, hip-hopu czy nawet popu, z muzyki klasycznej. I to jest element, który te rytmy trochę uczłowiecza. To jest moja filozofia muzyki – żeby to dla koneserów było atrakcyjne, ale mojej babci też się podobało.

Przez ogrom koncertów nie tylko w roli lidera Barański nie miał w ostatnich latach czasu na eksplorowanie polskiego folkloru, który stanowi trzon Masovian Mantry. Na najnowszym albumie nie uświadczymy więc mazowieckich inspiracji. W zamian otrzymujemy jednak muzykę która leciutko unosi się ponad ziemią i wdzięcznie szybuje w dowolną stronę nieprzerwanie zmieniającego się świata. Jak sugeruje tytuł nie ma już powrotu do tego, co minęło. Zarówno dla muzyka, jak i całej ludzkości.

Swoboda w tworzeniu pejzaży i emocji to zasługa nie tylko znakomitych kompozycji, lecz i zespołu, który je wykonuje. Michał Tokaj, Shachar Einatan i wspomniany wcześniej Łukasz Żyta to znakomici technicznie, a przede wszystkim niezwykle elastyczni w swojej grze muzycy. Z łatwością łączą jazzową bazę ze współczesnymi trendami oraz, szczególnie w przypadku pochodzącego z Izreala Einatana, z bliskowschodnią wrażliwością.

Na No Return No Karma do zaprawionego w bojach kwartetu Barański zaprosił bliskich mu muzycznie gości. Hinduskie brzmienia najsilniej przebijają w utworach 12 on 15 i Tisra for Zawinul. Pierwszy z nich uświetnia Michał Rudaś wokalista, który nawet w Indiach był w stanie zadziwić swym śpiewem. Drugi był zaś okazją do muzycznego spotkania z Bodkiem Janke, innym wielkim mistrzem konnakolu. Z kolej Tomasz Dąbrowski melancholijnym brzmieniem swojej trąbki dokłada piękny sznyt chociażby do tytułowej, spektakularnej kompozycji.

To jednak nie koniec nowości. Gościnne występy Agi Zaryan oraz Kuby Badacha, których Barański wspomaga na co dzień jako instrumentalista, umożliwiły mu spróbowanie swoich sił w roli autora piosenek. Otwierające album Timeless Change to pokaz umiejętności Zaryan. Znakomicie wpasowuje swój głos w kontekst utworu, a jej zwrotki zapewniają chwilę wytchnienia w buzującym napięciem utworze. Zamykająca Ballada z udziałem Badacha to najbardziej skupiona na zwartej kompozycji propozycja na No Return No Karma. Profesjonalizm wokalisty był też sprzyjający w rozwijaniu przez Barańskiego kolejnego elementu swojego warsztatu produkcji.

Cały album dostępny jest do odsłuchu w niektórych serwisach streamingowych, w technologii Dolby Atmos, czyli dźwięku trójwymiarowego. Niezależnie jednak czy macie sprzęt umożliwiający doświadczenie tego efektu, No Return No Karma brzmieniowo jest, jak słusznie określa sam Barański, produktem najwyższej klasy. Pod tym względem wyróżniają się dla mnie utwory Seventh Sand oraz Dream Voice. Zachwycają dopracowaniem każdego dźwięku, szczególnie warstwy perkusyjnej.

No Return No Karma to ukoronowanie dotychczasowej kariery Barańskiego. Lata ciężkiej pracy i ciągła chęć do doskonalenia umiejętności jako muzyk, kompozytor, a teraz także producent, sprawiły, że stworzył album, w którym naprawdę ciężko znaleźć słabe punkty. To dzieło, które z jednej strony buzuje ciekawością wobec świata i jego nieskończonych możliwości, zaś z drugiej nie godzi się na jakiekolwiek jakościowe kompromisy.

Jeśli chcecie jeszcze szerzej poznać najnowszy album Michała Barańskiego, zapraszam do posłuchania całej rozmowy.

Tekst: Michał Lach

Redakcja: Pola Sosin

 

Środowiskiem naturalnym reportera jest mrok – rozmowa z Wojciechem Tochmanem

Fot. Rafał Komorowski
Zakamarki, półprzestrzenie, to co niewidoczne, nieoświetlone, szczeliny istnienia i marginesy głównych opowieści. Naturalnym środowiskiem reportera jest mrok. To wprost z niego wyławiane są na światło dzienne pominięte opowieści. Zazwyczaj nie są one łatwe i stają nam w gardle niczym kamień. Dobry reportaż porusza aż do głębi i nie pozwala oderwać od siebie wzroku. 

 

Podczas tegorocznego Festiwalu Góry Literatury miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach prowadzonych przez reportera Wojciecha Tochmana. Przybliżył on uczestnikom, jak szukać tematów, o co pytać i jak gromadzić materiał. Zapytany o to, jakie cechy powinien mieć reporter, odpowiedział:

„Reporter powinien być człowiekiem zdziwionym” 

Pytać, szukać, drążyć, zadawać właściwe pytania, i nie spoczywać na laurach. Reporter powinien wybierać tematy niebanalne; kwestie, które poruszają go osobiście, ponieważ tylko wtedy jest w stanie w pełni zanurzyć się w opisywaną historię. Na pytanie, jak zacząć, Tochman zasugerował skupienie się na środowisku lokalnym. Jego pierwszy reportaż dotyczył właśnie szkolnej szatni i został opublikowany na łamach młodzieżowego tygodnika „Na przełaj” w 1987 r.

Twórczość Wojciecha Tochmana stanowi esencję głębokiej ciekawości. Jego historie niosą w sobie pokłady empatii i czułości względem zarówno bohatera jak i czytelnika. Uważa on, iż „organizm reportera się nie gorszy”, jego zadaniem jest obiektywne przedstawienie danej sytuacji. Za pomocą reportażu możemy w pełni zanurzyć się w nieznane nam dotąd, skryte w mroku miejsca oraz otworzyć się na pełnię ludzkiego doświadczenia

„Nienawiść bierze się ze strachu, strach z niezrozumienia, a niezrozumienie z braku informacji” – Janina Ochojska

W natłoku mediów społecznościowych, tematy trudne nie znajdują dla siebie przestrzeni. Ich złożoność zniechęca internautę przyzwyczajonego do krótkich komunikatów. Współcześnie, reportaż stanowi istotny element literatury – ukazuje nam fragmenty rzeczywistości, których bez niego moglibyśmy nigdy nie doświadczyć. Przenosi nas w miejsca dalekie i odosobnione. Lecz to właśnie dzięki niemu jesteśmy w stanie zrozumieć zawiłość pewnych zjawisk i sytuacji.

Jedna z książek autora, pt. „Jakbyś kamień jadła”, opisuje losy kobiet, które doświadczają konsekwencji okrutnej wojny w Bośni i Hercegowinie (1992-1995). Pomimo zakończenia konfliktu, mierzą się one z ogromem strat i cierpienia. Ekshumacje i scalanie ludzkich szczątków stanowi ich codzienność. Jednak pomimo ogromu okrucieństwa bohaterki próbują przywrócić wartość życiu każdego człowieka.

 

Twórczość Tochmana to podróż w głąb ludzkiego cierpienia i siły – to lektura, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. Jego reportaże zmuszają do konfrontacji z tym, co niewidoczne, ale jednocześnie pozwalają zrozumieć, jak wielka siła tkwi w najbardziej zapomnianych historiach. 

Jeśli chcecie jeszcze lepiej poznać kulisy pracy reportera, posłuchajcie mojej rozmowy z autorem – dostępna jest na naszym radiowym Spotify.

tekst: Krystyna Szpunt

Ikona polskiej fotografii – Chris Niedenthal. Wywiad przy okazji „Tożsamości na widoku”

Fotografia dokumentalna od zawsze wzbudzała w nas mieszane uczucia, od nudy, którą mogliśmy odczuwać jako dzieci nieświadomie podziwiające „zwyczajne” zdjęcia codzienności; Po obecną fascynację towarzyszącą nam gdy widzimy uchwycony przełomowy moment w historii naszego kraju. Fotografia jest niesamowitym językiem, formą sztuki i celebracją życia. Dokument fotograficzny jest szczególnie wyjątkowy, ponieważ łączy w sobie te wszystkie aspekty, i jeszcze więcej.

 

Przy okazji otwarcia nowej wystawy Chrisa Niedenthala pt. „Tożsamość na widoku”, miałam przyjemność porozmawiać z jej autorem. Jakie zdjęcia uważa za najważniejsze lub najbardziej mu bliskie i dlaczego? Jakie towarzyszyły mu emocje podczas wykonywania pracy? Nie pominęliśmy też tematu największych wyzwań w tym fachu. 

Fotograf dzieli się z nami zdjęciami Wrocławia z lat 60., 70. oraz 80., które nie były wcześniej publikowane.

 

Sam autor określa wystawę jako bardziej personalną część swojej fotografii. Zdjęcia powstawały głównie podczas jego prywatnych wizyt w mieście. Chris szczególnie ceni sobie te kadry, które swoją zagadkowością i uniwersalnością pozostawiają szerokie pole do własnej interpretacji. 

„Moje ulubione zdjęcie z Wrocławia, to jest akurat takie, które nie jest na tej wystawie. To jest taki mężczyzna, który siedzi w plenerowej kawiarni, na placu solnym w osiemdziesiątym drugim roku. Niby nad kawą, ale tam nie widać wcale kawy (…) Może on czeka po prostu. Pali papierosa i puszcza taki dymek, jest zamyślony”

Mówił Chris Niedenhal w wywiadzie dla Radia LUZ. Na pytanie: „Dlaczego akurat te”, odpowiedział:

„Ja to lubię przez to dokładnie, na czym polega fotografia, która nie jest oczywista. Bo to nie jest żadne wielkie zdjęcie. Ale każdy może sobie dopisać do tego zdjęcia, co tylko chce”

Fotografia dokumentalna stanowi pewnego rodzaju pogranicze sztuki i nauki.

 

Sam autor nie postrzega swojej pracy w kategoriach wyrazu artystycznego. Twierdzi, że jest to umiejętność bycia we właściwym czasie i właściwym miejscu. Na początku swojej kariery Chris nie miał możliwości wglądu w fotografie, które wykonywał. Gdy współpracował z zagranicznymi gazetami, wysyłał pocztą niewywołaną kliszę. Z uwagi na stan wojenny nie mogła ona do niego wracać. Czasopisma przechowywały fotografie w archiwach bądź wysyłały do jego rodziny w Londynie. Dzięki temu fotograf powrócił do niektórych swoich prac dopiero po trzydziestu latach. Jego praca stała się kapsułą czasu, którą możemy obecnie oglądać na wyżej wspomnianej wystawie.

Lata, które przypadały na szczytowy okres kariery fotoreportera, stanowiły kluczowe momenty w historii zarówno Polski, jak i Europy. Uchwycił on wizytę Jana Pawła II w Warszawie (1979 r.), strajk w stoczni Gdańskiej ( 1980 r.), Pochód Solidarności 1 maja (1982 r.) oraz wiele innych ikonicznych wydarzeń.

Jego dorobek artystyczny jest ogromny, sam Chris żartuje, że zrobił co najmniej „pół miliona zdjęć”. Na początku lat 80. pracował jako wolny strzelec. Następnie nawiązał współpracę z takimi czasopismami, jak: Newsweek, Time Magazine czy niemiecki tygodnik Der Spiegel. Wygrał również nagrodę w konkursie World Press Photo w 1986 roku za portret węgierskiego przywódcy Janosa Kadara. 

Chrisa Niedenthala można określić jako jednego z najbardziej zasłużonych Polskich fotoreporterów. Stworzył on ogromną skarbnicę dokumentacji, z której obecnie możemy uczyć się naszej historii. Jego najbardziej znanym zdjęciem jest „Czas Apokalipsy” z 14 grudnia 1981 r. 

Całą rozmowę z Chrisem Niedenthalem posłuchacie na Spotify:

 

tekst Krystyna Szpunt, red. Alicja Serafin 

Błażej Malinowski: „Nie bójmy się pokazywać tego, co robimy” | wywiad

Mężczyzna w czarnej bluzie zasłania dłońmi czoło
Błażej Malinowski ze swojego studia w Berlinie opowiedział o codziennej pracy, self-managemencie bez sztywnej strategii i o tym, czym jest dla niego skończenie płyty. Co było dla niego najtrudniejsze, by zacząć żyć z muzyki? Co wpływa na jego kreatywność? Co radzi początkującym producentom/tkom? Sprawdźcie sami!


Żaneta Wańczyk: Mówiłeś, że zaczynasz dzień w studio o 10:00.
Błażej Malinowski: Czasami wcześniej. Ale staram się tutaj być codziennie, przynajmniej 5-6 razy w tygodniu.

Ciekawi mnie, czy jako artysta, który musi sobie wypracować jakąś samodyscyplinę, to sam nad tą dyscypliną czuwasz, czy masz managera, który Ci pomaga?
— Pracuję z agencją, która zajmuje się moimi bookingami, ale poza tym robię wszystko sam. Osobiście nie odbieram tego wszystkiego jako samodyscyplinę, a raczej jako organizację czasu. Posiadanie rodziny, odprowadzanie córki do szkoły, chęć kończenia kolejnych wydawnictw, występy, praca nad wytwórnią czy organizacja wydarzeń – to buduje mój dzień, tygodnie i kolejne miesiące.

,,Pracuję do momentu, w którym emocjonalnie czuję, że jestem z czegoś zadowolony i mogę skupić się nad czymś nowym.”

 

Jak wygląda Twój zwykły dzień”?
— Do studia na ogół przychodzę ok. 9-10 rano, piję kawę i siedzę do 15-16, jeśli muszę odebrać córkę ze szkoły. Jeżeli mogę, to zostaję trochę dłużej. Zazwyczaj w studiu jestem 5-7 godzin dziennie, ale to też nie jest jakiś przymus [śmiech]. Pracę twórczą bardzo trudno jest włożyć w ramy i przewidzieć, ile konkretny projekt zajmie mi czasu. Pracuję do momentu, w którym emocjonalnie czuję, że jestem z czegoś zadowolony i mogę skupić się nad czymś nowym.

Również sam dbasz o swoją promocję?
— Tak, jeśli tak to można nazwać. Raczej wrzucam do sieci to, co robię i czym obecnie się zajmuję. Z taką większą promocją-managementem jest mi raczej nie po drodze, a na to, co się pojawia w sieci, nie mam jakiegoś większego planu. Zazwyczaj udostępniam to, co się u mnie dzieje, gdzie gram, ale wychodzi to naturalnie i nie jest to żadna strategia promocyjna. Czasem zastanawiam się, jak pokazywać to wszystko w obecnych czasach, bo zdaję sobie sprawę, że ja się starzeję, a publika i social media są coraz młodsze. Jednak muzyka zawsze była i będzie dla mnie najważniejsza, więc mogę mieć tylko nadzieję, że nadal będzie docierać do ludzi, którzy chcieliby jej słuchać.

Okej, to powiem Ci, że super sobie radzisz, bo zajmuję się promocją związaną z artystami, obserwuję Twoje sociale i myślałam, że skoro grasz w różnych miejscach z dużą częstotliwością, to o Twoją widoczność w internecie dba kto inny. A w temacie ilości wyjazdów – ile razy w miesiącu zdarza Ci się występować?

,,Bywały takie okresy, kiedy grałem prawie 80 razy w roku.”

 

— To jest bardzo zależne od miesięcy, od lat… Bywały takie okresy, kiedy grałem prawie 80 razy w roku. Teraz jest tego troszkę mniej, ale wychodziłoby przynajmniej 3 razy w miesiącu. Czasem więcej. Staram się tego nie liczyć i po prostu dążyć do kolejnych skończonych płyt i miejsc, gdzie mogę grać. Mam to szczęście, że na przestrzeni kilku ostatnich lat miałem okazję odwiedzić odległe zakątki świata, z kilkoma większymi trasami po Azji, USA czy Kolumbii (która jest jedną z moich ulubionych destynacji). Tego typu dłuższe wyjazdy zdarzają 2-3 razy do roku i muszę przyznać, że są dla mnie bardzo inspirujące.

 

A jednak trafiłeś do Berlina. Czy był to kierunek podyktowany tym, by więcej się działo w Twoim życiu jako producenta techno?
— Wręcz przeciwnie. Przeprowadziliśmy się z moją rodziną do Berlina, kiedy moja córka miała 5 miesięcy i miała być to przygoda na pół roku. Tymczasem jesteśmy tu już prawie 9 lat. Zwyczajnie nam się spodobało. Docelowo oczywiście bardzo mi to pomogło – nie będę tu nikogo oszukiwał – ale sama myśl o przeprowadzce to była czysta, rodzinna przygoda i zmiana warszawskiego otoczenia. Potem, przez kilka pierwszych lat nie mieliśmy nawet planu na ile zostaniemy i co się dalej wydarzy. Muzycznie po jakimś czasie okazało się, że zostałem zauważony przez kilka ważnych klubów, pojawiła się agencja, więcej wydawnictw, występy za granicą. Po tamtym okresie wszystko przekształciło się w to, co robię aktualnie każdego dnia.

Mężczyzna leży na ziemi w czarnych ubraniach

Błażej Malinowski, fot. Helena Majewska

 

W jakich emocjach jesteś najbardziej twórczy?
— Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Najczęściej sam proces twórczy i szukanie brzmienia są dla mnie najważniejsze. Nie zawsze idzie to szybko i nawet te trudne momenty, kiedy latem w studio mam ponad 30°, zawsze doprowadzają mnie do jakiegoś małego przełomu. Zawsze na ten moment czekam i dlatego też pracuję. Często wydaje mi się, że kiedy mam dużo czasu, mogę wejść do studia i szybko stworzyć coś nowego. To czasem nie działa. Wydaje mi się, że systematyczna praca, przyzwyczajenie do chodzenia do studia, włączania sprzętu i robienia muzyki (nawet jeśli nie jest zadowalająca i nie chcę jej dalej rozwijać) – cały ten proces doprowadza mnie do chwili, w której czuję, że było warto. Warto było tyle przesiedzieć i czasem się porządnie emocjonalnie zmęczyć, by złapać ten dźwięk, którego może szukałem, który gdzieś krążył w podświadomości, a nie zdawałem sobie nawet z tego sprawy przez dłuższy, mniej produktywny czas spędzony w studio.

,,Warto było tyle przesiedzieć i czasem się porządnie emocjonalnie zmęczyć, by złapać ten dźwięk, którego może szukałem (…)”


Miałeś jakiś moment przełomowy? Coś co wpłynęło na to jak potoczyła się Twoja droga artystyczna?
— Bardzo trudno wybrać mi coś konkretnego. Oczywiście były momenty, które były dla mnie ważne, ale nie było jakiegoś wielkiego wybuchu. Czuję, że przełomowe momenty to skończone płyty. Wysłanie ich do masteringu i zamknięcie kolejnego rozdziału. Z tym borykałem się na początku bardzo mocno i wiem, że wielu ludzi na starcie ma z tym kłopot. Powiedzieć sobie – ok, dość. To jest to, co mogę zrobić na ten moment, jestem z tego dumny i chcę iść dalej. Jest to trudne, ale uważam, że bardzo potrzebne. Nawet, jeśli nie mamy gdzie wydać swoich produkcji, to wystarczy wrzucić je do internetu. Niech ich posłuchają 2, 3 czy nawet 5 osób. To daje Ci ten kop do postawienia następnego kroku. Odblokowuje Cię. Możesz odkrywać nowe rzeczy, okrywać również siebie i nie cofać się do utworów, z którymi już i tak nie możesz nic więcej zrobić. To bywa najtrudniejsze na początku pracy przy produkcji muzyki, by wiedzieć kiedy utwór jest kompletny. Inaczej kręcisz się w kółko. Uważam, że konfrontacja ze światem zewnętrznym jest konieczna. Nie po to jednak, aby opinie warunkowały jakiekolwiek zmiany w naszej twórczej drodze, ale raczej aby skończone, “oddane” dzieło było katalizatorem do pójścia dalej na naszej własnej artystycznej drodze. Wydaje mi się, że tylko po takich decyzjach możemy sobie jako artyści powiedzieć, że utwór jest skończony.  Przełom to sfinalizowane projekty i skończone płyty, kiedy mogę sobie powiedzieć, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, jestem z nich zadowolony i mogę szukać czegoś więcej.

,,Nawet, jeśli nie mamy gdzie wydać swoich produkcji, to wystarczy wrzucić je do internetu. Niech ich posłuchają 2, 3 czy nawet 5 osób. To daje Ci ten kop do postawienia następnego kroku. Odblokowuje Cię.”

 

posłuchaj fragmentów wywiadu:


Jasne. Super, że o tym powiedziałeś i zdaję sobie sprawę, że ukończenie jakiejkolwiek pracy tw
órczej może być trudne. Obserwuję to u artystów/artystek działających na różnych polach. Co byś poradził początkującym producentom, którzy są na finiszu swojej EPki?
— W muzyce skontaktowanie się z ulubionym labelem, który chce zainwestować i wydać płytę jest często karkołomne. Jeśli nie uda nam się dotrzeć do wytwórni, to trzeba po prostu wrzucić to, co się stworzyło na Soundcloud czy na Bandcamp i działać dalej. Nie bójmy się pokazywać tego, co robimy. Zawsze taka premiera wydaje się czymś ogromnym – tą wielką, zaplanowaną decyzją… Ale świat pokazuje, że to jest tylko element układanki. Element drogi. Utwory, które zrobiłem kilkanaście lat temu na pewno zrobiłbym teraz inaczej, miałyby lepsze brzmienie i lepiej bym je zmiksował, ale nadal je lubię i pamiętam co czułem, gdy je tworzyłem. To wszystko już jest za mną, a teraz chcę robić nowe, we własnym poczuciu, lepsze i ciekawsze płyty. Ta myśl po pierwszej wydanej płycie dała mi osobiście niesamowitą wolność. Z kolejnymi wydawnictwami było już o wiele łatwiej, choć nigdy nie chcę wyzbyć się tych mniejszych i większych wątpliwości, bo to one dają nam również energię do poszukiwań i kwestionują nasz subiektywny odbiór artystycznego tworu.

,,Nie bójmy się pokazywać tego, co robimy. Zawsze premiera wydaje się czymś ogromnym – tą wielką, zaplanowaną decyzją… Ale świat pokazuje, że to jest tylko element układanki. „


I co dzieje się potem?
— Potem pojawiają się inne współprace, kolejne możliwości. Jeśli mamy trochę szczęścia właściciele wytwórni skontaktują się,  dadzą znać, że jakiś numer im się podoba, a inny nie – to może dać na początku kolejną perspektywę na własną twórczość. Jednak nigdy nie powinniśmy zatracić w sobie myśli czy pewności siebie, która towarzyszyła nam w procesie twórczym, Docelowo jako artyści jesteśmy siłą decyzyjną i to my musimy powiedzieć: tego nie zmienię, chcę żeby to brzmiało tak i jeśli Wam się to nie podoba, to trudno.
Wydaje mi się, że po przebrnięciu takiej drogi będzie nam łatwiej zderzyć się światem muzyki i sztuki. Mamy większe zaufanie też z tej drugiej strony (mam na myśli, wytwórnie, kluby czy promotorów). Na samym początku jest bardzo trudno w ogóle dostać odpowiedź na maila. Jeśli tej odpowiedzi nie ma, to zróbmy to sami, oddolnie. Uważam, że to jest najfajniejsze w sztuce, że docelowo zawsze znajdziemy ludzi, który mają podobny gust i myślą podobnie. Czasem to po prostu trwa nieco dłużej, a jednej uniwersalnej drogi i tak nikt nie zna…

Portret mężczyzny w czarnej bluzie.

Błażej Malinowski, fot. Helena Majewska

 

Co było dla Ciebie najtrudniejsze by zacząć zarabiać na muzyce?
— Kiedy ja zaczynałem, a było to prawie 20 lat temu, nie było jak zarabiać na graniu. Dla wielu z nas robienie muzyki i granie było naszym hobby i pasją. Przez wiele wiele lat nie myślałem nawet, że może to się stać tak wielką częścią mojego życia. Zajęło mi to kilkanaście lat, żeby cokolwiek zarabiać. Pracowałem zazwyczaj na etat, także jako grafik, a grałem w wolnym czasie (wyciśniętym do ostatnich nocnych godzin), z czystej pasji i miłości do tego. Moim celem nie było zrobienie kariery DJskiej. Po długim czasie, kilku wydaniach i wielu występach mogłem odpuścić sobie mniejsze zlecenia i skupić się bardziej na muzyce. Po 13-stu czy 14-stu latach grania zacząłem jeździć poza granicami Polski i okazało się, że jest to możliwe, że drzemie w tym potencjał, aby zająć się tylko tym. Od iluś lat rzeczywiście mogę się z tego utrzymywać; choć nie jest to zawsze łatwe. Jestem ogromnie wdzięczny za to, że mogę robić to, co mnie pasjonuje w życiu. Ta czasem bezmyślna, oddolna praca okazała się czymś, co jest tak naprawdę moim życiem i moją codziennością. Bardzo się z tego cieszę i jestem niezwykle za to wdzięczny.

Live acty, dj-sety, czy może vinyl dj-sety? Co najbardziej Cię jara z tych występów na żywo?
— W tej chwili chyba wszystko, chociaż z winyli nie gram dosyć długo. Zaczynałem od vinyl setów prawie 20 lat temu, potem grałem live acty i wpadłem w nie bez reszty! Grałem same live acty przez 4 czy 5 lat! Co niestety trochę emocjonalnie mnie zmęczyło… Prawie co tydzień grałem swoją muzykę, a zaraz po weekendzie starałem się stworzyć coś nowego na kolejny występ. W tej chwili balans pomiędzy występami live i dj-setami, które na nowo pokochałem, bardzo mi odpowiada. Dzięki temu granie live’actu stało się znów czymś wyjątkowym.

Co tydzień live acty?! To jest naprawdę bardzo dużo pracy. Ile trwały?
— Około godziny. Oczywiście nie grałem non stop tego samego. Żeby samemu się nie nudzić, w poniedziałek siadałem i starałem się wymyślić jakieś dwa lub trzy nowe pomysły. Była to cotygodniowa orka w studiu. Swoją drogą bardzo ciekawy czas, bardzo twórczy i intensywny. Większość tej muzyki nigdy nie była wydana, bo było to czyste granie koncertowe, o którym dość szybko zapominałem. Okazało się, że po pięciu latach grania tylko i wyłącznie live actów, gdy dostałem zaproszenie do Tresora na dj set, byłem przerażony tak samo, jak byłem na samym początku swojej drogi. Dzięki temu przypomniałem sobie, jak się czuję gdy gram nie swoje rzeczy. Było to duże wyzwanie, ale dało mi masę radości. Stwierdziłem, że chcę do tego wrócić i naturalnie zacząłem grać dj sety i live’y w zależności od tego gdzie występuję.

,,(…) po pięciu latach grania tylko i wyłącznie live actów, gdy dostałem zaproszenie do Tresora na dj set, byłem przerażony tak samo, jak byłem na samym początku swojej drogi.”


Czego sł
uchał Błażej Malinowski, gdy miał 16 lat?
— Wtedy dużo słuchałem hip-hopu, rapu, troszkę jazzu, Pink Floydów, trochę Nirvany. Pod koniec liceum w Toruniu, kiedy miałem 17-18 lat, zacząłem słuchać house’u. Od tego momentu elektroniczna muzyka mnie wciągnęła i po przeprowadzce z Torunia do Warszawy, gdy okazało się, że klubów jest tam więcej, doszły drum and bass, techno i electro.

Pierwsza elektronika, której słuchałeś jak byłeś nastolatkiem, to?
— Z takich kultowych rzeczy to na pewno Kraftwerk i Tangerine Dream!

Seria okładek winylowych rozłożona na podłodze

seria okładek płyt Błażeja Malinowskiego dla labelu Kontrafaktum, fot. Błażej Malinowski

Jak słuchałam Twojego seta na żywo pierwszy raz w Les Deux Alpes na 3000 m.n.p.m., było dość pochmurnie, kłębił się dym z dymiarki, a Alpy przebijały się zza DJki. Przyszło mi do głowy takie pytanie – gdbyś miał określić swoją muzykę jako pogodę i jako krajobraz, to co by to było?
— Hmm, raczej byłoby to pochmurne, niezbyt gorące otoczenie. Wydaje mi się, że muzyka, którą lubię i tworzę na pewno nie jest letnia. O wiele łatwiej pracuje mi się nad muzyką, kiedy jest mniej słońca za oknem. Lato jest dla mnie bardzo trudne, jeżeli chodzi o kreatywność. Jak rozmawialiśmy wcześniej – w studio jestem prawie codziennie, ale lipiec i sierpień to dla mnie zawsze duże wyzwanie. Często w tych miesiącach wracając do domu myślę sobie – o jeny, nic dzisiaj nie powstało… Po tych trudniejszych okresach zawsze czekam na moment, kiedy coś się we mnie otworzy i zazwyczaj jest to czas, kiedy pora roku zmierza ku jesieni.

A jaki byłby to krajobraz? Wyobraź sobie jakim krajobrazem może być esencja muzyki Błażeja Malinowskiego?
— Trudne pytanie! Powiedzmy, że Islandia. Nigdy tam nie byłem. Bardzo chcę pojechać. Jest to moje marzenie, jeśli chodzi o podróże.

Dawaj, nawet mam znajomą, która ogarnia tam bookingi w klubie.
— Haha wspaniale, możemy to załatwić. Myślę, że jest to krajobraz, w którym mógłbym się odnaleźć. Może nie, żeby tam zamieszkać na stałe, ale ta bardzo surowa i zmienna aura bardzo mi odpowiada i jest to miejsce, do którego chciałbym kiedyś dotrzeć. Z daleka odbieram tamte krajobrazy jako bardzo stymulujące.


Wspomniałeś wcześniej, że pracowałeś jako projektant graficzny. Zaprojektowałeś sobie jakąś okładkę pł
yty?
— Tak. Zdjęcia nie są moje, ale z racji doświadczenia robię wszystkie pliki produkcyjne i wysyłam je do tłoczni w przypadku mojej wytwórni Inner Tension. Jakiś czas temu zaprojektowałem również serię okładek dla labelu Kontrafaktum. Jest to moje zdjęcie lasu, które docelowo powstanie po 10-ciu wydaniach złożonych razem w jeden ogromny pejzaż. Projekt trwa od 2016 roku i podejrzewam, że ta 10, ostatnia płyta powstanie w 2029 lub 2030 roku, zobaczymy.
Czekam, aby wreszcie zobaczyć efekt końcowy.

Duży szacun dla Ciebie, Błażej za to co robisz, za Twoją cierpliwość, spokój i determinację. I finalnie za tę energię, którą przelewasz na ludzi słuchających i tańczących 🙂 Dziękuję za wywiad i trzymam za Ciebie kciuki!
— I ja za Ciebie!

Żaneta Wańczyk

Maly Elvis [wywiad]

Maly Elvis w rozmowie z Dawidem Sasem
Maly Elvis, czyli jeden z czołowych reprezentantów podziemia, którego wielu kojarzyć może z formacji takich jak LTE Boys Global, czy lottobois. Przez 5 lat wydał 10 projektów, współpracując przy nich m.in. z wjk, mlodymskinnym, Młodym Yerbą, czy Lil Tadkiem.

 

Ostatnie wydawnictwo Malego Elvisa, czyli EVENT HORIZON powstało we współpracy z producentem Cold Patekiem. W związku z rocznicą albumu Maly Elvis zdecydował się na uchylenie rąbka tajemnicy w rozmowie z Młodym Żmiją. Z rozmowy dowiecie się jak doszło do współpracy z Cold Patekiem i jak wspólne działania przerodziły się w pełnoprawny projekt. Jak wyglądały koncerty LTE w 2018 roku i jaką rolę w życiu Elvisa od lat pełni wjk. Rozwiane zostaną niedopowiedzenia związane z odroczeniem premiery EVENT HORIZON i zapowiedziany zostanie klimat następnego albumu Małego Elvisa

Poza tym w rozmowie poruszyliśmy temat inspiracji muzycznych stojących za twórczością artysty i dotychczasowych współprac. Wspomnieliśmy też o grupie Death Cartel i wartych uwagi wykonawcach na podziemnej scenie. Pełna rozmowa dostępna jest na Spotify i Mixcloudzie.

Rozmowa na Mixcloudzie wzgobacona jest muzyką Małego Elvisa i powiązanych z nim artystów. Wszyscy, którzy nie mieli jeszcze przyjemności zapoznać się z bohaterem rozmowy, mają idealną okazję poznania go w pełnym przekroju. Więcej o artyście można przeczytać też w artykule: Maly Elvis Artystą Tygodnia w Radiu LUZ

Dawid Sas

 

 

 

Posłuchaj: Raper Mokebe: „Ja chcę koncerty i żywy fanbasik” [wywiad]

Mokebe w wywiadzie dla Radia LUZ
Mokebe, czyli artysta z Łukowa, po raz pierwszy szerzej opowiada o początkach swojej kariery w rozmowie dla Radia Luz. W podziemiu kojarzony za sprawą nielegalu Arcytektura, a szerzej znany z udziału w SB Starterze, czy gościnnego utworu na Rulecie od 1988. Obecnie stoi na przełomowym etapie przygotowań do wydania legalnego LP w Sony Music. Między pierwszymi po długiej przerwie singlami (Monopol’18 i Ledy na japie) a premierą albumu spotkaliśmy się w Warszawie na krótką rozmowę. W związku z nadchodzącą premierą porozmawialiśmy zarówno o tym co czeka  Mokebe w przyszłości i tym co ukształtowało jego drogę.

 

,,Wyglądało to tak, że puszczaliśmy beat z głośników (śmiech) i nawijaliśmy. Z tego samego mikrofonu był beat i wokal, więc ten numer oczywiście nigdy do sieci nie trafił. (…) Ale tak to się zaczynało…”

 

Jak wygląda praca nad albumem kiedy samodzielnie realizuje się wokale i trzyma pieczę nad konceptem wizualnym swoich teledysków? Kogo i jakich klimatów muzycznych możemy spodziewać się na nowym albumie? Jak wyglądały pierwsze podejścia do rapowania? Skąd w twórczości Mokebe francuskie motywy? Jak na przestrzeni lat przebiegały współpracę z innymi raperami i producentami? Czym jest Arcytektura i Neo Banda?

Dawid Sas