Archiwum

Mietze Conte

Mietze Conte — figlarna elektronika, klubowy eskapizm i oniryczne światy

 

Mietze Conte, czyli Matthias Oldofredi, to muzyk który schował swój radiowy szyld filous głęboko do kieszeni, aby pod nowym pseudonimem eksperymentować z dźwiękiem. Bąbelkowa mieszanka euro-dance’u i hyperpopu, której Mietze jest mistrzem udowadnia, że elektronika wcale nie musi być śmiertelnie poważna. Jako że ten wiedeński wizjoner już 6 listopada przejmie scenę w warszawskim klubie Mechanik, nie było innej opcji – Mietze Conte zostaje naszym Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Rozpoczynając karierę od hitu bunnybunnybunny oraz EP-ką Nervous pokazał, że ma niesamowity talent do tworzenia krótkich, niezwykle chwytliwych numerów. Mimo debiutu zaledwie kilka lat temu, z pewnością sprowokował już niejedną dyskusję o przyszłości muzyki elektronicznej. Oldofredi bawi się dźwiękiem, co słychać na każdym kroku – od tanecznego Mietzee po ambientowe, wyciszone ee oo. Dodatkowo, spójność muzyki z oprawą graficzną znacznie ułatwia zanurzenie się w wykreowanym przez artystę świecie i świetnie dopełnia jego brzmienie. Oniryczne, bajkowe, a czasem nieco dziecinne lub karykaturalne obrazy Matthias przekuwa w produkcyjną zabawę efektami i wokalem. Wydany w marcu tego roku album wufwufwuf to kolejny dowód na to, że Mietze Conte jest obecnie jedną z najciekawszych postaci na elektronicznej scenie, a jego pierwszego występu w Polsce po prostu nie wypada przegapić.

 

Nasza selekcja:

Mietzee

2024

sumoclic

Album Mietzee bardziej niż spójną historią jest zbiorem baśni, dwuminutowych opowiadań z różnych wymiarów. Przypomina dziennik podróżnika, który przemierza światy – raz senne i rozmyte, a kiedy indziej imprezowe i taneczne – w wyjątkowy sposób dokumentując towarzyszące mu emocje. To doskonałe wprowadzenie w twórczość austriackiego muzyka, w której każdy utwór wydaje się nieprzewidywalny i dziwnie żywy. Polecamy fanom takich twórców jak meat computer, Oli XL czy Loukeman.

Warto sprawdzić: Secret, soooooo clean 202, If i wan te d to o o o ^o, 2000.

 


ee oo

2024

OOPS Records

Jeżeli Mietzee było podróżą przez rozmaite wszechświaty, to ee oo jest bardzo długą drzemką po tej wyprawie. W drugim longplay’u artysta poświęca więcej uwagi pojedynczym brzmieniom i stawia na subtelniejszą produkcję. Spokojnym syntezatorom czasem towarzyszą ciągnące się w nieskończoność echo i szumy, a niekiedy przerywają je wyrywające z letargu glitche i noise. Całość przypomina niekończący się sen, trzymający słuchacza w napięciu, aż zamieni się w przebłyski czegoś zupełnie niepojętego. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ambientu, krajobrazów dźwiękowych Oklou i znawców wingdingowych projektów Four Teta.

Warto sprawdzić: whereis oooo, propo, so oo ee, ooee 2 or 1.

 


wufwufwuf

2026

Common Knowledge

Najnowszy album wufwufwuf, niczym tytułowa onomatopeja, niezbyt subtelnie wybudza słuchacza z uprzedniego rozmarzenia słowami wake up baby, it’s time to wake up. Po chwili dołącza do nich indiesleaze’owy syntezator, który już na dobre uniemożliwia drzemkę. Dziesięć utworów zawartych w 21 minutach to tym razem bardzo szybka i pełna wrażeń przejażdżka. To najbardziej imprezowy krążek od czasów debiutanckiej EP-ki, który nieustannie oscyluje między emocjonalną wrażliwością a klubową euforią i basem zachęcającym do tańca. Idealnie sprawdzi się na imprezowy pregame, kiedy mood jest trochę silly, dla miłośników starych i zapomnianych dzwonków do telefonu, oraz wszystkich, których guilty pleasure to dobre 4 na 4 na parkiecie.

Warto sprawdzić: wakeup, allee, are you real?, makeit.

 


Jednym z najważniejszych czynników, które sprawiają, że twórczość Mietze Conte jest tak fascynująca, jest jego wszechobecna bezkompromisowość i konsekwentne podążanie własną ścieżką. Utwory są szybkie, chaotyczne i figlarne w sposób, który dopasować można tylko do jego pseudonimu. Tę spójność artysta buduje nie tylko w brzmieniu i wizerunku, ale także wokół swojej społeczności. Wspólnie z nią tworzy wizualne i muzyczne krajobrazy, przy tym niejednokrotnie głośno mówiąc o tematach politycznych i społecznych. Pomimo poszukiwania w twórczości krajobrazów z innych światów, pokazuje równocześnie jak ważne w dzisiejszych czasach jest ugruntowanie w realnych wartościach.

Pozwólcie wciągnąć się w baśniowe wymiary i sprawdźcie ten oniryczny, elektroniczny krajobraz słuchając twórczości naszego Artysty Tygodnia przez najbliższe dni na 91.6 FM.

Mikołaj Domalewski, Łucja Krzywoń

Up To Date Festival

Up to Date Festival baner

Up to Date Festival to jedno z najważniejszych wydarzeń na mapie Europy skierowane do tych, którzy w muzyce elektronicznej ciągle doszukują się nowości. W tym roku w Białymstoku wystąpią legendy, które działają w tej dziedzinie od lat i DJ-e oraz producenci, którzy swoim spojrzeniem wybiegają lata w przód.


Z okazji zbliżającego się festiwalu prezentujemy Wam sylwetki wybranych artystów oraz artystek, którzy na nim wystąpią.

Xenia Reaper

Xenia Reaper, to enigmatyczny projekt Miro Colb, postaci, która osiągnęła perfekcję w tworzeniu powoli gęstniejących cybernetycznych pejzaży. Ich zamglone przepowiednie nowych światów przypominają nam, co mogłoby być gdyby… Podróż w głąb takich albumów jak Nept Polarisation, czy Luvaphy wywołuje poczucie tęsknoty, którą nie sposób przypisać do tego co już minęło. Słuchając muzyki Miro tylko jedną rzecz rozumiem w pełni – że to tęsknota za czymś wielkim i wykraczającym poza odizolowane doświadczenie jednej osoby – tym co jeszcze się nie wydarzyło.

Nept Polarisation by Xenia Reaper

W muzyce Xenia Reaper wszędobylskie jest delikatne napięcie, które najłatwiej wyczuć w punktach, gdzie rozpływają się eteryczne podmuchy padów, a przestrzeń pęcznieje od echa perkusjonaliów. Utwory te nigdy nie osiągają pełnego rozkwitu, zawsze zostają zawieszone w pewnej fazie, co sprawia, że nie widzimy całego obrazu. To zachęca nas do wsłuchania się jeszcze głębiej i do własnej interpretacji.

Poziom skomplikowania ich twórczości nie narzuca się, nie woła o naszą uwagę, chociaż ma do tego pełne prawo. W końcu mowa tu o wiązkach dźwięku i teksturach, które tak wyraźnie nie należą do naszego codziennego środowiska. Dźwięki wydają się zupełnie obce, jednak doskonale dopasowane, jak w pozaziemskim mechanizmie. Tego rodzaju jednolitość i jakość produkcji przełamuje poczucie obcości i pozwala w pełni zanurzyć się w świecie xeno.

Luvaphy by XENIA REAPER

Xenia Reaper zaprezentuje swój live act trzeciego dnia festiwalu na scenie Centralnego Salonu Ambientu.

Dominik Lentas
mesh


Emily Jeanne

Emily Jeanne to pochodząca z Wietnamu, a mieszkająca w Belgii producentka i DJ-ka. Swój niepowtarzalny styl zawdzięcza dbałości o najmniejszy szczegół i umiejętności tkania zawiłych rytmów. Jej techno nie jest najgłośniejsze, ani najszybsze, ale kluczowe w chwilach w których potrzebujemy wziąć głęboki wdech. To właśnie te momenty często okazują się najciekawsze.

Past Through Desire by Emily Jeanne

Od marca 2025 artystka w swojej własnej wytwórni zdążyła wydać już dwie EP-ki i jedną kompilacje remixów. W ramach tych wydawnictw zabiera nas w głąb nowego terytorium muzyki parkietowej. Jej groove bez najmniejszego problemu przeprowadzi najbardziej niesfornego tancerza, ale największą uciechę sprawi poszukującym tego, co nieoczywiste.
Perkusjonalia ciągną się i odbijają w nieskończoność tworząc wyjątkowo złożone wzory, które uciekają klasycznemu 4/4. Artystka z lekkością udowadnia, że utwór może być napędzany niewielką ilością stuknięć, gdy masz pod ręką delay, którego feedback można podkręcić na co najmniej 66%.

Call Of The Sea by Emily Jeanne

W swoich setach – tak jak w muzyce artystka stawia nacisk na dubowy etos, każdy dźwięk zdaje się być tak ważny jak jego nośnik.

Dominik Lentas
mesh


SSTROM

Solowy projekt Hanessa Stentströma, to połączenie szorstkich tekstur i mechanicznej repetycji. Haness jako połowa duetu SHXCXCHCXSH przez lata specjalizował się w tworzeniu zawsze przesuwnych i wytrącających z równowagi beatów. W jego ostatnim albumie Avvik artysta obiera niemal noise’owy kurs. Dźwięki przypominające ludzkie parski i rozdzierane blachy wirują, jak gdyby słuchacz stał w samym środku trąby powietrznej. Stopa jest jedynym elementem, który wyraźnie przedziera się przez warstwy syczących faktur. Wszystko poza tym zdaje się jedynie nieśmiało spod nich wynurzać. Avvik to jeden wielki, wrogi organizm, który nie daje poznać po sobie swojego następnego ruchu.

Mimo wszystko, po jakimś czasie rytm staje się przewidywalny, a mnogość tekstur przestaje przerażać. Zaczynam się przyzwyczajać, ale co ważniejsze zaczynam wyobrażać sobie przestrzenie, w których taka muzyka mogłaby powstać samoistnie. Wielkie hale produkcyjne, torowiska, lasy rozszarpywane przez wichurę. Zaczynam powoli rozumieć ogrom siły, który targa tymi elementami, a co za tym idzie w pełni doceniać obrazowość albumu.

Avvik by SSTROM

Dominik Lentas
mesh

 


Felix K

Poszukujące odmiany drum and bassu po raz kolejny mają solidną reprezentację w lineupie białostockiego festiwalu. Wśród nich – Felix K będący jedną z kluczowych postaci odpowiedzialnych za kreatywny ferment na styku szybkiej basówy w 170bpm i hipnotycznego techno. Wiele z jego produkcji cechuje skrajny minimalizm, eksponujący negatywną przestrzeń pomiędzy kolejnymi uderzeniami. Modularne kropelki i mrowienia subbasu budują rytmiczną oś, wokół której rozwija się ta muzyka dla ciała i umysłu. Biorąc pod uwagę to, że przez dalsze etapy nocy poprowadzą nas choćby Objekt czy reprezentujący wytwórnię Samurai Music Aerae i Presha, można założyć, że wszyscy żądni nietuzinkowych wygibasów będą usatysfakcjonowani.

Michał Sember
Tembr


Neffa-T

Przyprawiająca o zawroty głowy wirtuozeria didżejowania to znak rozpoznawczy Neffy. Żonglowanie bitami i operowanie wszystkimi dostępnymi efektami to jednak nie tylko cyrkowe sztuczki, a wisienka na torcie upieczonym z kompleksowego znawstwa i miłości do muzyki tanecznej. Tym razem sześć decków będzie obsługiwanych przez dwie pary rąk, ponieważ na Up To Date dwugodzinny slot podzieli z Teki Latexem. Szykujcie się na nielegalne blendy podważające jakąkolwiek klubową ortodoksję.

Michał Sember
Tembr


µ-Ziq

Mike Paradinas, to postać współodpowiedzialna za być może największy przełom w muzyce elektronicznej dotychczas. Planet Mu ramię w ramię z Virgin Records i Warp w latach 90’ zbudowały fundament dzisiejszym mutacjom gatunków, cybernetycznym sound designerskim hybrydom basowym i przyczyniły się do raptownego wzrostu popularności muzyki klubowej.

Manzana by µ-Ziq

µ-Ziq swoją uwagę skoncentrował na perkusyjnych hybrydach gatunków i ambientowych melodiach. Porzucił taneczny potencjał na rzecz bardziej złożonych, nieprzewidywalnych rytmów i aranżacji. To oddalenie się względem estetyki klubowej i zignorowanie części jej zasad odblokowało zupełnie nowe podejście, w którym dużo większy nacisk kładzie się na eksperyment i niczym nieograniczoną zabawę elektronicznym sprzętem. Dokładnie tego należy spodziewać się drugiego dnia festiwalu podczas live’a artysty.

Dominik Lentas
mesh

Amor Satyr & Ma Sha – Chromey

Co za współpraca! Nieprzypadkowa — Amor Satyr i Ma Sha od lat eksplorują brzmienia osadzone na głębokim basie, opierając się na eklektyczności i transowości.

Chromey to połączenie dwóch stylów. Ma Sha to sympatyczka brzmień surowych, statycznych i przestrzennych. Amor Satyr lubi eksperymentować z rytmem, samplami i łączeniem różnych gatunków. Łączy ich dążenie do brzmienia psychodelicznego, transowego i wciągającego.

Opiera się na parzystym rytmie, pulsujących basach i old-schoolowych, a jednocześnie futurystycznie brzmiących, syntezatorach. Od pierwszych sekund hipnotyzuje słuchacza i go porywa.

Ten utwór działa nieco jak przypomnienie, że najciekawsze rzeczy często dzieją się pomiędzy — między gatunkami, a szczególnie między strukturą a chaosem.

Zuzanna Kopij


Ben Klock & Fadi Mohem – Our Sector (Azu Tiwaline & Cinna Peyghamy Remix)

Ten mocograj to wspaniały labirynt dźwięków i stuktur, przekraczający granice gatunków. Utwór idealny na dziwniejsze godziny nocy…

Oryginalnie Our Sector pojawił się równo rok temu (listopad 2024 r.) na concept-albumie Layer One autorstwa Bena Klocka i Fadiego Mohema. Otrzymaliśmy wtedy mechaniczną i chłodną dawkę elektroniki, balansująca między IDM-em a techno i dubstepem. Steppingowy, shufflingowy groove, wybijające się głębokie basy i MC w postaci Flowdana, który dodaje do numeru swój charakterystyczny liryczny geniusz.

Tym razem (listopad 2025 r.) dostajemy remix autorstwa Azu Tiwaline i Cinny Peyghamy z nadchodzącej EPki Layer One Remixes, którą współtworzą koledzy i koleżanki z klubu Berghain. Azu Tiwaline, słynąca ze swych kilkugodzinnych setów, potrafi oderwać słuchacza od rzeczywistości, będąc przy tym całkiem oszczędna. Każda jej produkcja jest nacechowana potrzebą zgłębiania swoich berberyjskich korzeni z Sahary. Cinna Peyghammy to kolejny unikat we współczesnej elektronice, często współpracujący z Tiwaline. W ich kolaboracjach łączy rytmiczne struktury tombaku (tradycyjna perska perkusja) z elektroniką, tworząc hipnotyczne pejzaże dźwiękowe.

Remix zaskakuje i zapada w pamięci. Wyczekujemy premiery EPki Layer One Remixes, która pojawi się 12 grudnia nakładem berlińskiego LAYER Records.

Żaneta Wańczyk

Blawan – Style Teef

10 października ukazał się SickElixir – najnowszy album Blawana, uznawany za jego najbardziej osobiste i emocjonalne dzieło. To płyta zbudowana na trudnych doświadczeniach artysty, w której surowe, industrialne brzmienia stają się formą autoterapii.

Style Teef pokazuje Blawana w wyjątkowo odważnej odsłonie. Na początku rytm jest prosty i uporządkowany, ale bardzo szybko wymyka się schematom, stając się mocno chaotyczny. To utwór, w którym producent eksperymentuje z rytmem inspirowanym footworkiem, ale przefiltrowanym przez jego własny charakterystyczny, ciężki sound design.

Jak mówi sam Blawan:

Tworzenie muzyki to dla mnie coś znacznie więcej niż tylko bity i dźwięki. To mój główny sposób komunikacji – sposób, w jaki próbuję zrozumieć siebie i rzeczywistość, w której żyję. SickElixir to dla mnie prawdziwy debiut – głęboko osobisty, odzwierciedlający mój głos, moje życie i zmagania. Mam nadzieję, że słuchając tego albumu, poznacie choć trochę, kim naprawdę jestem.

Marcelina Machacz

Unsound

Unsound od lat wymyka się prostym definicjom. To nie tylko festiwal, ale też wspólna przestrzeń dla muzyki, refleksji i spotkań. Tegoroczny motyw WEB (sieci) trafnie oddaje dzisiejszy świat – pełen połączeń, napięć i nowych możliwości.

W dniach od 7 do 12 października Kraków będzie miejscem niezwykłych doświadczeń. Z okazji kolejnej edycji festiwalu wyróżniamy Unsound mianem Artysty Tygodnia Radia LUZ

 

Co można usłyszeć?

Ciężko zdefiniować muzykę Unsoundu. Na ich stronie internetowej możemy przeczytać dużo o zdekonstruowanych dźwiękach klubowych czy artystach wymykających się zaszufladkowaniu w ramach danego gatunku muzycznego. Jedno jest pewne – w słuchanych utworach nie znajdziemy prostych odpowiedzi. Brzmienie festiwalu Unsound to często przygniatające dźwięki i emocje, które oddają mroczny ciężar rzeczywistości.

Unsound to miejsce dla różnych brzmień – od mrocznego rave’u, po nietuzinkowe dialogi z muzyką klasyczną oraz tradycyjną. Na festiwalu zawitają osoby z całego świata. Będą to m.in. egipski ekspresjonista Abdullah Miniawy, pochodzący z Japonii awangardowy organista Fujita, czy szkocka mistrzyni dud Brìghde Chaimbeul.

Unsound to również przestrzeń dla nietuzinkowych połączeń. Jednym z ciekawszych tegorocznych projektów jest międzypokoleniowa współpraca legendy muzyki elektronicznej i awangardowej Suzanne Ciani z Darrenem Cunninghamem, znanym jako Actress, uzbrojonym w laptop i automaty perkusyjne. Zestawienie widmowej muzyki pop oraz industrialnych nagrań terenowych Actressa z naturalistycznym, płynnym podejściem Ciani nosi nazwę Concrète Waves – to muzyka wyrazista, która unosi niczym fala.

Na uwagę zasługuje także projekt skrzypaczki i dyrektorki Manchester Orchestra, Rakhi Singh, realizowany we współpracy z artystami niezwiązanymi z muzyką klasyczną. Powstał w ramach tygodniowego wyjazdu w góry Korsyki. Efektem tej pracy jest świeże spojrzenie na muzykę poważną, z perspektywy zdecydowanie odbiegającej od standardowych ram gatunku, a doświadczymy go już w ten piątek.

Po zmroku

Nocą miasto pulsuje mocnymi, czasem wręcz natarczywymi dźwiękami. Klubowe sceny eksplodują drum and bassem, footworkiem czy baile funkiem. Właśnie wtedy powstają premierowe współprace i projekty przygotowane specjalnie z myślą o Unsoundzie. Jednym z nim jest spotkanie perkusisty Piotra Gwadery z RP Boo, czyli legendą z Chicago. To połączenie polskiego oberka z footworkiem, tzw. Footberk, o którym możecie usłyszeć w jednym z naszych podcastów:

Gary Gwadera – Far, far in Chicago. Footberk Suite by Pointless Geometry

Rozmowy

Nie samą muzyką żyje człowiek. Festiwal Unsound doskonale rozumie, że sztukę nie sposób oddzielić od problemów współczesnego świata i nastrojów panujących wśród artystów. Z tego powodu dzienny program wydarzenia skupia się na rozmowach – specjalnych panelach i prezentacjach. Tematy sięgają od geopolityki i migracji po kulturę internetu, memy oraz sztuczną inteligencję.

Wśród zaproszonych gości znajdzie się m.in. Antony Loewenstein, autor The Palestine Laboratory, który opowie o przemysłach zbrojeniowych i technologii nadzoru. Z kolei Aleksandra Herzyk spróbuje odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób męska samotność, kultura gamerska i playlisty na Spotify wpływają na procesy radykalizacji we współczesnym świecie. Biorąc pod uwagę narastające tendencje prawicowe w Europie, w tym w Polsce, rozmowa nabiera szczególnej wagi. Unsound nie unika trudnych tematów – przeciwnie, aktywnie poszukuje sposobów, by o nich rozmawiać.

Miasto jako scena

Każdy bywalec Unsoundu na to czekał – po kilku latach przerwy do użytku wraca legendarny Hotel Forum. Ten brutalistyczny gmach nad Wisłą przez lata był kultową nocną przestrzenią festiwalu, a jego betonowe korytarze i ogromna sala balowa stały się ikoną polskiej sceny klubowej.

Należy jednak pamiętać, że Unsound to coś więcej niż jedno miejsce – to aż 16 lokalizacji rozlewających się po obszarze całego Krakowa i okolic. Od Filharmonii Krakowskiej, Teatru Łaźnia Nowa, Wieliczki i Kina Kijów, po galerie, kluby i przestrzenie takie jak Hevre, Bunkier Sztuki, czy Spółdzielnia Ogniwo.

Rozproszony układ i różnorodność muzyczna są esencją tematu WEB – sieci, łączącej różne światy w jeden festiwalowy organizm. Właśnie w tych połączeniach Unsound znajduje swoją tożsamość.

Zuzanna Pawlak, Jagoda Lazar, Zuzanna Kopij

Funk Tribu – Hold On

Funk Tribu to pseudonim szeroko znany na tanecznych podwórkach. Kolumbijski DJ opublikował długo wyczekiwany singiel Hold On, czym rozgrzał globalne parkiety do czerwoności i dopisał się do listy Mocograjów Radia LUZ. Zrobił to w swoim stylu, mieszając najróżniejsze podgatunki muzyki dance. 

Funk Tribu, choć oryginalnie pochodzi z Bogoty, obecnie rezyduje w Berlinie, co znacząco oddziałuje na jego twórczość. W końcu żadne dzieło nie powstaje w próżni! To właśnie w niemieckiej stolicy znalazł swoją niszę w elektronicznych brzmieniach lat 90. i 00. Hold On również reprezentuje te rytmy: trance, eurodance i hard techno. Kawałek obfituje w zwiewne melodie, do których Tribu zdążył nas przyzwyczaić Funk, a także charakteryzuje się przyciągającym uwagę wokalem. Jednocześnie Kolumbijczyk zabiera nas w futurystyczną podróż, podkręcając BPMy do maksimum.

 Paulina Madej

Nie-miejsca nowej muzyki elektronicznej

Przegląd nowości spoza centrum. Zbitki dźwięków, które budzą wrażenie bycia gdzieś indziej.


Carrier – Tender Spirits

4 kwietnia 2025

Od pierwszego odsłuchu River Cairn Kindohma nie mogę przestać myśleć o słowie desolate użytym w kontekście konkretnego brzmienia. To jeden z tych terminów, które wymykają się prostemu tłumaczeniu — zwłaszcza gdy próbujemy uchwycić nimi charakter utworu. Co właściwie znaczy, że album, EP-ka czy pojedynczy track jest „niegościnny” i „opustoszały”?

Najzgrabniej opisać tymi słowami Tender Spirits — EP zastygłe, teksturalne i przestrzenne. Początkowo jednak nieco bardziej atmosferyczne. Utwór Light Candles, To Mark The Way powoli zanurza nas w sosie Guya Brewera. Nazwa utworu zaczyna nabierać sensu, gdy zdajemy sobie sprawę, że z każdym utworem schodzimy coraz głębiej – w stronę czegoś zupełnie oschłego.

Punktem kulminacyjnym jest Carpathian. Słuchacz, pozostawiony sam sobie, zmuszony jest wpatrywać się w pustkę. Każdy z elementów rytmicznych pomaga określić się w przestrzeni, ale nie pozwala zidentyfikować się brzmieniowo. Ułożenie, tonalność i wzajemna interakcja dźwięków schodzą tu na dalszy plan. Na pierwszym znajduje się nośnik dźwięku — medium, czyli przestrzeń, w której wszystko wybrzmiewa. Pasmo częstotliwości zwykle rezerwowane dla melodii pozostaje tu niemal całkowicie niezagospodarowane, co dodatkowo potęguje poczucie dyskomfortu i obcości.


Saint Abdullah ft. Eomac – Of No Fixed Abode

20 marca 2025

Spoglądająca w przeszłość, pełna niepokoju podróż inspirowana archiwalnymi wykopaliskami irańskiej muzyki pop. Skrawki blisko pięćdziesięciu lat muzyki Bliskiego Wschodu zazębiają się z ciężkimi, chropowatymi, metalicznymi strukturami. Wokalne sample Hayedeh, Fereydouna Farrokhzada i Andranika Madadiana mieszają się z dźwiękami pracujących maszyn, brudnym basem i perkusyjnymi zawiłościami. Album momentami brzmi bezdusznie, chaotycznie i dystopijnie — mimo to w tej muzyce tli się odrobina nadziei.

Tytuł albumu Of No Fixed Abode nawiązuje do doświadczeń migracyjnych ludności muzułmańskiej, a jego treść ma za zadanie oddać poczucie tęsknoty, rozdarcia i życia w ciągłym ruchu. Muzyka Moh i Mehdiego wykracza poza czysto emocjonalny przekaz — nierozerwalnie łączy się również z polityką i rzeczywistością społeczną.


DJ Dying – Fake Truce

1 kwietnia 2025

Zasysający wgłąb parkietu sub-bass, złowrogie dudnienie, orkiestralne sample i nawałnica ostrych jak brzytwa hi-hatów. Beaty zimne jak kamień do robienia srogich min.

Jak dotąd moje ulubione wydawnictwo Adama Kołkowskiego, znanego pod pseudonimem DJ Dying. Stylistycznie wychyla się w stronę brzmienia kojarzonego z twórczością Jlin. To footwork w formie pełnego wariacji i różnorodności slow burnera, który zamiast tryskać energią, woli budować napięcie i powoli je rozmasowywać.

Materiał z tego EP zupełnie niczym nie odstaje od muzyki wydawanej przez największe labele eksplorujące tę gałąź muzyki tanecznej. Pod względem spójności, klimatu i wyrachowania bije większość na głowę.

Producencki masterclass, wasz nowy benchmark dobrego smaku.


Saapato – Decomposition: Fox on a Highway

25 marca 2025

Zwłoki lisa na autostradzie to widok, który zainspirował album Brendana Principata – dekompozycja, to jego temat przewodni. Artysta w ramach projektu eksploruje zjawisko rozkładu na kilka różnych sposobów, przede wszystkim kładąc nacisk na wymiar metaforyczny całości. Album rozgrywa się w pięciu etapach: fazy świeżej, fazy wzdęcia, rozkładu wstępnego, rozkładu zaawansowanego i fazy szczątek. Każdy utwór nawiązuje do jednego z tych etapów, choć żaden nie jest wyraźnie oznaczony. W ten sposób artysta realizuje zamysł celowego zatarcia granic między poszczególnymi etapami rozkładu.

Metoda twórcza również naśladuje proces biologiczny — Saapato rozpoczął projekt od stworzenia bazowych utworów (nazwanych przez niego „skeleton tracks”), które następnie przekazał zaproszonym artystom – symbolicznym „dekompozytorom”. Za przeobrażenie, transformację i zanik pierwotnego materiału odpowiada siedemnastu różnych muzyków.


Tammo Hesselink – Mantis 16

11 kwietnia 2025

Seria minialbumów Mantis to projekt skupiający się na mocno zredukowanym, dusznym i ponurym techno, które zamiast tętnić, zdaje się wirować. Gęsto nagromadzone lekkie elementy zestawiane są z ociężałym low-endem, który z niechęcią zdaje się wprawiać je w ruch. Uderzenia stopy wyrzucają w powietrze chmury kurzu i drobinki pyłu, które szybko ogarniają przestrzeń, nie ograniczając przy tym widoczności. Tammo Hesselink działa z precyzją chirurga, utrzymując odpowiedni balans między zagęszczeniem elementów rytmicznych a przejrzystością całego utworu.

Wyjątkowo obrazowy wydaje mi się utwór Gossamer, przepełniony dźwiękami cienkich, metalowych blach uginających się pod wpływem podmuchów otoczenia. Jeśli zasugerować się tytułem utworu, blachy byłyby grubości pajęczyny. Wówczas całość rozgrywałaby się na bagnistym terenie, w środku nocy, w pobliżu opuszczonego zakładu metalurgicznego.

Dominik Lentas

George Daniel – Screen Cleaner

george daniel screen cleaner

Impuls. Dalej. Prawo. Lewo. Mniej więcej takie (w luźnym tłumaczeniu) sentencje wymawia Tove Lo w swoim rodzimym, szwedzkim języku. Ów statement możemy usłyszeć w nowym mocograju, klubowym bangerze Screen Cleaner. Stoi za nim nikt inny, jak George Daniel – perkusista i główny producent The 1975, którego debiutancki solowy utwór wytycza nowy kierunek artystycznej drogi. Stanowczo odcina się od romantycznego brzmienia macierzystej formacji: jest brudniej, ciężej i co najważniejsze – piekielnie gorąco.

Wydanie stanowi kulminację najnowszych poczynań artysty. Przez ostatnie miesiące George nie próżnował. Dotrzymywał kroku swojej narzeczonej i naszej królowej mocograjów Charli xcx w jej dzikich rozróbach pod hasłem PARTYGIRL. Dorzucał także produkcyjne trzy grosze do wielu krążków, w tym m.in. legendarnego już Brat. Jeśli to jednak nie wystarcza, to uwaga – założył własny label. No, prawie własny.

Dh2, którego George Daniel został głową, to w rzeczywistości stricte taneczno-elektroniczny odłam Dirty Hit, niezależnej wytwórni i domu dla takich nazwisk jak Been Stellar, Lava La Rue czy ww. The 1975. Pod jego skrzydła zdążyła już trafić m.in. Kelly Lee Owens, której nowa era oficjalnie zapoczątkowała katalog dh2. Owocny ciąg wydarzeń, prawda? Screen Cleaner wydaje się zatem być idealnym punktem zwrotnym tej obfitej w niespodzianki ścieżki. Zastanawia jednak pytanie, co dalej?

Odkąd w samym środku pandemii ukazał się Notes On A Conditional Form, czwarty album The 1975, wiele znaków na niebie wskazywało, że ów debiut to tylko kwestia czasu. Utwory takie jak Having No Head, Yeah I Know czy Shiny Collarbone ukazały emocjonalne podejście artysty do groovy, elektronicznych połączeń dających poczucie wewnętrznego spokoju i równowagi. Zupełnie niczym medytacja. Jak się okazuje, była to zaledwie cisza przed burzą, która miała dopiero nadejść. Czy mamy do czynienia z jednym bądź kilkoma osobnymi utworami? Może całą płytą? Jedno jest pewne: nie możemy się doczekać. A teraz wracamy na parkiet.

Antek Winiarski

Błażej Malinowski: „Nie bójmy się pokazywać tego, co robimy” | wywiad

Mężczyzna w czarnej bluzie zasłania dłońmi czoło
Błażej Malinowski ze swojego studia w Berlinie opowiedział o codziennej pracy, self-managemencie bez sztywnej strategii i o tym, czym jest dla niego skończenie płyty. Co było dla niego najtrudniejsze, by zacząć żyć z muzyki? Co wpływa na jego kreatywność? Co radzi początkującym producentom/tkom? Sprawdźcie sami!


Żaneta Wańczyk: Mówiłeś, że zaczynasz dzień w studio o 10:00.
Błażej Malinowski: Czasami wcześniej. Ale staram się tutaj być codziennie, przynajmniej 5-6 razy w tygodniu.

Ciekawi mnie, czy jako artysta, który musi sobie wypracować jakąś samodyscyplinę, to sam nad tą dyscypliną czuwasz, czy masz managera, który Ci pomaga?
— Pracuję z agencją, która zajmuje się moimi bookingami, ale poza tym robię wszystko sam. Osobiście nie odbieram tego wszystkiego jako samodyscyplinę, a raczej jako organizację czasu. Posiadanie rodziny, odprowadzanie córki do szkoły, chęć kończenia kolejnych wydawnictw, występy, praca nad wytwórnią czy organizacja wydarzeń – to buduje mój dzień, tygodnie i kolejne miesiące.

,,Pracuję do momentu, w którym emocjonalnie czuję, że jestem z czegoś zadowolony i mogę skupić się nad czymś nowym.”

 

Jak wygląda Twój zwykły dzień”?
— Do studia na ogół przychodzę ok. 9-10 rano, piję kawę i siedzę do 15-16, jeśli muszę odebrać córkę ze szkoły. Jeżeli mogę, to zostaję trochę dłużej. Zazwyczaj w studiu jestem 5-7 godzin dziennie, ale to też nie jest jakiś przymus [śmiech]. Pracę twórczą bardzo trudno jest włożyć w ramy i przewidzieć, ile konkretny projekt zajmie mi czasu. Pracuję do momentu, w którym emocjonalnie czuję, że jestem z czegoś zadowolony i mogę skupić się nad czymś nowym.

Również sam dbasz o swoją promocję?
— Tak, jeśli tak to można nazwać. Raczej wrzucam do sieci to, co robię i czym obecnie się zajmuję. Z taką większą promocją-managementem jest mi raczej nie po drodze, a na to, co się pojawia w sieci, nie mam jakiegoś większego planu. Zazwyczaj udostępniam to, co się u mnie dzieje, gdzie gram, ale wychodzi to naturalnie i nie jest to żadna strategia promocyjna. Czasem zastanawiam się, jak pokazywać to wszystko w obecnych czasach, bo zdaję sobie sprawę, że ja się starzeję, a publika i social media są coraz młodsze. Jednak muzyka zawsze była i będzie dla mnie najważniejsza, więc mogę mieć tylko nadzieję, że nadal będzie docierać do ludzi, którzy chcieliby jej słuchać.

Okej, to powiem Ci, że super sobie radzisz, bo zajmuję się promocją związaną z artystami, obserwuję Twoje sociale i myślałam, że skoro grasz w różnych miejscach z dużą częstotliwością, to o Twoją widoczność w internecie dba kto inny. A w temacie ilości wyjazdów – ile razy w miesiącu zdarza Ci się występować?

,,Bywały takie okresy, kiedy grałem prawie 80 razy w roku.”

 

— To jest bardzo zależne od miesięcy, od lat… Bywały takie okresy, kiedy grałem prawie 80 razy w roku. Teraz jest tego troszkę mniej, ale wychodziłoby przynajmniej 3 razy w miesiącu. Czasem więcej. Staram się tego nie liczyć i po prostu dążyć do kolejnych skończonych płyt i miejsc, gdzie mogę grać. Mam to szczęście, że na przestrzeni kilku ostatnich lat miałem okazję odwiedzić odległe zakątki świata, z kilkoma większymi trasami po Azji, USA czy Kolumbii (która jest jedną z moich ulubionych destynacji). Tego typu dłuższe wyjazdy zdarzają 2-3 razy do roku i muszę przyznać, że są dla mnie bardzo inspirujące.

 

A jednak trafiłeś do Berlina. Czy był to kierunek podyktowany tym, by więcej się działo w Twoim życiu jako producenta techno?
— Wręcz przeciwnie. Przeprowadziliśmy się z moją rodziną do Berlina, kiedy moja córka miała 5 miesięcy i miała być to przygoda na pół roku. Tymczasem jesteśmy tu już prawie 9 lat. Zwyczajnie nam się spodobało. Docelowo oczywiście bardzo mi to pomogło – nie będę tu nikogo oszukiwał – ale sama myśl o przeprowadzce to była czysta, rodzinna przygoda i zmiana warszawskiego otoczenia. Potem, przez kilka pierwszych lat nie mieliśmy nawet planu na ile zostaniemy i co się dalej wydarzy. Muzycznie po jakimś czasie okazało się, że zostałem zauważony przez kilka ważnych klubów, pojawiła się agencja, więcej wydawnictw, występy za granicą. Po tamtym okresie wszystko przekształciło się w to, co robię aktualnie każdego dnia.

Mężczyzna leży na ziemi w czarnych ubraniach

Błażej Malinowski, fot. Helena Majewska

 

W jakich emocjach jesteś najbardziej twórczy?
— Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Najczęściej sam proces twórczy i szukanie brzmienia są dla mnie najważniejsze. Nie zawsze idzie to szybko i nawet te trudne momenty, kiedy latem w studio mam ponad 30°, zawsze doprowadzają mnie do jakiegoś małego przełomu. Zawsze na ten moment czekam i dlatego też pracuję. Często wydaje mi się, że kiedy mam dużo czasu, mogę wejść do studia i szybko stworzyć coś nowego. To czasem nie działa. Wydaje mi się, że systematyczna praca, przyzwyczajenie do chodzenia do studia, włączania sprzętu i robienia muzyki (nawet jeśli nie jest zadowalająca i nie chcę jej dalej rozwijać) – cały ten proces doprowadza mnie do chwili, w której czuję, że było warto. Warto było tyle przesiedzieć i czasem się porządnie emocjonalnie zmęczyć, by złapać ten dźwięk, którego może szukałem, który gdzieś krążył w podświadomości, a nie zdawałem sobie nawet z tego sprawy przez dłuższy, mniej produktywny czas spędzony w studio.

,,Warto było tyle przesiedzieć i czasem się porządnie emocjonalnie zmęczyć, by złapać ten dźwięk, którego może szukałem (…)”


Miałeś jakiś moment przełomowy? Coś co wpłynęło na to jak potoczyła się Twoja droga artystyczna?
— Bardzo trudno wybrać mi coś konkretnego. Oczywiście były momenty, które były dla mnie ważne, ale nie było jakiegoś wielkiego wybuchu. Czuję, że przełomowe momenty to skończone płyty. Wysłanie ich do masteringu i zamknięcie kolejnego rozdziału. Z tym borykałem się na początku bardzo mocno i wiem, że wielu ludzi na starcie ma z tym kłopot. Powiedzieć sobie – ok, dość. To jest to, co mogę zrobić na ten moment, jestem z tego dumny i chcę iść dalej. Jest to trudne, ale uważam, że bardzo potrzebne. Nawet, jeśli nie mamy gdzie wydać swoich produkcji, to wystarczy wrzucić je do internetu. Niech ich posłuchają 2, 3 czy nawet 5 osób. To daje Ci ten kop do postawienia następnego kroku. Odblokowuje Cię. Możesz odkrywać nowe rzeczy, okrywać również siebie i nie cofać się do utworów, z którymi już i tak nie możesz nic więcej zrobić. To bywa najtrudniejsze na początku pracy przy produkcji muzyki, by wiedzieć kiedy utwór jest kompletny. Inaczej kręcisz się w kółko. Uważam, że konfrontacja ze światem zewnętrznym jest konieczna. Nie po to jednak, aby opinie warunkowały jakiekolwiek zmiany w naszej twórczej drodze, ale raczej aby skończone, “oddane” dzieło było katalizatorem do pójścia dalej na naszej własnej artystycznej drodze. Wydaje mi się, że tylko po takich decyzjach możemy sobie jako artyści powiedzieć, że utwór jest skończony.  Przełom to sfinalizowane projekty i skończone płyty, kiedy mogę sobie powiedzieć, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, jestem z nich zadowolony i mogę szukać czegoś więcej.

,,Nawet, jeśli nie mamy gdzie wydać swoich produkcji, to wystarczy wrzucić je do internetu. Niech ich posłuchają 2, 3 czy nawet 5 osób. To daje Ci ten kop do postawienia następnego kroku. Odblokowuje Cię.”

 

posłuchaj fragmentów wywiadu:


Jasne. Super, że o tym powiedziałeś i zdaję sobie sprawę, że ukończenie jakiejkolwiek pracy tw
órczej może być trudne. Obserwuję to u artystów/artystek działających na różnych polach. Co byś poradził początkującym producentom, którzy są na finiszu swojej EPki?
— W muzyce skontaktowanie się z ulubionym labelem, który chce zainwestować i wydać płytę jest często karkołomne. Jeśli nie uda nam się dotrzeć do wytwórni, to trzeba po prostu wrzucić to, co się stworzyło na Soundcloud czy na Bandcamp i działać dalej. Nie bójmy się pokazywać tego, co robimy. Zawsze taka premiera wydaje się czymś ogromnym – tą wielką, zaplanowaną decyzją… Ale świat pokazuje, że to jest tylko element układanki. Element drogi. Utwory, które zrobiłem kilkanaście lat temu na pewno zrobiłbym teraz inaczej, miałyby lepsze brzmienie i lepiej bym je zmiksował, ale nadal je lubię i pamiętam co czułem, gdy je tworzyłem. To wszystko już jest za mną, a teraz chcę robić nowe, we własnym poczuciu, lepsze i ciekawsze płyty. Ta myśl po pierwszej wydanej płycie dała mi osobiście niesamowitą wolność. Z kolejnymi wydawnictwami było już o wiele łatwiej, choć nigdy nie chcę wyzbyć się tych mniejszych i większych wątpliwości, bo to one dają nam również energię do poszukiwań i kwestionują nasz subiektywny odbiór artystycznego tworu.

,,Nie bójmy się pokazywać tego, co robimy. Zawsze premiera wydaje się czymś ogromnym – tą wielką, zaplanowaną decyzją… Ale świat pokazuje, że to jest tylko element układanki. „


I co dzieje się potem?
— Potem pojawiają się inne współprace, kolejne możliwości. Jeśli mamy trochę szczęścia właściciele wytwórni skontaktują się,  dadzą znać, że jakiś numer im się podoba, a inny nie – to może dać na początku kolejną perspektywę na własną twórczość. Jednak nigdy nie powinniśmy zatracić w sobie myśli czy pewności siebie, która towarzyszyła nam w procesie twórczym, Docelowo jako artyści jesteśmy siłą decyzyjną i to my musimy powiedzieć: tego nie zmienię, chcę żeby to brzmiało tak i jeśli Wam się to nie podoba, to trudno.
Wydaje mi się, że po przebrnięciu takiej drogi będzie nam łatwiej zderzyć się światem muzyki i sztuki. Mamy większe zaufanie też z tej drugiej strony (mam na myśli, wytwórnie, kluby czy promotorów). Na samym początku jest bardzo trudno w ogóle dostać odpowiedź na maila. Jeśli tej odpowiedzi nie ma, to zróbmy to sami, oddolnie. Uważam, że to jest najfajniejsze w sztuce, że docelowo zawsze znajdziemy ludzi, który mają podobny gust i myślą podobnie. Czasem to po prostu trwa nieco dłużej, a jednej uniwersalnej drogi i tak nikt nie zna…

Portret mężczyzny w czarnej bluzie.

Błażej Malinowski, fot. Helena Majewska

 

Co było dla Ciebie najtrudniejsze by zacząć zarabiać na muzyce?
— Kiedy ja zaczynałem, a było to prawie 20 lat temu, nie było jak zarabiać na graniu. Dla wielu z nas robienie muzyki i granie było naszym hobby i pasją. Przez wiele wiele lat nie myślałem nawet, że może to się stać tak wielką częścią mojego życia. Zajęło mi to kilkanaście lat, żeby cokolwiek zarabiać. Pracowałem zazwyczaj na etat, także jako grafik, a grałem w wolnym czasie (wyciśniętym do ostatnich nocnych godzin), z czystej pasji i miłości do tego. Moim celem nie było zrobienie kariery DJskiej. Po długim czasie, kilku wydaniach i wielu występach mogłem odpuścić sobie mniejsze zlecenia i skupić się bardziej na muzyce. Po 13-stu czy 14-stu latach grania zacząłem jeździć poza granicami Polski i okazało się, że jest to możliwe, że drzemie w tym potencjał, aby zająć się tylko tym. Od iluś lat rzeczywiście mogę się z tego utrzymywać; choć nie jest to zawsze łatwe. Jestem ogromnie wdzięczny za to, że mogę robić to, co mnie pasjonuje w życiu. Ta czasem bezmyślna, oddolna praca okazała się czymś, co jest tak naprawdę moim życiem i moją codziennością. Bardzo się z tego cieszę i jestem niezwykle za to wdzięczny.

Live acty, dj-sety, czy może vinyl dj-sety? Co najbardziej Cię jara z tych występów na żywo?
— W tej chwili chyba wszystko, chociaż z winyli nie gram dosyć długo. Zaczynałem od vinyl setów prawie 20 lat temu, potem grałem live acty i wpadłem w nie bez reszty! Grałem same live acty przez 4 czy 5 lat! Co niestety trochę emocjonalnie mnie zmęczyło… Prawie co tydzień grałem swoją muzykę, a zaraz po weekendzie starałem się stworzyć coś nowego na kolejny występ. W tej chwili balans pomiędzy występami live i dj-setami, które na nowo pokochałem, bardzo mi odpowiada. Dzięki temu granie live’actu stało się znów czymś wyjątkowym.

Co tydzień live acty?! To jest naprawdę bardzo dużo pracy. Ile trwały?
— Około godziny. Oczywiście nie grałem non stop tego samego. Żeby samemu się nie nudzić, w poniedziałek siadałem i starałem się wymyślić jakieś dwa lub trzy nowe pomysły. Była to cotygodniowa orka w studiu. Swoją drogą bardzo ciekawy czas, bardzo twórczy i intensywny. Większość tej muzyki nigdy nie była wydana, bo było to czyste granie koncertowe, o którym dość szybko zapominałem. Okazało się, że po pięciu latach grania tylko i wyłącznie live actów, gdy dostałem zaproszenie do Tresora na dj set, byłem przerażony tak samo, jak byłem na samym początku swojej drogi. Dzięki temu przypomniałem sobie, jak się czuję gdy gram nie swoje rzeczy. Było to duże wyzwanie, ale dało mi masę radości. Stwierdziłem, że chcę do tego wrócić i naturalnie zacząłem grać dj sety i live’y w zależności od tego gdzie występuję.

,,(…) po pięciu latach grania tylko i wyłącznie live actów, gdy dostałem zaproszenie do Tresora na dj set, byłem przerażony tak samo, jak byłem na samym początku swojej drogi.”


Czego sł
uchał Błażej Malinowski, gdy miał 16 lat?
— Wtedy dużo słuchałem hip-hopu, rapu, troszkę jazzu, Pink Floydów, trochę Nirvany. Pod koniec liceum w Toruniu, kiedy miałem 17-18 lat, zacząłem słuchać house’u. Od tego momentu elektroniczna muzyka mnie wciągnęła i po przeprowadzce z Torunia do Warszawy, gdy okazało się, że klubów jest tam więcej, doszły drum and bass, techno i electro.

Pierwsza elektronika, której słuchałeś jak byłeś nastolatkiem, to?
— Z takich kultowych rzeczy to na pewno Kraftwerk i Tangerine Dream!

Seria okładek winylowych rozłożona na podłodze

seria okładek płyt Błażeja Malinowskiego dla labelu Kontrafaktum, fot. Błażej Malinowski

Jak słuchałam Twojego seta na żywo pierwszy raz w Les Deux Alpes na 3000 m.n.p.m., było dość pochmurnie, kłębił się dym z dymiarki, a Alpy przebijały się zza DJki. Przyszło mi do głowy takie pytanie – gdbyś miał określić swoją muzykę jako pogodę i jako krajobraz, to co by to było?
— Hmm, raczej byłoby to pochmurne, niezbyt gorące otoczenie. Wydaje mi się, że muzyka, którą lubię i tworzę na pewno nie jest letnia. O wiele łatwiej pracuje mi się nad muzyką, kiedy jest mniej słońca za oknem. Lato jest dla mnie bardzo trudne, jeżeli chodzi o kreatywność. Jak rozmawialiśmy wcześniej – w studio jestem prawie codziennie, ale lipiec i sierpień to dla mnie zawsze duże wyzwanie. Często w tych miesiącach wracając do domu myślę sobie – o jeny, nic dzisiaj nie powstało… Po tych trudniejszych okresach zawsze czekam na moment, kiedy coś się we mnie otworzy i zazwyczaj jest to czas, kiedy pora roku zmierza ku jesieni.

A jaki byłby to krajobraz? Wyobraź sobie jakim krajobrazem może być esencja muzyki Błażeja Malinowskiego?
— Trudne pytanie! Powiedzmy, że Islandia. Nigdy tam nie byłem. Bardzo chcę pojechać. Jest to moje marzenie, jeśli chodzi o podróże.

Dawaj, nawet mam znajomą, która ogarnia tam bookingi w klubie.
— Haha wspaniale, możemy to załatwić. Myślę, że jest to krajobraz, w którym mógłbym się odnaleźć. Może nie, żeby tam zamieszkać na stałe, ale ta bardzo surowa i zmienna aura bardzo mi odpowiada i jest to miejsce, do którego chciałbym kiedyś dotrzeć. Z daleka odbieram tamte krajobrazy jako bardzo stymulujące.


Wspomniałeś wcześniej, że pracowałeś jako projektant graficzny. Zaprojektowałeś sobie jakąś okładkę pł
yty?
— Tak. Zdjęcia nie są moje, ale z racji doświadczenia robię wszystkie pliki produkcyjne i wysyłam je do tłoczni w przypadku mojej wytwórni Inner Tension. Jakiś czas temu zaprojektowałem również serię okładek dla labelu Kontrafaktum. Jest to moje zdjęcie lasu, które docelowo powstanie po 10-ciu wydaniach złożonych razem w jeden ogromny pejzaż. Projekt trwa od 2016 roku i podejrzewam, że ta 10, ostatnia płyta powstanie w 2029 lub 2030 roku, zobaczymy.
Czekam, aby wreszcie zobaczyć efekt końcowy.

Duży szacun dla Ciebie, Błażej za to co robisz, za Twoją cierpliwość, spokój i determinację. I finalnie za tę energię, którą przelewasz na ludzi słuchających i tańczących 🙂 Dziękuję za wywiad i trzymam za Ciebie kciuki!
— I ja za Ciebie!

Żaneta Wańczyk