Archiwum

ciiicho — always be there

always be there ciiicho cover

always be there to pierwszy singiel zapowiadający nową erę w twórczości producentki ciiicho, znanej między innymi ze współpracy z Dominiką Płonką. Stojąca za pseudonimem Gabi Cichy z wykalkulowaną lekkością i precyzją wybiera harmonie i efekty, tworząc delikatny, choć równie żywiołowy krajobraz dźwięków. W jej stylu produkcji od dawna widać fascynację echem i miękkością, łącząc talent do subtelnych, klasycznych kompozycji, ze świadomością nowoczesnych wpływów elektronicznych – z artystami takimi jak Oklou czy Sega Bodega na czele.

Te inspiracje są zwłaszcza słyszalne w wyróżnianym utworze, z kompozycją płynnie mieszającą dynamikę syntezatorów z eterycznym, glitchującym sound designem. Podróżując poprzez wszystkie emocjonalne warstwy melancholii, uczucia potęguje oprawa wizualna artystki Julii Florczyk, tworząc unikatowe połączenie dźwięku i grafiki — połączenie absolutnie zasługujące na wyróżnienie mocograja!

Mikołaj Domalewski

TOPS

Taniec światła i cienia w wykonaniu zespołu TOPS

Ich muzyka łączy eteryczność dream popu z lekkością indie i synth popu, doprawioną funkowym rytmem i pełnymi barw partiami syntezatorów. TOPS to zespół z górnej półki. Nowe single, zapowiadające ich najnowszy album Bury the key, który ukaże się 22 sierpnia 2025 roku, (pierwszy od pięciu lat longplay) potwierdzają, że nazwa grupy to nie tylko obietnica pięknego brzmienia, ale jego gwarancja.

 

From the TOPS

Zespół z Montrealu uformował się w 2011 roku, kiedy Jane Penny, David Carriere (dawni członkowie grupy Silly Kissers) połączyli się z perkusistą Riley’im Fleckiem. Ich wspólna miłość do vintage brzmień z lat 70 i 80 zaowocowała powstaniem TOPS, który dość szybko zyskał uznanie na kanadyjskiej scenie indie popowej. Zespół od początku był dzieckiem wydawnictwa Arbutus Records, labelu, który zyskał rozgłos po wydaniu pierwszych albumów Grimes i kooperacji przy słynnym Visions z 2012 roku. W tym samym roku TOPS wydali swój pierwszy album zatytułowany Tender Opposites i już wtedy wyznaczyli drogowskaz gatunkowy w którym orbitują do dziś.

Picture you staring (2014) to drugi album zespołu, który przyniósł dojrzalsze niż debiut i bardziej określające brzmienia. Głównym motywem jest w nim dostrzeganie niedostrzegalnego — poruszanie się w niepewności, wśród domysłów i poprzez wyobraźnię. Nie jest to pop dla naiwnych, ale poszukiwaczy wrażliwości, próbujących zatrzymać czas w określonym momencie.

Is that the way that you are?/ I can picture you staring/ Out the window/ Not caring — wyłapanie tego wersu w, Way to be loved, które rozpoczyna album, sprawia słuchaczowi dużą satysfakcję, choć pojawia się odrobinę za wcześnie w kontekście pozostałych utworów. Na tle innych kompozycji szczególnie wyróżnia się Outside unoszący się na miękkich i długich syntezatorach. Przynosi na myśl nostalgię budowaną u Mazzy Star, lynchowski wymiar sennego wokalu połączonego z gitarą — w tym przypadku gitarą barytonową.

W 2017 roku, do TOPS dołączyła Marta Cikojevic jako klawiszowiec, wzbogacając grupę o nową warstwę brzmieniową. W tym samym roku powstał też ich trzeci studyjny album zatytułowany Sugar at the Gate.

W swoim trzecim albumie zespół TOPS z Montrealu dopracował swoje brzmienie i uściślił swoją estetykę. Te sprytnie wyprodukowane utwory soft rockowe charakteryzują się elegancką atmosferą i vintage’owym ciepłem.

Tak o albumie pisał Kevin Lozano z Pitchfork, oceniając go na zawrotną liczbę 7,4/10.  Kiedy TOPS przenieśli się z Montrealu do Los Angeles, wynajęli dom w Glendale, który wyglądał jak z pocztówki z lat 70. — duża willa z kolumnami, zielonym ogrodem i basenem. Nazywali to miejsce „Glamdale”. Właśnie tam powstał album Sugar at the Gate

To płyta, która oddycha. Słychać w niej echo pustych pokoi, w których mikrofony łapały nie tylko dźwięk, ale też kurz i atmosferę ukrytą między dźwiękami. Jest tu kalifornijska jasność, ale nie ta pocztówkowa z plażami i palmami. Bardziej ta z filmów Sofii Coppoli — trochę senna, trochę depresyjna. Lekkość podszyta refleksją. Album nie zatracił jednak swojej słoneczności, którą zespół emanuje muzycznie. Tonem i estetyką wpisuje się w klimat Zachodniego Wybrzeża – jasny, lekki, lecz nie stereotypowy. Zachowuje to, z czego TOPS słynęli do tej pory, doskonale operując nostalgią. Muzycy zgrabnie wykorzystali na albumie kasetową estetykę, przesterowanie, kicz i sentymentalny groove. Sugar at the Gate rozwija się powoli, pozwalając kolejnym detalom wybrzmieć z czasem w przestrzennych aranżacjach — to album wymagający uwagi.

Direct Sunlight to utwór otwierający kolejną podróż TOPS w stronę lat 70 i 80 35-minutową płytę I feel alive z 2020 roku. Bas i perkusja miękko niosą rytm, a ciepłe dźwięki Rhodesa i zwiewne frazy fletu poprzecznego w wykonaniu Jane Penny rozszerzają przestrzeń, jakby zespół nabierał głęboki wdech tuż przed skokiem do letniego basenu. Ten album wydaje się jeszcze jaśniejszy, niż dotychczasowy dorobek zespołu, zwłaszcza jeśli myślimy o brzmieniu i wymowie warstwy tekstowej. I feel alive jest opowieścią o odporności na bolesne doświadczenia życiowe i wynoszeniu z nich jak najwięcej mądrości. Nie ma na nim przesadnego optymizmu, a jest raczej taniec we łzach, w których smutek staje się oczyszczający i budujący. 

W Ballads & Sad movies wokal Jane Penny jest mocno nasycony emocjami gdy śpiewa:

My favorite ballads and sad movies/
Don’t do nothing for me now/
Unfamiliar ending and sound
.

Okazuje się że nostalgia bywa mieczem obosiecznym, ale sam przekaz krzyku I don’t know who I am anymore, łagodzi eteryczna warstwa muzyczna, przenosząc efekt ciężkości na drugą stronę płyty.

Dobre wrażenie robi też utwór Colder & Closer zbudowany na kontrastach i metalicznym brzmieniu perkusji. Lirycznie opowiada o grze w „ciepło-zimno” z drugą osobą. Chłód niekojarzący się z bliskością jest reakcją na niepewność uczuć. Niejednoznaczność tekstu sprawia, że piosenka brzmi, jak zapis sprzecznych sygnałów. Całość dopełnia teledysk, wykorzystujący termowizję jako metaforę uniku przed intymnością.

Jane Penny, David Carriere, Marta Cikojevic i Riley Fleck, dotąd mistrzowie bezbłędnych, groove’owych perełek, tym razem otwierają drzwi do mroczniejszego wymiaru swojej twórczości. Zespół nazywa ten okres swoją „złą erą TOPS”. Faktycznie, ich miękkie, pastelowe brzmienia zostały tu nasycone niepokojącym nastrojem i fatalistycznym dramatyzmem disco po zmroku. To wciąż dobrze znana, nieco taneczna, miejska nostalgia, ale ubrana w nieco inny koloryt, niż w przypadku poprzednich wydawnictw.

Single zapowiadające nowy album, zatytułowany Bury the Key pokazują, że zespół eksperymentuje z nową estetyką ich dotychczasowej muzycznej tożsamości. Annihilation pulsuje chłodnym syntezatorem i tajemnicą, Falling on My Sword charakteryzuje buntowniczość, a Chlorine wprowadza spokojniejszy, znany z wcześniejszej twórczości TOPS refleksyjny ton. Łączą się w przemyślaną, a zarazem wielobarwną strukturę, która każe z niecierpliwością wyczekiwać nowego albumu. 

Julia Prus

Baxter Dury ft. JGrrey – Allbarone

baxter dury allbarone

Zanim w ogóle nas poznał, zabookował hotel. Baxter Dury, brytyjski poeta i wokalista, zapowiada Allbarone – nowy album z premierą na wrzesień. Robi to w sposób zadziorny, bezpośredni i zarazem tajemniczy a pewności siebie zdecydowanie mu nie brak. Olbrzymia charyzma, stonowany, choć pełen ekspresji wokal – w tytułowym singlu pojawiają się wszystkie najlepsze cechy jego stylu. Powiew świeżości wprowadza taneczno-syntezatorowy bit, który na pierwszy rzut oka (ucha?) wywołuje niemałe zaskoczenie. To pierwsze tak roztańczone autorskie nagranie w karierze Baxtera. Jak zatem śpiewa JGrrey – wielokrotnie goszcząca w jego kompozycjach – “odpowiedzcie na wiadomość, odpowiedzcie na telefon, powiedzcie, czy przybędziecie do Allbarone?

Antek Winiarski

Allbarone by Baxter Dury

 

ROCKMAN — Mk.gee

rockman mk.gee okładka

Michael Gordon nie kłamie w tytule najnowszego singla. To prawdziwy ROCKMAN.

Mk.gee już od jakiegoś czasu staje się pewnego rodzaju gwiazdą new-age’owych gitar, a fale fanów błagają o zdjęcia jego koncertowych konfiguracji pedałów i teoretyzują na temat technicznych aspektów jego brzmienia. Ciężko im się dziwić, bo artysta w niesamowicie biegły sposób bawi się nie tylko krzywieniem i rozciągnięciem specyficznych dźwięków gitar z lat 80-tych, ale także sylwetką idola i gwiazdy.

Ironizując ekstrawagancję macho artystów klasycznego rocka niczym pistolet wycelowany w zatłoczony syntezator na okładce singla, czy grając ostatni utwór na koncercie 12 razy z rzędu, muzyk nie bierze na poważnie oczekiwań i konwencji. Jednak przy całej ironii, zabawie i słyszalnych inspiracjach Brucem Springsteen’em czy The Police, ten rozmazany, niedbały i transowy utwór jest nadal pełen szczerości i miłości do gatunku, przypominając lata świetności psychodelicznego rocka i syntezatorów.

Wyróżnione przez nas ROCKMAN’owe harmonie Gordona usłyszycie w akademickim Radiu LUZ w tym tygodniu jako mocograj!

Mikołaj Domalewski

bartek zjawa – miasto to burza

bartek zjawa w zeszły piątek zaprezentował nam swój debiutancki album jesteś niebem, który jest istnym wehikułem czasu. Łączy ze sobą syntezatorową radość lat 80., tajemniczy mrok lat 90., pozostając przy tym współczesnym i dzisiejszym. To płyta o spokoju – o tym, jak to jest go mieć, utracić, tęsknić za nim.

Jeden z naszych mocograjów to list nie-miłosny do dużego miasta. Takiego skazanego na chaos, który nie daje spokoju za dnia i budzi w nocy. Miasta, którego ucisk nie pozwala oddychać. Miejsca, gdzie „nie da się ustać, nie da się ruszać, zapada się w butach”.

Zuzanna Kopij


Taylor Swift

Taylor Swift to artystka, która osiągnęła wszystkie możliwe komercyjne szczyty w swojej karierze. Została nagrodzona nagrodą grammy aż czternastokrotnie w tym czterokrotnie za album roku, a The Tortured Poets Department – jej najnowsze wydawnictwo z 19 kwietnia –  było pierwszym albumem w historii platformy streamingowej Spotify, które miało ponad 300 milionów odtworzeń w ciągu jednego dnia. Lista rekordów i osiągnięć jest długa i zdaje się wciąż rosnąć. Nawet teraz elementem najbardziej zaskakującym i dla niektórych, bądź co bądź frustrującym jest niewyjaśniona zagadka jej fenomenu.

Taylor Swift artystką tygodnia w Radiu LUZ na 91,6 fm.

Artystka czy skutek uboczny kapitalistycznej maszyny sławy? Ten kto obserwuje jej poczynania na scenie muzycznej rozumie, jak bardzo istotny jest osobisty pierwiastek, który otworzył przed nią wiele drzwi i systematycznie buduje jej karierę. Taylor Swift wciąż mocno zakorzeniona jest w kategorii singer/songwriter i podkreślając swoją twórczą niezależność wydeptała ścieżki wielu początkującym artystom w mainstreamie dzisiaj. Fakt kreowania swoich własnych piosenek na podstawie życiowych doświadczeń oraz przeżyć zgromadził jej w ciągu kilkunastu lat kariery, rzeszę bardzo wiernych fanów. Swift umiejętnie porusza się w świetle reflektorów, wypowiada się także o miejscu kobiet w przemyśle muzycznym, o seksizmie i podwójnych standardach. Wywołała publicznie dyskusję o prawach muzyków do ich twórczości po konflikcie z wytwórnią, która sprzedała za jej plecami całą dotychczasową dyskografię. Swift postanowiwszy nagrać ukradzione albumy od nowa zapoczątkowała zupełnie nowy bunt w świecie muzyki. Nie da się ukryć, że to oznaka uprzywilejowanej pozycji w świecie muzyki, zwyczajnie stać ją na to, natomiast nie pozostawia wątpliwości fakt, iż jest to coś przełomowego co może zmienić podejście młodych muzyków i na jakich zasadach podpisują kontrakty z wytwórniami muzycznymi.

 

Od słodkiego country do osobistego popu

Początki kariery muzycznej Taylor Swift sięgają jej debiutu z 2006 roku, który z perspektywy czasu pozostał słodkim nastoletnim country. Później przyszły dojrzalsze albumy, które nieco więcej odsłaniały – Feraless (2008) z przebojem Love Story i Speak Now (2010) z przejmującą balladą Dear John. Te dwa albumy artystka zdołała nagrać ponownie jako reedycje, do których ma pełne prawa, dzieląc się z fanami wieloma utworami, które nie trafiły na oficjalny album. 

Prawdziwy przełom nastąpił na albumie Red, wciąż mocno czerpiącego z country, ale romansującego z muzyką popularną. Album ten nominowany został do nagrody Grammy i przyniósł fanom, jej najbardziej intymny utwór All too well, którego dłuższą wersję artystka ujawniła przy okazji reedycji płyty i towarzyszy mu krótkometrażowy film przez nią wyreżyserowany.  All too well to ballada o utracie czegoś wyjątkowego, gwałtownym uczuciu dwudziestolatki do kogoś starszego i niedostępnego, które przeradza się w niezrozumienie i rozpamiętywanie szczegółów. Autorka tworzy intymną atmosferę przy akompaniamencie gitary i opowiada historię poprzez detal, pozostawionego czerwonego szalika, czy zdjęcia z dzieciństwa na gzymsie kominka.  Utwór zawiera wiele dojrzałych metafor i bardzo wyróżnia się spośród wielu popularnych szlagierów płyty takich jak: 22, czy We are never getting back together i bardzo dobrze się zestarzał w stosunku do poprzednich płyt.

1989 to kolejna szalona i niespodziewana era w karierze Taylor Swift, która ostatecznie zwraca się w stronę pop mainstreamu z electro brzmieniami i chwytliwymi refrenami. Swift rozpoczyna wieloletnią współpracę z producentem Jackiem Antonoffem, który swój udział będzie miał na każdym z kolejnych jej wydawnictw. 1989 to płyta o wyjściu ze strefy komfortu, przyjaźniach, miłostkach i błądzeniu po ulicach Nowego Jorku. Pozostaje jednym z najlepszych albumów pop w karierze artystki, nagrodzony został w 2016 roku Grammy. 

Reputation to dark popowy comeback – roi się tu od mocno elektronicznych rozwiązań, odważnych tekstów odnoszących się do kultury hate’u i jest tutaj więcej z eksperymentu niż na 1989

W 2019 roku został wydany album Lover – jako pierwszy, do którego Taylor Swift miała pełne prawa. W pastelowych kolorach i z pudrową okładką stał się zupełnym powrotem Taylor do chwytliwego popu z osobistym charakterem, jako że artystka w tym albumie zdecydowała się odnieść do wszystkich odcieni miłości. Najbardziej wyróżniają się utwory Cornelia Street oraz False God

Kolejny przełom w karierze nastąpił prędko przy okazji pandemii – zamknięta w domu artystka nagrała dwa folkowe albumy we współpracy z Jackiem Antonoffem i Aaronem Dessnerem, dając w końcu upust wspaniałemu pisarstwu, które nie miało okazji się rozwinąć do tego stopnia przy okazji mainstreamowego popu. Folklore to prawdziwa perełka jej twórczości tak jak jej bliźniacza siostra, nieco smutniejsza Evermore. Te dwa albumy zaowocowały też w ciekawe współprace z Bon Iver oraz zespołem The National.

Midnights wydany w 2022 roku to album koncept – traktuje o nieprzespanych nocach, czasem są to męczące myśli i duchy przeszłości, które nie chcą nas opuścić, a czasem jest to pozytywna refleksja na temat odzyskiwania pewności siebie. Choć trudno mu było pobić fenomen i delikatność Folklore/EvermoreMidnights ma w sobie dużo synth popu i bedroom popu z paroma świetnymi utworami takimi jak Anti-hero czy Midnight Rain. Taylor Swift znowu otwiera przed nami pamiętnik, w którym brokatowym długopisem pisze o swoich słabościach, o rozkwitaniu dla samej siebie, o tym że o pewnych rzeczach nie da się zapomnieć, nawet kiedy się je komuś wybaczy i generalnie o tym co nie pozwala nam zasnąć i sprawia, że przewracamy się na drugą stronę. W tym koncepcie tkwi tak naprawdę przekonująca siła tego albumu. Tak jak w tekście do Anti-hero: Did you hear my covert narcissism I disguise as altruism/Like some kind of congressman? (Tale as old as time)/ I’ll stare directly at the sun but never in the mirror/ It must be exhausting always rooting for the anti-hero. Taylor przyznaje, że trudno jest jej przyjąć za fakt bycia idolką dla milionów, gdy posiada słabości zwykłego śmiertelnika i tak też się postrzega.

Torturowana poetka?

Nieco mroczny, brudny pop, opierający się na konfesyjności i monotonii – ale czy najlepszy i warty rekordów? 19 kwietnia tego roku ukazał się 11 album Taylor Swift – The Tortured Poets Department i wywołał lawiny komentarzy. Niektórzy zdobyli się nawet na stwierdzenie, że aż 32 utwory to przesada, na którą tylko najbogatsi muzycy mogą sobie pozwolić. Dodatkowo taka płodność ze strony artystki może się skończyć szybkim wypaleniem – i trudno się tu nie zgodzić. Pojawiają się pytania, czy osobisty charakter utworów to nadal autentyczność torturowanej poetki, czy też sprytny marketing. Fani jednak nie mają wątpliwości – wiele z utworów na The Tortured Poets Deparment zasługuje na miano najlepszych w karierze Taylor Swift. Wydaje się, że album byłby bardziej spójny w krótszej wersji, a długie współprace z konkretnymi producentami nie działają do końca na jej korzyść. 

The Tortured Poets Deparment i jego konfesyjny charakter wypada nieprzekonująco, nie jest to jednak do końca wina tej płyty, co popularności autorki i niemal znikomej prywatności na jaką sobie może pozwolić. Muzycznie wciąż trzymająca poziom, wyznaniowość jest tutaj nieco mniej uporządkowana i ilościowo przytłaczająca za pierwszym przesłuchaniem, ale ma swoje momenty. Oczywiście już na początku wyróżniają się pozytywnie utwory So long London, czy otwierający utwór Fortnight z gościnnym występem Post Malone. Wyraźnie widać tu zmianę estetyki – nie jest już tutaj nawet anti-hero, ale otwarcie antagonistką zamkniętą w psychiatryku. Oczywiście cała ta estetyka jest przesadzona z zamysłem i ironiczna tak jak w utworze Who’s afraid of little old me? Taylor Swift bawi się konceptem torturowanej poetki, nie mianując się nią i oddając hołd w tekście legendom takim jaki Patti Smith. Niemniej nie odejmuje to jej talentu dobrej songwriterki – nieocenzurowane wyznanie też może stanowić dobrą pożywkę inspiracji muzycznej i materiału do płakania wieczorami przy szumie winyla. Płyta zyskuje z każdym przesłuchaniem i zaskakuje spostrzegawczością. Pozwalając sobie na bycie postrzeganą jako szaloną i nieposkromioną Taylor Swift robi coś czego nie robiła do tej pory. Archetyp szalonego geniuszu w końcu nie jest tylko zarezerwowany dla mężczyzn.

Julia Prus

 

Bolis Pupul – Completely Half

bolis pupul completely half

Bohaterem mocograja tygodnia na 91.6 FM zostaje Bolis Pupul – artysta, którego zeszłoroczny, wspólny koncert z Charlotte Adigéry zapisał się w mojej ścisłej koncertowej topce. Tym razem w nieco innym składzie, bowiem solo, zabiera nas w swoje rodzinne strony, prezentując nowy singiel. Completely Half pochodzi z jego debiutanckiej płyty Letter To Yu, której premiera już w marcu. Dedykowany mamie Bolisa album porusza tematy pamięci, rodziny czy straty ubierając je w znane (i lubiane) house’owe brzmienia.

Antek Winiarski

Nation of Language – I Will Never Learn

nation of language strange disciple

Tegoroczna edycja OFF Festivalu zapisze się w mojej pamięci jako krótka, lecz intensywna. Obecny tylko jednego dnia, szedłem praktycznie z koncertu na koncert, nierzadko ignorując przerwy na odpoczynek. Jeden z nich, wybrany dość spontanicznie, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Nigdzie indziej bowiem nie czułem się tak sentymentalnie jak podczas koncertu Nation of Language.

Z drugiej strony, zakorzeniony w ejtisowym synth-popie zespół to coś znacznie więcej niż nostalgia. Artyści w unikalny sposób odświeżają brzmienie lat 80, nadając mu nowy kształt i jednocześnie oddając pewnego rodzaju hołd tej jakże przebojowej dekadzie. Doskonałym tego przykładem jest ich nowy album Strange Disciple, wśród tracklisty którego widnieje nasz nowy mocograj I Will Never Learn. Majestatyczny utwór zamykający krążek skłania do tańca, choć taniec ten należy do bardziej powolnych, wypełnionych emocjami.

Dobrze się składa, ponieważ Nation of Language, poza naszym mocograjem, jest także aktualnie wyróżnionym Artystą Tygodnia. Gorąco zachęcamy do lektury artykułu Zuzanny Kopij na temat zespołu, a jeśli włączycie Radio LUZ o 13:00 i o północy, dowiecie się na ich temat jeszcze więcej! A, no i oczywiście wypatrujcie I Will Never Learn o każdej pełnej godzinie na 91.6 FM.

Antek Winiarski

Nation of Language

Elementy charakterystyczne dla lat 80. spójnie łączą ze współczesnymi brzmieniami, tworząc mieszankę nie tylko interesującą, ale i porywającą do tańca. Wraz z wydaniem swojego trzeciego albumu zatytułowanego Strange Disciple zespół Nation of Language po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z ciekawszych reprezentantów współczesnej sceny synth popowej. Z tej okazji w tym tygodniu dokładniej przyjrzymy się sylwetce grupy. Nation of Language Artystą Tygodnia w Radiu LUZ na 91.6 FM.

 

Historia grupy zaczyna się od, można powiedzieć, błahostki – od małej iskierki, która rozpaliła wielki ogień. Ian Devaney, przyszły wokalista i główny kompozytor grupy, jechał samochodem swojego ojca. Do odtwarzacza włożył składankę, której często słuchali razem, gdy był mały. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat ponownie usłyszał Electricity formacji Orchestral Manoeuvres in the Dark (znanej jako OMD). Nostalgia, którą odczuł przez pryzmat współczesności, sprawiła, że coś się w nim obudziło. Jeszcze nie wiedział, że był to początek jego obsesji. Obsesji na punkcie osiągnięcia doskonałej syntezatorowej prostoty, którą nie pogardziłoby samo OMD.

Było to w 2014 roku, niedługo po tym, jak zespół, do którego należał wcześniej – indie rockowy The Static Jacks – rozwiązał się. Razem z Michaelem Sue-Poi (basistą wcześniej wspomnianej grupy) oraz Aidan Noell postanowili założyć zespół. Co ciekawe, Aidan nie do tej pory nie grała na żadnym instrumencie. Podekscytowana pomysłem Iana, zdeterminowana i wytrwała w postanowieniu nauczyła się gry na keyboardzie. Tak oto narodziło się Nation of Language.

Ian Devaney od początku istnienia grupy starał się odtworzyć uczucie, które wywołała w nim pamiętna przejażdżka samochodem ojca. Nostalgia odczuwana przez pryzmat współczesności – właśnie tak w założeniu miała brzmieć muzyka Nation of Language. Niczym synth-popowo-nowofalowy wehikuł czasu. W 2016 roku wydali swój pierwszy singiel zatytułowany What Does the Normal Man Feel? – utwór czuły, osobisty i wrażliwy lirycznie oraz wyraźny, dynamiczny i odważny muzycznie.

W latach 2016-2019 wydali kilka singli i coverów, ale dopiero 22 maja 2020 roku ukazał się ich debiutancki album – Introduction, Presence. To debiut niesamowicie odważny, którym zespół zagwarantował sobie mocną pozycję na scenie synth popowej i nowofalowej. Krążek został ciepło przyjęty nie tylko przez fanów, ale także krytyków i dziennikarzy muzycznych.

Introduction, Presence momentami jest wręcz surowo analogiczny, czasami aż mroczny. Słyszalne są w nim współgrające kontrasty. Każdy element składający się na całość jest niemalże indywidualny. Przypomina to trochę wypatrywanie gwiazd – kiedy znajdziemy jedną, ukaże nam się dziesięć kolejnych. Podobnie kiedy skupimy się na jednej linii melodycznej syntezatora, szybko wyłapiemy następną, później bas, a w tle jeszcze kolejne syntezatory. Do tego idealnie akompaniuje statyczna, oldschoolowa perkusja, a po gwiazdozbiorze prowadzi nas pogłosowy wokal.

Wydanie debiutu było dla tego zespołu momentem przełomowym. Właśnie wtedy zdobyli oni jeszcze więcej odwagi, czuli się pewniej i zaczęli więcej eksperymentować.

Swoim drugim albumem zatytułowanym A Way Forward, wydanym zaledwie rok po debiucie, udowodnili, że stać ich na jeszcze więcej. Złożone i skomplikowane kompozycje syntezatorowe połączone ze zdecydowanie odważniejszym stylem wokalnym i bardziej wyrazistym basem dają niesamowitą kontynuację tego, co rozpoczęli wcześniej.

Z racji, że pierwsze dwa albumy wydali w czasach lockdownu, dopiero pod koniec 2021 roku zespół wyruszył na międzynarodową trasę promującą oba. Niestety, w trakcie trasy z powodów osobistych z grupy odszedł Michael Sue-Poi. Na szczęście, na jego miejscu szybko pojawił się równie utalentowany Alex MacKay.

Przy kwestii występów na żywo nie można nie wspomnieć o niesamowitej charyzmie i energii, jaką Nation of Language prezentuje na scenie. Nie tylko dobrze się ich słucha, ale także chce się na nich patrzeć – muzycy tańczą, śmieją się, są radośni. Co więcej, dużo żartują, mają kontakt z fanami. Po prostu widać po nich, że dobrze się bawią, a to udziela się publiczności. Tego wszystkiego można było doświadczyć podczas tegorocznej edycji OFF Festival w Katowicach.

Po powrocie z trasy pod koniec 2022 roku zespół nie osiadł na laurach, bardzo szybko zaczęli pracę nad kolejnym albumem. I kiedy można było przypuszczać, że Nation of Language już nie zdoła nas niczym zaskoczyć, oni wydają Strange Disciple. Udowodnili tym, że potrafią jeszcze bardziej rozszerzyć teren swojej muzycznej krainy. Ponadto, mogą to robić, wciąż trzymając się swoich korzeni, budując swoje brzmienie na wylanym wcześniej fundamencie.

Pierwszym singlem z nowego albumu było Sole Obsession, wydane 8 marca 2023 roku. Utwór ten opowiada o utracie ukochanej osoby, którą tak usilnie próbujemy przy sobie zatrzymać, że staje się to naszą tytułową jedyną obsesją. Ian Devaney wielokrotnie określał Strange Disciple jako ścieżkę dźwiękową popadania w obsesję. Nie tylko taką na punkcie miłości, ale także osiągnięcia doskonałości, technologii czy social mediów.

W swojej muzyce Nation of Language otwarcie opowiada o swoich przeżyciach i przemyśleniach. W utworze Too Much, Enough poruszony zostaje temat przesytu informacji dookoła nas i kontroli, jaką mają nad nami internet i social media. Tego, jak frustrująca jest niemożność oderwania się od ekranów, mimo świadomości, że nasze wpatrywanie się w nie przez tyle godzin jest bezmyślne i nie daje nam wiele. Do utworu został również stworzony idealnie pasujący teledysk w reżyserii Roberta Kolodnego.

Lirycznie jest to raczej pesymistyczny album. Opowiada o poczuciu małości, trudnych emocjach i byciu kontrolowanym przez nieopisane siły. Teksty wydają się dojrzalsze, jeszcze wrażliwsze i bardziej osobiste. Na przestrzeni utworów przy tanecznym akompaniamencie zastanawiamy się, kim tak naprawdę jesteśmy, jak uciec od wszechobecnego chaosu i osiągnąć harmonię, jak uczyć się na błędach.

Niestety, konkluzja Strange Disciple jest taka, że podmiot nigdy się tego nie nauczy. Utwór zamykający album – I Will Never Learn (będący również naszym mocograjem!) – nie tylko idealnie scala całość muzycznie, ale także lirycznie.

Czerpiąc inspiracje od takich zespołów jak Kraftwerk, Depeche Mode, Human League czy Talking Heads, nietrudno wpaść w pułapkę powtarzalności i nieoryginalności. Jednak Nation of Language harmonijnie balansuje pomiędzy tym, co znane, a tym, co zupełnie nowe. Elementom charakterystycznym dla muzyki lat 80. nadają świeżości, sprawiając, że ich utwory brzmią zarówno nostalgicznie, jak i współcześnie. I mimo że powroty do przeszłości są coraz częstszą taktyką wykorzystywaną przez artystów, Nation of Language pozostaje jedyne w swoim rodzaju.

Zuzanna Kopij

Sweeping Promises – Walk In Place

sweeping promises good living is coming for you

Jeden z naszych nowych mocograjów, Walk In Place bostońskiego zespołu Sweeping Promises trwa dokładnie 2 minuty i 36 sekundy. Na pierwszy rzut oka jest to niewiele. Kiedy jednak trochę się wsłuchamy, uszom się nie chce wierzyć. Niespodzianka goni niespodziankę. Na próżno liczyć wszystkie występujące tutaj zwroty akcji. Do tego jeszcze ten pulsujący bas w połączeniu z nieco stłumionym, dance-punkowym brzmieniem? Strzał w dziesiątkę. Dynamika utworu sprawia, że już od pierwszych sekund staje się prawdziwym earwormem, a wspomnianej linii basowej nie warto nawet podejmować prób wyparcia z pamięci. Takich kawałków pozazdrościliby nawet LCD Soundsystem.

Antek Winiarski