Archiwum

Ultramaraton: gdy maraton to dopiero rozgrzewka


Jak daleko może biec człowiek, nie zatrzymując się? Ultramaratony to świat, w którym maraton jest rozgrzewką, a sto kilometrów brzmi jak niewinna propozycja na niedzielny poranek. To opowieść o granicach wytrzymałości, psychice twardszej niż podeszwy i ludziach, którzy najwyraźniej mają coś z Forresta Gumpa.

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Gdy maraton to dopiero rozgrzewka


Nie będziemy dziś rozmawiać o maratonie, bo to przecież dystans… sprinterski. W świecie ultramaratonów pięćdziesiątka to rozgrzewka, a setka to dopiero początek zabawy. Setka kilometrów, rzecz jasna. To kraina ludzi, którzy potrafią biec i biec… i jeszcze raz biec.

Ultramaratończycy pokonują setki kilometrów, robiąc tylko minimalne przerwy na jedzenie, wodę i inne bardzo ludzkie potrzeby. Dean Karnazes przebiegł 563 km w trzy i pół dnia, a Harvey Lewis w 2023 roku pokonał 724 km w cztery i pół dnia, zatrzymując się tylko na kilka minut na końcu każdej godziny.

Czy bieganie bez zatrzymywania się w ogóle istnieje?


Tu pojawia się pytanie – czym właściwie jest „zatrzymanie się”? Jeśli staniesz na sekundę, żeby poprawić sznurówkę, to już koniec biegu? A łyk wody? Nawet najlepsze maszyny muszą się czasem zatankować.

Wielu ultramaratończyków stosuje strategię krótkich drzemek trwających od kilkudziesięciu sekund do kilku minut. Tak zwane mikrosny potrafią na chwilę zresetować mózg i pozwolić biec dalej. Więc czy chodzi o brak snu, czy tylko brak dłuższego postoju?

Ludzie, którzy biegali „za długo”


Historia zna wyczyny, które brzmią jak literówki w tabeli wyników. W 1986 roku grecki biegacz Yiannis Kouros pokonał ponad 1000 kilometrów w mniej niż sześć dni. Minimalny sen, żelazna psychika i umiejętność dogadywania się z bólem.

W tzw. „podwórkowych ultramaratonach” zawodnicy biegną pętlę co godzinę, aż zostanie tylko jeden uczestnik. To zawody, w których ciało przegrywa szybciej niż głowa. A głowa, jak się okazuje, potrafi bardzo długo nie chcieć przegrać.

Dlaczego w ogóle jesteśmy w stanie to robić?


Człowiek to zwierzę wytrzymałościowe. Nasze ciała powstały do długotrwałego wysiłku – to spadek po przodkach, którzy godzinami ścigali zwierzynę, aż ta po prostu padała ze zmęczenia.

Dziś biegamy raczej po medale niż po kolację, ale mechanizm pozostał ten sam. Różnica polega na tym, że mamy dziś zaawansowane odżywianie, elektrolity i buty, które kosztują więcej niż pierwsze samochody.

Paliwo, chłodzenie i granice organizmu


Badania pokazują, że ludzkie ciało potrafi funkcjonować w ekstremalnym wysiłku bardzo długo, jeśli dostarczymy mu odpowiednią ilość kalorii i płynów. Dlatego ultramaratończycy żyją na trasie na mieszance cukru, soli i bardzo złych decyzji podjętych kilka miesięcy wcześniej.

Co ciekawe, podczas długich biegów temperatura ciała nie rośnie tak gwałtownie jak przy krótkich, intensywnych wysiłkach. Pocenie się daje nam przewagę nad wieloma zwierzętami, które przegrzewają się znacznie szybciej.

Meta zawsze w końcu przychodzi


Nawet najwięksi rekordziści w końcu się zatrzymują. Czasem buntują się nogi, czasem głowa, a czasem po prostu pojawia się napis „meta” i ktoś wręcza medal, który mówi: „dobra, wystarczy”.
Bo w ultrabiegach nie zawsze chodzi o rekordy. Często chodzi o sprawdzenie, gdzie naprawdę leży granica. I czy w ogóle istnieje.

A morał? Możesz biec, ile chcesz, ale prędzej czy później i tak ktoś zapyta: „Nie lepiej było pojechać autem?” I w tym momencie sport płynnie przechodzi w filozofię.

To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, medycyną i filozofią życia — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Faraony, Kingi i Twarde Pierniki – najdziwniejsze nazwy klubów sportowych

W wakacyjny czas Faraon przywołuje klimat wypoczynku w Egipcie. A co jeśli powiem Wam, że Faraon kojarzy mi się przede wszystkim…z siatkówką? I to bynajmniej w wykonaniu reprezentacji kraju nad Nilem. Gdzieś pomiędzy Orłami, Koronami i Poloniami możemy znaleźć kluby sportowe o nazwach zupełnie z innego wymiaru kreatywności.

 

Literowe Tasiemce

 

Jako dziennikarka sportowa najczęściej spotykam się z nazwami drużyn sportowych, które są tradycyjne i prostolinijne, takie jak Polonia, Korona, Wisła czy zlatynizowana miejscowość, np. Resovia, czy Cracovia. Czasami niektórzy założyciele klubów podpinają nazwy firm sponsorujących dany klub i muszę stwierdzić, że moja ukochana siatkówka bije w tej kwestii niechlubny rekord; WSKonsorcjum UKS OPP Powiat Kołobrzeski, UKS „Sokół 43” AZS AWF Katowice, Rosmosis-Wawrzyniak KKS Astra Krotoszyn, Eco-Team AZS Stoelzle Częstochowa – mając zaledwie jeden mózg do dyspozycji ciężko jest to zapamiętać.

Nie tak słodko jak myślisz

 

Na różnych szczeblach rozgrywkowych w dyscyplinach drużynowych wygląda to inaczej. Zazwyczaj kluby z najwyższego poziomu celują w nazwy proste i nawiązujące do wieloletniej tradycji klubu, albo poszerzone o sponsora tytularnego. Nie jest to oczywiście reguła, bowiem występujące w Polskiej Lidze Koszykówki Twarde Pierniki Toruń mocno kontrastują z resztą. Rzecz jasna oficjalna nazwa klubu to Arriva Polski Cukier Toruń, lecz przyznacie, że do dwumetrowych rozpędzonych wieżowców pasuje ona jak pięść do nosa.

Czar par

 

Nie ukrywam, że największe bogactwo kreatywnych nazw występuje w niższych ligach piłkarskich, gdzie połączenie słowa dodatkowego z miejscowością tworzą idealne duety. Jednym z najbardziej przykładów są oczywiście Skałki Stolec ich przeciwnicy z Gaci; niegdyś Foto Higieny a obecnie Błyskawicy. Niebezpiecznie brzmiące starcia są także między Plonem Grządkowice a Tajfunem Przedkowice. Wietrznych nazw jest jednak więcej; Orkan Szczedrzykowice i mój absolutnie ulubiony Huragan Proboszczów. Za każdym razem wyobrażam sobie latających księży z furgoczącymi sutannami na silnym wietrze.

Wesoła Zagroda

 

Sporo jest także odniesień do zwierząt. Pomiędzy lwami, wilkami, orłami i albatrosami znalazło się także miejsce dla bobrów. Jednak Pirania Radziądz robi na mnie lepsze wrażenie. Fortuna Obora brzmi za to nieco bardziej swojsko i przyjaźnie. Nie wiem, czy Piasek Potworów także można zaliczyć do odzwierzęcych nazw klubów, lecz z pewnością siłą wyobraźni jesteśmy w stanie do tego doprowadzić.

„Internaszynal Superstar”

 

Kreatywność czasami przenika dyscypliny. Piłkarski Fenix Pielgrzymka doskonale dopełnia się z siatkarskim Karolem. Tak, tym Karolem; Karolem KUL Lublin. Są także nazwy międzynarodowe, dzięki którym okręgowe drużyny są gotowe na podbój świata i innych galaktyk. Galakticos Solna brzmi jak miejsce z przyszłości, ale proszę nie mylić z Przyszłością Dłużyna. Z kolei starcie Bad Element Otok z Legend Squad Radogoszcz brzmi jak starcie polsko-nowojorskich gangów.

Zabawa słowem

 

Czasami dziwne lub zabawne nazwy klubów mogą stać się inspiracją do stworzenia jakiejś historii. Sparta Przełom Pastuchów stanowi gotowy tytuł filmu na polską wersję Powstania Spartakusa. Kantor Tukan Kamień mogłoby posłużyć za tytuł alternatywnej biografii Tadeusza Kantora wystawianej na deskach Teatru Współczesnego. Podróż w świecie sportu nie musi się ograniczać tylko wyników, statystyk i innych nudnych rzeczy. To może być także odprężająca wycieczka do różnych zakątków humoru. Ruszajcie zatem w drogę i niech moc Faraona będzie z Wami!

Autor: Joanna Wicherska