Archiwum

D’Angelo

14 października 2025 pożegnaliśmy D’Angelo pioniera neo-soulu o kaszmirowym głosie. Jego krótka, lecz legendarna dyskografia oraz członkostwo w grupie Soulquarians sprawiły, że nie tylko podbił mainstream, ale też rozkochał w muzyce nawet najbardziej wymagających słuchaczy. W paśmie Artysty Tygodnia Akademickiego Radia Luz wspominamy D’Angelo – tajemniczego szamana wokalnych aksamitów, który przez lata swojej działalności zainspirował tysiące muzyków na całym świecie.

 


Brown Sugar

1995

Virgin Records

W roku 1995 hip-hop rządził mainstreamem. Spoglądając na rankingi sprzedaży w kategorii R&B, ujrzymy głównie ksywki raperów, którzy w poszukiwaniu radiowego hitu okazjonalnie współpracowali z utalentowanymi wokalistami. Za kulisami sławy i wielkich pieniędzy  rodził się jednak neo-soul, czyli nowa odsłona dobrze znanego już, gęstego wokalnie brzmienia.

Cofnijmy się do lat. 70 kiedy dzięki Marvin’owi Gaye’owi, Stevie’mu Wonder’owi czy Smokey’mu Robinson’owi soul był na szczycie,  Wszechobecnie znana wówczas marka Motown Records absolutnie zredefiniowała muzykę popularną, znajdując nieoszlifowane diamenty i dając im miejsce oraz pieniądze na rozwój.

Lata 80. nie były już tak łaskawe dla soulowców. W radiach królowało disco gatunek zakorzeniony w swoim poprzedniku, lecz znacząco prostszy i mniej wykwintny. Na renesans rozognionych wokalistów poczekać musieliśmy aż do połowy lat 90.. Wtedy ukazała się premierowa płyta 21-letniego wówczas D’Angelo, czyli Brown Sugar.

Na swoim debiucie D. uderza w słodkie tony przeszłości z małym twistem, dorzucając od siebie uliczną chropowatość. Jest to muzyka niezwykle dojrzała, zważając na ówczesny wiek D’Angelo, lecz jeszcze nie do końca opierzona profesjonalizmem aranżacji. Nieco vintage’owa otoczka ciepłego kolorytu po czasie rozkochała w sobie odbiorców, co z pewnością była katalizatorem dla tak szybkiego wzrostu popularności neo-soulu. Maxwell, czyli postać nieco bardziej trzymająca się wokalnych tradycji lat 70., w jednym z wywiadów stwierdził, że bez Brown Sugar nie udałoby mu się wydać debiutanckiego krążka. Preludium Voodoo to pozycja obowiązkowa w pełnym zrozumieniu nowej koncepcji soulu, w którą D’Angelo zdecydowanie włożył całe serce oraz geniusz.


Voodoo

2000

Virgin Records

Debiutancki album D’Angelo był tylko namiastką skali jego ponadczasowego talentu. W roku 2000 miała premierę płyta, która okazała się być sztandarową reprezentacją brzmienia neo-soulu. Voodoo, czyli drugi krążek D’Angelo, to dźwiękowa uczta, podczas której mistyczne instrumentale rozświetlają nakryty obrusem intymności stół. Magia Electric Lady Studio, gdzie D. godzinami jamował z bandem, zaowocowała materiałem kondensującym geniusz muzyków uczestniczących w sesjach. Mowa tutaj o arcymistrzach poszczególnych instrumentów, bo wraz z D’Angelo w studiu grali i pomieszkiwali Questlove, Pino Palladino czy James Poyser.

Voodoo posiada niespotykaną dotąd w soulu głębię. Każdy akord, nuta czy uderzenie werbla to czysta przyjemność dla ucha. Tutaj swój udział niewątpliwie miał Russel Elevado inżynier dźwięku oraz wieloletni realizator D. W celu odwzorowania brzmienia zagubionego wraz z produkcyjną digitalizacją, Elevado powrócił do nagrywania na taśmę. W wywiadzie dla Red Bull Music Academy podkreślał, jak ważnym elementem Voodoo była organiczność na wzór Funkadelic czy Stevie’go Wonder’a, co przejawia się w cieple poszczególnych ścieżek. D’Angelo był produkcyjnym perfekcjonistą, przez co niejednokrotnie podwajał czy nawet potrajał niektóre dźwięki. W ten sposób zapewniał gęstą lekkość spokojnie płynących podkładów i tworzył wielowarstwowe kompozycje.

Równie ważną składową Voodoo byli artyści, w których zakochany był cały band D’AngeloElectric Lady Studio nieustannie przepełniały dźwięki Purple Rain Prince’a czy Sex Machine James’a Brown’a. Są to albumy, które stały się podwalinami monumentu, jakim dzisiaj jest Voodoo.

Komercyjny sukces płyty tak genialnie wyrażającej miłość do przeszłych mistrzów był oczywistością. Już w pierwszym tygodniu sprzedano 320000 egzemplarzy. Album otrzymał też dwie statuetki Grammy w kategoriach najlepsza płyta R&B oraz najlepszy występ R&B za singiel Untitled (How Does It Feel). Dzięki Voodoo D’Angelo, dzierżąc w dłoni soulową pochodnię rozpaloną dekady temu,, dołączył do grona artystów inspirujących następne pokolenia.


Black Messiah

2014

RCA Records

Trzeci i ostatni album D’Angelo ukazał się niespodziewanie wcześniej niż było to zapowiadane, w 2014 roku. W odpowiedzi na toczące się ówcześnie protesty przeciwko przemocy policji wobec czarnoskórych, muzyk postanowił przyspieszyć finalizację i wydanie albumu. Black Messiah bowiem jest głosem niezgody na systemowe nierówności, przemoc i frustrację społeczności afroamerykańskiej. Jest to płyta zaangażowana politycznie,  co wybrzmiewa szczególnie w takich utworach jak The Charade czy 1000 Deaths, które zawiera fragment audio związany z morderstwem Freda Hamptona. W tekstach muzyk nie pozwala odwrócić wzroku od doświadczeń strachu i śmierci wykluczonych społecznie mniejszości.

Muzycznie Black Messiah okazał się być najbardziej eksperymentalnym krążkiem D’Angelo. Choć sam artysta określał swoją twórczość gatunkiem black music, do fuzji funku, R&B i neo-soulu, z której jest znany, dołożył elementy rocka, cięższego groove’u i surowego brzmienia, co jeszcze mocniej podkreśla wagę poruszanych na płycie tematów. Organiczność podkładów zawdzięczamy taśmie analogowej, na której, podobnie jak na Voodoo zarejestrowano praktycznie cały album.

Wśród twórców biorących udział w nagraniach wyróżnić należy Questlove’a  czy muzyków z The Vanguard, którzy po latach współpracy z D’Angelo intuicyjnie znaleźli odchodzącą od przeszłych projektów gęstość brzmienia. Szczególną uwagę przykuwa bogactwo instrumentów dętych i orkiestrowych, które we wszystkich aranżacjach zaciągają nutami chropowatego gospelu. Album zdobył nagrodę Grammy za najlepszy album R&B, a singiel Really Love wyróżniono jako najlepszą piosenkę R&B. Black Messiah to duchowy manifest, nie odnoszący się do jednostki, a do zbiorowej siły, uczucia jak twierdził autor drzemiącego w każdym z nas.

tekst: Jędrzej Śmiałowski, Justyna Kalbarczyk

magazynki: Jędrzej Śmiałowski, Justyna Kalbarczyk, Sebastian Rogalski

Redakcja: Michał Lach

Clairo — Sexy to Someone

sexy to someone clairo cover

Clairo wróciła.

Po trzech latach przerwy od albumów (wydając w międzyczasie wyłącznie utwory wspierające cele charytatywne lub współprace z innymi artystami) Claire Cottrill opublikowała pierwszy singiel zapowiadający trzeci (third times the…) longplay w jej dorobku, zatytułowany Charm. Przygotowujące nas Sexy to Someone jest wyznacznikiem nowego brzmienia, które idealnie podsumowuje jej karierę, stojąc stylistycznie pomiędzy debiutanckim Immunity i najświeższym Sling. A te porównania nie powinny dziwić, zwłaszcza że wokalistka od dawna w swojej muzyce odzwierciedla dorastanie, a jej brzmienie zmienia się wraz z życiem i dojrzałością.

Sexy to Someone przyciąga słuchaczy, sięgając po ciepło i instrumentację znaną ze Sling (wyprodukowanym przez Jacka Antonoffa), jednocześnie łącząc je z bardziej energiczną perkusją i paletą dźwiękową Immunity (które powstawało w kolaboracji z członkiem Vampire Weekend, Rostamem Batmanglij). Tym razem, Clairo użycza pomocy od Leona Michelsa – jego wpływy około-soul’owe są zwłaszcza słyszalne w harmonijnym flecie Cottrill, którego znajdziemy w akustycznej oprawie utworu, oraz w inspirowanych latami 70. rozmytych gitarach, które poruszają się gdzieś pomiędzy psychodelicznym folkiem a jazzem.

Wszystko to sprawia, że Sexy to Someone brzmi trochę jak na nowo odkryty staroć, schowany gdzieś w regale pomiędzy nagraniami Motown, który po odtworzeniu uświadamia ci, że twoje uczucia są uniwersalne i ponadczasowe. Wokal Claire jest rześki, oddychający i przytulny, a tekst, typowo dla artystki porusza swoją ludzkością, tęsknotą i subtelnością. Autorka wie jednak, jak poradzić sobie z tym emocjonalnym bagażem – Sexy to Someone pozwala zrozumieć swój własny świat w uniwersalny sposób, zostawiając jednocześnie muzycznie miejsce na taniec i zabawę.

Pozwólcie Clairo oczarować was jej najnowszym utworem, wyróżnionym przez nas na 91.6 FM. Sexy to Someone otrzymuje status mocograja!

Charm, najnowszy album Clairo zostanie wydany już 12 lipca.

Mikołaj Domalewski

Thee Sacred Souls – Live For You

Często wydaje nam się, że wczesna muzyka rozrywkowa, klasyczny jazz czy soul są nie do odwzorowania. Często myślimy też, że już nikt nie jest w stanie tworzyć muzyki, jaka rozbrzmiewała w latach 60-tych, 70-tych czy 80-tych. Najdoskonalszym przykładem na obalenie tych teorii jest zespół Thee Sacred Souls.

Czerpią wyraźnie z klasycznego soulu i takich legend jak Marvin Gaye czy Curtis Mayfield. Chwytają słodycz soulu, sensualność melodii R&B i beztroskę dzieci kwiatów. Tworzą utwory lekkie, rozkoszne, rozpływające się w eterze. Oscylują wokół tematów miłości i piękna, podanych w ciepłym, oldschoolowym brzmieniu, które wydaje się zarówno nostalgiczne, jak i ponadczasowe.

Live For You to oda do życia. Zachęta do znalezienia w sobie tej miłości, którą dajemy innym. Afirmacja codzienności. Wezwanie do otwarcia głowy i przeżycia najmniejszych rzeczy w pełni. I idealnie rozbrzmiewa w słoneczne, letnie dni (choć jestem pewna, że nie tylko wtedy).

Zuzanna Kopij


Baby Rose

Czasami specyficzny głos, który można uważać za niedoskonałość, okazuje się najsilniejszym atutem. Przekonała się o tym Baby Rose, której pierwsza autorska piosenka i charakterystyczny, dojrzały kontralt przyniosły wygraną w licealnym Talent Show. Od tamtej pory dojrzewa jako artystka, oferując coraz bardziej soczyste owoce swojej pracy. Zaledwie rok po wydaniu płyty Through And Through Baby Rose powraca z EP Slow Burn, współtworzoną z BADBADNOTGOOD i w pełni wyprodukowaną przez grupę. Utwór One Last Dance, który symbolicznie zamyka album, został wybrany przez Michała Lacha na jednego z mocograjów Radia LUZ, jednak tak mistrzowsko operująca motywem odrodzenia Baby Rose całościowo zasługuje na wyróżnienie jako Artystka Tygodnia.


Slow Burn

2024

Secretly Canadian

Podczas gdy grupa BADBADNOTGOOD zyskała rozgłos wśród fanów szeroko pojętego jazzu, twórczość Baby Rose wciąż czeka na należyte dostrzeżenie – nie tylko w obrębie tego gatunku, soulu czy R&B. To wkład jej instrumentu czyni płytę nie tyle dobrą, co imponującą. Głos Baby Rose pobudza niczym filiżanka czarnej kawy, utrzymując naszą uwagę na drodze podobnej do tej o numerze 95 z Waszyngtonu do Karoliny Północnej, którą Amerykanka wspomina ze swojego dzieciństwa, opisując swój krążek. Już wtedy, przez przeprowadzkę, w jej życiu zrodziła się potrzeba zamknięcia pewnego rozdziału. Każdy z sześciu utworów-przystanków jest składową refleksji, której przedmiotami są dawne miłości i przyjaźnie. Gorycz i głębia wokalu z efektem pogłosu na tle instrumentalnego pejzażu, tworzy krótkometrażowy obraz tęsknoty, żalu, akceptacji i innych emocji tożsamych z procesem trudnego, acz koniecznego pożegnania. Co za tym idzie, pozwolenia sobie na doświadczenie wolności. Slow Burn to bardziej surowa pozycja w dyskografii Baby Rose, tworzącej głównie w cieplejszym obrębie neo soulu. Jednak niezależnie od obieranego kierunku, artystka potrafi w pełni wykorzystywać swój ogromny potencjał.


Through And Through

2023

Secretly Canadian

Okładka albumu Through And Through przedstawia rozmarzoną Baby Rose skąpaną w wyrazistej czerwieni, w stylu sugerującym inspirację przeszłymi dekadami. Rozmazany portret doskonale oddaje drugi, nastrojowy longplay twórczyni. Inspirowana siłą tych o niepowtarzalnych głosach i determinacji, pośród których jest choćby Janis Joplin, Baby Rose w estetycznym akompaniamencie wprost opisuje swoje wówczas najbardziej intymne przeżycia. Warstwa liryczna dotyka głównie sfery uczuciowej, oddając proces leczenia złamanego serca i zaczynania od nowa. Utwór Paranoid sięga głębin morza pełnego lęków, a Sabotage jest pełnym rozpaczy pytaniem o sposób zatrzymania cyklu sabotażu. Natomiast warstwa instrumentalna otula ciągnącymi się jak karmel, nieco eterycznymi i sensualnymi dźwiękami gitary oraz rozluźniającej sekcji rytmicznej, pozwalając spokojnie dryfować do kolejnego portu. Ostatecznie nasza Artystka Tygodnia odzyskuje kontrolę, podnosząc na duchu tych, którzy w swoich zmaganiach czują się samotni. Album zamyka w gospelowym klimacie, wyśpiewując na tle chórków słowa o leczniczej mocy miłości i potrzebie wzajemnego wsparcia.


To Myself

2020

Human Re Sources

Blues i soul to gatunki będące świadectwem ludzkiej emocjonalności. Pomagają szczerze i głęboko przeżywać pochłaniające umysł i ciało uczucia, a co się z tym wiąże, zyskiwać ten rodzaj wolności pozbawiony ciężaru nagromadzonych trosk. Baby Rose już samym debiutem pokazuje terapeutyczną siłę muzyki. Album otwierają ciepłe dźwięki gitary i klawiszy, do których po chwili dołącza kontraltowy wokal, wyrażający rozczarowanie i żal związany z końcem związku, który wydawał się tym właściwym. Każdy kolejny utwór jest niczym rozdział książki o odnajdywaniu w sobie siły. Powieści pełnej smutku, złości i zbyt wielu pytań bez odpowiedzi, opowiedzianej w tonacji zawsze zakończonej nutą nadziei. Ballada All To Myself jest szóstą pozycją na albumie, nagraną za pierwszym podejściem jako najszczerszy wyraz walki z tym rodzajem tęsknoty, który wzbiera o trzeciej nad ranem. Całość kończą Over i Show You, w których Baby Rose patrzy na rozstania z szerszej perspektywy. W wersji Deluxe usłyszymy również Marmot, Damn i August 5th, uzupełniające refleksyjny list do siebie o wspomnienia podjętych w życiu decyzji i gotowość na to, co przyniesie przyszłość.

Pola Sosin

Little Simz

little-simz-at

Little Simz — niezależna ikona brytyjskiego rapu w nowej odsłonie

Little Simz, czyli kryjąca się pod tym pseudonimem Simbiatu ’Simbi’ Abisola Abiola Ajikawo, to jedna z najwybitniejszych reprezentantek współczesnej sceny hip-hopowej. Od początku kariery muzycznej pozostaje w zgodzie z własnymi wartościami, szczera i odważna. Z każdym kolejnym wydawnictwem udowadnia, że nie tylko nie boi się eksperymentować, ale też ciągle dąży do muzycznego rozwoju.

Nie inaczej jest w przypadku niedawno wydanej EPki Drop 7, blendu gatunków i najśmielszej odsłonie raperki do czasu. Z okazji tego wydawnictwa, w Radiu LUZ celebrujemy całokształt jej twórczości i przypominamy jej najważniejsze dzieła.


Little Simz - Drop 7

Drop 7

2024

Age 101 Music · AWAL

Rzadko zdarza się, by 15-minutowe wydawnictwo poniosło się takim echem po muzycznym świecie. Mowa o tu jednak o EPce jednej z najlepszych współczesnych raperek, która porzuca w znacznej części organiczne brzmienia na rzecz EDM-owej produkcji. Seria Age 101: Drop zawsze była dla Little Simz okazją do rozluźnienia konwencji i zabawy formą oraz tekstem. Drop 7 nosi jednak w sobie oznaki czegoś znacznie więcej. Wyprodukowany wspólnie z brytyjskim DJ-em Jakwobem projekt wydaje się być zapowiedzią nowego brzmienia, które może na dłużej zagościć również na innych projektach Simbi. Baile funk, silniejsze niż wcześniej zanurzenie w grime’ie, czy zwrotka po portugalsku to tylko kilka atrakcji tego fascynującego wydawnictwa. Te nowości perfekcyjnie łączą się w finale z tą bardziej znaną słuchaczom instrumentalną stroną artystki, która coraz chętniej używa swojego głosu do śpiewu. Pozostaje tylko czekać, czym Simz zaskoczy nas na kolejnym albumie.


Nasza selekcja:

GREY Area

2019

Age 101 Music · AWAL

GREY Area to trzeci studyjny album Little Simz, a zarazem pierwszy, który dał jej rozgłos w Anglii, jak i poza jej granicami. To intensywna, osobista i refleksyjna płyta, w której raperka eksploruje różnorodne tematy związane z przeszłością, współczesnym społeczeństwem, własną tożsamością oraz jej miejscem w branży muzycznej. Teksty są poruszające, odważne i introspektywne. Ajikawo nie hamuje się i otwarcie mówi, co myśli. Już w otwierającym album utworze zatytułowanym Offence zapowiada, że zrzuci ciężar z serca, nie zastanawiając się nad tym, czy kogoś urazi.

Ten album to dla Little Simz pole do ekspresji i wylania zbierającej się w niej złości. Dotyka wielu istotnych kwestii. W utworze Boss rapuje o tym, że jest szefową w sukience, podkreślając siłę swojej kobiecości. Venom i jego słynny wers never givin’ credit where it’s due, ‘cause you don’t like pussy in power adresowane są do wszystkich, którym przeszkadza widok kobiety odnoszącej sukces. Jednak GREY Area to nie tylko rozprawienie się z dyskryminacją płciową. Simbi uzewnętrznia także swoją wściekłość związaną z przemocą na tle rasowym, na co przykładem może być 101 FM. Mimo up-beatowego brzmienia i jasnych syntezatorów to utwór o brutalności, z którą na co dzień spotykają się osoby z marginesu społecznego. Can’t see us but you can hear us – Simz pozostaje głosem tych, którym głos zabrano. Artystka zagląda też w głąb siebie. Najbardziej introspektywne wydają się być Therapy i Wounds. Ten drugi był szczególnie trudny do napisania, dotyczy on bowiem śmierci przyjaciela Simbi, który został zamordowany. To opowieść o stracie, bólu i ponownym odnalezieniu drogi do przodu.

Raperka muzycznie eksperymentuje, mieszając hip-hop z elementami jazzu, soulu i elektroniki. Dzięki temu na albumie tworzy wyjątkowy przelot, manewrując między złożonymi melodiami, często mrocznymi i zmysłowymi, nadając swoim tekstom dodatkowej głębi, dzięki czemu mają one jeszcze silniejszy wydźwięk.


Sometimes I Might Be Introvert

2021

Age 101 Music · AWAL

Od pierwszych sekund Sometimes I Might Be Introvert jasne jest jedno. Ten album ma ambicję być czymś wielkim. Pompatyczna, orkiestralna aranżacja. Cleo Sol zapowiadająca tytułowy utwór słowami There’s a war. Little Simz dumnie deklarująca I study humans, that makes me an anthropologist. Czy coś tak majestatycznego może być jednocześnie po prostu przyjemne w odbiorze? Otóż może. Simbi ujawnia bowiem prawdziwy sens albumu pod koniec tego 6-minutowego arcydzieła. Jest on podróżą, by odkryć co DLA NIEJ znaczy być kobietą. Zarówno w muzyce, jak i poza nią.

Nie da się ukryć, że jest to zbiór utworów o rzeczach WAŻNYCH. Konfrontacja Simz z uczuciami do swojego ojca, którego dalej kocha, ale jednocześnie nienawidzi. Historia kuzyna raperki, która rzuca światło na to jak frustracja na beznadzieję dookoła i brak perspektyw na lepsze jutro popychają ludzi ku przemocy, która może kosztować czyjeś życie. Afirmacja kobiet z całego świata, które każdego dnia inspirują raperkę, by być coraz lepszą wersją siebie. Poświęcenie chwili na docenienie ludzi, którzy zapewniają nam podstawowe wygody codzienności, które często bierzemy za oczywistość. Ten ogrom wątków, spektakularne filmowe interludia, chóralne wstawki, fenomenalna (a to myślę i tak za małe słowo) produkcja Inflo mogą połączyć się w harmonijną całość tylko dzięki jednej rzeczy. Szczerości Simbi.

Niezależnie, czy mierzy się ona z osobistymi demonami, czy demoluje większość sceny rapowej bezlitosną nawijką, jedno pozostaje niezmienne. Little Simz robi to, co chce. I jest z tego dumna. To również dlatego teatralne przerywniki i posągowe Introvert mogą znaleźć się na jednej trackliście z delikatnym wyznaniem miłości na I See You, czy wizytą złowrogiej bliźniaczki Simz na Rolling Stone. Płynne przejścia pomiędzy kolejnymi częściami tej jakże filmowej podróży prowadzą nas do momentu refleksji autorki w postaci How Did You Get Here. Nad trudnymi początkami, momentami zwątpienia, całym wysiłkiem włożonym w osiągnięty sukces. I uświadomieniem sobie, że jest teraz tą wersją siebie, o której zawsze marzyła. Ciężko o piękniejsze zwieńczenie tak niezwykłej podróży.


NO THANK YOU

2022

Age 101 Music · AWAL

Od momentu wkroczenia na scenę Little Simz głośno mówi o pozostaniu wiernej swojej wizji i ostrzega twórców przed współczesnym przemysłem muzycznym. Od zawsze trzymała się niezależności i wywyższała jej wartość – cała jej twórczość została wydana własnym nakładem pod szyldem założonej przez nią wytwórni Age 101. W albumie NO THANK YOU jest najbardziej bezpośrednia w tym przesłaniu. W utworach takich jak Angel, Sillhoute czy Heart On Fire artystka wspomina swoje doświadczenia i przyznaje, że wielokrotnie musiała uczyć się na własnych błędach. Swoją frustrację zamienia w rady i ostre wersy:

They don’t care if your mental is on the brink of something dark
As long as you’re cutting somebody’s payslip
And sending their kids to private school in a spaceship
Yeah, I refuse to be on a slave ship
Give me all my masters and lower your wages

Autorka nie boi się krytykować branży nagraniowej, która tak ją wyczerpała, porównując ją między innymi do kolonializmu w X. Widząc, jak daleko sława i chęć sukcesu mogą odciągnąć sztukę od jej celu, chce pomóc innym artystom nauczyć się mówić nie, dziękuję i nadal robić swoje. W NO THANK YOU trudno dostrzec kierunek, w którym Simz chce podążać muzycznie. Ale to być może jego największa siła, ponieważ album zaprasza każdego dostępnego słuchacza do wysłuchania apelów artystki. Nie przejmuj się prasą, tabloidami i garniturami. Po prostu rób swoje i rób to dobrze. A kto może dać na to lepszy przykład niż nasza Artystka Tygodnia?

Zuzanna Kopij, Mikołaj Domalewski, Michał Lach


Róisín Murphy & DJ Koze – Fader

roisin murphy fader

Wygląda na to, że Róisín Murphy nie zwalnia przed premierą nowego krążka. Przebojowo zatytułowany Hit Parade ukaże się już 8 września. Tempo zdaje się wręcz przyśpieszać, a naszą ciekawość wokalistka regularnie podsyca kolejnymi singlami. Jedyne, co ewentualnie mogło zwolnić, to liczba uderzeń na minutę jednego z nich. Utwór Fader, standardowo z DJ Koze, to osobliwa ballada z pogranicza R&B i soulu na temat życia, śmierci i muzyki.

Singlowi towarzyszy również przepiękny, czarno-biały teledysk autorstwa samej artystki, który powstał w jej rodzinnym mieście Arklow w Irlandii. Podobnie jak brzmienie rodzimego kawałka, inspirowany jest hip-hopowymi klipami z lat 90, a Murphy wspomina okres jego nagrywania jako “najlepsze dni jej życia”. Trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza że wspomnianą radość doskonale widać w teledysku. Przekonajcie się o tym sami!

Antek Winiarski

James Brown

Soulbrother #1, The Godfather of Soul, Mr. Dynamite, The Hardest Working Man in Show Business — te przydomki nie wzięły się znikąd, jednak pomimo miejsca zaraz obok nazwisk takich jak Elvis Presley czy Michael Jackson, prawdziwy wpływ Jamesa Browna na świat muzyki oraz droga jaką przebył, niekoniecznie są wiedzą powszechną.

 

James Brown urodził się w 1933 roku w małej drewnianej chatce we wsi Elko, która do dziś liczy ok. 150 mieszkańców. Jego matka Susie née Behling w momencie porodu miała zaledwie 16 lat, zaś ojciec (Joseph G. Brown) 21. Jego dzieciństwo od samego początku naznaczone było trudem i ogromną biedą. Przez pierwsze parę lat życia jego rodzina żywiła się głównie tym, co byli w stanie znaleźć w lesie, a opiekę nad nim sprawowała głównie matka, w trakcie gdy ojciec zarabiał zbierając i sprzedając żywicę. Po 4 latach życia w ten sposób matka Jamesa nie wytrzymała i uciekła, zostawiając go z ojcem. Po krótkim czasie Joseph G. Brown również postanowił opuścić wieś i pojechać z synem do miasta w poszukiwaniu lepszych perspektyw. W ten sposób, w wieku 6 lat James Brown zamieszkał z ojcem w Auguście, w stanie Georgia. Jak się okazało, przeprowadzka do miasta nie pozwoliła im jednak uciec od biedy i problemów. Pieniędzy nadal było mało, lub nie było ich wcale i niejednokrotnie zdarzało się, że odsyłano Jamesa ze szkoły za brak wystarczającego odzienia. W swojej autobiografii opowiada, że przez większość jego dzieciństwa za parę majtek służyły mu worki po mące.

W Auguście akomodacje zapewniała im jego ciotka, w jednym ze swoich przybytków płatnej miłości, gdzie Brown na co dzień ścierał się z prostytucją oraz przestępczością i zdaje się, że muzyka w tym czasie była dla niego główną drogą ucieczki od trudów życia. Stopniowo zaczął brać udział w lokalnych przeglądach talentów i w wieku 10 lat wygrał pierwszy konkurs wokalny. Ten mały-wielki sukces był dla niego pierwszą poważną motywacją i skłonił go do szukania dalszych możliwości do występów. Podczas pierwszych lat II wojny światowej James Brown zaczął więc stepować za przysłowiowe drobniaki zabawiając przejeżdżających przez Augustę żołnierzy armii amerykańskiej, zarabiając w ten sposób na opłacenie mieszkania dla siebie i ojca (5$ tygodniowo). W trakcie jego przydrożnych występów po raz pierwszy usłyszał również legendę bluesa Howlin’ Wolfa, który momentalnie stał się dla niego inspiracją i skłonił do nauki gry na gitarze, pianinie oraz harmonijce.

W międzyczasie bieda i codzienna styczność z przestępstwem zaczęła jednak odciskać na nim swoje piętno i w wieku 16 lat w 1949 roku został zatrzymany przez policję za kradzież i skazany na 8 lat więzienia. Wydawałoby się, że to sytuacja która skutecznie powstrzymałaby działania artystyczne większości ludzi, ale nie mówimy o większości, tylko o Jamesie Brownie. Niestrudzony wyrokiem, wykorzystał nowe znajomości w więzieniu i założył wraz z kolegami z celi wokalną grupę gospelową. Wkrótce zaczęto mówić o nim the guy called Music Box i jego muzyczna reputacja w więzieniu zaczęła rosnąć. Podczas jednej z rozgrywek baseball’u odbywających się poza zakładem karnym poznał niejakiego Bobby’ego Byrda. Między dwójką szybko wywiązała się przyjaźń, która trwać miała do końca życia Browna. Bobby, zafascynowany reputacją i głosem Music Boxa, wraz ze swoją rodziną pomógł zapewnić jego wcześniejsze wyjście z więzienia. Ubiegając się o wcześniejsze wypuszczenie Brown podobno obiecał sądowi, że po wyjściu będzie śpiewał dla Pana. Nie kłamał.

W 1952 roku został wypuszczony na wolność i po dwóch latach pracy i członkostwa w paru grupach gospelowych dołączył do grupy wokalnej Bobby’ego Byrda, która ostatecznie przerodziła się w The Famous Flames. Z uwagi na dopracowane układy taneczne, zespół szybko zaczął zdobywać rozgłos jako grupa, którą warto zobaczyć na żywo. Początkowo James Brown był równoprawnym wokalistą grupy, jednak jego naturalna siła przebicia, charyzma i zmysł do biznesu sprawiły, że prędko stał się główną postacią zespołu. W 1956 roku grupa wydała pierwszy singiel zatytułowany Please, Please, Please, który od razu stał się przebojem i sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Zaledwie rok później James przejął rolę managera grupy, która chwilowo rozpadła się, po tym jak nazwa została zmieniona na James Brown and his Famous Flames… Po rozpadzie zespołu wypuścił solowo balladę Try Me, która szybko trafiła na listę przebojów R&B i chwilę po tym, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, oryginalny skład The Famous Flames powrócił i od 1960 roku znów grali razem z Brownem.

Kolejnym kamieniem milowym w jego karierze był wydany w 1963 roku album Live At The Apollo, który sfinansowany i wyprodukowany został przez samego Browna. Właściciel wytwórni King Records, która wydawała w tamtym czasie Jamesa Browna uważał bowiem wypuszczanie albumu za zły pomysł, twierdząc, że nikt nie będzie chciał słuchać albumu w wersji live. Ku zdziwieniu wszystkich poza samym Brownem album sprzedał ponad milion kopii i pozostał na liście przebojów przez 14 miesięcy.

Na tym etapie trzydziestoletni James Brown, był już w pełni uformowanym muzykiem, wokalistą, performerem oraz biznesmenem gotów na to, by w pełni zrewolucjonizować świat muzyki popularnej i ostatecznie przypieczętować swoje dziedzictwo. W 1964 roku światło dzienne ujrzał kolejny album  zatytułowany Out of Sight. Czerpiący z bluesa tytułowy utwór z płyty stał się kolejnym hitem grupy i pozwolił im zdobyć szeroki rozgłos. Szczególnie przełomowym momentem był ich słynny wykon tego utworu w programie telewizyjnym The T.A.M.I. Show, który na chwilę wstrząsnął całą Ameryką. Brown i The Flames mieli być główną gwiazdą wieczoru, kiedy w ostatniej chwili otrzymali wiadomość, że za decyzją prowadzących headlinerem będzie jednak młody, zdobywający rozgłos zespół z Anglii — The Rolling Stones. Złość Browna spowodowana tą wiadomością okazała się być siłą, która popchnęła go do chwały. The Furious Flames u boku Jamesa Browna dali historyczny popis wokalno-taneczny, który bez dwóch zdań przyćmił tamtej nocy The Rolling Stones. Wiele doniesień z tego wydarzenia mówi o tym jak młody Mick Jagger nerwowo palił za kulisami papierosy, obserwując dopracowane do perfekcji ruchy grupy i zwierzęcą wręcz energię i charyzmę Browna. Na dostępnych nagraniach można zaobserwować na twarzy Jaggera lekkie zakłopotanie oraz jego nieudolne próby dorównania Brownowi w trakcie występu The Rolling Stones. Legenda głosi, że to wydarzenie popchnęło później Jaggera do eksplorowania swojego motorycznego ekscentryzmu.

Na kolejne lata kariery Browna przypada krystalizowanie się jego nowego, niepowtarzalnego stylu, który jawnie przebijał się już przez bluesową stylistykę utworu Out of Sight. W 1965 roku Brown wydał kolejno 3 single — Papa’s Got a Brand New Bag, I Got You oraz It’s a Man’s Man’s World, które nie tylko znalazły się na szczycie list przebojów R&B i Popu, ale znane dobrze są wszystkim do dziś, blisko 70 lat po ich wydaniu. Dwa lata później osobisty styl Jamesa Browna oficjalnie stał się nowym gatunkiem i otrzymał miano f​unku. W tym samym roku światło dzienne ujrzał również singiel zatytułowany Cold Sweat, który przez wielu krytyków uważany jest za pierwszy prawdziwie funkowy utwór w historii.

Niebywały sukces Browna opierał się nie tylko na jego zdolnościach taneczno-wokalnych, czy nawet biznesowych. Ojciec soulu odmienił wśród słuchaczy czucie i rozumienie muzyki. Myślał bowiem nie przez pryzmat melodii, a rytmu i konsekwentnie szukał nowych rozwiązań rytmicznych, które mogłyby nadać utworom energii i porwać do tańca nie tylko jego, ale i każdą z osób na widowni. Początkowo zaprowadziło go to do wykorzystywania synkop, czyli przesunięcia akcentu w takcie względem stałego schematu wynikającego z metrum, co przy odpowiednim użyciu tworzy coś, co przeciętny słuchacz rozumie jako groove. Kluczem i finalną pieczęcią na akcie stworzenia funku było jednak całkowite zminimalizowanie melodyki i rozebranie wszystkich instrumentów do ich rytmicznych kości. James Brown zaczął traktować sekcję dętą jako sekcję rytmiczną, która zamiast wypełniać melodyczną pustkę, okazjonalnie pojawiała się w określonym momencie taktu, dodając rytmu i energii. Brown postawił również na silne akcentowanie pierwszego uderzenia w takcie, co pozwalało słuchaczowi nie tylko lepiej odnaleźć się w rytmice całości utworu, ale stanowiło swego rodzaju mikro-zastrzyk energii, powracający cyklicznie wraz z każdym kolejnym taktem. Brownowi nie zależało na wirtuozerii, jego celem było porwanie mas do tańca.

Był nie tylko nowatorem. Przydomek The Hardest Working Man in Show Business był bezapelacyjnie trafny. W całej karierze wydał bowiem blisko 70 albumów i 145 singli, co przekłada się łącznie na ok 1900 pojedynczych utworów. Z tego aż 110 znalazło się na oficjalnych listach przebojów R&B i pop. W samym okresie 1965-1975 James Brown wydał aż 43 krążki, które trafiły na wspomniane listy przebojów.

Wpływ Jamesa Browna wychodzi jednak daleko poza funk i soul. Bezpośrednio z funku wywodzi się bowiem disco, a z obu tych gatunków — hip hop. Wiele osób uważa Jamesa Browna nie tylko za ojca funku i soulu, ale właśnie i hip hopu. Schematy rytmiczne stworzone przez Browna są bowiem fundamentami hip hopu. James Brown jest najczęściej samplowanym artystą w historii i to na jego samplach w dużej mierze powstawały pierwsze hip hopowe utwory. Styl wokalny jakim jest rap również częściowo można przypisać Brownowi, bo pomimo iż nie sam raczej używał typowo rymującej się i rytmicznej formy przekazu lirycznego, rozpowszechnił wywodzący się z bluesa styl call and response (czyt. wołanie i odpowiedź), który do dnia dzisiejszego można usłyszeć w rapowych refrenach. Jungle jest kolejnym gatunkiem, który wielokrotnie używał drum-breaków oraz charakterystycznych okrzyków Browna i częściowo zawdzięcza mu swoje brzmienie. Pop, czyli muzyka popularna, na pewno nie byłaby tym samym bez jego wpływu. James stał się archetypem tańczącej, śpiewającej i dobrze wyglądającej gwiazdy i to na jego barkach stoją tacy giganci jak Michael Jackson czy Prince, którzy otwarcie mówili o tym, że to właśnie on utorował im drogę oraz był ogromną inspiracją. Podczas jednego z pierwszych przesłuchań The Jackson 5, młody Michael imitował zresztą ruchy Jamesa Browna, coverując z braćmi jego utwór I Got The Feelin.

Po długiej i bujnej karierze James Brown zmarł w 2006 roku w Atlancie w wieku 73 z powodu zawału serca. Pomimo szwankującego już zdrowia zdawał się całkowicie oddawać się muzyce, a jego legendarna energia nigdy nie przeminęła. Jedna z członkiń jego zespołu opowiadała, że kiedy grali wspólnie jeden z ostatnich koncertów, James był w kiepskim stanie fizycznym, jednak nalegał, że musi zagrać choćby świat miał się walić. Lekarz założył mu więc cewnik, dał pobudzający zastrzyk, po czym 73 letni James Brown zagrał półtoragodzinny koncert, na koniec którego w przypływie euforii scenicznej skoczył do znajdującego się obok sceny basenu, z którego wyławiać go później musiał jego zespół.

Czego by o nim nie powiedzieć, James Brown wpłynął na kształt dzisiejszej muzyki jak mało który artysta i stał się nieśmiertelny dzięki swojemu dziedzictwu. Udowodnił całemu światu, że przy odpowiedniej dawce samozaparcia, dyscypliny i konsekwencji w dążeniu do celów można osiągnąć  literalnie wszystko. Nie ważne skąd się zaczyna.

Oskar Pągowski