Archiwum

Archive

Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po autorski, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym albumem studyjnym i udowadnia, że w świecie szybkich hitów oraz algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, a także podpowiadamy dlaczego ich nowej twórczości warto pozwolić „pogryźć się” z własnymi oczekiwaniami.

 


 

Od trip-hopu do własnego języka muzycznego

 

Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych, w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego i kojarzącego się z deszczowymi nocami oraz atmosferą miejskiej melancholii.

Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i moim zdaniem można wymienić je obok takich legendarnych albumów, jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jako gatunek, lecz punkt wyjścia.

W kolejnych latach ich muzyka zmieniała kierunek. Pojawiło się więcej gitar i bardziej rozbudowanych aranżacji. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny – brzmienie, któremu trudno przypiąć jedną etykietę. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.

Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów, budują napięcie, które narasta powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką grupy od początku była też jej płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. Przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek wnoszących do tej muzyki inny odcień emocji.


 

Utwór, który w Polsce urósł do legendy

 

Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu wykrzyczeć zżerające ją emocje.

Po momencie ciszy pojawia się delikatny motyw. Napięcie zaczyna rosnąć. W miarę gęstnienia dźwięków instrumentów, emocje narastają, by finalnie utwór eksplodował gitarowym finałem. W Polsce Again zyskało status niemal kultowego, a dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać bez intensywnych emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż zwykle prezentuje się jego okrojoną wersję.

 


 

Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi 

 

Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.

Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.

Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.

Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.

Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.

Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.

Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.

Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.


 

Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

 

Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.

Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.

 

 

Piotr Sekuła

Unknown Mortal Orchestra – BOYS WITH THE CHARACTERISTICS OF WOLVES

Unknown Mortal Orchestra - BOYS WITH THE CHARACTERISTICS OF WOLVES

Osoby, które znają zespół Unknown Mortal Orchestra, mogą kojarzyć go z psychodelicznym lo-fi. Dla mnie brzmienie UMO do niedawna definiował przedostatni projekt z 2025 roku – V. Tam otrzymaliśmy zbiór spokojnych indie rock’owych piosenek, w których wybrzmiewały zarówno elementy lo-fi jak i psychodelii. Najnowsza EP’ka zespołu zatytułowana CURSE już pierwszym singlem zburzyła jednak moją dotychczasową wizję.

BOYS WITH THE CHARACTERISTICS OF WOLVES to singiel zapowiadający konceptualny projekt, który traktuje o wyobrażonym świecie horroru. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był nostalgiczny, mroczny klimat, zupełnie odmienny od tego, jaki do tej pory kojarzyłem z zespołem. Teksty anglojęzycznych piosenek rzadko poruszają mnie tak jak polska muzyka, ale w tym przypadku było to wyjątkowe przeżycie za pierwszym i każdym kolejnym razem. Melancholię przerywa przesterowana gitara zapowiadająca refren, zaś powracający motyw łączy w sobie wspomniane wcześniej (światowej klasy) lo-fi, z garażowym brzmieniem gitar, zachowując jednocześnie spokojny wokal, niewzruszony zmianą partii instrumentalnej.

Cały projekt zawiera mnóstwo nawiązań do postaci wilkołaków i wampirów oraz historii horroru – w tekstach, tytułach, okładce, wykorzystanych w utworach samplach i klipie zapowiadającym projekt. Sam singiel ukazał się jako część podwójnego wydania razem ze wstępem zatytułowanym AURA. Jeśli macie wolne 12 minut, to warto poświęcić je na krótką przygodę z CURSE .Może i do was też przemówi, tak jak do mnie.

 

Dawid Sas

 

Automatic — half•alive

automatic half alive okadka

Chaotyczne, grungowe i wybuchowe Automatic od kalifornijskiego trio half•alive to odpowiedź na pytanie co w człowieku ludzkie, sięgając po nostalgię i młodzieńczą wolność. Po spokojnym i słonecznym dancepop’owym singlu Sophie’s House zespół kompletnie zmienia kierunek, sięgając po gniewne riffy i krzyczane refreny.

Jak wspomina wokalista Josh Taylor, utwór, którego tekst warto wykrzyczeć musi pochodzić z głębi serca, jakoś przekonać nas do tego, że warto dołączyć do niego emocjonalnie. Kiedy oprócz przemyślanego przekazu pojawiają się też rozmyte, brudne gitary i pulsująca niczym tętno perkusja, łatwo uświadomić sobie, że nic nie przekonuje nas jednak tak bardzo jak dobre brzmienie!

Najnowszy album grupy half•alivePersona, ukaże się 15 listopada. Jak zawsze z dopasowaną choreografią.

Mikołaj Domalewski


Jeff Buckley

Jeff Buckley był amerykańskim wokalistą, autorem tekstów i multiinstrumentalistą, którego niezaprzeczalny talent i emocjonalna głębia uczyniły go postacią wyjątkową w świecie muzyki lat 90. Jego twórczość to połączenie rocka alternatywnego, folku i bluesa, pełne bogatych brzmień i przekonującej wrażliwości. Buckley słynął z przejmującego, płaczliwego wokalu, oryginalnej interpretacji i finezyjności przekazu. Pozostawił po sobie muzyczny testament, który wciąż zachwyca nowe pokolenia słuchaczy. W tym roku świętujemy jego 30-lecie.

Jeff Buckley artystą tygodnia Radia LUZ na 91,6 FM.

Nieśmiertelna spuścizna niespełnionego geniuszu

Trzy dekady temu światło dzienne ujrzał album, który na zawsze zmienił oblicze muzyki, a było to Grace Jeffa Buckleya. Wydany w 1994 roku, debiut ten szybko stał się kamieniem milowym w historii rocka alternatywnego nadającego mu nowy kształt, a Buckley, choć za życia zdążył wydać tylko tę jedną płytę, pozostawił po sobie niezaprzeczalny ślad estetyczny i emocjonalny w muzyce lat 90. Jego ciepły głos, połączony z boleśnie pięknymi tekstami, wciąż odnajduje swoich wiernych słuchaczy, a Grace pozostało symbolem artystycznej autentyczności i emocjonalnej głębi, wciąż poszukującej w muzyce pierwiastka wieczności w subtelności.

Nieśmiertelne Hallelujah

Jednym z najbardziej znanych utworów na Grace jest Hallelujah, oryginalnie skomponowane przez Leonarda Cohena. Jeff Buckley nadał tej piosence nowy wymiar, wprowadzając do niej bolesną sensualność i autentyczność, która uczyniła jego wersję jedną z najbardziej emocjonalnych interpretacji w historii muzyki. Dzięki Buckleyowi Hallelujah stało się czymś więcej niż tylko balladą – to hymn dla zagubionych dusz, wyrażający tragizm i cierpienie w sposób, który porusza do głębi. Trudno jest zmienić tak dominujący w pop-kulturze klasyk na własną modłę, aby zachować przy tym sens alegoryczny piosenki. Jemu zdecydowanie się udało.

Łaska, która trwa

Tytułowy utwór z debiutanckiego albumu Buckleya, Grace, to nie tylko pierwszy singiel promujący płytę, ale także esencja przesłania, które artysta starał się przekazać w swojej twórczości. Miłość, przedstawiona jako siła dająca „łaskę”, jest tu ukazana jako coś, co powstrzymuje przed upadkiem i otwiera na głębsze zrozumienie życia i dotarcie do jego akceptacji. Sam Buckley mawiał, że łaska jest tym, co naprawdę się liczy – zarówno w życiu, jak i w ludziach, i to właśnie ten motyw przewija się przez cały album, nadając mu unikalny nastrój, który wprawia go w ruch przy każdym odsłuchu.

Grace: Legacy Edition – sentymentalne powroty i nowe odkrycia

W 2004 roku, w dziesiątą rocznicę wydania Grace, ukazała się specjalna edycja albumu – Grace: Legacy Edition. W tym roku, obchodzimy jej 30-lecie. To dwupłytowe wydawnictwo nie tylko odświeżyło oryginalne nagrania, ale również zaoferowało fanom wyjątkowy wgląd w kulisy powstawania tej płyty. Na pierwszym krążku znajdują się zremasterowane utwory z Grace, a drugi dysk zawiera alternatywne wersje, dema oraz covery piosenek folkowych, bluesowych i R&B, które Buckley nagrał w 1993 roku. Wśród dodatkowych utworów znajdziemy m.in. demo Forget Her oraz cover Kanga Roo zespołu Big Star, które nigdy wcześniej nie były publikowane.

Wydanie Grace: Legacy Edition to nie tylko hołd dla jednej z najważniejszych płyt lat 90., ale również dowód na to, jak trwała jest spuścizna Jeffa Buckleya. Dzięki tej edycji nowe pokolenia słuchaczy może odkryć jego talent, a starzy fani mogą zgłębić niepublikowane wcześniej materiały, które odsłaniają jeszcze więcej z artystycznego świata Buckleya.

So real

Buckley miał niezwykłą zdolność do tworzenia muzyki, która była tak osobista, że słuchacz czuł, jakby miał możliwość dotarcia swoim głosem w najgłębsze zakamarki ludzkiego ducha. Jego utwory, takie jak So Real czy Lover, You Should’ve Come Over, eksplorują złożoność emocji związanych z miłością, lękiem i samotnością. Teksty pełne surrealistycznych obrazów i intensywnych uczuć są dowodem jego zdolności do przekazywania najgłębszych emocji w sposób niezwykle autentyczny i poruszający. Głos Jeffa Buckleya to niezwykłe narzędzie ekspresji, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Charakteryzował się niespotykaną elastycznością i zdolnością do wyrażania całego spektrum emocji – od szeptu pełnego czułości po potężne, niemal operowe frazy. Jego wokal miał w sobie coś hipnotyzującego, łącząc delikatność oddechu z surową intensywnością krzyku. Buckley z łatwością przechodził między różnymi rejestrami, dzięki czemu jego śpiew zawsze był pełen głębi i autentyczności poruszający słuchaczy. To właśnie głos Buckleya sprawiał, że jego muzyka stawała się tak intymna, jakby każdy dźwięk i każda fraza były odbiciem jego najskrytszych emocji.


Sketches for My Sweetheart the Drunk – niedokończony testament artysty

W 1996 roku Buckley rozpoczął pracę nad swoim drugim albumem, który miał być zupełnie inny, bardziej eksperymentalny. Niestety, jego nagła śmierć w 1997 roku przerwała ten proces. Pośmiertnie wydany album Sketches for My Sweetheart the Drunk ukazuje pełnię możliwości wokalnych Buckleya – od aksamitnych, niemal soulowych brzmień w Everybody Here Wants You, po surowe i ekspresyjne momenty w The Sky Is a Landfill. Słuchając tej płyty, można poczuć pewną surowość i autentyczność, które wynikają z faktu, że wiele utworów nie doczekało się finalnych wersji. To sprawia, że głos Buckleya na tym albumie jest jeszcze bardziej poruszający, pełen niedopowiedzianych słów i przerwanych myśli.

Album Grace, stał się ponadczasowym arcydziełem, które inspiruje kolejne pokolenia artystów i słuchaczy. Grace: Legacy Edition to nie tylko przypomnienie o niezwykłym potencjale Buckleya, ale także dowód na to, że jego muzyka żyje dalej, mimo że jego życie zostało przerwane zbyt wcześnie. To album, który wciąż porusza serca i umysły, oferując podróż przez emocje, które są tak samo aktualne dziś, jak były 30 lat temu.

W Lover, You Should’ve Come Over Buckley śpiewa o niespełnionej miłości, żalu za przegapioną okazją, oraz bólu wynikającym z  niepokojącej samotności. Słowa It’s never over, my kingdom for a kiss upon her shoulder wyrażają gorzkie pragnienie czegoś, co już minęło, a jednocześnie wskazują na pełne poczucie odpowiedzalności za uczucie, które się traci. Jest to utwór pełen żalu za tym, co mogło się wydarzyć, ale z różnych powodów nie doszło do skutku.

W kontekście życia Buckleya, te słowa zyskują dodatkowy wymiar. Muzyk, znany ze swojej intensywnej i emocjonalnej natury, miał skomplikowane relacje miłosne, co znajduje odzwierciedlenie w jego muzyce. Piosenka mogła być dla niego swego rodzaju katharsis – wyrażeniem tego, co czuł w związku z własnym życiem uczuciowym.

Jeff Buckley zmarł tragicznie w wieku zaledwie 30 lat, topiąc się w rzece Missisipi w 1997 roku. Jego śmierć miała charakter przypadkowy, a zarazem tragiczny – był w trakcie nagrywania drugiego albumu, który nigdy nie został ukończony w formie, jaką zaplanował. Śmierć Buckleya przerwała jego karierę i sprawiła, że to, co mógł jeszcze osiągnąć, pozostanie na zawsze w sferze domysłów. W tym kontekście utwór Lover, You Should’ve Come Over może być postrzegany jako lament nie tylko za utraconą miłością, ale także za niewykorzystanymi możliwościami i przerwaną obiecującą karierą.

Julia Prus & Zuzia Kopij

 

Slowdive – skin in the game

slowdive skin in the game

Jeśli wierzyć informacjom z Bandcampa, nowy album Slowdive początkowo bazować miał na szorstkiej, minimalistycznej elektronice. Koniec końców postawiono na wszystkim znane (i lubiane!) shoegaze’owe gitary. „Jako zespół, kiedy wszyscy jesteśmy zadowoleni, materiał jest o wiele silniejszy” — mówi wokalista. Mimo to, nowy kierunek nie oznaczał porzucenia starych pomysłów. Część z nich przeniknęła nawet do tego, co finalnie stało się everything is alive. Dobrze słychać to w skin in the game — drugim singlu promującym krążek. Jeśli zatem nieco popowy wydźwięk wcześniejszego zwiastuna nie przypadł komuś do gustu, ten zadowoli nawet najbardziej wymagających. Na koniec dobra wiadomość dla fanów obu — zarówno skin in the game, jak i ww. kisses można teraz usłyszeć na 91.6 FM w Radiu LUZ.

Antek Winiarski

Heima – Wszystkie najgorsze słowa

Heima - Wszystkie najgorsze słowa

Słowa nie zdołają opisać tego, jak bardzo nie mogłam się doczekać nowości od zespołu Heima. Po zeszłorocznym, fenomenalnym debiucie wiedziałam, że warto będzie mieć ich na oku, bo będą robić rzeczy niesamowite. I nie myliłam się.

Wszystkie najgorsze słowa to nie tylko pierwszy singiel promujący ich następny krążek, ale dość wyraźna reorientacja zespołu. W domu jest przytulne, spokojne i ciepłe. Nasz mocograj jest przepełniony zupełnie inną energią. Alternatywno-postpunkowe brzmienie różni się od tego, które słyszymy na debiucie. Jednak mimo muzycznych zmian dalej słyszalna jest sztandarowa melancholia Heimy. Olga Stolarek, wokalistka zespołu oraz autorka tekstów, przyznaje, że jeszcze nigdy aż tak bardzo nie wyczekiwała premiery żadnego z utworów grupy.

Drugiego albumu zespołu możemy spodziewać się prawdopodobnie pod koniec tego roku i po takiej zapowiedzi, przyznaję otwarcie, jest to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier.

Zuzanna Kopij

Kwiaty – Zamek

Kwiaty - Zamek

Idzie wiosna i Kwiaty budzą się do życia, zapraszając do zwiedzania Zamku. Przewodnikami są idealnie współbrzmiące ze sobą mocny bas, rozmarzona gitara, ekspresyjna perkusja i perłowy śpiew. Prowadzą nas wspólnie, ale każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia. Nieco różnią się od siebie, ale razem układają się w harmoniczną, zachwycającą całość. Urozmaicają zwiedzanie. Czarują. Tworzą doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Tak abyśmy jak najlepiej ów Zamek zapamiętali i z chęcią do niego powracali.

Zamek to już ostatni singiel przed wydaniem drugiego albumu Kwiatów. Zaznaczcie 7 kwietnia w kalendarzu, bo właśnie wtedy będzie miała miejsce wystawa Porcelany.

Zuzanna Kopij

Yves Tumor – Ebony Eye

yves tumor ebony eye

Słuchając muzyki Yves Tumor, w głowie krąży ciągle ta sama myśl. Artysta jest zawsze kilka kroków przed wszystkimi, a doskonałe wyczucie trendów przy jednoczesnym odrzuceniu wszelkich schematów czyni go ponadczasowym. Aż chce się powiedzieć, że zbieżność nazwisk kryjącego się za projektem Seana Bowiego i legendarnego Davida Bowiego nie jest przypadkowa. No, prawie, bo Sean Bowie to prawdziwe imię i nazwisko w przeciwieństwie do znamienitego pseudonimu, jaki David Jones obrał dekady temu.

Nie oznacza to jednak, że nazwa Yves Tumor brzmi jakkolwiek mniej groźnie. Emo książę powrócił z nowym albumem, a co za tym idzie – solidna dawka mroku, wyrafinowania i nieodłącznej świeżości. Weźmy takie Ebony Eye. Zamykająca płytę kompozycja zaczyna się co najmniej niewinnie, by już po paru sekundach uderzyć w słuchacza niczym ściana deszczu. Gdzieś w tle słychać syreny alarmowe rodem z Gotham City zapowiadające prawdziwą demolkę. Dobrze w takich chwilach włączyć 91.6 FM i na bieżąco śledzić rozwój wydarzeń.

Antek Winiarski

daysdaysdays – tak mi lepiej

daysdaysdays - tak mi lepiej

daysdaysdays, czyli warszawskie trio w składzie: Jacek Piątkowski (wokal, perkusja), Filip Holka (gitara) i Paweł Porzych (bas, wokal). Po ponad rocznej ciszy wracają z singlem tak mi lepiej, przynosząc nam przedsmak ciepłych letnich wieczorów. Jak na zespół związany ze stylistyką emo, daysdaysdays w swoich tekstach między narzekaniem na niewdzięczną codzienność wplata całkiem sporo wiary w lepsze jutro.

 

Nie możemy się oczywiście zupełnie zachłysnąć tą wiarą, bo nadal czeka nas jutro kolejny budzik, autobus i wiadomości od kumpli. Zespół pokazuje jednak swoją receptę na rozwiązanie tych problemów i oczyszczenie głowy z niepotrzebnych myśli. Utwór z jednej strony śmiało można wykorzystać do siedzenia na fotelu i prokrastynowania, a z drugiej do robienia najenergiczniejszego pogo pod sceną. Całość dodatkowo zasilona została całym magazynem nostalgii w postaci klipu. Seria kadrów ze wspólnych prób, koncertu w Drizzly Grizzly i twarze, które możemy kojarzyć ze Zwidów, czy Syndromu Paryskiego. Ostatecznie daysdaysdays pod banderą Peleton Records jak zwykle zapewniło nam porcję świetnego rocka.

Jeśli też macie ochotę oddać się na chwile tej nostalgii i rzucić wszystko inne w kąt, to chyba najwyższa pora!

Dawid Sas