Archiwum

Niespodziewane. 26 MFF TAURON Nowe Horyzonty

Niespodziewane / All of a Sudden / Soudain

 

„Z bliska nikt nie jest normalny”

 

Otaczająca nas rzeczywistość zdaje się skupiać przede wszystkim na brakach, złych wieściach i kryzysach, spychając na margines poczucie dostatku. Wynika to z dominującej narracji zbiorowej i niepewnej sytuacji politycznej, w jakiej obecnie funkcjonujemy. Niekończące się konflikty, wojny, dyskryminacja i wykluczenie silnie kształtują współczesny dyskurs kulturowy. O ile jednak piętnowanie tych problemów jest niezbędne, równie ważne jest dostrzeganie pozytywów – zjawisk i przestrzeni, które budują zrozumienie oraz akceptację.

Niezmiernie ludzkie wydaje się odwieczne zainteresowanie sensacją czy kontrowersją. Nie dziwi zatem wyraźna dysproporcja między liczbą produkcji opartych na konfliktach a tych, które napawają nadzieją i optymizmem. Stworzenie trzygodzinnego filmu, który w każdej minucie angażuje odbiorcę, nie bazując na dynamicznej akcji, stanowi nie lada wyzwanie. Najnowszy film Ryûsuke Hamaguchiego (Drive My Car, 21. NH) miał swoją premierę w konkursie głównym w Cannes i właśnie tam skradł moje serce. Centrum filmu nie stanowią barwne, ekstrawaganckie ujęcia, krzykliwe kolory czy wartka fabuła – zabiegi formalne są tu jedynie tłem i dodatkiem do czułej oraz pociągającej historii dwóch bohaterek.

Znacząca część filmu utrzymana jest w konwencji slow cinema. My, widzowie, wchodzimy tutaj w rolę uważnego i bezgranicznie ciekawego obserwatora, głównie za sprawą kamery, która spokojnie, wytrwale i bardzo cierpliwie podąża za głównymi postaciami. Marie-Lou (szefowa paryskiego domu opieki) poznaje Marię (japońską reżyserkę teatralną) w niecodziennych okolicznościach, a ich spotkanie owocuje wielowarstwową i nietuzinkową relacją, którą ciężko zaklasyfikować według ogólnie przyjętych norm czy definicji. Nienaturalnie szybko zawiązuje się między nimi głęboka przyjaźń, ocierająca się wręcz o platoniczny romantyzm. Relacja bohaterek jest pełna odwagi, emocji i wzajemnego zrozumienia, i choć z pozoru funkcjonują one w zupełnie innych światach, wyznają podobne wartości. Obserwując ich wieczorne spacery i długie, pasjonujące rozmowy, dowiadujemy się w niezwykle prawdziwy i naturalny sposób coraz więcej o Marie-Lou oraz Marii. Marie-Lou na co dzień pracuje ze schorowanymi ludźmi, u schyłku ich życia. Jej serce skrada sztuka teatralna podejmująca trudny temat alienacji osób zmagających się z kryzysami psychicznymi, a tym samym – obecności szpitali psychiatrycznych w społeczeństwie.

All of the Sudden to idealny przykład filmu, który fascynuje i pociąga nas pozornie zwykłymi interakcjami międzyludzkimi, skłaniając do wyjścia z domu i czerpania z życia pełnymi garściami.Nowe dzieło Hamaguchiego jest pełne mądrości, wyrozumiałości, empatii i dobroci. To kino wielowątkowe, mimo swojej prostej i liniowej struktury.

W pewnym momencie Marie-Lou zadaje pytanie: „Are healthy people truly alive? / Czy zdrowi ludzie są naprawdę żywi?”. Od momentu wyjścia z sali kinowej minęły już ponad dwa miesiące, a ja wciąż mam to pytanie z tyłu głowy.

 

Pomimo swojego spokoju i niespiesznego tempa, film Hamaguchiego jest niezmiernie przejmujący. Z każdą minutą seansu coraz mocniej wnikałam w losy bohaterek. Ich relacja ukazana jest w tak dogłębnie intymny sposób, że śledząc ją na kinowym ekranie, widz może poczuć się jak milczący, niewidzialny świadek, wręcz zapominając momentami o swojej odrębności. All of the Sudden to optymistyczny promyk nadziei w pełnym niepewności i brutalności świecie. To dający ulgę i wywołujący wzruszenie oraz uśmiech powiew świeżości w kinie 2026 roku.

tekst: Krystyna Szpunt

Fever Ray w trasie z „Radical Romantics” – relacja z koncertu

Do warszawskiej Progresji w czwartek 30 marca przyjechała Karin Dreijer Andersson czyli Fever Ray wraz z zespołem. Klub wypełniony po sufit, sold out był już od kilku dni. Na scenie miga latarnia w kolorze klubowych ledów. Wchodzą. Postacie. Jest ich piątka.

 

Na głowie jednej kapelusz, niczym grzybowa, świecąca chmura. Staje za syntezatorami, by potem zagrać na czymś w rodzaju elektronicznego klarnetu, na którym gra także Olof Drejer do Kandy, co możecie sprawdzić na teledysku o tu:

Dwie towarzyszące Karin piosenkarki (bo powiedzieć o nich „chórki” to zdecydowanie za mało) wyglądają kobieco, mocno i seksi. Potem energia każdej z nich przeniknie na publiczność przez ich wspólną choreografię. Fever pojawia się jak mistrzyni ceremonii, jak reżyserka tego przedsięwzięcia, która przez cały spektakl jest na scenie i nie wychodzi z roli. Wygląda tak, jakby pożyczyła garnitur od Davida Bowiego i dopasowała do niego fryzurę.

zdjecie koncertu Fever Ray, zielone i rozowe siwatla

Fever Ray, klub Progresja, fot. Żaneta Wańczyk

Słodkie pastele outfitu przełamują jej kwaśne miny. Takie miny, których trochę się boisz, ale nie możesz oderwać od nich wzroku. Patrzy. Tańczy. Śpiewa równie dobrze jak na płytach, we wszelakich odcieniach jej głosu. Głosem ciemnym, niskim i głębokim jak z premierowej Fever Ray; głośniej, jaśniej i kwaśniej jak na Plunge i słodko-gorzko, jak na najnowszej płycie artystki – Radical Romantics.

To trasa koncertowa, promująca najnowsze wydawnictwo artystki. Na moje wielkie szczęście Fever Ray wraz z zespołem zagrały również totalne sztosy z debiutanckiego albumu. W skali 1:10 daję temu koncertowi mocne 8, a to tylko przez te tłumy. Gdyby nie one, tańczyłabym tam dużo żwawiej. Organizatorem koncertu był Follow The Step. Dzięki za zaproszenie!

Żaneta Wańczyk