Archiwum

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

Czarnobyl 40 lat później: bilans atomowej traumy i nowa rzeczywistość

Karuzela w Czarnobylu
Czterdzieści lat po katastrofie w Czarnobylu Europa patrzy na energię jądrową zupełnie inaczej niż w 1986 roku. To, co kiedyś było symbolem strachu i systemowej porażki, dziś coraz częściej postrzegane jest jako narzędzie stabilności i bezpieczeństwa energetycznego. Jak doszło do tej zmiany?

Czarnobyl – zamrożony, nierozwiązany problem

W 2026 roku Strefa Wykluczenia wokół Czarnobyla nie jest już jedynie symbolem katastrofy, lecz skomplikowanym systemem technologiczno-przyrodniczym. Kluczową rolę odgrywa Nowa Bezpieczna Powłoka, czyli tzw. Arka (ukr. Арка), która osłania zniszczony reaktor nr 4. Konstrukcja ta została zaprojektowana z myślą o przetrwaniu stu lat, jednak jej utrzymanie wymaga ciągłych prac konserwacyjnych i nieustannego nadzoru.

Mimo imponującej inżynierii problem nie został ostatecznie rozwiązany. Wewnątrz struktury wciąż znajduje się stopione paliwo jądrowe, którego bezpieczne usunięcie pozostaje wyzwaniem technologicznym nieznanym dotąd współczesnej nauce. Czarnobyl to dziś raczej „zatrzymana katastrofa” niż zamknięty rozdział.

Równolegle trwa tam proces rewildingu spontanicznego odradzania się dzikiej przyrody. Opuszczone przez ludzi tereny stały się schronieniem dla wielu gatunków, tworząc niezamierzony rezerwat, w którym natura radzi sobie zaskakująco dobrze pomimo radioaktywnego dziedzictwa tego miejsca.

Przyroda w Czarnobylu

Dwie katastrofy, dwa światy

Aby zrozumieć współczesne podejście do energetyki jądrowej, warto zestawić Czarnobyl z Fukushimą. Choć obie katastrofy wywołały globalny lęk przed promieniowaniem, ich przebieg, podłoże i skutki były zupełnie inne.

W Czarnobylu doszło do gwałtownego wybuchu reaktora pozbawionego pełnej obudowy bezpieczeństwa (tzw. containmentu). W Fukushimie proces uszkodzenia przebiegał wolniej, a większość substancji radioaktywnych została zatrzymana wewnątrz zabezpieczeń technicznych. Co więcej w przeciwieństwie do katastrofy z 1986 roku nie odnotowano tam bezpośrednich ofiar promieniowania.

Paradoksalnie największe straty w Japonii wynikały nie z samej awarii, lecz z chaosu ewakuacyjnego i długotrwałego stresu społecznego. To pokazuje, że w przypadku katastrof jądrowych równie ważne jak technologia są komunikacja i zarządzanie kryzysowe – często lęk okazuje się bardziej destrukcyjny niż same cząsteczki radioaktywne.

Czarnobylska Elektrownia Jądrowa i pomnik upamiętniający likwidatorów skutków awarii.

Strach, który pozostał w głowie

Najtrwalszym skutkiem Czarnobyla okazała się nie sama radiacja, lecz jej psychologiczny cień. Zjawisko radiofobii czyli silnego, często irracjonalnego lęku przed promieniowaniem dotknęło setek tysięcy ludzi, niezależnie od rzeczywistego poziomu skażenia w ich miejscu zamieszkania.

Brak rzetelnych informacji i utrata zaufania do instytucji sprawiły, że promieniowanie zaczęto postrzegać jako niewidzialne i wszechobecne zagrożenie. W efekcie wiele osób doświadczało realnych objawów fizycznych wynikających z przewlekłego stresu, a nie z bezpośredniego działania izotopów. To zjawisko pokazało, że trauma społeczna może być równie trudna do zneutralizowania jak skażona gleba.

Czego boimy się naprawdę?

Energetyka jądrowa budzi ogromne emocje, choć statystycznie należy do najbezpieczniejszych źródeł energii na świecie. Problem polega na tym, że strach przed rzadką, spektakularną awarią (jak Czarnobyl czy Fukushima) doprowadził do społecznej akceptacji „cichego zabójcy”, jakim jest zanieczyszczenie powietrza węglem. O ile awaria jądrowa jest zdarzeniem punktowym i ograniczonym w czasie, o tyle spalanie węgla powoduje stałą, codzienną śmiertelność wynikającą z emisji pyłów PM2.5 oraz metali ciężkich.

Statystyki śmiertelności (liczba zgonów na każdą wyprodukowaną terawatogodzinę energii):

Źródło energii Zgony na TWh
Węgiel 24,6
Ropa naftowa 18,4
Gaz ziemny 2,8
Energia jądrowa 0,03

Zestawienie jest bezlitosne: energia jądrowa jest setki razy bezpieczniejsza niż spalanie węgla. A mimo to właśnie ona budzi większy sprzeciw. Powód? Trudność w oswojeniu ryzyka, które jest mało prawdopodobne, ale potencjalnie spektakularne zjawisko to psychologia określa mianem heurystyki dostępności: bardziej boimy się rzadkich katastrof niż powszechnych, choć znacznie groźniejszych zagrożeń.

Czysta energia i brudny bilans–niemiecki rachunek za wyłączenie reaktorów

Dobrym przykładem tego paradoksu są Niemcy. Po katastrofie w Fukushimie zdecydowano się na stopniowe wyłączenie elektrowni jądrowych w ramach polityki Energiewende. Decyzja ta była silnie zakorzeniona społecznie i politycznie ale jej skutki w 2026 roku budzą coraz więcej kontrowersji.

Analizy wskazują, że rezygnacja z atomu doprowadziła do zwiększonego wykorzystania paliw kopalnych, a tym samym do wzrostu emisji CO2. Dynamiczny rozwój odnawialnych źródeł energii okazał się bowiem niewydolny w zderzeniu z ich naturalną zmiennością i brakiem stabilnych mocy w podstawie systemu. Bez wsparcia atomu, w okresach bezwietrznych i pochmurnych, gospodarka musiała ratować się spalaniem surowców kopalnych. Szacuje się, że te dodatkowe emisje sięgnęły setek milionów ton, a większe spalanie węgla przełożyło się na realne konsekwencje zdrowotne dla całej Europy Środkowej.

Dochodzi do tego aspekt ekonomiczny ceny energii mogłyby być zauważalnie niższe, gdyby reaktory nadal działały. Niemiecki przykład pokazuje więc, że odejście od atomu nie zawsze oznacza automatyczny krok w stronę bardziej ekologicznej rzeczywistości.

Polska zmiana warty: Od traumy do pragmatyzmu

Na tym tle Polska przechodzi jedną z najbardziej wyraźnych zmian społecznych w Europie. Kraj, który w latach 90. pod wpływem protestów porzucił swój program jądrowy czego symbolem stało się wstrzymanie budowy elektrowni w Żarnowcu dziś w ogromnej większości popiera jego rozwój.

Wynika to z pragmatyzmu. Energetyka jądrowa postrzegana jest jako stabilne źródło energii, które może uniezależnić kraj od paliw kopalnych i ograniczyć emisje. Szczególnie młodsze pokolenia patrzą na atom nie przez pryzmat katastrof, lecz jako na niezbędny element nowoczesnej infrastruktury i gwarant bezpieczeństwa energetycznego. Czterdzieści lat po Czarnobylu narracja uległa całkowitej zmianie. Strach nie zniknął całkowicie, ale przestał być jedynym filtrem, przez który oceniamy tę technologię. Coraz częściej ustępuje on miejsca analizie danych, doświadczeń i realnych potrzeb energetycznych państwa stojącego przed wyzwaniem egzystencjalnej transformacji.

Ruch antyatomowy, rodząc się na gruzach Czarnobyla, chciał ratować planetę przed promieniowaniem. Czterdzieści lat później okazuje się, że rzucając kłody pod nogi energetyce jądrowej, mimowolnie przedłużył życie elektrowniom węglowym, skazując nas na dekady smogu i przyspieszone ocieplenie klimatu. To największa ironia w historii współczesnej ekologii.

Tekst: Łukasz Machowczyk

red. Paulina Haglauer

HOBBA – KIEDYŚ

Jeszcze przed końcem roku pod choinką pojawił się prezent: nowy singiel HOOBY. Bardzo cieszę się, że kiedyś będę mogła powiedzieć, że słuchałam tego, zanim to było modne. A jest czego słuchać: beat wbijający w kanapę, mięciutka linia basu, nastrojowy saksofon i niebanalnie zharmonizowane wokale. Do tego osobisty tekst, a na koniec szczypta baunsu, dzięki której wszystko nabiera lekkości.

HOOBA, czyli Matylda Wullert- producentka i wokalistka. Choć zaledwie 16(!!)-letnia, ma już wyraźnie zarysowany swój język, swobodne flow i dużo ciekawych pomysłów. A świadomość i wyczucie brzmienia sprawiają, że piosenki chce się słuchać do końca. A potem jeszcze raz.

Justyna Kalbarczyk

SHAUVVIA – dżungla

Audiologiczny nektar – gęsty, słodki i satysfakcjonujący dla wymagających uszu. Dżungla to kompozycja, w której pierwszorzędny chaos jest nie tylko istotny, ale też bezbłędnie przeprowadzony. Poprzez brawurową fuzję brzmień, SHAUVVIA kreuje dynamiczną, pełną napięć podróż, świadomie igrając z kontrastami. To dopiero trzeci singiel na mapie ich twórczości – (nie)śmiały rozkwit, który zapowiada prawdziwą burzę.  Swoje ślady zostawili już w takich przestrzeniach jak Teatr BARAKAH, instytucji znanej z konsekwentnego wspierania debiutantów i poszukiwania nowego języka, a także na Festiwalu Rockhouse, dedykowanym zespołom u progu kariery.

Łucja Krzywoń

 

Wczasy – Biegać

Biegać to przebłysk nadchodzącego albumu Dżungla, zalążek tego, co czeka nas 14 listopada. Będzie to już trzecia płytą grupy Wczasy, a nasz Mocograj jest jej doskonałym przedsmakiem. Ten nowy, rozbudzony świat Wczasy zaprezentują w świeżej odsłonie składzie poszerzonym do trio. Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło zostaną wsparci przez Tomasza Popowskiego.

Biegać to mantra wyzwolenia zamknięta w formie piosenki. To chwila, w której zapominamy, by tylko iść, a przypominamy sobie, że można płynąć, tańczyć, a przede wszystkim biec z otwartymi ramionami w stronę nadchodzącego świtu. Niesamowicie wesołe brzmienia  stają się prawdziwym słońcem w te pochmurne, jesienne dni i są jak witamina D3 zamknięta w dźwiękach orzeźwiająca, energetyzująca i niezbędna do przetrwania szarej aury.

Wchodzisz, a tak właściwie wBiegasz w to?

Łucja Krzywoń

 

stas kropka x connor – KWIATKI

stas kropka x connor - KWIATKI

Ile razy zdarzyło Ci się zasuszyć swoje bratki na balkonie? A ile razy przypadkiem przelałeś storczyki stojące na parapecie? O tym (i wszystkim innym) usłyszycie w nowym singlu stasia kropki i connorra — KWIATKI.

O uniwersalnych doświadczeniach często pisze się bardzo łatwo. Jednak napisanie o nich w sposób niebanalny to już wyjątkowe wyzwanie. stas kropka zachowuje perfekcyjny balans między prostym opisem codziennych przeżyć, a intrygującym uzewnętrznieniem. connorr z kolei pokazuje, jak produkować, by nie przyćmić wokalisty, a jednocześnie pochwalić się własną kreatywnością i kunsztem muzycznym. Wspólnie świecą przykładem modelowej współpracy wokalisty i producenta. Efekty ich pracy to najwyższej klasy rap alternatywny, śmiało czerpiący zarówno z popowych, jak i hip-hopowych patentów. KWIATKI to piosenka, w której będziecie mogli zasłuchać się w nieskończoność.

stas kropka i connorr jako duet mają za sobą już spory kawałek historii. Debiutancki album DESZCZ z 2023 roku trafił między innymi na półki Asfalt Shopu. Wydali również kilka wyjątkowych singli, takich jak Dom, Mówisz do mnie, czy Syf. Ich „sprawką” jest także jedno z najciekawszych zgłoszeń do cypheru organizowanego przez Netflix i Hypetalk. Wszystko wskazuje na to, że nie mają zamiaru kończyć tej opowieści, bo już w przyszłym tygodniu będzie można zobaczyć ich na trójmiejskim festiwalu 3ERA. A Wy pamiętajcie, żeby swoje KWIATKI podlewać rozsądnie 🙂

Dawid Sas
osiedle core

god.wifi — dj

Muszę się do czegoś przyznać — ten mocograj był zaplanowany. Od miesięcy.

8 listopada.

To wtedy podczas setu god.wifi usłyszałem pierwszą próbkę utworu dj. Od razu wiedziałem, że po premierze zrobi on rundki na moich słuchawkach, ale skrycie w sercu trzymałem też nadzieję na głośniki radiowe. Ciężko kogokolwiek oszukać — utwór wpadł mi w głowę i nie chciał wyjść. I tak pomimo usłyszenia go zaledwie jeden raz, pilnie siedział tam od początku listopada i czekał na doskonały moment, aby przypomnieć mi o swoim istnieniu i wdrożyć plan w akcję.

28 lutego.

Warto było czekać na premierę debiutanckiego albumu FREE WIFI — na trackliście nareszcie widnieje utwór dj. Na sam album oczekiwania miałem już wystarczająco duże, ponieważ po passie świetnych singli ciężko byłoby mnie zawieść, ale to usłyszenie pierwszego dj to ja było jak powrót do domu. Na utworze znajdziemy charakterystyczny dla artystki niewiarygodnie kreatywny beat, któremu towarzyszą żartobliwe wersy, autotunowany wokal i zabawa muzyką, jak nastackowane tagi, sample czy rytmiczne oklaski. Ale ponad komiczną warstwą to przede wszystkim kawał świetnego digicore’u z trapowo-hyperpopową produkcją, którego podobnie pełno na wspomnianym debiucie. A to przypomina, że polska reprezentacja hyperpopu, jest naprawdę na poziomie międzynarodowym i warto ją sprawdzić.

Miksuje dla nas jedna z najlepszych polskich reprezentantek internetowej muzyki, więc jeżeli komuś trzeba jeszcze przypominać kto tu jest prawdziwym dj’em, a kto tylko gra tracki, to posłuchajcie jeszcze raz naszego najnowszego mocograja

Mikołaj Domalewski

Kevin Abstract ft. Lil Nas X – Tennessee

Nie chcę być queerową ikoną. Chcę być ikoną. – powiedział kiedyś wokalista i raper Kevin Abstract. Myślę, że tracki takie jak Tennessee mogą być zrozumiane dokładnie pośrodku pomagania i odrzucania tej reputacji.

Najnowszy singiel byłego frontmana BROCKHAMPTON pokazuje poniekąd powrót artysty do korzeni – muzyka jest sensualna, chwytliwa i skoczna, odchodząc od eksperymentalnych indie-rockowych wpływów obecnych w ostatnim solowym albumie na korzyść cloud rapu. Nic dziwnego, że w intymnym, queerowym utworze idealnie odnalazł się także Lil Nas X –  jego wersy są wyraziste i czarujące, a wspólne chórki wokalistów od razu wpadają w ucho.

I just know that I love being used, as long as you make me feel loved

Track przedpremierowo zaprezentowany był na żywo podczas setów Kevina na festiwalu Coachella, gdzie na scenie dołączył do niego Nas X, oraz twórca beatu, raper Quadeca. To kolejna kolaboracja producencka pary od czasu opublikowanego wcześniej tego roku TEXAS BLUE. Współprace te pokazują, że od czasu solowego Blanket, Kevin Abstract czuje się pewnie, zarówno eksperymentując, jak i trzymając się swoich schematów. A my, doceniamy jego formę, wyróżniając jego kolejnego mocograja.

Mikołaj Domalewski


Declan McKenna – Nothing Works

Nothing Works zrodziło się z frustracji. Gniew, który dał podwaliny pod ten utwór, przeistoczył się w procesie twórczym w euforyczną celebrację. Innymi słowy, najnowszy singiel Declana McKenny to równocześnie imprezowy hymn i piosenka z przesłaniem.

Wielkimi krokami zbliża się premiera trzeciego albumu Brytyjczyka, What Happened to the Beach?, która została zaplanowana na 9 lutego 2024. Artysta tym razem odrzuca ciążącą na nim presję i po prostu bawi się muzyką. O tym poniekąd opowiada Nothing Works, drugi po Sympathy singiel zapowiadający to wydawnictwo. McKenna nawołuje w nim do odrzucenia norm i oczekiwań – bo nic nie działa, gdy wkładamy się w szufladki. Najważniejsze, to żyć w zgodzie z samym sobą – taka jest istota tej piosenki.

Nothing Works celebruje intuicję, indywidualność, wolność i do tego po prostu wpada w ucho. A teledysk w reżyserii Finna Keenana to przesympatyczne dopełnienie muzyki Declana McKenny.

Marta Łobażewicz

 

Voo Voo

Voo Voo
Nabroiło się. W ten sposób artyści z zespołu Voo Voo (nawiązując do jednego ze swoich utworów) postanowili nazwać zeszłoroczną składankę, ukazaną światu w 35-lecie pierwszego albumu grupy. Nie wydają się oni jednak specjalnie zawstydzeni swoim zachowaniem. Kilka tygodni temu zaprezentowali bowiem kolejne wydawnictwo o bardzo wymownym tytule Premiera. Z tej okazji Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ zostaje grupa Voo Voo.

 

Voo Voo jest zespołem legendarnym. Voo Voo jest zespołem większym niż życie, jak ładnie mógłby to określić mój anglojęzyczny odpowiednik. Choć ciężko o banalniej brzmiące zdania, to jednocześnie nie sposób się z nimi kłócić. Mnogość projektów, utworów i dźwięków, które pomogły kształtować muzyczny krajobraz polskiej rzeczywistości przez prawie cztery ostatnie dekady stawiają ich w ścisłej czołówce najbardziej znamienitych i wpływowych polskich wykonawców.

Jak zaczęła się jednak cała ta afera zwana Voo Voo? Trop nieomylnie prowadzi nas do człowieka o zadziwiająco podobnie brzmiących inicjałach, jeśli czytać by je zgodnie z angielską fonetyką. Wojciech Waglewski, bo oczywiście o nim mowa na przełomie lat 70. i 80. swoją muzyczną drogę związał z zespołem Osjan. Był to twór eksperymentalny, szalony, czerpiący garściami z muzyki etnicznej. Jego największą siłą i znakiem rozpoznawczym były koncerty. Tam też Wagiel musiał się nauczyć jak radzić sobie z graniem 10-minutowego gitarowego solo bez pomocy żadnego z kolegów, czy nawet nagłośnienia. Jedynie on i akustyczna gitara. Szkoła życia i szkoła grania w jednym. Doświadczenia te oraz płynąca z nich chęć nieskrępowanej koncertowej ekspresji rzutują po dziś dzień na jego postrzeganie muzyki i sposób, w jaki kolejne albumy Voo Voo przyjmują swoje kształty.

Po odejściu z grupy Osjan i przejściowym okresie działalności w grupie Morawski Waglewski Nowicki Hołdys nadszedł czas na stworzenie czegoś własnego. Pierwotny skład Voo Voo tworzyli: Wojciech Waglewski, Andrzej Nowicki (gitara basowa), Wojciech Morawski (perkusja) i Milo Kurtis (instrumenty perkusyjne i trąbka). Ekipa nie przetrwała zbyt długo, można ją jednak usłyszeć na debiucie grupy zatytułowanym Voo Voo. Płyta bardzo trafnie  charakteryzuje pierwsze lata działalności formacji – brzmienie było zdominowane przez rock o niepokojącym, horrorowym wręcz sznycie. Teksty lidera grupy w tamtym czasie cechowały się surrealizmem, lecz i pewną baśniowością oraz oniryzmem.

Pod koniec lat 80. miał też miejsce wielce ciekawy incydent w dyskografii Voo Voo. Wspólnie z grupą dzieci nagrali płytę Małe Wu Wu. Absolutnie wspaniały w tej pozycji jest sposób podejścia do jej nagrywania przez Waglewskiego. Nie potraktował on bowiem małych artystów zgodnie z ich wiekiem. Potraktował ich jak dorosłych, dając im podkłady godne ,,dorosłego” albumu. Rock, elementy muzyki afrykańskiej i azjatyckiej, a nawet (w 1988 roku!) rap, upodabniający tytułowy utwór do czegoś wprost wyjętego z Licensed To Ill. Zamiast jednak o sprawach istotnych dla nastolatków i młodych dorosłych, teksty traktują o zagadnieniach ważnych dla osób ponad dwa razy młodszych od nowojorskiego pierwowzoru.

A skoro mowa już o zaskoczeniach – Karnawał. Zapewne każdy w naszym kraju zna, a wręcz bez problemu potrafi zanucić melodię co roku pojawiającą się w polskich mediach wraz z początkiem stycznia, gdy coraz bardziej wyczekujemy finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jaki procent jednak jest świadomych tego, że twórcą kultowej melodii jest właśnie nasz Artysta Tygodnia? Obecna wersja powstała dzięki połączeniu utworu Voo Voo oraz grupy Jafia Namuel – Pozytywne Myślenie. Jak mówi o oryginale sam Jurek Owsiak – muzyka ta idealnie oddaje podstawowe założenia Orkiestry, czyli czynienie rzeczy dobrych przez radość, miłość i zabawę.

Początek lat 90. to dla Voo Voo również czas znaczącej artystycznej reorientacji, za której symbol zazwyczaj uznaje się album Łobi Jabi. Stanowi on odejście od tematów i stylistyki pierwszych lat działalności zespołu, przenosząc go w okres folkowy, pełen zapożyczeń i nawiązań do muzyki innych kultur. Na tym albumie szczególnie silnie zaznacza się obecność Alima Qasimova, azerskiego wokalisty, którego baśniowe zaśpiewy przenoszą słuchacza w malownicze, a tak mało znane w naszej kulturze regiony kaukaskiej sztuki. Wydawnictwo to było również silnym zaznaczeniem swej obecności w kształtowaniu muzyki grupy dla Mateusza Pośpieszalskiego. Odpowiada on bowiem za aranżacje smyczkowe oraz tytułowy utwór tego porywającego albumu.

Łobi Jabi zawiera też prawdopodobnie najbardziej znaną wersję jednego z dwóch kluczowych dzieł formacji – Floty zjednoczonych sił. Utwór ten, razem z  Nim Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic Nie Było – przeszedł przez lata dziesiątki wcieleń i metamorfoz. Obie pieśni są właściwie jedynym stałym punktem koncertów. Po części jest to ukłon w stronę miłośników grupy, po części manifestacja filozofii Voo Voo. Potrzeba bliskości drugiego człowieka oraz wiara w lepsze jutro, nawet jeśli dzisiaj jawi się w katastroficznym świetle. To właśnie pcha muzyków, a wraz z nimi publikę, ku tym wyczekiwanym lepszym chwilom. A to, że jak zdradza sam Waglewski, dzieła te zostały specjalnie skomponowane w ten sposób, by można je było zagrać na sto tysięcy sposobów to tylko dodatkowy plus…

Nie sposób wymienić wszystkich znaczących albumów, dokonań i projektów grupy. Inaczej artykuł ten miałby prawdopodobnie długość dość obszernej książki. Kilka z nich wybija się jednak usilnie z tłumu (elitarnego, trzeba od razu sprecyzować). Pierwszym wartym wyróżnienia krążkiem jest Flota Zjednoczonych Sił, na którym panowie akompaniowali do własnych dzieł swoim znamienitym gościom, wśrod których warto wymienić chociażby Macieja Maleńczuka, Grzegorza Turnaua, Stanisława Sojkę, czy Kasię Nosowską. Następnym istotnym wydaniem jest  21, gdzie razem z Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy na nowo zaaranżowane zostały utwory z dotychczasowej (już wtedy 20-letniej) działalności grupy. No i wciąż świeża Anawa 2020, gdzie tym razem artyści postanowili oddać hołd 50-letniemu kamieniowi milowemu polskiej muzyki autorstwa Marka Grechuty.

Na osobny akapit zasługuje wydawnictwo Placówka ‘44, na którym ponownie zespół wsparli – tym razem młodzi – muzycy, między innymi Justyna Święs. Tym razem teksty nie powstały pod piórem Waglewskiego, lecz młodych warszawiaków biorących udział w konkursie poezji. Nie byłoby w tym nic niezwykłgo, gdyby nie fakt, że dzieła te pochodzą z sierpnia 1944 roku, czyli czasów anihilacji stolicy i apokalipsy dziejącej się na każdej ulicy. Zdaniem frontmana grupy ów zbiór poezji jest prawdziwym triumfem człowieka. Nie wiem, czy po przesłuchaniu Dziś Idę Walczyć, Mamo jestem w stanie dodać cokolwiek więcej do tych słów.

Nie sposób też nie wspomnieć o innym wydarzeniu, zakorzenionym bardzo głęboko w corocznym letnim krajobrazie koncertowym. Mowa tu oczywiście o Męskim Graniu, które swój początek miało w 2010 roku, a pierwszym dyrektorem artystycznym został Wojciech Waglewski. Hymn ówczesnej edycji, Wszyscy Muzycy To Wojownicy, w którym Voo Voo towarzyszyli Abradab i Maciej Maleńczuk jest triumfalną manifestacją potrzeby tworzenia sztuki. Nawet, jeśli świat dookoła nie zawsze ją docenia. Choć w późniejszych latach trasa skręciła w znacznie bardziej mainstreamową stronę, to właśnie sukces pierwszej edycji stał się podwaliną pod tytana, jakim jest ta impreza obecnie. Było to możliwe właśnie dzięki batucie lidera Artysty Tygodnia.

Zagłębiając się z powrotem w główny nurt historii Voo Voo można by zadać sobie pytanie – skąd tak ogromna różnorodność w ich twórczości? W jaki sposób z albumu na album są oni w stanie przejść od bluesowego i mocno etnicznego Dobry Wieczór, do jazzowego i wirtuozerskiego 7? Odpowiedzi ponownie udziela główny zainteresowany. W formie bardzo skróconej stwierdza on wprost, że członkowie zespołu nie lubią się powtarzać. Nieco bardziej zaś rozwijając temat, Waglewski mówi tak…

W momencie, gdy czujemy, że się mechanizujemy, powtarzamy – musimy natychmiast to zerwać… Każda z płyt Voo Voo jest elementem poszukiwań. Niekiedy płyta zamyka pewien etap, po czym zajmujemy się już odmienną, czasem krańcowo odmienną materią dźwiękową.

 

Ta niemożność twórczego ,,usiedzenia na miejscu” sprawiła, że w 2017 roku formacja wydała album wyjątkowy, nawet jak na swoje wygórowane standardy. Ciężko stwierdzić, jak na jego kształt wpłynęły słowa jednego z synów-muzyków Waglewskiego, gdy ten siadał on do pisania swojego kolejnego dzieła.

Już nie musisz nikomu niczego udowadniać. Nagraj coś, czego nikt nie kupi.

 

Nestor poszedł za tą radą. Już na wstępie jednak mogę uprzedzić, że przepowiednia nie wypaliła, gdyż album osiągnął status złotej płyty. Pod względem muzycznym jest to natomiat intymna, pozornie przyziemna podróż przez siedem dni tygodnia, od których utwory wzięły swoje nazwy. Czasem mocno prozaicznie cieszymy się Piątkiem, siedząc ładnie ubrani przy stole razem z Waglewskim. Innym razem rozkoszujemy się słodyczą wczesnego niedzielnego poranka, czując ulgę, iż niepokój, że zaczyna się coś, co brzydko cuchnie podczas sobotniej nocy już ustąpił. Środkiem wyrazu dla tego zbioru nadziei, obaw, wspomnień i radości jest głównie jazz. Czasem bardziej mistyczny i ciężki od nadmiaru wina, innym razem lekki i pogodny niczym piękny niedzielny świt.

No i wreszcie nadszedł czas Premiery. Gdzie tym razem zabierają nas Wojciech Waglewski, Mateusz Pośpieszalski, Karim Martusiewicz i Michał Bryndal? Ponownie jest to zbiór myśli, dźwięków i przeżyć uchwyconych w trakcie koncertu, które w studiu przybrały formę ,,dorosłego” dzieła. Trochę obserwacji, a czasem uwag do ludzi dookoła, do ich przywar i wad. Na pierwszy plan wybija się szczególnie fenomenalna Ochota, nagrana wspólnie z Hanią Rani. Lider grupy mocno ironicznie reklamował ten album: podobnie jak w przypadku wszystkich dzieł Voo Voo trzeba będzie usiąść, otworzyć sobie tę butelkę wina i wytrzymać. Ale jak to się skończy, to będzie taka radość, że wreszcie się skończyło, że dla tej radości warto to kupić.

Nie myślałem, że kiedyś to powiem, ale muszę się z Panem, Panie Wojciechu, bardzo uprzejmie nie zgodzić.

Michał Lach