Archiwum

Leo Ros & F.U$ – G Funk

Kto by się spodziewał… że to już.
Od początku audycji Kotłownia sylwetki Leo Rosa i F.U.$a przewijają się w bardzo szerokich stylach muzycznych. Jakieś 384 dni temu udało mi się nawet przewidzieć co nieco.

Polkowicko-warszawski duet po długich zapowiedziach wypuścił własnym sumptem swój debiutancki album/kasetę. Anemoia, bo o nim mowa to powrót do rapu przełomu tysiącleci. Ale wiecie, tak serio. Ze wszystkimi jego niedoskonałościami (patrzę teraz na te wszystkie Liroyopodobne onomatopeje) które zestarzały się tragicznie. I to jest piękne. Czy robisz opis mocograja, czy hiphop, rób to na 100%.

Duet czerpie garściami ze styli panujących wtedy na rodzimej i zagranicznej scenie. Tu pojawia się dzisiejszy mocograj. Podśpiewywane, przepełnione słońcem wstawki, produkcja F.U.$a to przepis na wysmakowany letniak. Ja się pod tym podpisuję*

Marcin Masło

* Ostatnia kwestia. G-Funk do Polski został przyniesiony wcześniej. Drogi czytelniku, po tymże numerze zapraszam tu. pzdr

Awich

Zanim Awich została ogłoszona Królową Japońskiego Rapu, doznała od życia wielu ciosów. Ich echo wciąż daje się słyszeć między dźwiękami jej kolejnych płyt. Najnowszy krążek artystki zatytułowany United Queens, jest nie tylko kolejnym rozdziałem o życiu raperki. Jest to manifest, którego głównym przekazem jest to, że królowa nie musi być tylko jedna.

Sześć lat minęło od wznowienia przez Awich swojej kariery. Po powrocie do Japonii nie planowała już nagrywać. Stało się jednak inaczej i od tego czasu regularnie dostajemy od artystki kolejne wydawnictwa. W tym roku z rąk raperki otrzymaliśmy album United Queens.

Początki przygody Awich, albo raczej jeszcze wtedy Urasaki Akiko (jap. 浦崎 亜希子), z hip-hopem miały miejsce w latach 90. Wtedy dostała w swoje ręce album 2Paca o tytule All Eyez On Me. Akiko będąca w tym czasie jeszcze młodą nastolatką, zaczęła pisać własne teksty na podstawie swoich wierszy i kazała nazywać siebie raperką.

W 2007 r. światło dzienne ujrzał pierwszy album Awich, Asian Wish Child, którego tytuł swoją drogą jest rozwinięciem pseudonimu artystki. Debiutancki longplay stał się na bardzo długi czas jedynym punktem na dyskografii cudownego dziecka Azji. Dziewiętnastolatka po wydaniu albumu wyemigrowała do USA, gdzie zamieszkała w Atlancie.

W tym etapie jej życia nie było zbyt wiele muzyki. Awich poszła na studia i wyszła za mąż. Niestety epizod życia w Stanach Zjednoczonych nie zakończył się dobrze. Jej mąż najpierw trafił do więzienia, by potem po wyjściu na wolność, zostać śmiertelnie postrzelonym. Artystka została sama z urodzoną trzy dni po śmierci ojca córką. Wróciła na rodzinną wyspę – Okinawę, by rozpocząć kolejny etap życia, którym miała być… własna firma brandingowa.

Niespodziewanie, w roku 2017. Awich stała się pierwszą raperką w kolektywie Yentown, z którym zaczęła budować swoją karierę na nowo. Album 8 miał być powrotem Asian Wish Child. Jednak Akiko nie była już dzieckiem. Zostanie samotną matką i wdową w tak młodym wieku, nie jest czymś, co nie zostawia blizn na duszy i umyśle człowieka. To już nie była ta sama Awich. Nie była to też jeszcze osoba, którą potem nazwano królową. Na tym etapie swojej twórczości, próbowała szukać nowej siły, lecz jej nienajlepszy stan psychiczny uzewnętrzniał się w niektórych utworach. Na krążku 8 był to przykładowo utwór Detox.

Z każdym kolejnym utworem i płytą Awich zyskiwała więcej odwagi. Nie bała się już mówić nie tylko o traumatycznych przeżyciach, ale i o wszystkim, co jej się nie podobało. Przeistoczyła się. Stała się silną kobietą, która postanowiła stać się wzorem dla kobiet jej pokolenia. Nie domagała się tytułu królowej, a mimo to został on jej nadany. Akiko nie zamierzała jednak udawać skromności, ani obnosić się pychą. Postanowiła stać się prawdziwie wartą tego tytułu. Tak powstał album QueendomNa nim, Awich ukazuje się jako silna artystka, która ma swoje opinie, nie boi się krytykować świata, ale ma też w sobie na tyle odwagi, by opowiedzieć historię każdej wewnętrznej rany. Kulminacją jej ewolucji jest utwór tytułowy tego krążka, który dla znających kontekst biograficzny artystki, jest nie tylko wyjątkowym dziełem muzycznym, ale też doznaniem emocjonalnym. Teledysk nagrany do utworu podbija ten efekt, wykorzystując prywatne nagrania artystki z czasów pobytu w USA, na których obecny jest jej zmarły mąż.

Tak docieramy do sierpnia roku 2023. Awich wciąż jest tytułowana Królową Japońskiego Rapu. Teraz jednak artystka nie chce tego przydomku tylko dla siebie. Nagrała album, w który zaangażowane zostały inne mniej lub bardziej znane japońskie raperki. United Queens swoim tytułem i zawartością daje jasno do zrozumienia, jaki przekaz jest motywem przewodnim wydawnictwa. Urasaki Akiko stała się jedną pierwszych i jedną z wielu japońskich kobiet, które zasługują na uznanie w świecie Japońskiego hip-hopu. NENE, LANA, MaRi, AI, Yuriyan Retriever to kolejne pokolenie, które również stanie się królowymi.

Awich jest postacią barwną. Jej ewolucja z zafascynowanej rapem dziewczyny z Okinawy, w doświadczoną życiem artystkę z wartościami sprawia, że odbierając jej słowa, słyszysz nie tylko i wyłącznie artystkę… słyszysz drugiego człowieka, który przeszedł w życiu bardzo wiele. Taka wiarygodność jest warta wyróżnienia. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nie twórczość Awich przyczyniła się do nadania jej tytułu królowej, tylko jej autentyczność i odwaga. Tacy artyści są bezcenni i warto o nich mówić, by stali się modelem, z którego warto brać przykład.

Więcej o Artystce Tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku o północy, w audycji Audiostarter (9:00-11:00) oraz o 13:00.

Kacper Świeca

Jungle

W 2006 roku dwaj nastolatkowie wybrali się na koncert The Strokes w londyńskim Shepherd’s Bush Empire. To wydarzenie zainspirowało ich do podzielenia się ze światem nagrywaną w domowym zaciszu muzyką. Uwierzyli, że i dla nich znajdzie się miejsce w branży. Dziś Josh Lloyd-Watson i Tom McFarland znani są jako Jungle, a 11 sierpnia miał premierę ich czwarty album, Volcano. To właśnie oni królują w tym tygodniu na antenie Radia Luz.

 

Jungle są trochę jak Gorillaz – na początku kariery ukrywali swój wizerunek przed światem, chcąc by skupił się wyłącznie na ich twórczości.
Jungle są trochę jak elektroniczne duety Daft Punk i Chemical Brothers.
Jungle są trochę jak wczesny Kasabian, jak francuski zespół Justice i jak grupy disco wyśpiewujące falsetem swe przeboje.
Przede wszystkim to jednak po prostu artyści, którzy z różnorodnych inspiracji wypracowali własny, wyjątkowy styl. Ich muzyka brzmi świeżo i nowocześnie, a zarazem wyraźnie nawiązuje do ponadczasowych gatunków takich jak soul i funk.

McFarland w wywiadzie dla British GQ powiedział, że od zawsze dążą do tego, by w ich utworach można było się zanurzyć, by całkowicie pochłaniały słuchacza. Z pewnością nie były to puste słowa –  ta sztuka udała im się wielokrotnie na przestrzeni dziesięciu lat działalności. Już ich debiutancki album z 2014 roku podbił wiele serc i przyniósł im nominację do nagrody Mercury. Z perspektywy czasu Lloyd-Watson uznał go za dość naiwny, jednak utwory takie The Heat, czy Time wciąż cieszą się sporą popularnością. Busy Earnin’ pozostaje z kolei jednym z największych przebojów w dorobku Jungle.

Po wydaniu pierwszej płyty McFarland i Lloyd-Watson zniknęli na cztery lata. Tak zwana presja drugiego albumu oraz zawirowania w życiu osobistym utrudniały im proces twórczy. W tym okresie po raz pierwszy zaprosili do współpracy producenta Deana Josiah Covera (pseudonim Inflo), znanego między innymi ze współpracy z Michaelem Kiwanuką czy Little Simz. Zyskali dzięki temu nową perspektywę i tym samym udało im się zmienić ból w paliwo dla sztuki. W swojej muzyce z tamtego okresu dali ujście trudnym emocjom, czego doskonałym przykładem jest wyraźnie podszyty smutkiem utwór House in LA.

Album For Ever został przyjęty nieco chłodniej niż debiut – być może publika za bardzo przyzwyczaiła się do energicznej odsłony Jungle. Właściwie potwierdził to trzeci album, który jest wyrazem odrodzenia, pewności siebie i duchowego rozwoju. Loving in Stereo szybko okazał się strzałem w dziesiątkę. Był to pierwszy krążek wydany nakładem własnej wytwórni Caiola.

Podczas powstawania tego wydawnictwa ponownie skrzyżowały się drogi Jungle i Inflo. McFarland i Lloyd-Watson najwyraźniej są zwolennikami długotrwałych relacji w muzycznym światku – na stałe współpracują z multiinstrumentalistką i producentką, Lydią Kitto, a w ich teledyskach wielokrotnie występują ci sami tancerze. Są to na przykład Mette Linturi, Will West i Che Jones.

Przedstawienie tancerzy występujących w teledyskach Jungle.
 

Loving in Stereo (swoją drogą to także tytuł pierwszej piosenki, jaką kiedykolwiek razem napisali) Jungle promowali w trasie koncertowej, która trwała ponad rok. W międzyczasie zajmowali się już pisaniem i nagrywaniem kolejnych utworów. Proces rozpoczął się w Los Angeles, a miał swój finał w ulubionym studiu artystów w londyńskim Metropolis Studios. W maju zeszłego roku McFarland i Lloyd-Watson wypuścili utwory Problemz i Good Times. Ostatecznie tylko ten pierwszy trafił na płytę Volcano. Muzycy przyznali, że w pewnym momencie Good Times zaczęło brzmieć bardziej jak wersja beta niż dopracowany utwór i tym samym przestało pasować do tracklisty. Na oficjalny pierwszy singiel wybrali natomiast Candle Flame nagrany we współpracy z Erickiem the Architectem. Mówili o nim tak:

Candle Flame reprezentuje wszystko to, co dla nas najważniejsze – kreatywność, pasję, tworzenie muzyki, która porusza serca i umysły fanów. Naszym celem było nagranie utworu, który jest osobisty, ale z którym jednocześnie słuchacze mogą się utożsamić; który w poetycki, ale i autentyczny sposób eksploruje temat tych pięknych i tych trudnych momentów w relacjach międzyludzkich.

Panowie wyznali, że Volcano jest ich najszczerszym jak dotąd wydawnictwem. Co istotne, artyści odrzucili oczekiwania, które w przeszłości sami sobie stawiali. Tym razem nie próbowali w żaden sposób ujarzmić swojej artystycznej energii i nie poddali się perfekcjonizmowi, a zamiast tego zaufali intuicji. To też radzą wszystkim aspirującym muzykom.

Na Volcano słychać wiele dobrze fanom znanych elementów, ale jest w nim także coś nowego. To album bardziej różnorodny wokalnie niż starsze dokonania Jungle – falsety Lloyda-Watsona i McFarlanda często schodzą na dalszy plan, centrum uwagi oddając na przykład gościom. Poza wspomnianym wcześniej Erickiem the Architectem, są wśród nich JNR Williams, Roots Manuva, Channel Tres, Mood Talk, Bas i 33.3. Jungle nie od dziś często nazywani są kolektywem, a najnowszy krążek świetnie pasuje do tego określenia.

Pierwszy odsłuch może nie wystarczyć, by zakochać się w nowej muzyce Jungle, warto jednak dać tym utworom drugą, a w razie konieczności i trzecią szansę. To taki zestaw, który zyskuje z każdym kolejnym odsłuchem. Odnoszę również wrażenie, że ugruntował pozycję grupy na rynku muzycznym i mam nadzieję, że dał im siłę i inspirację do dalszego tworzenia.

Więcej o Artyście Tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku o północy, w audycji Audiostarter (9:00-11:00) oraz o 13:00.

Oficjalna strona zespołu

Marta Łobażewicz

 

Natalie Merchant

Najpierw frontmanka 10 000 Maniacs, potem odnosząca sukcesy solistka. Matka, aktywistka, nauczycielka. Artystka czerpiąca inspiracje z wielu źródeł.

W tym tygodniu wyróżniamy Natalie Merchant, która 14 kwietnia oddała w nasze ręce album Keep Your Courage.

 

Merchant dorastała otoczona muzyką. W domu jej matki telewizja była praktycznie zakazana – zamiast tego rozbrzmiewały utwory Ala Greena, The Beatles, Petuli Clark, czy Arethy Franklin. Ann Merchant bliski był także jazz oraz muzyka klasyczna, toteż często zabierała dzieci do filharmonii. To wszystko z pewnością dało podwaliny pod karierę Natalie, jednak początkowo artystka rozważała podjęcie pracy w szkolnictwie specjalnym. Jej chęć niesienia pomocy nie osłabła (obecnie uczy w Nowym Jorku muzyki oraz rękodzieła dzieci z ubogich rodzin), jednak szybko stało się jasne, że jej drugim domem jest scena.

W 1980 roku podczas studiów na Jamestown Community College Natalie Merchant poznała Dennisa Drew i Steve’a Gustaffsona –  DJ-ów uczelnianej radiostacji, którzy niedługo potem założyli zespół Still Life. W jednym z wywiadów z udzielonych magazynowi People wspominała, że gdy przyszła na ich pierwszy koncert, muzycy namówili ją, by z nimi zaśpiewała. Sytuacja powtórzyła się na kolejnych pięciu występach i w końcu Natalie została pełnoprawną wokalistką grupy. Po dołączeniu gitarzysty Johna Lombardo zespół zmienił nazwę na tę aktualną do dziś czyli 10 000 Maniacs.

Wyróżniali się wśród lokalnych bandów, które nagrywały głównie covery popularnych wówczas przebojów. DJ-e radiowi często podrzucali im albumy importowane z Europy, czy Ameryki Południowej. Bliska była im na przykład muzyka Joy Division oraz The Mighty Diamonds, chętnie więc włączali do swojego repertuaru ich utwory. Z kolei ich autorski materiał to mieszanka popu, amerykańskiego i włoskiego folku oraz muzyki bluegrass.

10 000 Maniacs dość szybko zdobyli szerszą popularność – działają do dziś, jednak Natalie Merchant zdecydowała się rozstać z zespołem w pierwszej połowie lat 90. Ostatni studyjny album z jej udziałem to piąty w dyskografii grupy Our Time in Eden z 1992 roku, a ostatni w ogóle – koncertowy MTV Unplugged wydany w 1993 roku.

Po odejściu Natalie wytwórnia Elektra zerwała kontrakt z 10 000 Maniacs podpisany przed wydaniem ich drugiej płyty Wishing Chair, biorąc w zamian pod swoje skrzydła świeżo upieczoną solistkę. Merchant zebrała zespół składający się z byłej sekcji rytmicznej zespołu The Wallflowers, Petera Yanowitza i Barriego Maguire’a, oraz gitarzystki Jennifer Turner i przystąpiła do pracy nad debiutanckim albumem. Sama napisała wszystkie teksty i muzykę, była też jedyną producentką.

Tigerlily okazała się wymarzonym początkiem kariery solowej – wydawnictwo sprzedało się w ponad 5 milionach egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych. Wszystkie single (Carnival, Wonder i Jealousy) stały się przebojami, a utwór Beloved Wife wykorzystano w filmie List w butelce z Kevinem Costnerem i Robin Wright w rolach głównych.

Natalie Merchant nie osiadła na laurach po wydaniu pierwszej płyty – z każdą kolejną udowadniała, że jest artystką konsekwentną, wszechstronną i obdarzoną niezwykłą wrażliwością.

Ma na swoim koncie wiele utworów nawiązujących do sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych, zainspirowanych osobistą relacją (dokładnie związkiem z Michaelem Stipem z R.E.M.), a także opowiadające o macierzyństwie, prawach kobiet i ludzkich tragediach. Zaśpiewała tradycyjne folkowe ballady, czy piosenki dla dzieci z tekstami brytyjskich poetów epoki wiktoriańskiej oraz poetów amerykańskich XX wieku. Współpracowała z muzykami z wielu kręgów kulturowych, czerpiąc przy tym między innymi z muzyki cajun, klasycznej, gospel, jazzu. Jej twórczość dojrzewa wraz z nią i nieustannie intryguje. Najnowszy album artystki to potwierdzenie tej tezy.

Keep Your Courage zawiera dziewięć nowych utworów oraz cover Hunting the Wren Iana Lyncha z irlandzkiej grupy Lankum. Tworząc pierwszy od dziewięciu lat całkowicie premierowy materiał Merchant zaprosiła do współpracy Abeenę Koomson-Davis z Resistance Revival Chorus, wykonujący muzykę celtycką zespół Lúnasa, syryjskiego klarnecistę Kinana Azmeha, puzonistę Steve’a Davisa oraz siedmioro kompozytorów, w tym Gabriela Kahane’a oraz Colina Jacobsona. W efekcie powstał album eklektyczny, pełen nawiązań do mitycznych postaci; momentami ciężki, ale koniec końców pełen miłości.

Ta muzyka raczej nigdy nie dotrze na szczyty list przebojów, ale z pewnością poruszy niejedną wrażliwą duszę. To nie jest zbiór piosenek do słuchania przy wiosennych porządkach, nie sprawdzi się jako tło do spotkania towarzyskiego – to album idealny do słuchania w samotności.

Natalie Merchant wciąż tworzy muzykę prosto z serca i nie przestaje pozytywnie zaskakiwać. 59-letnia artystka często pozostaje poza światłem reflektorów (sama przyznała, że od zgiełku miast woli spokojne życie na wsi), jednak jej nowy album zasługuje jednak na oklaski, a nawet owację na stojąco. Z resztą cały dorobek artystyczny Merchant to naprawdę solidna i piękna kolekcja – muzyka, która pozostaje uniwersalna.

Więcej informacji o aktualnej artystce tygodnia usłyszycie na naszej antenie od poniedziałku do piątku o północy oraz o 13:00.
Zachęcamy również do odwiedzenia oficjalnej strony Natalie Merchant.

 

Marta Łobażewicz

 

fot. główna: Shervin Lainez

Voo Voo

Voo Voo
Nabroiło się. W ten sposób artyści z zespołu Voo Voo (nawiązując do jednego ze swoich utworów) postanowili nazwać zeszłoroczną składankę, ukazaną światu w 35-lecie pierwszego albumu grupy. Nie wydają się oni jednak specjalnie zawstydzeni swoim zachowaniem. Kilka tygodni temu zaprezentowali bowiem kolejne wydawnictwo o bardzo wymownym tytule Premiera. Z tej okazji Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ zostaje grupa Voo Voo.

 

Voo Voo jest zespołem legendarnym. Voo Voo jest zespołem większym niż życie, jak ładnie mógłby to określić mój anglojęzyczny odpowiednik. Choć ciężko o banalniej brzmiące zdania, to jednocześnie nie sposób się z nimi kłócić. Mnogość projektów, utworów i dźwięków, które pomogły kształtować muzyczny krajobraz polskiej rzeczywistości przez prawie cztery ostatnie dekady stawiają ich w ścisłej czołówce najbardziej znamienitych i wpływowych polskich wykonawców.

Jak zaczęła się jednak cała ta afera zwana Voo Voo? Trop nieomylnie prowadzi nas do człowieka o zadziwiająco podobnie brzmiących inicjałach, jeśli czytać by je zgodnie z angielską fonetyką. Wojciech Waglewski, bo oczywiście o nim mowa na przełomie lat 70. i 80. swoją muzyczną drogę związał z zespołem Osjan. Był to twór eksperymentalny, szalony, czerpiący garściami z muzyki etnicznej. Jego największą siłą i znakiem rozpoznawczym były koncerty. Tam też Wagiel musiał się nauczyć jak radzić sobie z graniem 10-minutowego gitarowego solo bez pomocy żadnego z kolegów, czy nawet nagłośnienia. Jedynie on i akustyczna gitara. Szkoła życia i szkoła grania w jednym. Doświadczenia te oraz płynąca z nich chęć nieskrępowanej koncertowej ekspresji rzutują po dziś dzień na jego postrzeganie muzyki i sposób, w jaki kolejne albumy Voo Voo przyjmują swoje kształty.

Po odejściu z grupy Osjan i przejściowym okresie działalności w grupie Morawski Waglewski Nowicki Hołdys nadszedł czas na stworzenie czegoś własnego. Pierwotny skład Voo Voo tworzyli: Wojciech Waglewski, Andrzej Nowicki (gitara basowa), Wojciech Morawski (perkusja) i Milo Kurtis (instrumenty perkusyjne i trąbka). Ekipa nie przetrwała zbyt długo, można ją jednak usłyszeć na debiucie grupy zatytułowanym Voo Voo. Płyta bardzo trafnie  charakteryzuje pierwsze lata działalności formacji – brzmienie było zdominowane przez rock o niepokojącym, horrorowym wręcz sznycie. Teksty lidera grupy w tamtym czasie cechowały się surrealizmem, lecz i pewną baśniowością oraz oniryzmem.

Pod koniec lat 80. miał też miejsce wielce ciekawy incydent w dyskografii Voo Voo. Wspólnie z grupą dzieci nagrali płytę Małe Wu Wu. Absolutnie wspaniały w tej pozycji jest sposób podejścia do jej nagrywania przez Waglewskiego. Nie potraktował on bowiem małych artystów zgodnie z ich wiekiem. Potraktował ich jak dorosłych, dając im podkłady godne ,,dorosłego” albumu. Rock, elementy muzyki afrykańskiej i azjatyckiej, a nawet (w 1988 roku!) rap, upodabniający tytułowy utwór do czegoś wprost wyjętego z Licensed To Ill. Zamiast jednak o sprawach istotnych dla nastolatków i młodych dorosłych, teksty traktują o zagadnieniach ważnych dla osób ponad dwa razy młodszych od nowojorskiego pierwowzoru.

A skoro mowa już o zaskoczeniach – Karnawał. Zapewne każdy w naszym kraju zna, a wręcz bez problemu potrafi zanucić melodię co roku pojawiającą się w polskich mediach wraz z początkiem stycznia, gdy coraz bardziej wyczekujemy finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jaki procent jednak jest świadomych tego, że twórcą kultowej melodii jest właśnie nasz Artysta Tygodnia? Obecna wersja powstała dzięki połączeniu utworu Voo Voo oraz grupy Jafia Namuel – Pozytywne Myślenie. Jak mówi o oryginale sam Jurek Owsiak – muzyka ta idealnie oddaje podstawowe założenia Orkiestry, czyli czynienie rzeczy dobrych przez radość, miłość i zabawę.

Początek lat 90. to dla Voo Voo również czas znaczącej artystycznej reorientacji, za której symbol zazwyczaj uznaje się album Łobi Jabi. Stanowi on odejście od tematów i stylistyki pierwszych lat działalności zespołu, przenosząc go w okres folkowy, pełen zapożyczeń i nawiązań do muzyki innych kultur. Na tym albumie szczególnie silnie zaznacza się obecność Alima Qasimova, azerskiego wokalisty, którego baśniowe zaśpiewy przenoszą słuchacza w malownicze, a tak mało znane w naszej kulturze regiony kaukaskiej sztuki. Wydawnictwo to było również silnym zaznaczeniem swej obecności w kształtowaniu muzyki grupy dla Mateusza Pośpieszalskiego. Odpowiada on bowiem za aranżacje smyczkowe oraz tytułowy utwór tego porywającego albumu.

Łobi Jabi zawiera też prawdopodobnie najbardziej znaną wersję jednego z dwóch kluczowych dzieł formacji – Floty zjednoczonych sił. Utwór ten, razem z  Nim Stanie Się Tak, Jak Gdyby Nigdy Nic Nie Było – przeszedł przez lata dziesiątki wcieleń i metamorfoz. Obie pieśni są właściwie jedynym stałym punktem koncertów. Po części jest to ukłon w stronę miłośników grupy, po części manifestacja filozofii Voo Voo. Potrzeba bliskości drugiego człowieka oraz wiara w lepsze jutro, nawet jeśli dzisiaj jawi się w katastroficznym świetle. To właśnie pcha muzyków, a wraz z nimi publikę, ku tym wyczekiwanym lepszym chwilom. A to, że jak zdradza sam Waglewski, dzieła te zostały specjalnie skomponowane w ten sposób, by można je było zagrać na sto tysięcy sposobów to tylko dodatkowy plus…

Nie sposób wymienić wszystkich znaczących albumów, dokonań i projektów grupy. Inaczej artykuł ten miałby prawdopodobnie długość dość obszernej książki. Kilka z nich wybija się jednak usilnie z tłumu (elitarnego, trzeba od razu sprecyzować). Pierwszym wartym wyróżnienia krążkiem jest Flota Zjednoczonych Sił, na którym panowie akompaniowali do własnych dzieł swoim znamienitym gościom, wśrod których warto wymienić chociażby Macieja Maleńczuka, Grzegorza Turnaua, Stanisława Sojkę, czy Kasię Nosowską. Następnym istotnym wydaniem jest  21, gdzie razem z Orkiestrą Kameralną Miasta Tychy na nowo zaaranżowane zostały utwory z dotychczasowej (już wtedy 20-letniej) działalności grupy. No i wciąż świeża Anawa 2020, gdzie tym razem artyści postanowili oddać hołd 50-letniemu kamieniowi milowemu polskiej muzyki autorstwa Marka Grechuty.

Na osobny akapit zasługuje wydawnictwo Placówka ‘44, na którym ponownie zespół wsparli – tym razem młodzi – muzycy, między innymi Justyna Święs. Tym razem teksty nie powstały pod piórem Waglewskiego, lecz młodych warszawiaków biorących udział w konkursie poezji. Nie byłoby w tym nic niezwykłgo, gdyby nie fakt, że dzieła te pochodzą z sierpnia 1944 roku, czyli czasów anihilacji stolicy i apokalipsy dziejącej się na każdej ulicy. Zdaniem frontmana grupy ów zbiór poezji jest prawdziwym triumfem człowieka. Nie wiem, czy po przesłuchaniu Dziś Idę Walczyć, Mamo jestem w stanie dodać cokolwiek więcej do tych słów.

Nie sposób też nie wspomnieć o innym wydarzeniu, zakorzenionym bardzo głęboko w corocznym letnim krajobrazie koncertowym. Mowa tu oczywiście o Męskim Graniu, które swój początek miało w 2010 roku, a pierwszym dyrektorem artystycznym został Wojciech Waglewski. Hymn ówczesnej edycji, Wszyscy Muzycy To Wojownicy, w którym Voo Voo towarzyszyli Abradab i Maciej Maleńczuk jest triumfalną manifestacją potrzeby tworzenia sztuki. Nawet, jeśli świat dookoła nie zawsze ją docenia. Choć w późniejszych latach trasa skręciła w znacznie bardziej mainstreamową stronę, to właśnie sukces pierwszej edycji stał się podwaliną pod tytana, jakim jest ta impreza obecnie. Było to możliwe właśnie dzięki batucie lidera Artysty Tygodnia.

Zagłębiając się z powrotem w główny nurt historii Voo Voo można by zadać sobie pytanie – skąd tak ogromna różnorodność w ich twórczości? W jaki sposób z albumu na album są oni w stanie przejść od bluesowego i mocno etnicznego Dobry Wieczór, do jazzowego i wirtuozerskiego 7? Odpowiedzi ponownie udziela główny zainteresowany. W formie bardzo skróconej stwierdza on wprost, że członkowie zespołu nie lubią się powtarzać. Nieco bardziej zaś rozwijając temat, Waglewski mówi tak…

W momencie, gdy czujemy, że się mechanizujemy, powtarzamy – musimy natychmiast to zerwać… Każda z płyt Voo Voo jest elementem poszukiwań. Niekiedy płyta zamyka pewien etap, po czym zajmujemy się już odmienną, czasem krańcowo odmienną materią dźwiękową.

 

Ta niemożność twórczego ,,usiedzenia na miejscu” sprawiła, że w 2017 roku formacja wydała album wyjątkowy, nawet jak na swoje wygórowane standardy. Ciężko stwierdzić, jak na jego kształt wpłynęły słowa jednego z synów-muzyków Waglewskiego, gdy ten siadał on do pisania swojego kolejnego dzieła.

Już nie musisz nikomu niczego udowadniać. Nagraj coś, czego nikt nie kupi.

 

Nestor poszedł za tą radą. Już na wstępie jednak mogę uprzedzić, że przepowiednia nie wypaliła, gdyż album osiągnął status złotej płyty. Pod względem muzycznym jest to natomiat intymna, pozornie przyziemna podróż przez siedem dni tygodnia, od których utwory wzięły swoje nazwy. Czasem mocno prozaicznie cieszymy się Piątkiem, siedząc ładnie ubrani przy stole razem z Waglewskim. Innym razem rozkoszujemy się słodyczą wczesnego niedzielnego poranka, czując ulgę, iż niepokój, że zaczyna się coś, co brzydko cuchnie podczas sobotniej nocy już ustąpił. Środkiem wyrazu dla tego zbioru nadziei, obaw, wspomnień i radości jest głównie jazz. Czasem bardziej mistyczny i ciężki od nadmiaru wina, innym razem lekki i pogodny niczym piękny niedzielny świt.

No i wreszcie nadszedł czas Premiery. Gdzie tym razem zabierają nas Wojciech Waglewski, Mateusz Pośpieszalski, Karim Martusiewicz i Michał Bryndal? Ponownie jest to zbiór myśli, dźwięków i przeżyć uchwyconych w trakcie koncertu, które w studiu przybrały formę ,,dorosłego” dzieła. Trochę obserwacji, a czasem uwag do ludzi dookoła, do ich przywar i wad. Na pierwszy plan wybija się szczególnie fenomenalna Ochota, nagrana wspólnie z Hanią Rani. Lider grupy mocno ironicznie reklamował ten album: podobnie jak w przypadku wszystkich dzieł Voo Voo trzeba będzie usiąść, otworzyć sobie tę butelkę wina i wytrzymać. Ale jak to się skończy, to będzie taka radość, że wreszcie się skończyło, że dla tej radości warto to kupić.

Nie myślałem, że kiedyś to powiem, ale muszę się z Panem, Panie Wojciechu, bardzo uprzejmie nie zgodzić.

Michał Lach