Archiwum

American Football

Zdjęcie zespołu American Football

Z początku nie myśleli nawet o sobie jako o zespole. Rozpadli się jeszcze przed wydaniem debiutu. Przez 15 lat nie brali w ogóle pod uwagę tego, że ktoś może być zainteresowany ich powrotem do wspólnego grania. Wydawało się, że American Football, nasz Artysta Tygodnia w Radiu LUZ, bezpowrotnie rozpłynęli się gdzieś na południe od Chicago i że na zawsze jedyne co po nich pozostanie, to kultowy pierwszy album; tymczasem oni powrócili i właśnie wypuścili swoje LP4.

 

Najważniejsze nazwisko dla muzyki midwest emo? Niewątpliwie Kinsella. Zaczęło się od tego, że Tim Kinsella, licealista z przedmieść Chicago, spóźnił się na próbę swojego zespołu. Gdy w końcu się zjawił, odkrył, że koledzy już grają, a w roli gitarzysty zastąpił go jego młodszy brat Mike. Młody był na tyle dobry, że został na stałe, a gdy z zespołu wykruszył się bębniarz, Mike zaproponował, że nauczy się grać na perkusji. Cap’n Jazz, bo taką nazwę ostatecznie przybrała ta grupa, przeszli drogę od punkowego grania do bardziej kombinowanego brzmienia, charakterystycznego dla gatunku rodzącego się w ich rejonach geograficznych. Później bracia grali jeszcze wspólnie w Owls oraz Joan of Arc; z tym ostatnim zespołem współpracował również ich kuzyn Nate, który obecnie jest członkiem grupy założonej przez Mike’a jakiś czas po rozpadzie Cap’n Jazz. Grupą tą jest kultowe American Football.

Gdy Mike Kinsella rozpoczął studia na Uniwersytecie Illinois w Champaign, zamieszkał ze Stevem Holmesem, którego znał już z czasów licealnych. Czasem grywali razem, chociaż generalnie byli zaangażowani w inne zespoły. Kinsella dołączył do The One Up Downstairs, w którym na perkusji grał Steve Lamos – chłopak z porządnym wykształceniem muzycznym, chociaż wciąż uczący się swojego obecnego instrumentu. Po rozpadzie tego składu Lamos zaczął grywać z Holmesem, a po kilku tygodniach zaprosili do wspólnych prób Kinsellę. Tak narodził się skład, który miał stać się jednym z najważniejszych w historii wrażliwej muzyki gitarowej.


American Football

1999

Polyvinyl

Wyobraźcie sobie, że wyjechaliście na studia do niedużego miasta gdzieś na Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jest końcówka XX wieku, więc jeszcze nie możecie spędzać całych dni na oglądaniu seriali na komputerze i obrażaniu ludzi w mediach społecznościowych. Pozostaje wam granie muzyki z kolegami. Co prawda nie macie nawet własnych instrumentów, ale radzicie sobie z tym, co akurat znajdziecie lub pożyczycie – w końcu nie planujecie grać żadnych większych tras koncertowych. Jest całkiem w porządku, ale wiecie, że studia zaraz się skończą i trzeba będzie zająć się czymś poważniejszym.

I jak, wyobraziliście sobie to? Jeśli tak, to znaczy że już wiecie jak to było w zespole American Football w ich pierwszym okresie działalności, w latach 1997-99. Kinsella, Holmes i Lamos nagrali trzyutworową EP-kę i grywali czasem koncerty w swojej okolicy; występy te jednak nie nastrajały ich pozytywnie. Granie na żywo nie było ich żywiołem, a gdy raz postanowili wyjechać na koncert do innego stanu, liczba osób na widowni podobno wynosiła okrągłe zero. Muzycy nie wiązali z zespołem żadnej przyszłości, ale jednak dalej spotykali się na wspólne próby, które ostatecznie zaowocowały tyloma napisanymi piosenkami, że po prostu wypadało zebrać je w formie albumu przed odebraniem dyplomów akademickich i rozejściem się w swoje strony. Poinformowali zaprzyjaźnioną wytwórnię Polyvinyl o swoich zamiarach, z zastrzeżeniem, że przekażą gotowy materiał, ale potem nie będą go promować ani koncertować z nim – po prostu nie bedą już istnieć jako grupa.

American Football – bo tak nazywało się to (jak i każde inne) wydawnictwo tercetu z Illinois – zaliczane jest do płyt definiujących brzmienie midwest emo, jednak wyraźnie różni się od wcześniejszych dokonań zespołów z tej sceny, takich jak Braid czy Cap’n Jazz. Mike Kinsella nie był zainteresowany muzyką hałaśliwą, zbuntowaną, czy – broń Boże – wesołą. Ciągnęło go do smutnych ballad i marzycielskich piosenek. Chociaż w czasach szkolnych był fanem Fugazi (jego mama raz zabrała go na ich koncert w Chicago, a na dodatek… upiekła ciasto dla członków ekipy Iana McKaye), to miał poczucie, że w muzyce wyrastającej z hardcore’u wszystko zostało już powiedziane i zagrane. Steve Holmes wniósł do tego zamiłowanie do zespołów z lat 60., a Steve Lamos dodał swoje jazzowe osłuchanie i wykształcenie oraz umiejętność gry na trąbce. Razem nagrali płytę, która łączy charakterystyczną dla emo wrażliwość (i, umówmy się, przeciętny wokal) z post-rockową powagą i math-rockowymi podziałami rytmicznymi.


American Football (LP2)

2016

Polyvinyl

W 2014 roku coś w Kinselli się zmieniło i wysłał do Lamosa oraz Holmesa maila z propozycją, żeby zagrać kilka koncertów jako American Football. Poza lokalnym festiwalem zaplanowali trzy występy w Nowym Jorku – wszystkie wyprzedały się na pniu. Artystycznie podobno nie były to wspaniałe widowiska, ale wśród widowni mało kto się tym przejmował. Dla ludzi ważne było to, że mogli w końcu usłyszeć na żywo piosenki, które tyle im dały, a które wydawały się już na zawsze być wyłącznie do odsłuchu w domach i na iPodach. To skłoniło zespół do tego, żeby bookować dalsze koncerty w kraju i za granicą, a także żeby pomyśleć o wydaniu drugiej płyty.

American Football, dla porządku nazywane LP2, zostało napisane i nagrane w pośpiechu, żeby wykorzystać swój moment. Zespół (do którego dołączył grający na basie Nate Kinsella) nie miał czasu na wypracowanie nowych pomysłów, czy na próby zmiany kierunku muzycznego. Drugi album był dość bezpieczny i zachowawczy: American Football kontynuowali kierunek obrany na debiucie, ale nowe piosenki nie porywały aż tak bardzo jak te nagrane 17 lat wcześniej. LP2 zebrało porządne recenzje, a fani byli zachwyceni tym, że w końcu nie muszą katować jednej płyty w kółko, chcąc posłuchać swojego ulubionego zespołu, ale można było jednak mieć po tym materiale pewien niedosyt.


American Football (LP3)

2019

Polyvinyl

Trzeci album American Football obrał już nieco odmienny kierunek od poprzednich dokonań grupy. Różnice można dostrzec jeszcze przed wyjęciem płyty z opakowania: na okładce nie pojawia się biały dom przy West High Street w mieście Urbana, w stanie Illinois, który był obecny na LP1 i LP2, a na liście utworów po raz pierwszy pojawiły się piosenki z gościnnym udziałem innych artystów. Pod kątem muzycznym zmiany również były słyszalne. Brzmienie albumu jest bardziej rozmyte niż wcześniej, klimat nieco eteryczny, a wpływy shoegaze’owe i post-rockowe są bardziej widoczne. LP3 już prawie wcale nie przypomina płyty nagranej przez zespół midwest emo; American Football w końcu skutecznie odeszli od stylu, z którym od samego początku nie chcieli być kojarzeni.

Chociaż LP3 zawiera piękne piosenki, to sam proces tworzenia płyty, a także to, co działo się później, nie wyglądały już tak dobrze. Mike Kinsella ciągle coś poprawiał po kolegach, umniejszając im i odbierając swobodę twórczą. Coraz intensywniejsze życie w zespole odbijało się na życiu rodzinnym muzyków. Kilka miesięcy po premierze albumu żona Kinselli dowiedziała się o jego zdradzie, co ostatecznie doprowadziło do rozwodu. Nadmierne spożycie alkoholu przez członków zespołu odbijało się na jakości koncertów. Pomimo nagrania bardzo dobrego albumu, wewnątrz American Football nie działo się najlepiej, co zakończyło się w 2020 roku drugim rozpadem zespołu. Steve Lamos miał już dość Kinselli i rzucił telefonem podczas zdalnej pracy nad nowymi piosenkami. Oficjalnie zostało to przedstawione jako odejście Lamosa ze względu na zmiany życiowe, ale w praktyce było końcem funkcjonowania grupy.


American Football (LP4)

2026

Polyvinyl

Całe szczęście, że Lamos nie mógł długo wytrzymać bez grania z kolegami i po dwóch latach wrócił do zespołu, który zabrał się za komponowanie nowego materiału. Ten został wydany w końcu 1 maja tego roku, jak zawsze przez wytwórnię Polyvinyl, jak zawsze pod nazwą American Football (tym razem z dopiskiem LP4). Muzyka jednak nie jest taka jak zawsze. Generalnie można uznać czwarty album grupy za kontynuację kierunku obranego na jego poprzedniku, jednak jest od niego mniej rozmarzony, a bardziej rozbuchany i miejscami również posępny. Wiele ścieżek instrumentów nachodzi na siebie i splata się na misternie przemyślane sposoby, gitary – poza typowymi dla American Football arpeggiami – grają również plamy i drony, a perkusja Lamosa gra jeszcze gęściej i bardziej kombinacyjnie niż kiedykolwiek.

LP4 to album różnorodny, pełen ciekawych zabiegów kompozycyjnych i decyzji brzmieniowych, a jednocześnie w pełni spójny, płynnie przechodzący między utworami, bez niepasujących momentów. Około 30 lat po rozpoczęciu wspólnego grania Kinsella, Holmes i Lamos (wspomagani przez drugiego Kinsellę a także przez kilku dodatkowych muzyków jeżdżących z American Football w trasy) są dojrzałym zespołem, który odnalazł nową tożsamość po okresie, w którym byli zakładnikiem kultowego debiutu. Obserwowanie ich późnego rozwoju daje nadzieje i oczekiwania wobec dalszej działalności grupy, jednak należy mieć na uwadze to, że po drodze czyha sporo zagrożeń dla jej stabilnego funkcjonowania. Mroczniejsze niż dotychczas teksty Kinselli, alkoholika zmagającego się z poczuciem porażki po rozwodzie, mogą wprowadzać w lekki niepokój; do tego dochodzą napięcia wewnątrz zespołu, które już raz przecież prawie go pogrążyły na amen, a i należy pamiętać, że nie każdy jest gotów żyć w trasie i studiu nagraniowym aż do starości. Spieszmy się zatem kochać American Football – nie wiemy jak szybko zejdą ze sceny.

Jan Rostek

Trans Am

zdjęcie zespołu Trans Am

Ich muzyka to mariaż gitarowej tradycji z elektronicznymi i nowofalowymi fascynacjami. Nigdy nie osiągnęli szerokiej rozpoznawalności, jednak krytycy i inni artyści doceniali ich innowacyjność i odwagę w łączeniu pozornie odległych stylów. Właśnie minęło trzydzieści lat od premiery ich debiutanckiego albumu – z tej okazji Trans Am zostają Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

W zależności od kontekstu pojęcie „szkoła chicagowska” może oznaczać wpływowe nurty w ekonomii, socjologii, czy architekturze; jeśli jednak usłyszymy je w rozmowie o muzyce, to prawdopodobnie będzie ono odnosić się do aktywnej w latach 90. lokalnej sceny z Wietrznego Miasta, która tworzyła pierwszą falę post-rocka. Jedną z jej centralnych postaci był John McEntire, perkusista grupy Tortoise, który pewnego razu natknął się na demo zespołu Trans Am.

Trio spod Waszyngtonu mogło być mu odległe geograficznie, ale bardzo bliskie artystycznie: Trans Am grali instrumentalną muzykę opartą z grubsza na rocku, ale dodawali do niej dźwięki syntezatorów oraz rozwiązania kompozycyjne zaczerpnięte od takich zespołów, jak Can, New Order czy Yes. McEntire od razu zaproponował im wyprodukowanie debiutanckiego albumu, wydanie go w zaprzyjaźnionej wytwórni Thrill Jockey oraz wspólną trasę koncertową z Tortoise. Trans Am nie zawiedli tego zaufania i szybko okazali się jednym z najciekawszych zespołów, które pojawiły się w ostatniej dekadzie XX wieku na amerykańskiej scenie alternatywnej.


Trans Am

1996

Thrill Jockey

Album Trans Am szybko został okrzyknięty sztandarowym przykładem post-rocka, jednak z perspektywy czasu widać, że styl zespołu dopiero zaczynał się na nim kształtować. Uwagę przykuwają przede wszystkim Ballbados czy Orlando, utwory bardziej powtarzające sprawdzone math-rockowe schematy od Slint i Don Caballero, niż poszukujące nowych rozwiązań. Warto jednak docenić też ostatni numer na płycie, American Kooter – prawie dziewięciominutową suitę z początku opierającą się o syntezatory rodem z soundtracków do starych filmów sci-fi, które z czasem ustępują miejsca podniosłym dźwiękom przesterowanej gitary. Pomimo niedoskonałości, Trans Am to pół godziny porządnego i ciekawego grania, które napędziło karierę zespołu i dało mu komfortowe możliwości do rozwoju własnego brzmienia.


Futureworld

1999

Thrill Jockey

Elektronika była obecna w muzyce Trans Am od samego początku, jednak dopiero na Futureworld, swojej czwartej płycie, zespół uczynił z syntetycznych dźwięków fundament swojej muzyki. Wśród swoich inspiracji członkowie grupy wymieniali Aphex Twina, Autechre, czy Kraftwerk — szczególnie wpływy tego ostatniego zespołu zaczęły być mocno słyszalne na rzeczonym albumie.

Trans Am po raz pierwszy wykorzystali wokale w swojej muzyce, przepuścili je jednak przez wokoder, co pomogło uzyskać retrofuturystyczny klimat wydawnictwa. Robotycznie śpiewane lub deklamowane teksty stały się od tej pory jedną z cech charakterystycznych twórczości zespołu. Nowością było też pojawienie się w kilku utworach automatu perkusyjnego. Taki ruch mógł zaskakiwać u formacji, która mocno polegała na gęstej i żywiołowej pracy perkusji Sebastiana Thomsona, ale każde ryzyko, które podjęto przy produkcji Futureworld, opłaciło się.


TA

2002

Thrill Jockey

Jaka jest najbardziej buntownicza i odważna rzecz, którą może zrobić zespół kojarzony z muzyką alternatywną? Nagranie płyty popowej, przystępnej, inspirowanej przebojami z lat 80. Tym właśnie było TA, najciekawszy i najbardziej polaryzujący album w dyskografii Trans Am. Dwa lata po eksperymentalnym Red Line zespół wydał krążek wypełniony lekkimi piosenkami czerpiącymi z synth-popu, electro, disco i post-punku. Taka wolta stylistyczna została dość negatywnie przyjęta przez krytyków, którzy odebrali nowy styl zespołu jako przesadzony i ironiczny. Intencje muzyków były jednak zupełnie inne, co po latach tłumaczył perkusista Sebastian Thomson w rozmowie z portalem The Skinny:

To była reakcja na post-rock. Ten cały post-rock był bardzo drętwy – bardzo mało zdjęć muzyków, wszystko bardzo poważne, przeintelektualizowane… a my się temu przeciwstawialiśmy. Myśleliśmy: dlaczego nie można tworzyć interesującej, innowacyjnej muzyki i wciąż się przy tym trochę pobawić? (…) Myślę jednak, że ludzie źle to interpretują – w naszej muzyce nic nie jest dla żartu.

Trans Am naprawdę uwielbiali nową falę oraz taneczną elektronikę. Byli świadomi tego, że nie wszyscy to zrozumieją, ale oni po prostu cieszyli się, że w końcu robią taką muzykę, jaka płynie im we krwi.

Jan Rostek

Black Country, New Road

Na zawsze, od teraz, jak długo?

Black Country, New Road to zespół, który w ciągu zaledwie kilku lat zdobył kultowy status w alternatywnym rocku, stając się jednym z najważniejszych głosów młodego pokolenia. Ich muzyka to mieszanka post-rocka, art-popu, eksperymentalnego jazzu, chamber popu i poetyckich tekstów – odważna, emocjonalna i często głęboko osobista. Z okazji premiery ich trzeciego albumu Forever Howlong przyglądamy się dokładniej sylwetce zespołu. Black Country, New Road Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.

 


Po raz pierwszy…

Black Country, New Road swoją działalność rozpoczął w roku 2018, czarując scenę londyńskiego baru Windmill. Dwa następne lata grupa z Cambridge poświęciła na tworzenie albumu, który światło dzienne ujrzał na początku 2021 roku. Premiera For The First Time rozniosła się po Wyspach ogromnym echem. Był to świeżo wyciągnięty z pieca chleb, którego każdy chciał spróbować. Pierwszy gryz zawsze smakuje najlepiej, ale w tym przypadku każdy kęs był trochę inny i równie pyszny. Nie była to próba wpasowania się w utartą konwencję, lecz coś zupełnie nowego. Coś, czego do tej pory się nie słyszało.

Przybrane dziecko zespołu Slint przemówiło w sposób unikalny. For The First Time to rollercoaster z opaską na oczach. Bez chwili przygotowania zespół zabiera nas na ekstremalną przejażdżkę, oscylującą między emocjonalnym katharsis a wbijającymi w fotel zwolnieniami. Motto tego albumu brzmi: „zanim zabrzmi bas, najpierw pojawia się gitara, a potem wokal”. Isaac Wood, wokalista zespołu, swoim słowem maluje świat młodzieńczej arogancji, mechanizmów obronnych i zaburzeń seksualnych. Towarzyszą mu przy tym nerwowo lamentujące skrzypce, łagodzący napięcie saksofon i przeszywające ciało dźwięki syntezatora. Siedmioosobowy skład grupy, niczym szaleni naukowcy, opanowuje deterministyczny chaos dźwięków i porządkuje go w jedno równanie.

To nie jest płyta łatwa, próbująca zaistnieć samowolnie, oddająca się na tacy. To muzyka, która wymaga otwartości na dźwięki nieoczywiste. A jednocześnie nagradza słuchacza paletą emocji i doświadczeń. Czasem boli. Czasem koi. Ale zawsze zostawia ślad.


Rdzeń

Istnieje żart, że aby brzmieć jak BCNR, wystarczy wziąć gitarę, zagrać w kółko trzy nuty na krzyż i zebrać sześciu wirtuozów muzycznych, którzy zrobią resztę. Jest w tym ziarno prawdy, bo choć członkowie zespołu są wybitnymi muzykami (i każdy zasługuje na osobny segment), nie sposób przejść obojętnie obok koła napędowego tego projektu, Isaaca Wooda. Ten z pozoru cichy i bardzo nieśmiały wokalista, często porównywany do Iana Curtisa wniósł do muzyki unikalną oryginalność. Jego abstrakcyjne teksty, pełne odniesień do popkultury, krążą wokół genialnych, nieoczywistych metafor i skojarzeń, które pozwalają mu poruszać wiele tematów naraz. Równie istotny co tekst jest głos Isaaca. Jego teatralne i intensywne słowo mówione kontroluje narrację, nadając brzmieniu szczególną nerwowo-spokojną atmosferę. Ekshibicjonistyczny w swoich emocjach, szczery do bólu i pełen niespokojnej wrażliwości. Bardziej niż adekwatny, pokoleniowy geniusz.

Co czyni album niepowtarzalnym? Niesamowita aranżacja, która wypływa na wody dotąd jeszcze nieodkryte i tworzy nowe szlaki dla przyszłych podróżników? A może jest to przemyślana koncepcja tematyczna, która swoją głębią i treścią polaryzuje nasze przekonania? Takich i podobnych sugestii można wysnuć wiele i każda rzuci nowe światło na to pytanie bez odpowiedzi. Jednakże wspólnym mianownikiem każdego magnum opus jest danie słuchaczowi możliwości na wyjście poza sferę dźwięków i zgłębienie uczuć i myśli artysty. Patrząc w ten sposób, Ants From Up There, czyli drugi studyjny album BCNR, niepowtarzalny jak najbardziej jest.

Wielkie pożegnanie

Rok po ukazaniu się debiutu, BCNR wydał swój drugi studyjny album. Nie był to już, rozszalały jak pies na łańcuchu, chaos z For The First Time, a bardzo czuły i słodko-gorzki dramat pełen przejmujących momentów i melodii. Isaac Wood obnaża swoją duszę przed słuchaczem, nie zostawiając na sobie suchej nitki. Bolesne wspomnienia, które zazwyczaj znajdują swoje ujście na kartkach osobistego dziennika, są tutaj wykrzykiwane najgłośniej jak się da.

Ten bagaż emocjonalny emanuje dzięki genialnej oprawie muzycznej ze strony całego zespołu. Tak jak na pierwszym albumie skrzypce i saksofon mocno się wyklinały, tutaj budują bardzo komfortową atmosferę, jakby było się częścią intymnej rozmowy na osobności. Kto by się spodziewał, że pomimo tak melancholijnego nastroju pojawią się też bardzo energiczne i raczej wesołe piosenki jak Chaos Space Marine czy Concorde, które idealnie łączą się z resztą materiału.

Nadal jest to jednak BCNR z Isaacem Woodem i również te kawałki niosą ze sobą pewną ważną dla wokalisty wiadomość. Im głębiej w album, tym coraz bardziej kruszy się skorupa, w której skrywa się frontman zespołu. Decyzja o spowolnieniu reszty piosenek okazała się strzałem w dziesiątkę. Instrumenty już nie tylko akompaniowały, a same zaczęły śpiewać. Często mówi się, że Jeff Beck potrafił zagrać na gitarze, tak żeby śpiewała. BCNR dodaje do tego saksofon, skrzypce i pianino, które są fundamentem całego albumu.

Trzy ostatnie piosenki to najmocniejsze utwory na tym projekcie. To moment, w którym Isaac klęczy już na kolanach, a cała historia zbiega do tragicznego końca. Teksty pełne są rozpaczy, rezygnacji i złości oraz idącej za tym wszystkim samorealizacji o tym co się wydarzyło. Wypowiadane na końcu Basketball Shoes słowa (piosenki oryginalnie napisanej po tym jak Isaac Wood miał sen o Charli xcx):

Oh, in my bedsheets, now wet
Of Charlie, I pray to forget
All I’ve been forms the drone, we sing the rest
Oh, your generous loan to me, your crippling interest!

 

to finalne katharsis, które wylewa na zewnątrz wszystko to, co wcześniej niewypowiedziane i tłumione. Jest to zarazem ostatni muzyczny statement Isaaca Wooda, który końcem stycznia 2022 roku ogłosił odejście z zespołu w celu skupienia się na swoim zdrowiu psychicznym. Przyjaźń między siódemką wirtuozów z BCNR trwa do dzisiaj, ale jak ujął to sam Professor Skye, który od lat zajmuje się analizą albumów, „Nie chcemy mieć kolejnego Kurta Cobaina”.


Na zawsze, to jak długo?

Forever Howlong to nie album o utracie Isaaca Wooda. To album powstały dzięki tej stracie – i dzięki kolektywowi, który przetrwał, by opowiedzieć kolejne, nowe historie. Zamiast próbować odtworzyć przeszłość zespół świadomie wycofuje się z post-punkowej ekspresji i emocjonalnego przesytu Ants From Up There. Ich nowe kompozycje są bardziej rozproszone, ale i bardziej intymne. Zniknęła jedna dominująca narracja – w zamian otrzymaliśmy mozaikę głosów, zmienność perspektyw i baśniowy, rustykalny krajobraz, po którym poruszamy się bez przewodnika.

Trudno w jednym zdaniu opisać brzmienie tej płyty. Przypomina ono czasem senną operę, dziecięcą opowieść, a czasem muzykę do filmu, którego nigdy nie zobaczymy. To jakbyśmy spacerowali poprzez wnętrze starego domu – niektóre pokoje są wypełnione promieniami słonecznymi, inne mają kolorowe meble i wzorzyste dywany, jeszcze inne są zaś dziwnie puste.

Ten album to świadoma transformacja nie tylko emocjonalna, ale też stylistyczna, czego najbardziej słyszalnym dowodem jest instrumentarium wykorzystane przez zespół: mandolina, banjo, akordeon, fisharmonia czy rozbrzmiewający już w pierwszych sekundach utworu otwierającego klawesyn. To odważny krok. Muzycy potęgują rolę instrumentów, które nie są dopełnieniem, a swoistym narratorem.

Teksty utworów stały się bardziej abstrakcyjne i symboliczne. Isaac pisał jak autor postmodernistycznej powieści, Forever Howlong to książka z mitami, przypowieściami i bajkowymi opowiadaniami. A pod fantastyką i alegoriami skrywają się wielowarstwowe refleksje nad sensem, przemianą i pamięcią. W porównaniu do wcześniejszych albumów ten jest bardziej efemeryczny. Utwory często przypominają listy, modlitwy czy krótkie wpisy w dzienniku. Tak jakby nic nie zostało wypowiedziane do końca. Słowa wyparowują. Pozostaje tylko światło i smutek.

A może to pytanie bez odpowiedzi? Coś, co się rozciąga – w czasie, uczuciu, wspomnieniu. Forever Howlong nie stara się być manifestem. To raczej intymne, niepewne pytanie o to, co się dzieje z nami, kiedy nie ma już tego, co nas definiowało. W tym sensie ten album to deklaracja przetrwania, ale taka bez fanfar. Jest niczym łagodna afirmacja, mówiąca, że warto coś budować od nowa, nawet jeśli nie wiadomo, jak długo to potrwa.

Forever Howlong to album, który nie chce (i nie musi) niczego udowadniać. Jest cichy, nie dlatego, że boi się krzyczeć, ale dlatego, że woli słuchać. I to jest jego siła. W czasach głośnych rewolucji Black Country, New Road pokazuje, że najgłębsza zmiana dzieje się w ciszy. 


Zuzanna Kopij i Karol Tomczyk