Archiwum

A$AP Rocky – Punk Rocky

okładka singla "Punk Rocky" od ASAP Rocky'ego

Po ośmiu latach oczekiwania na nowy album jednego z najważniejszych raperów ostatnich dwóch dekad dostajemy… gitarową piosenkę o miłości w indie popowym stylu? Otóż tak! Właśnie tak brzmi pierwszy z singli zapowiadających płytę Don’t Be Dumb od samego A$AP Rocky. 

Po wydanym w 2018 roku albumie Testing, który spotkał się z mieszanym odbiorem, Flacko zrobił sobie dłuższą przerwę od regularnego wydawania muzyki, czasem tylko racząc nas niealbumowymi singlami. Nie nudził się jednak w tym czasie: mocno rozwijał swoją karierę w świecie mody jako projektant oraz model, a także zaangażował się w życie rodzinne – kilka miesięcy temu razem z Rihanną powitali na świecie swoje trzecie dziecko. Można zaryzykować hipotezę, że czas spędzony poza środowiskiem rapowym mógł otworzyć Rocky’ego na nowe doświadczenia i inspiracje, które postanowił pokazać światu na swoim nowym wydawnictwie. 

Punk Rocky nie ma wiele wspólnego z dotychczasowymi dokonaniami Rakima Mayersa. Zamiast sampli i basu typu 808 mamy tu żywą perkusję i gitary. Rocky trochę śpiewa, a trochę melorecytuje, ale za typowy rap nie można tego uznać. Reverb na gitarach dodaje jeszcze nieco psychodelii do utworu, a całość przywodzi na myśl muzykę Yvesa Tumora lub Genesisa Owusu, ale z wpływami Animal Collective i Deana Blunta. To brzmienie, którego niekoniecznie oczekiwaliśmy od człowieka, który wprowadził cloud rap do mainstreamu, ale czemu nie mielibyśmy pozwolić mu pobawić się trochę muzyką?

Artystyczne ambicje Rocky’ego widać też w warstwie wizualnej. Do utworu wypuścił teledysk w nieco onirycznym stylu, pełen dziwnych postaci (jedną z nich gra Winona Ryder) i konfundujących wydarzeń. Po świetnie przyjętym wideoklipie do utworu Taylor Swif sprzed półtora roku dostajemy kolejną niebanalną i dopracowaną produkcję. 

Jan Rostek



Crumb – The Bug

crumb the bug

W ostatnich dniach wiosenna pogoda dopisuje co najwyżej tylko w połowie. Burzowe chmury w mgnieniu oka przyćmiewają promienie słoneczne, gdziekolwiek te się nie pojawią. Czego słuchać w takich warunkach? Nie do końca lampa, nie do końca wyglądanie przez ociekającą kroplami deszczu szybę – może by tak coś pomiędzy? Wskazówek szukamy na świeżo wydanym albumie Crumb, AMAMA i nieco dłużej zostajemy z utworem The Bug. Zupełnie niczym tytułowy robak, nie jesteśmy w stanie (nawet nie próbujemy) pozbyć się go z uszu.

Nasz mocograj opowiada o dziwnym przeświadczeniu, jakoby zaraz miało się stać coś złego, choć finalnie nie ma miejsca. Mimo to niewypowiedziany strach nadal pozostaje. Czy to zdarzenie? Osoba? Uczucie? Może nawet wspomniana burza, która już zaraz, za chwile będzie mieć miejsce. Niespodziewanie jednak wychodzi słońce, a pioruny nadal gromadzą się wewnątrz nas, nie pozwalając zmrużyć oka w nocy. Sami nadajemy kształt tytułowemu bohaterowi.

Antek Winiarski

MGMT – Mother Nature

mgmt mother nature

Powrócili. Niczym ostatnie ciepłe wspomnienie lata. Nie obyło się bez drobnych wzruszeń. To jakby spotkać po długim czasie starego znajomego, z którym łączy nas wiele pięknych chwil. A jak inaczej mówić o MGMT? Zawieszona pomiędzy ciepłymi promieniami słońca twórczość duetu przywołuje tyle miłych wspomnień, że z pewnością byłoby o czym opowiadać. Teraz historia otrzymuje kolejny rozdział. W lutym przyszłego roku ukaże się pod tytułem Loss of Life, a w ostatnie Halloween poznaliśmy jego pierwszy zwiastun. Gotowi na spotkanie z matką naturą w towarzystwie starych znajomych?

Antek Winiarski

Grian Chatten – East Coast Bed

grian chatten chaos for the fly

Frontman post-punkowego zespołu debiutujący solo psychodeliczno-folkowym projektem? Skłamałbym mówiąc, że ścieżka obrana przez Griana Chattena, wokalistę Fontaines D.C, nie wywołała u mnie zaskoczenia. Już pierwsze single stanowczo odbiegały od gitarowych przesterów, z którymi dotychczas kojarzył mi się Grian i spółka. Premiera jego debiutanckiego albumu Chaos For The Fly w ostatni dzień czerwca dowiodła jeszcze większej różnorodności.

Od folku czy dream-popu przez lounge i psychodelię – Chatten otwiera się na wachlarz gatunków, których jeszcze nie słyszano w jego wykonaniu. To, co pozostało takie samo, czyli poetyckość jego tekstów i wypełniony po brzegi emocjami głos, świetnie łączy się z nowo obranym sonicznym kierunkiem. Tym samym Grian Chatten wybija się z obecnie panującej nowej fali post-punku, tworząc coś ponadczasowego. Oby jeszcze kiedyś tak zaskoczył.

Antek Winiarski

Goat

zdjęcie zespołu Goat - slider
Sielska wieś położona wśród malowniczych, porośniętych świerkiem wzgórz. Przylegające do wsi jezioro, krystalicznie czyste i nieskażone wytycza swoim brzegiem drogi, których pobocza pokolorowane są fioletem wrzosów niczym impresjonistyczny obraz. Niewielkie, czerwone, drewniane domki o białych oknach nie mają wokół siebie żadnych płotów, a przydomowe wiaty i garaże z pewnością przechowują łódki i wędki, a przede wszystkim sprzęt przydatny na zimę. Łańcuchy na koła, raki i narty biegowe są tu koniecznością, gdyż zimy są długie i mroźne, a przez kilka tygodni na przełomie stycznia i grudnia słońce właściwie nie wschodzi ponad widnokrąg. Czy to wstęp do pewnego horroru produkcji A24 wydanego w 2019 roku? Bardzo możliwe. Na scenę z nowym albumem Oh Death powraca żyjąca legenda sceny rocka psychodelicznego. Artystą Tygodnia zostaje szwedzkie Goat!

 

No dobrze, skoro wyobraziliśmy sobie już pejzaż Korpilombolo, przejdźmy do konkretów. Szwedzki psychodeliczno-eksperymentalny zespół (a może raczej kolektyw, ale o tym później) utrzymuje, że to właśnie stamtąd pochodzi. Kraina ta ciągnie za sobą kawał rzekomej historii. W dawnych czasach do wsi miał przybyć szaman, który praktykował voodoo. Owe praktyki nie spodobały się jednak chrześcijańskim misjonarzom, którzy bezceremonialnie zniszczyli osadę. Ocalali mieszkańcy uciekli i rzucili klątwę na terytorium, które niegdyś było ich domem. To całkiem ładna historyjka, jednak podobnie jak wspomniany we wstępie horror, niewiele wspólnego ma z prawdą. Z pewnością dodaje ona jednak tajemniczości i elektryzującego mistycyzmu wizerunkowi Goat. Wizerunkowi — trzeba dodać — skrzętnie przez muzyków ukrywanemu. Występują oni zawsze w pełni zamaskowani, a ich stroje stanowią najczęściej długie szaty okrywające większość powierzchni ciała.

Niesamowite historie o początkach i obecnym życiu członków grupy nie kończą się jednak na przykładzie krwawego nawracania mieczem. W jednym z niewielu udzielonych wywiadów muzycy wyznali, że zaczęli ze sobą grać jeszcze w latach dziecięcych jako część lokalnej, społecznej tradycji. Mają być jedną z kolejnych inkarnacji Goat, które nagrywało przez ostatnie 30 lub 40 lat.

To, co mocno osadzone jest w świecie realnym to filozoficzne podstawy, na których opierają się ich teksty. Wyraźnie inspirowani podstawami buddyzmu artyści dokładają do warstwy lirycznej swoje własne cegiełki, tworząc coś na kształt religii. Nie zabrakło też inspiracji bardziej rodzimych, bo dużym niedopowiedzeniem byłoby pominięcie wpływu szwedzkiego ruchu muzycznego progg. Podobnie do beatników (bardziej popularnych odpowiedników z USA) proggersi (sic!) odrzucali pogoń za dobrami materialnymi, ceniąc nonkonformizm i wolność. Podstawą grup społecznych miały być niewielkie komuny dzielące wspólne wartości. Szwedzka grupa funkcjonuje właśnie według wspomnianego etosu, bo ile wierzyć słowom udzielanym w tych kilku istniejących wywiadach, wszystkim czego potrzeba, aby być członkiem Goat to jakiś instrument i maska.

zdjęcie zespołu Goat

Historia i podstawy ideologiczne to jedynie wstęp do całej intrygi. Sedno Goat leży bowiem w muzyce czerpiącej pełnymi garściami z wielu kultur i tradycji. Dominują inspiracje afrykańskim afrobeatem, znajdziemy jednak również dźwięki bliższe zachodniemu słuchaczowi. Dynamiczne, transowe wręcz rytmy skontrowane są ostro przesterowanymi gitarami i przenikającym duszę, wysokim, kobiecym wokalem.

Debiutanckim albumem World Music z 2012 roku grupa z miejsca zdobyła międzynarodową uwagę, a dobra sprzedaż i pochlebne recenzje zapewniły muzykom pewny start. Już kilka miesięcy później przedstawiali swój materiał szerokiej publiczności podczas tournée po Stanach Zjednoczonych, zaliczając też występ na brytyjskim festiwalu Glastonbury.

Koncertowe zdjęcie zespołu Goat

Kolejne albumy studyjne — Commune i Requiem — ukazywały się w dwuletnich interwałach. Utrzymywały one jakość debiutu, poszerzając jeszcze bardziej horyzonty brzmień. Po 2016 roku fani musieli jednak uzbroić się w cierpliwość. Między wydaniami Requiem a tegorocznym Oh Death minęło aż 6 lat.

Oh Death ukazało się 21 października, a premierę poprzedziły dwa single — Under No Nation i Do The Dance. Album wydany jest we współpracy z brytyjskim Rocket Recordings, z którym szwedzka kapela związana jest od samego początku swojej kariery. Powracają ostro nafuzzowane gitary i wiedźmi śpiew. Nie zabrakło też bębna djembe i transowych groovów, od których chce się rozpalić wielkie ognisko, choćby na środku salonu, wszak nie tańczyć do tych dźwięków jest grzechem. Wyraźnie słychać też inspiracje jazzem i funkiem. Warstwa liryczna również nie odbiega tematycznie od poprzednich projektów. W refrenie pierwszego singla usłyszymy „No trasnportation, no complications, no killing fields, under no nation”. Jedyny nieanglojęzyczny utwór na albumie nosi tytuł Chukua Pesa i jak podpowiada niezastąpiony tłumacz Google, w języku suahili oznacza to „weź pieniądze”.

Można by odnieść wrażenie, że Goat znajduje się w stanie stagnacji. Nic bardziej mylnego, spektrum brzmień jest na tyle eklektyczne i inkluzyjne, że cztery studyjne longplaye to zdecydowanie za mało, aby wyczerpać tę formułę. Zresztą, moje opisy mogłyby być jeszcze bardziej wymyślne i grafomańskie, a nie oddałyby nawet części złożonej sonicznie twórczości Szwedów. Zachęcam zatem serdecznie do zapoznania się z nimi i słuchania bloku Artysta Tygodnia na 91.6 FM.

Piotr Kaźmierczak