Archiwum

Coco Bryce – Noches Sephardies

Na Sefardyjskich nocach dobrze znany we Wrocławiu (pozdrawiam audycję Night Bus!) Holender Coco Bryce, zgodnie z tytułem, oddaje się klezmerskim brejkom pełnym piszczał z Ziemi Świętej, maghrebskich bębnów i po niderlandzku precyzyjnych loopów. Już na papierze wygląda to dobrze, ale finalny efekt w słuchawkach jest jeszcze lepszy, głównie dzięki niezwykle bogatemu doświadczeniu producenckiemu pana Coco, który z jednej strony znany jest z wszechstronności i braku jungle’owej ortodoksji, z drugiej zaś z muzyką „ludową” flirtował nieraz (ostatnio nawet jeszcze w tym roku). Z całego albumu wybraliśmy dla was tytułowe Noches Sephardies, który ładnie wprowadza nie tylko w klimat, ale też w paletę wykorzystywanych tu środków (dalej jest równie dobrze, jeśli nie lepiej). Szalom!

Sebastian Rogalski

Noches Sephardies by Coco Bryce

ROSALÍA – Berghain ft. Björk & Yves Tumor

ROSALÍA powraca w dramatycznym tonie klasycznej koloratury. Jej głos nie odbija się jednak od marmurów opery, lecz od betonowych ścian mieszkania na warszawskiej Pradze albo tytułowego Berghain kultowego klubu techno w Berlinie. Całość brzmi jak gdyby ktoś zamknął Montserrat Caballé w gotyckiej katedrze zamienionej w klub nocny i kazał jej się modlić do migających wokół świateł. Ten powrót nie jest triumfalny – jest wyznaniem, zaklęciem, próbą odzyskania kontroli nad własną narracją i kierunkiem artystycznym. W jej wokalu wciąż drży flamenco, ale pulsuje też rytm klubowego, nocnego oddechu po Motomami

Berghain to pierwszy singiel z nadchodzącego albumu Lux, który ukaże się już 7 listopada. Artystka ostrzy apetyt słuchaczy, łącząc elektronikę, chór i orkiestrę, a także odwołując się do swoich korzeni klasycznych przy pomocy trzech języków: niemieckiego, hiszpańskiego i angielskiego. 

Współpraca jest imponująca na papierze — trzy nazwiska o kulturowym ciężarze. To właśnie tutaj pojawia się ryzyko: wielkie współprace często oczekują od nas, by zachwycić się samym pomysłem, zanim usłyszymy muzykę. W Berghain udało się uniknąć tej pułapki tylko częściowo. Obecność Björk i Yves Tumor jest wyczuwalna bardziej w atmosferze niż w wyrazistych partiach. ROSALÍA jest na tyle silną artystką, że sama doskonale podźwignęłaby dramaturgię utworu. 

Odrobinę hermetyczny singiel Berghain dla jednych będzie doskonałym manifestem, dla innych niezrozumiałym chaosem. Jedno jest pewne. ROSALÍA doskonale łączy teatralność, czułość i wewnętrzny egzorcyzm.

Julia Prus

 

 

Lily Allen – Pussy Palace

Rozwodowe opus magnum. Studium rozpadu relacji i powolnego odnalezienia siebie w szczegółach zawiłej historii, której finał niestety nie zaskakuje. Lily Allen swoim subtelnym wokalem szepcze do ucha, jakby przez telefon do przyjaciółki, cytując: I didn’t know it was a pussy palace / I always thought it was a dojo. Brzmi to jak chwila, w której dowody zdrady leżą już na podłodze, a ona dopiero pozwala sobie je nazwać.

Na West End Girl dokonuje się nowa emancypacja artystki, która, zdawałoby się, już dawno  odnalazła własny głos i brzmienie. Pussy Palace ma charakterystyczne dla Lily brzmienie delikatnej elektroniki, wynurzającej się jak ze skrzącej mgły fatalnego zauroczenia. Tak brzmi moment, w którym kropki zaczynają się łączyć. Artystka konfrontuje się z prawdą bez patosu, ale z gorzką świadomością, że emocjonalne olśnienie zawsze kosztuje. W swojej ironii i szczerości pozostaje przekonująca i interesująca – jak za czasów debiutu.

Julia Prus

Funk Tribu – Hold On

Funk Tribu to pseudonim szeroko znany na tanecznych podwórkach. Kolumbijski DJ opublikował długo wyczekiwany singiel Hold On, czym rozgrzał globalne parkiety do czerwoności i dopisał się do listy Mocograjów Radia LUZ. Zrobił to w swoim stylu, mieszając najróżniejsze podgatunki muzyki dance. 

Funk Tribu, choć oryginalnie pochodzi z Bogoty, obecnie rezyduje w Berlinie, co znacząco oddziałuje na jego twórczość. W końcu żadne dzieło nie powstaje w próżni! To właśnie w niemieckiej stolicy znalazł swoją niszę w elektronicznych brzmieniach lat 90. i 00. Hold On również reprezentuje te rytmy: trance, eurodance i hard techno. Kawałek obfituje w zwiewne melodie, do których Tribu zdążył nas przyzwyczaić Funk, a także charakteryzuje się przyciągającym uwagę wokalem. Jednocześnie Kolumbijczyk zabiera nas w futurystyczną podróż, podkręcając BPMy do maksimum.

 Paulina Madej

AZ-YL – Myślę o tobie i nie mogę przestać

Polska potrzebuje swojej Nii Archives. Czy zostanie nią Agata „AZ-YL” Zygmańska? Po premierze epki Ostrzegali cię przed raperami trzymanie kciuków za AZ-ylkę będzie w pełni uzasadnione. Stowarzyszona z ekipą NATURA2000, której allstars draft występuje tu w roli producentów, Agata dostarczyła na tyle zróżnicowany materiał, że wszechstronność jej kreacji parkietowej divy mogła zaprezentować się w pełnej krasie. Kozackie wieczory (muzyka) i bolesne poranki (teksty) spaja superekspresyjnie melancholijne wykonanie, dzięki któremu od początku do końca pozostajemy blisko serca autorki – a to w R&B najważniejsze, nawet gdy leci na drum-n-bassowym bicie.

Sebastian Rogalski

 

Julia Mestre – Maravilhosamente Bem

W ubiegłym tygodniu przewidywałem tytuł Mocograja roku dla Julii Rover, jednakże kłopoty już tylko czekały na Spacerującą Kobietę. Prosto z Brazylii, cała w ślubnosuknej bieli, starym fiatem uno (obczajcie klipy – nie, film! – poniżej) na antenę Radia LUZ wjeżdża bowiem inna Julia: Mestre. Songwriterka, gitarzystka, postrach tortów i napojów gazowanych, członkini nagrodzonej Latin Grammy hipisowskiej grupy Bala Desejo wespół z producentami Gabrielem Quirino, Gabrielem Quinto i João Moreirą opracowała coś, co mnie po prostu zatkało. Słowa nie są w stanie oddać, jak album Maravilhosamente Bem wpisał się w me gusta (me gusta mucho!), więc powiem tylko, że tytułowy numer w ciągu ostatniego tygodnia zapętlałem wiele razy – a czegoś takiego nie przeżyłem już dawno.

Tytuł jednak mówi sam za siebie: „Maravilhosamente Bem” (wym. „marawi-ljoza-meńczi bejm”, zresztą wjedzie wam po pierwszym spotkaniu z refrenem), czyli w kontekstowo-na-pałę tłumaczeniu  „super mega dobrze”, czerpiący garściami z najlepszego gatunku ever, czyli Música Popular Brasileira, ma wszystko: tekst o fajnych sprawach, zadziorne ciepło, kwartet smyczkowy (!!!), zwrotkę przypominającą tę z Power of Love (jestem fanem Powrotu do przyszłości od 6. roku życia, jakby ktoś pytał), przede wszystkim jednak gigantyczną, porywającą CHARYZMĘ AUTORKI, która wali prosto w czoło tak, że widzisz gwiazdy, a w głowie brzmi ci tylko „maraaaaaaaaaaaavilhosamente bem”. Myślałem, że z wiekiem zhardziałem, a przy boskiej Julii rozpływam się jak lody w upale. Szok!

Sebastian Rogalski

DJ BLIK & Dominika Płonka – Jeszcze raz

Dwa długie lata musieliśmy czekać na powrót jednego z naszych ulubionych duetów na polskiej scenie. DJ BLIK i Domi Płonka zdobyli nasze serca fenomenalnym H2O, które praktycznie od premiery stało się jednym z hymnów Radia LUZ. Potem było jeszcze kilka innych bardzo dobrych singli, które sprawiły, że Domi stała się Midaską waszej ulubionej anteny: cokolwiek wyda, gości w Mocograjach. Nie inaczej jest i tym razem.

Osoba Truskawkowa (jest dziewczyną) i DD, od maleńkości ziomale (tego akurat nie wiedziałem – ale wiele to wyjaśnia), na Dzień Dziecka nie sprezentowali nam jednak bomby z konfetti, lecz skłaniającą do refleksji gorzką czekoladę. Spontaniczną i szczerą, ale… no niezbyt słodką, o czym szerzej mówi Domi, opisując prace nad Jeszcze raz:

Zrobiliśmy taki eksperyment, że dostałam słuchawki z włączonym podkładem na uszy, wsłuchałam się, poczułam melodię, emocję w muzyce i po prostu zaczęłam freestyle’ować do tego, wbijać w kółko taką zwrotę, że „chciałabym przeżyć to jeszcze raz”. Bardzo się przy tym wzruszyłam. Pomyślałam sobie właśnie o tych wszystkich wydarzeniach z mojego życia z ostatnich lat. W taki sposób powstał utwór, a te wokale, które są wbite i które słyszycie, to są te pierwsze wokale, które też usłyszał DJ BLIK, kiedy razem nagrywaliśmy utwór.

W „ciekawych” czasach, pełnych kolejnych wojen i narastającego gniewu, wspominkowa introspekcja rzeczywiście może dać trochę wytchnienia. Oby tylko nie osiąść na omdlewająco ciepłych laurach przeszłości, kiedy wszystko wokół pędzi na złamanie karku… A może faktycznie mądrzej jest pokazać rzeczywistości plecy i zatopić się w starych VHS-ach?

Sebastian Rogalski

Julia Rover – Spacer kobiety

Kuszący chłód bije z nowego singla Julii Rover (wiedzieliście, że śpiewała z Grubsonem?). Spacer kobiety kontynuuje linię zapoczątkowaną na zeszłorocznej epce Co z Tobą?, na której Julia wokół palca owijała sobie emploi artystów znanych z gal piosenek chodnikowych. W Spacerze mrugnięcie okiem jest jeszcze bardziej bezpośrednie, bowiem mamy do czynienia z coverem hipnotycznego (i tylko na papierze Robotnickowskiego) italo-electro Spacer Woman od one-hit-wonderu Charli – i to coverem w duchu najlepszych lokalizacji zagranicznych przebojów (zwłaszcza mniej znanych perełek).

Tekst, który 30 lat temu mogłaby zaśpiewać Marlena Drozdowska, plus najlepszy element poprzedniego wydawnictwa, czyli Depeszowe zimno (niektórzy dalej nie wiedzą, że wiele z polskich najntisowych synthów to nie żadne tam „disco-polo”, tylko najprawdziwszy coldwave), które produkcyjnie zapewnili reprezentanci The Very Polish Cut-Outs Freux i ekspert od „wschodniej fali” Tamten, dały ośniewającą mieszankę w barwach bursztyn-ultramaryna, z karminowymi refleksami. Mocna kandydatura do Mocograja roku.

Sebastian Rogalski

Ben Westbeech ft. Rahh – Whatever Is Missing In You

Potrzeba było 15 lat scenicznej obecności, by bristolczyk Ben Westbeech nagrał album brzmiący jak… przeszłość. Ale ta dobra przeszłość, do której pasującym soundtrackiem mogą być single Inner City, Daviny albo, trochę mniej detroicko, Miguela Migsa. Zwłaszcza ten ostatni namedrop jest tu istotny – wszak całość zasiliła katalog labelu Glitterbox, któremu szefuje Seamus Haji: posiadacz teki w ministerstwie dźwięku, specjalista od tempa 123 BPM.

Whatever Is Missing In You, rozpoczynające drugi winyl z podwójnego zestawu Everything Is Within You (ależ on lubi słowo „ty”), zdobywa tegotygodniowe trofeum najprzyjemniejszego moco, w którym wszystko jest tak, jak tego oczekujemy. Osobne brawa należą się Holly „Rahh” Ankrah, która wokalnie estetykę Y2K-soul-house’u uciągnęła znakomicie. Z drugiej strony marudy mogą narzekać, że trochę to wszystko mało odkrywcze, ale obczajcie tylko ten plener – czyż nie warto wciąż do tego aspirować?

Sebastian Rogalski

Cinthie – Deep Inside Love

Ach, Cinthie. Kobieta-instytucja: nie dość, że produkuje i didżejuje, to jeszcze prowadzi label i szefuje sklepowi z płytami Elevate (pseudonim Vinyl Princess nie wziął się znikąd), a prywatnie spełnia się w roli mamy. Przede wszystkim jednak Cinthie Christl z każdą swoją produkcją przypomina, że house to najbardziej wszechstronny spośród tanecznych gatunków. Popowa lekkość – jest. Ewokacja drinka z palemką – najak. Łatwy do zidentyfikowania się, ale pozbawiony tandeciarstwa sentymentalizm – a pewno. Uderzenie perkusyjne – of kors. Blaszki z podcinką – obowiązkowo. Może sobie pykać w tle, może też być daniem głównym – no właśnie, absolutnie uniwersalna sprawa (oczywiście można mieć jednak zupełnie inne zdanie).

Niektórzy powiedzą, że każdy jej numer brzmi tak samo, ale jeśli, tak jak u mnie, wasze ulubione kawałki house’owe dziwnym trafem często zawierają epickie pianina, to godna pozazdroszczenia konsekwencja kompozycyjna (a może wtórność? naaah) Cinthie w ogóle nie będzie przeszkadzać. Zwłaszcza że te progresje są zbyt porywające, by zostawiać je w fazie DAW-owych projektów – co na szczęście nie miało miejsca również w przypadku otwierającego epkę Get Up brzmiącego ultraklasycznie, gotowego na plażing singla Deep Inside Love.

Sebastian Rogalski

Get Up by Cinthie / Elevate.Berlin