Archiwum

Man/Woman/Chainsaw – Get Up and Dance

Brytyjska scena gitarowa od około 10 lat przeżywa wyjątkowo ciekawy moment. Po sukcesach Black Country, New Road, Black Midi czy Squid pojawiło się całe pokolenie zespołów, które przestało traktować rock jako zbiór sztywnych reguł. Jednym z nich jest Man/Woman/Chainsaw – londyński kolektyw, który zaledwie kilka lat temu wyrósł z młodzieżowej sceny DIY, a dziś coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród najważniejszych nowych nazw brytyjskiej alternatywy. Debiutancka EP-ka Eazy Peazy pokazała zespół zakochany jednocześnie w post-punku, chamber popie i hałaśliwym art rocku. To właśnie ta nieoczywista mieszanka sprawiła, że wielu krytyków zaczęło stawiać ich obok najbardziej ekscytujących gitarowych debiutów ostatnich lat.

Najnowszy singiel Get Up and Dance zapowiada debiutancki album Cannonball. Już sam tytuł sugeruje przebojowość, ale zespół bardzo szybko pokazuje, że nie interesuje go pisanie prostych tanecznych piosenek. To utwór, który bawi się oczekiwaniami słuchacza. Zaczyna się niepozornie, niemal delikatnie, by z każdą kolejną minutą coraz mocniej zagęszczać atmosferę. Wokal prowadzi narrację z pozornym spokojem, podczas gdy pod powierzchnią cały czas narasta napięcie. 

Największą siłą utworu pozostaje jednak aranżacja. W tej popowo-alternatywnej formie zastosowanie budujących napięcie i przyspieszających instrumentów smyczkowych zwieńczone mocniejszym uderzeniem gitary, perkusji i wokalu przywodzi na myśl wczesne Black Country, New Road i jest dowodem na wyjątkowe umiejętności kompozytorskie tej grupy. Smyczki nie pełnią tutaj funkcji ozdobnika. Są pełnoprawnym instrumentem rytmicznym, który prowadzi kompozycję i nadaje jej dramatyzm. Gdy w finale dołączają przesterowane gitary, wszystko układa się w niezwykle naturalną kulminację. Nie ma tu ani jednego elementu, który sprawiałby wrażenie dopisanego na siłę.

To właśnie umiejętność budowania napięcia wydaje się dziś największym atutem Man/Woman/Chainsaw. Zamiast zasypywać słuchacza kolejnymi pomysłami, zespół cierpliwie rozwija motywy, pozwalając im wybrzmieć we właściwym momencie. Recenzenci od dawna zwracają uwagę, że grupa znakomicie odnajduje się na granicy piękna i kontrolowanego chaosu. Get Up and Dance tylko tę opinię potwierdza.

Singiel promuje album Cannonball, który ukaże się 7 sierpnia. Jeżeli pozostałe kompozycje utrzymają poziom singli Nosedive, Goddamn, Lizard Man! i właśnie Get Up and Dance, Man/Woman/Chainsaw mogą bardzo szybko dołączyć do grona zespołów wyznaczających kierunek rozwoju brytyjskiej alternatywy. Patrząc na tempo, w jakim dojrzewa ich sposób komponowania, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami początku historii, o której za kilka lat będzie mówiło się znacznie głośniej niż dziś.

 

Piotr Sekuła

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

Locust – Soul Sky

Mark Van Hoen kryjący się pod pseudonimem Locust od ponad czterech dekad kreuje scenę IDM-ową, ambientową i trip-hopową. Projekt Locust istnieje z kolei od ponad trzydziestu lat i z każdym wydawnictwem udowadnia, jak szerokim zakresem muzycznego działania dysponuje.

W najnowszym singlu zatytułowanym Soul Sky Van Hoen nie występuje jednak samotnie. Dołącza do niego raper Griffin Spex, którego partie nadają piosence lekko buntowniczej energii. Za dream popowe chórki odpowiada Olive Kimoto, której rola w nowej twórczości Locust nie ogranicza się do gościnnego nagrania partii wokalnych. Sam Van Hoen przyznaje, że Olive – DJ-ka, artystka wizualna, wokalistka – na stałe dołączyła do Locust i to właśnie dzięki jej obecności nowy materiał powstaje.

Piosenka Soul Sky oferuje pełną gamę doświadczeń – regularną rytmikę, chwytliwą melodię, duszny charakter. Od pierwszych dźwięków, które siadają na ramionach, czujemy pociąg do ciężkiego i hipnotycznego tańca. Lub do zamknięcia oczu. Lub do posłusznego ruszania głową w rytm muzyki. Na trzy minuty stajemy się własnością „nieba duszy” i mi to osobiście pasuje, a wręcz chcę więcej.

Więcej już niedługo – premiera nadchodzącego albumu Locust zaplanowana jest na 11 września tego roku. Single, którymi na razie zostaliśmy obdarowani, sprawiają, że czekam z niecierpliwością.

Maria Głowacka

PJ Harvey – Voyager

Polly Jean Harvey wróciła z nowym materiałem po trzech latach nieobecności. Singiel, który ujrzał światło dzienne 24 czerwca został napisany na prośbę profesora Briana Coxa i będzie mu towarzyszył w jego cyklu wykładów dotyczących kosmosu. Nie znaczy to jednak, że jest to piosenka samotna – Polly mówi o niej, jako o fragmencie nowej twórczości, nad którą aktualnie pracuje.

Delikatny, pełen emocji głos, syntezator i orkiestra. Te trzy komponenty sprawiają, że Voyager jest się utworem pełnym, dojrzałym i pięknym. Nie bez znaczenia jest rownież warstwa tekstowa – Polly wciela się w sondę Voyager i opowiada z jej perspektywy o dryfowaniu w przestrzeni kosmicznej. Cytuje Carla Sagana Ziemię określając bladą, błękitną kropką.

Nowy singiel PJ Harvey jest o kosmosie, dla kosmosu brzmi i z kosmosu wynika. Dlatego też słuchanie go jest podróżą w nieważkości, gdzie otacza nas lekkość i surrealistyczna wolność. Z zapowiedzi autorki wynika, że w taki etap wchodzi właśnie jej twórczość.

Maria Głowacka

ZPN ft. AYO, 3okoalish – Kryształowa Dama

Kryształowa dama to utwór, który dojrzewał przez ponad rok, licząc od spontanicznej sesji w studiu po decyzję o publikacji. Jak zdradza jedna z wykonawczyń, początkowo nie było pewne czy kawałek w ogóle ujrzy światło dzienne.

Choć tytuł może budzić jednoznaczne skojarzenia, jego geneza jest przewrotna i znacznie bardziej codzienna. Inspiracją był żart sytuacyjny – artystka często pojawiała się w studiu z charakterystycznym atrybutem o nazwie „Crystal”, co szybko stało się wspólnym żartem ekipy. To właśnie ten motyw, podchwycony podczas luźnej sesji, stał się osią numeru.

Kryształowa dama to zapis chwili, zbudowany na luzie, lekkiej ironii oraz energii wspólnego tworzenia. To bardziej impresja niż deklaracja – uchwycenie konkretnego momentu i przeniesienie go w dźwięk.

Bartosz Repczyński

Flea ft. Nick Cave – Wichita Lineman

Możecie go znać z Red Hot Chilli Peppers, czy też z supergrupy Atoms for Peace. Dotychczas, uzbrojony w gitarę basową, podbijał świat rockiem i funkiem. Flea, bo o nim mowa, swoim solowym albumem Honora pokazuje jednak, że jeszcze nie znamy granic jego twórczości. Muzyk chwyta za trąbkę i rozpoczyna eksploracje świata jazzu.

Sam Flea opowiada o swojej nowej drodze twórczej w bardzo otwarty sposób. Nie ukrywa, że długo nie czuł się wystarczająco dobrym muzykiem, aby równać się z jazzowymi zawodowcami. Słuchając jednak jego najnowszego wydawnictwa nieprawdopodobne wydają się historie o kompleksach artysty. W kompozycjach z albumu nie znajdujemy do nich podstaw. Wręcz przeciwnie – trafiamy na moc kompletnych melodii ujętych w dojrzały i wrażliwy sposób.

Piosenka Wichita Lineman po raz pierwszy wybrzmiała w 1968 roku w wykonaniu Glena Cambella. Flea razem z Nickiem Cavem w ramach albumu Honora podejmują się reinterpretacji utworu. Słoneczne i optymistyczne brzmienia oryginału zamieniają sie na klimat tajemniczości i melancholii. Prostota i delikatność dźwięków, wyrazistość perkusji, no i ta pełna ekspresji trąbka łączą się z głębokim wokalem Cave’a tworząc mantryczną atmosferę. Sam wokalista przyznał, że jest to piosenka dla niego wyjątkowa. Twierdzi, że nie podjąłby się jej wykonania, gdyby nie zaproszenie Flea. Na szczęście dla nas do kolaboracji doszło, Wichita Lineman na płycie Honora ma swoje miejsce, a my możemy doświadczać jej unikatowości i piękna. Bo to właśnie te cechy sprawiły, że dzielimy się z Wami naszym zachwytem i nadajemy piosence status Mocograja Radia LUZ.

Marysia Głowacka

Dawid Grzelak ft. Mikaela Sandell & metro – Czerń

Efekty współpracy Dawida Grzelaka z Mikaelą Sandell i zespołem metro. Piosenka ONCE YOU GO – bonus track z płyty DAWID GRZELAK DOES IT BETTER – zamieniła się w utwór Czerń, który odróżnia się od pierwowzoru nie tylko tytułem.

Zespół metro skorzystał ze swobody, jaką na projekt miał nałożyć Dawid Grzelak. Czerń jest reinterpretacją klimatu, zmianą kierunku, pokazem różnorodności. Na podstawie znanej już melodii powstaje utwór o cięższym, gitarowym brzmieniu, które świetnie koresponduje z liryczną częścią kompozycji.

Warto zwrócić uwagę na obecność Mikaeli Sandell. Jest ona stylistką odpowiedzialną za wizerunek chłopaków z zespołu metro. W tym kontekście „czerń” rozszerza swoją definicję. Może być opisem stanu wewnętrznego, ale też i wizualnego – wnika w obraz, w wizerunek, w estetykę.

Współprace między artystami mają potencjał otwierania nowych ścieżek, wychodzenia poza naturalny proces komponowania. Świetnie pokazuje to piosenka Czerń, której finalna forma właśnie na eksperymencie jest osadzona.

Maria Głowacka

Lana Del Rey – White Feather Hawk Tail Deer Hunter

Singlem White Feather Hawk Tail Deer Hunter Lana Del Rey zapowiada swój nadchodzący album Stove, który będzie dziesiątym w jej dorobku. Jest to trzecia piosenka promująca wydawnictwo. W tym utworze artystka sięga po zabiegi, którymi przez lata budowała swoją muzyczną i sceniczną osobowość. Wraca tematyką do swojej przeszłości pełnej zagubienia i odosobnienia. Opowiada o trapiących ją problemach szeptem, oddychając do mikrofonu podkreśla siłę melancholii na stałe wpisanej w jej doświadczenia.

Tym razem jednak Lana Del Rey sięga również po budujące tajemniczy charakter singla odwołania do fauny, biologiczności, rytuałów. Miłość opisywana przez artystkę jest zwierzęca, przewrotnie baśniowa.

Sama artystka mówi, że White Feather Hawk Tail Deer Hunter jest jej ulubioną piosenką z nadchodzącej płyty. Czy w takim razie możemy sie spodziewać rozbudowy przedstawionego nam ezoterycznego świata? Ja na to liczę.

Maria Głowacka

Szlugazer – Ice Tea

Szlugazer wraca z nowym singlem Ice Tea i znów trafia dokładnie w ten moment w roku, kiedy lato jeszcze nie chce odejść, ale jesień powoli zaczyna zaznaczać swoją obecność. Utwór brzmi jak soundtrack do tych kilku ostatnich ciepłych wieczorów – spokojnych, lekko melancholijnych i pełnych myśli, które pojawiają się dopiero wtedy, gdy emocje zaczynają powoli stygnąć.

Ice Tea opowiada o wygasaniu uczuć i tej dziwnej ciszy, która zostaje po ważnej rozmowie. To piosenka o samotnych chwilach i o próbie pogodzenia się z tym, że nie wszystko trwa wiecznie. Jednocześnie nie ma tu dramatyzmu, zamiast niego pojawia się raczej spokojna akceptacja i lekki chłód, który zostaje gdzieś pod skórą.

Szlugazer balansuje między gitarowym indie a senną, rozmytą estetyką shoegaze’u. Pulsujące gitary kontrastują z przestrzenią i delikatną nostalgią, przez co utwór prowadzi słuchacza przez kilka różnych stanów emocjonalnych – od introspekcji po romantyczne rozedrganie.

Nowy singiel pokazuje, że Szlugazer wciąż potrafi łączyć emocjonalną bezpośredniość z charakterystycznym, alternatywnym brzmieniem. A Ice Tea zostaje w głowie dokładnie tak, jak końcówka lata – na chwilę dłużej, niż się spodziewaliśmy.

Bartosz Repczyński

 

Włodi & Ero – Noblesse Oblige (prod. Szczur JWP)

Szlachectwo zobowiązuje

O połączeniu tych dwóch warszawskich ikon szeptano od dłuższego czasu. Włodi Ero JWP – członkowie kultowych składów Molesty Ewenement i Bez Cenzury stworzyli wspólny album Reszty nie trzeba, który ukazał się 7 listopada nakładem wytwórni Def Jam Records. Trzy nośniki: CD, kaseta magnetofonowa i winyl (czarny i barwiony w kolorach marble/splatter/galaxy), a na nich 8 kawałków, to esencja tego, za co pokochaliśmy rap.

Witam Cię w mym pałacu, cały zbudowałem z rapu.

Mimo dekad na hip-hopowej scenie, do ich wspólnego projektu doszło dopiero teraz. Włodiemu zależało na stworzeniu rapu, który będzie zarówno dla niego, jak i dla Erosa pewnym wyjściem poza schemat. – Mogłem nagrać coś bardzo spójnego, ale wolałem kogoś, kto wybiera zupełnie inne rzeczy. Dzięki temu powstało coś nowego – tłumaczy w wywiadzie. – Lubię, jak sample robią spustoszenie w głowie, jak coś mnie niesie. Jak jest za spokojnie, to robi mi się smutno – dodaje Ero.

Jest piękny widok i ogród pełen krzaków. I cały rośnie z biegiem czasu.

Nie zabrakło stonerskich wersów, tak typowych dla Włodiego, na których Molesta zadymiła (by nie powiedzieć “wychowała”) całe podwórkowe pokolenia. Za produkcję albumu odpowiadają spece w swojej dziedzinie: O.S.T.R., Szczur JWP, Amatowsky oraz Tomek Bent. Całość dodaje siły. Utwardza słuchaczowi poślady i daje pewniejszy krok, nie zabierając mu przy tym ani krzty empatii i pokory. Rób swoje – noblesse oblige – nie musisz się z tego przed nikim tłumaczyć.

Żaneta Wańczyk