Jak cudownie móc czasem posłuchać utworu, który zapewnia zarówno totalne odprężenie, jak i głęboką radość obcowania z dopracowanym, pięknie zaaranżowanym i wykonanym dziełem. Takie uczucia towarzyszą mi przy odsłuchu naszego Mocograja My Friend.
Znakomita kompozycja to jedna z największych perełek, które można znaleźć na debiutanckim albumie pochodzącej z Maroka piosenkarki Ami Taf Ra–The Prophet And The Madman. Stworzony on został razem z wybitnym saksofonistą i kompozytorem, a prywatnie mężem artystki – Kamasim Washingtonem. Na My Friend gościnnie udziela się też inny częsty współpracownik Amerykanina, czyli pianista Brandon Coleman. Efektem jest bogaty duchowo i rytmicznie utwór, w którym piękny, głęboki głos wokalistki swobodnie płynie po funkowo zabarwionym podkładzie. Gorąco polecam, podobnie jak cały album The Prophet And The Madman.
Każdego roku dociera do nas gigantyczna wręcz ilość muzyki. Pewną jej część odrzucimy od razu jako nietrafiającą w nasze gusta. Kolejną ocenimy jako przyjemną. Jeszcze następną – świetną. Niewielki wycinek z tego koła będzie w stanie zachwycić nas na tyle, że zostanie z nami na kolejne miesiące, a nawet lata. Jedynie wybrane utwory i albumy będą zaś w stanie zdefiniować dla nas dany rok w muzyce. Dla mnie właśnie nastał ten moment w 2024 roku. Po 6 latach oczekiwania ukazał się bowiem nowy solowy album Kamasiego Washingtona – Fearless Movement
Jak to zwykle bywa w przypadku amerykańskiego saksofonisty rozmiar tego wydawnictwa początkowo przytłacza. 86 minut muzyki. Liczni goście. Jeszcze liczniejsze motywy i gatunki przewijające się przez półtorej godziny prawdziwie oszałamiającej drogi. W przeciwieństwie do monumentalnego, legendarnego już The Epic ciężko jednak nazywać ten album wydawnictwem stricte jazzowym. Washington czerpie bowiem garściami ze znacznej części dorobku afroamerykańskiej kultury ostatnich kilkudziesięciu lat.
Oszałamiające, szalone, trafiające do najgłębszych zakamarków uszu i duszy Prologue spotyka się tu więc z przywodzącym na myśli jazz-funkowe wojaże Herbiego HancockaComputer Love. Ożywcze, psalmowe wręcz The Garden Path harmonijnie koresponduje z fletową medytacją Andre 3000 z pierwszych minut Dream State. Kolejne utwory, na pozór ciężkie do pogodzenia płynnie przechodzą w następny rozdział, dostarczając czystej radości, wzruszenia, oszołomienia, a czasami wszystkich tych uczuć jednocześnie. Każdy kolejny odsłuch ujawnia, że pomimo swojej długości i nastroju wielkości Fearless Movement to niezwykle ciepłe, a wręcz w wielu momentach przystępne wydawnictwo. To nowy rozdział w karierze Washingtona jako kompozytora. W przeciwieństwie do, fantastycznych przecież, poprzedników całość wydaje się faktycznym albumem, a nie zbiorem pojedynczych, znakomitych kompozycji.
Jednakże, w takiej roli utwory te również sprawdzają się znakomicie. Za przykład niech posłuży Get Lit. Wkład legendarnego George’a Clintona od razu mimowolnie skłania nasze ciało do bujania się w przód i w tył. Ten parliamentowy klimat przepuszczony zostaje przez rapowy filtr D Smoke’a i owinięty w bogate, mistrzowskie instrumentarium w efekcie tworząc jedną z najlepszych hip-hopowych kolaboracji ostatnich miesięcy. Ot, mały przykład tego, jak niezwykłym artystą jest KamasiWashington.
Powroty bywają trudne. Chociaż często jako słuchacze wyczekujemy z niecierpliwością nowego materiału od naszych ukochanych wykonawców, to nie ma gwarancji, że będzie to satysfakcjonujące spotkanie. Przykładowo, sześć lat to bardzo dużo czasu. Zarówno odbiorca, jak i twórca mogli przejść ogromną przemianę i mimo ówczesnej wielkiej sympatii tym razem może to już nie być magiczne doświadczenie. Na szczęście w przypadku Kamasiego Washingtona nie ma mowy o podobnej goryczy.
Zapowiedzi albumu Fearless Movement (mniej, lub bardziej przypadkowo) kontynuują schemat singli jego poprzednika, znakomitego Heaven & Earth. Ekstatyczne, monumentalne Prologue sprzed kilku tygodni już przy pierwszym kontakcie przywodzi na myśl równie wybitne Fists Of Fury. Dream State, czyli najnowsze dzieło amerykańskiego saksofonisty kontynuuje zaś senne motywy The Space Travellers Lullaby. Ten kontrast intensywności łączy jednak jedna najważniejsza rzecz – muzyka Washingtona ma nieprawdopodobną wręcz zdolność oderwania słuchacza od świata dookoła niego.
Z każdym kolejnym odsłuchem coraz wyraźniej dociera do mnie, jak wyraźny progres poczynił lider zespołu jako songwriter. Zarówno Prologue, jak i jeden z tegotygodniowych mocograjów utrzymują pełną uwagę słuchacza przez cały, niekrótki przecież, dystans. Gdy ten atut wzmocniony zostanie przez wirtuozerski zespół i fenomenalny mastering efekt powali na kolana. Otoczeni ciasnym kokonem basu, syntezatorów i dynamicznej, perfekcyjnie akcentowanej perkusji zostajemy przeniesieni w inny, nierzeczywisty wymiar. Za przewodnika mamy niesamowicie szybkie progresje akordowe Kamasiego. Za towarzysza – magicznego ptaka, czyli flet Andre 3000, pohukujacego w tle przez całą naszą podróż.
Ciężko jest przespać kilka tygodni. Pewnie jest to nawet niemożliwe. Ja jednak spróbuję pozostać w tym sennym stanie aż do 3 maja, gdy premierę będzie mieć reszta albumu Fearless Movement. Cóż to będzie za piękne spotkanie.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.