Archiwum

Dry Cleaning – Joy

Secret Love – najnowszy album brytyjskiej grupy Dry Cleaning – domyka słodko-gorzki utwór Joy. To kompozycja pełna kontrastów, będąca wyrazem  buntu i jednoczesnej bezsilności wobec otaczającej nas codzienności.

Pierwsze takty brzmią lekko, skocznie i optymistycznie. Jednak po chwili instrumentalnego wstępu, Florence Shaw zaczyna – w charakterystycznej dla siebie formie spoken-wordu – chłodno recytować frazy opisujące otaczającą nas rzeczywistość:

„It’s a horrorland, destruction”

Zaraz po tym pojawia się jednak postulat budowania własnego „uroczego i nieszkodliwego świata”. Co ciekawe, refreny, w których padają te słowa, instrumentalnie uderzają w klimat chaosu, wprowadzając słuchacza w poczucie dziwnego odrealnienia, a recytacja Shaw przechodzi w melodyjny, nieśmiały śpiew. Warto jednak zwrócić uwagę, że dojmująca bezsilność i zmęczenie kondycją świata nie opuszczają wokalistki ani na moment – przenikają one cały utwór, niezależnie od tego, czy Florence akurat beznamiętnie recytuje, czy nieśmiało podśpiewuje.

Don’t give up on being sweet

Joy, we’ll build a cute harmless world

W rzeczywistości, która rozpada się na naszych oczach, próba ocalenia resztek wrażliwości w obliczu „kultu siły” i wszechobecnej agresji staje się aktem najwyższego buntu. Pielęgnowanie własnej, małej przestrzeni to przypomnienie, że dbanie o siebie i bycie dobrym dla innych to jedyne, co nam zostało, gdy wszystko inne zawodzi.

Cytując klasyka: bądźmy łagodni!

Marcin Olszyna

Secret Love by Dry Cleaning

Joy Orbison – em & aitch

joy orbison em & aitch

Lubicie odgrzewane kotlety? Ja lubię, zwłaszcza te smaczne, a Joy Orbison to kucharz nad kucharze. Składanka archive 09-10 zbiera mniej znane, lecz wciąż fantastyczne numery z początkowego, a prywatnie chyba mojego ulubionego okresu działalności Petera O’Grady’ego, stałego gościa mocograjowej rubryki (czasem także innych), które na przestrzeni lat gdzieś tam były grane, ale nigdy nie zostały wydane w digitalu. W końcu jednak globalni deejays mogą je mieć na pendrive’ach w oficjalnej, a nie ripowanej formie. Jupi!

Jedna myśl po odsłuchu: tych produkcji słucha się tak dobrze, bo wszyscy tęsknimy do tak efektownie iskrzących, yet tak prostych kompozycji, jakie pamiętamy z debiutu Disclosure, kiedy to Jessie Ware nagrywała jeszcze całkiem ciekawe rzeczy, a Julio Bashmore wydawał hit za hitem w sekcji naprawdę minimalistycznej bassuwy. Z czasem jednak pamięć pokrywa miłe wspomnienia chropowatą patyną smutnawej nostalgii, z której przebijają najbardziej intensywne fragmenty. Dżoj ekstrahuje je do postaci przyjemnych singli (i parkietowych petard) – em & aitch dowodem.

Sebastian Rogalski