Archiwum

Gonzalo Rubalcaba – Szukam w muzyce organicznych mostów

Koncert trio Gonzalo Rubalcaby był jednym z najbardziej wyjątkowych momentów 62. festiwalu Jazz nad Odrą. Występ Kubańczyka był popisem wirtuozerii, wrażliwości i nieustannego poszukiwania nowej ekscytacji. W rozmowie z Michałem Lachem opowiedział o początkach swej muzycznej edukacji na Kubie, ciągłej chęci rozwoju oraz o tym, jak ważna jest dla niego etyka pracy.

Michał Lach: Bardzo dziękuję, że znalazłeś chwilę (rozmawialiśmy świeżo po koncercie trio Gonzalo – przyp.red.). Wspomniałem we wstępie, że niewielu artystów zachwyciło mnie do tej pory tak, jak ty dzisiaj. Chciałbym zacząć od pytania o wrażenia po koncercie. Z jednej strony był on prawdopodobnie jednym z tysięcy, które już zagrałeś w swoim życiu. Po Waszym uścisku z zespołem zgaduję jednak, że ten mógł być wyjątkowy.

Gonzalo Rubalcaba: Każdy koncert jest wyjątkowy. To prawda, że w ciągu roku gramy ich wiele, ale każde miejsce jest bardzo specyficzne pod względem energii, publiczności, historii. Czasami warunki techniczne także wpływają na sposób, w jaki gramy. Dziś nie narzekaliśmy na dźwięk, a to się zdarza i  czasem ten problem odciąga cię od skupienia się na muzyce. Myślę, że mieliśmy dziś ogromne szczęście, że mogliśmy śledzić muzykę i jej poszukiwać. (W trakcie koncertu – przyp.red.) wspomniałem, że Felipe Cabrera, basista w zespole, był członkiem grupy, którą założyliśmy na Kubie ponad 40 lat temu. Przez życiowe zawirowania od tego momentu nie występowaliśmy razem. Dziś był pierwszy wieczór, kiedy mogliśmy się spotkać, by zagrać tę muzykę. Zazwyczaj jest trochę stresu – nie wiadomo dokładnie, jak wieczór się potoczy. Ale miłość potrafi wszystko. Miłość, podziw, szacunek mogą poruszyć sprawy we właściwy sposób. To, co dostaliśmy dziś od publiczności również było niesamowicie ważne. Także ludzie za sceną, na przykład realizator dźwięku – wszyscy zrobili niesamowitą robotę. To wszystko się liczy i naprawdę wpływa na to, że czujesz się dobrze albo źle.

 

ML: Udało ci się znaleźć coś nowego w grze z Felipe? Oczywiście Ernesto Simpson również był dziś niesamowicie ważnym elementem ale, jak wspomniałeś (w trakcie koncertu – przyp.red.), gra on z tobą już od kilku lat. Czy rozpoznałeś coś w Felipe z dawnych lat? A może to było zupełnie nowe doświadczenie?

GR: To musiało być coś nowego, bo już tyle przeżyliśmy pomiędzy. Mam 62 lata, Felipe 65. Życiowe doświadczenie naprawdę sprawia, że patrzysz inaczej na muzykę. Ale co ważniejsze, mamy już wiele nowych wspólnych wspomnień od wczoraj. Kiedy tu przyjechaliśmy, spotkaliśmy się w hotelu. Rozmawialiśmy o naszej drodze, o każdej historii, którą pamiętaliśmy. Śmialiśmy się i wspominaliśmy ludzi, którzy już odeszli, ludzi, którzy wciąż żyją i wykonują świetną robotę. Próbowaliśmy rozmawiać o wszystkim. Przez lata nie mogliśmy tego zrobić. To zdecydowanie sprawiło, że ta okazja była wyjątkowa.

ML: Jak wspomniano w zapowiedzi koncertu, zagrałeś już z ogromem muzyków; prawdopodobnie zagrałeś rzeczy, których większość ludzi nawet nie potrafi sobie wyobrazić. Z jakim nastawieniem obecnie starasz się wychodzić na scenę?

GR: Och, to bardzo ciekawe pytanie. Dla mnie najważniejsze teraz jest być w zgodzie ze sobą, być spokojnym i zrelaksowanym. Myślę, że to najlepszy sposób, by myśleć i wizualizować pomysły. To wszystko, czego potrzebuję, by tworzyć muzykę, pomysły, kolory. Za każdym razem, gdy wychodzę na scenę, staram się być spokojny, a jednocześnie być sobą bez kompromisów. Nigdy tez nie jestem w 100% szczęśliwy z tego, co robię i to prawdopodobnie jest klucz, by poszukiwać i eksplorować, albo próbować robić rzeczy inaczej. Nigdy nie jestem całkowicie zadowolony z niczego, co robię. Wydaje mi się, że nigdy nie potrafię całkowicie odpocząć.

ML: Dlaczego?

GR: Myślę. Myślę, i myślę, i myślę. Chciałbym czasem po prostu nie myśleć, ale nie mogę tego uniknąć. (W występach – przyp.red.) chodzi też o szacunek dla ludzi wokół ciebie – dla tych, którzy z tobą pracują, ale też dla tych, którzy przychodzą cię słuchać. Taka postawa płynie z szacunku dla siebie. Musi tak być. Tak rozumiem nie tylko muzykę, ale życie w ogóle.

ML: Po pierwsze, to piękne, że masz taki sposób myślenia – z jednej strony to podejście eksploracyjne, a z drugiej strony traktujesz występy jak profesjonalista. Jak to się łączy? Bo te rzeczy wydają mi się niemal niemożliwe do połączenia. Jak połączyć tę nadmierną analizę, jeśli mogę tak powiedzieć, ze spokojem?

GR: Wierze w dyscyplinę w 100%. Nawyk tworzenia planu, ciągłego posiadania planu. Wierzę w pracę, praktykę i eksplorację. Spędzamy na scenie maksymalnie półtorej, lub dwie godziny. Ale poza sceną – to jest moment, w którym pracujemy. Nie pracujemy na scenie. Na tym etapie już dzielimy się czymś, coś oferujemy. Ale praca – to dzieje się w domu. I pracuję codziennie, jak normalny człowiek. Od ósmej rano, czasem cały dzień. Czasem jestem bardziej produktywny, a czasem mniej. Ale zdecydowanie trzymam dyscyplinę. Codzienna praca musi być kluczem do rozwoju talentów. Nic się osiągniesz samym talentem – potrzeba pracy. O to właśnie chodzi.

ML: Jaki jest więc twój cel, gdy zaczynasz dzień i siadasz do pianina, lub zaczynasz komponować?

GR: To zależy, jakie koncerty mnie czekają i jaką muzykę planowałem na nich zagrać. Teraz pojechałem w trasę z trio, musiałem więc skupić się na muzyce, z którą będziemy pracować. Każdy projekt w którym uczestniczę, ma inny repertuar. Wymaga to szczególnej uwagi, gdy mam wyjść na scene i wykonać dany materiał. Miałem ogromne szczęście, że w tym roku pracowałem nad trzema, lub czterema projektami jednocześnie. To naprawdę trudne, ale jednocześnie sprawia, że skaczesz stąd ,,z kwiatka na kwiatek”. Uczysz się wtedy czegoś, przenosisz doświadczenie z jednego do drugiego projektu. To naprawdę ciekawe. Ćwiczę i pracuję też z muzyką, której nigdy nie zagram na żywo. To może być muzyka klasyczna, może być każda inna. Ale to muzyka, która, moim zdaniem, pomaga mi rozwinąć się jako muzyk.

ML: Czy grasz czasem tylko dla przyjemności?

GR: (uśmiecha się pod nosem) To ciekawe. Zawsze myślę o muzyce, którą zamierzam dostarczyć ludziom – chcę ją przekazać w sposób, w który wierzę. To nie znaczy jednak, że robię rzeczy tylko tak, by spodobały się innym. Nie mogę nic dostarczyć komukolwiek, jeśli nie jestem pierwszym, któremu się to podoba.

ML: Czyli, jeśli dobrze rozumiem, zawsze myślisz o tym, że ktoś powinien chcieć posłuchać tego, co grasz. A co jeśli nie miałbyś takich oczekiwań? Co byś wtedy zrobił?

GR: Cóż, jeśli nie miałbym takich oczekiwań, to znaczy, że nie byłoby koncertu (śmiech). Wiesz, koncert w moim rozumieniu to nie tylko umowa, według której musimy być o określonej porze w określonym miejscu i grać przez godzinę. Nie, nie, nie. Koncert jest, jak już mówiłem, wygłoszeniem muzycznego przemówienia. I chcę mieć pewność, że wygłaszam je w jak najlepszej formie. Bardzo się o to staram cały czas, nie pozwala mi to zasnąć. Powiedziałeś na początku wywiadu, że prawdopodobnie gram wiele koncertów w ciągu roku, co jest prawdą. Ale co w sytuacji, gdy gram w tym samym miejscu, na tym samym festiwalu trzy, cztery, pięć razy?. Nie chcę, żeby ludzie czuli za drugim, czy trzecim razem, że zaraz przeżyją to samo.

ML: Podkreślasz cały czas, że myślisz o publiczności i o tym, żeby twoja muzyka była przystępna w odbiorze i nie była tylko ,,popisywaniem się”. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że skoro potrafisz zagrać praktycznie wszystko na fortepianie, to pewnie czasem ciężko ci się kontrolować? Jak to robisz, żeby nie przesadzić?

GR: Myślę, że czasami robię to lepiej i potrafię mieć nad tym większą kontrolę Chodzi o to, że gdy jestem w dobrym miejscu mentalnie, to mam większą kontrolę nad tym, co robię. Więc kiedy czuję, że mogę trochę poszaleć, to prawdopodobnie mentalnie, duchowo, emocjonalnie jestem w odpowiednim nastroju.

ML: Wiem, że to pewnie bardzo osobista sprawa, ale Kuba (z której pochodzi Gonzalo – przyp.red.) to wyjątkowe miejsce na muzycznym krajobrazie. Jakie masz stamtąd wspomnienia? Jak ona wpłynęła na ciebie jako na osobę i muzyka?

GR: Po pierwsze, pochodzę z rodziny z długą tradycją muzyczną. Mój ojciec, wujek, dziadek, siostrzenica – wszyscy zajmowali się nie tylko muzyką, ale sztuką w ogóle. Taniec, malarstwo, muzyka. I to właśnie widziałem od małego. Już w wieku trzech, czterech lat pamiętam rozmowy o muzyce, słuchanie płyt albo dyskusje o tym, jak ją ulepszyć – zawsze wszystko było związane z muzyką. Mój ojciec prowadził też rodzinny zespół. Moi bracia, moja siostrzenica – wszyscy byli jego częścią. I ja również. Moim pierwszym instrumentem były perkusja. Więc zacząłem grać jako perkusista, podążając za wskazówkami mojego ojca jako dyrygenta zespołu, grając tradycyjną kubańską muzykę oraz tańcząc. Jako dziecko nauczyłem się wiele o historii muzyki kubańskiej. Potem poszedłem do szkoły muzyki klasycznej. To było zupełnie inne doświadczenie, ponieważ edukacja symfoniczna na Kubie była wtedy mocno pod wpływem sowieckim. A potem przyszedł jazz.

Jazz był naprawdę silny na Kubie. Rewolucja była bardzo trudnym momentem dla miłośnika jazzu, bardzo bolesnym. W tamtym momencie, pod koniec lat 50., 60., a nawet 70., muzyka jazzowa była postrzegana jako muzyka wroga. Polacy na pewno o tym wiedzą. Wielu ludzi zakochanych w muzyce jazzowej musiało słuchać jazzu lub grać go ,,pod ziemią”, ukrywać się. Ale potem, krok po kroku, zaczęło się widzieć ludzi otwarcie grających jazz. W Hawanie organizowano wiele festiwali jazzowych. Kuba to zdecydowanie bardzo muzykalny kraj, ogólnie zainteresowany sztuką. Niemal niemożliwym jest, by istniał Kubańczyk, który nie potrafi tańczyć.

Dorastałem w okolicy, gdzie z jakiegoś powodu mieszkało wielu muzyków. Wokaliści, muzycy, kompozytorzy – wiele osób związanych z tym światem. Mogłem słuchać ich wszystkich w momencie, gdy wielu z nich już było wielkimi nazwiskami. Przychodzili do mojego domu, żeby porozmawiać z moim ojcem. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak ważne jest to, że mogę widzieć tych ludzi. To było dla mnie coś normalnego. Dotarło to do mnie dopiero w wieku kilkunastu lat. Wtedy naprawdę zrozumiałem, jak wielkie miałem szczęście, że widziałem tych wszystkich facetów, że słuchałem nie tylko tego, jak grają, ale też jak rozmawiają o muzyce, w jaki sposób o niej myślą, jak planują kompozycje. Wiele się z tego nauczyłem. Połączyłem więc swoje doświadczenia w domu z doświadczeniem w szkole. To było coś zupełnie innego, bo w szkole muzyki klasycznej na Kubie nie mogliśmy grać żadnej muzyki popularnej.

ML: Tak jak w chyba w wielu miejscach tego typu. Więc to była ortodoksyjna szkoła?

GR: Dokładnie. I tak to robiliśmy, ale ukrywaliśmy się. Jeśli jakiś szkolny autorytet by nas przyłapał na graniu jazzu, to mielibyśmy kłopoty.

ML: To niesamowite, jak znajomo brzmi to co mówisz, Wybacz, ale ze względu na to, że Twój kraj leży w Ameryce Łacińskiej, zapomniałem o tym, że to był on pod tą samą (sowiecką – przyp.red) jurysdykcją. Historie, które opowiadasz, bardzo przypominają historię polskiego jazzu po II Wojnie Światowej. Po pierwsze – jazz jako muzyka podziemna. Po drugie, u nas również nawet najsłynniejsi mistrzowie byli wyrzucani z państwowych szkół muzycznych z powodów politycznych, lub bo grali jazz,
Czy dlatego, że twój ojciec prowadził tradycyjny zespół, był on osobą otwartą na muzykę klasyczną, ale też przede wszystkim na jazz?. Istniały bowiem wtedy tendencje, by uważać jazz za mniej ambitny.

GR: Powiedziałaś coś, co uważam za naprawdę ważne. To coś, czego dowiedziałem się w domu – tam ciągle motywowano mnie, żebym szukał doskonałości w samej muzyce. Nigdy więc nie myślałem – czy to jazz jest najlepszy? Czy muzyka klasyczna jest lepsza od kubańskiej? Nie – zawsze mówiliśmy o muzyce jako takiej. I myślę, że to bardzo mi pomogło, by mieć otwarty umysł i pogląd na muzykę. Problemem były osoby, które uczyły nas w szkole, które nie do końca rozumiały wartość i głębię słownictwa muzycznego innego niż muzyka klasyczna. Niestety, również wielu uczniów, którzy byli w tej samej szkole, nie miało takiego samego doświadczenia z domu, co ja. Dorastali więc w bardzo nieelastycznym środowisku i z bardzo zagmatwaną tożsamością. Wiesz, zawsze wiedziałem, skąd się wywodzę i czułem się bardzo dumny z tego, kim jestem. Widziałem jednak wielu ludzi wokół mnie, którzy nie wiedzieli, czy są Sowietami, Kubańczykami, czy jeszcze kimś innym.

Zawsze broniłem korzeni i naszej historii. Zawsze szukałem wspólnego punktu pomiędzy tymi wszystkimi muzycznymi możliwościami. Nie chodzi bowiem o to, by znaleźć różnicę, ale podobieństwo; by zobaczyć, gdzie są wspólne punkty. Zawsze je znajdziesz – jeśli tylko się przyjrzysz, to znajdziesz powiązanie. Jeśli zaś szukasz różnic, to też je zobaczysz – i na tym koniec. Myślę, że to bardzo ważne, by być otwartym, by pytać: dobrze, zobaczmy, co tu się wydarzyło. Dlaczego ci ludzie robią muzykę w ten sposób? Możemy wtedy sprawdzić, czy jest szansa połączyć to, co ma każde z nas i czy będzie to ze sobą współgrać. To właśnie tworzę w muzyce aż do dziś – mosty. Szukam organicznego mostu, organicznej wizji. Nie służy on tylko do mieszania rzeczy bez sensu, ale po to, by móc wymienić się doświadczeniami.

ML: Zgadzam się w pełni. Po pierwsze, kiedy czytałem wywiady, lub opinie największych kompozytorów na temat muzyki jazzowej, to wielu z nich twierdziło, że nie tworzą jazzu, tylko po prostu muzykę. A gdy cię słuchałem, pojawiła mi się pewna myśl. Czy po rewolucji granie tradycyjnej kubańskiej muzyki było w pewien sposób piętnowane?

GR: Dokładnie tak było, zwłaszcza z ludźmi, którzy zdecydowali się opuścić Kubę. Celia Cruz, ikona kubańskiej muzyki, opuściła kraj w latach 50. i nigdy nie wróciła. Nie mieliśmy żadnego związku z jej karierą ani muzyką, dopóki nie zamieszkaliśmy poza Kubą. A to oznacza, że dopiero gdy byłem już dwudziesto-, lub trzydziestoletnim facetem, dowiedziałem się o tym, kim była Celia Cruz i jak ważna na całym świecie jest jej muzyka i nazwisko. O tym, że ludzie na całym świecie utożsamiają Kubę z Celią Cruz –  tylko nie na samej Kubie. Ale Celia nie była jedyna. Mogę wymienić wiele nazwisk, które próbowano uczynić niewidzialnymi po rewolucji. To może wydawać się głupie, ale (władza – przyp.red) naprawdę postawiła nas w sytuacji, w której nie byliśmy świadomi prawdziwej historii muzyki kubańskiej przed rewolucją. To tak, jakby wszystko zaczęło się od rewolucji i nie było życia wcześniej. Potem musiałem odrobić lekcje, szukając albumów, książek, filmów, z których mogłem zrozumieć przeszłość i jej związek z teraźniejszością. Nie mogliśmy tego zrobić na Kubie ani otrzymać tych informacji w szkole. Istniała bariera. Nadal odrabiam tę lekcję. Jest wiele rzeczy, których jeszcze nie wiem, a nawet nie jestem ich świadomy. A w teorii powinienem się ich dowiedzieć, gdy mieszkałem na Kubie.

Nie wiem, jak to było dla Polaków i ludzi ze wschodu Europy, ale od zawsze twierdzę, że Kubańczykom bardzo trudno było stać się częścią świata. Mieszkam poza Kubą już od 40 lat. Mieszkam poza Kubą dłużej, niż żyłem na Kubie, a i tak mam jeszcze tak wiele do odkrycia. Jeszcze nic nie wiem. To wielka szkoda, ale to jest rzeczywistość, z którą musieliśmy się zmierzyć. Dlatego też dopiero teraz można znaleźć w mojej twórczości muzykę z tamtej epoki. Nigdy wcześniej jej nie grałem, bo po prostu o niej nie wiedziałem. Postanowiłem więc włączyć do swojego repertuaru dzieła takich muzyków jak Ernesto Lecuona, Amadeo Roldán, Alejandro García Caturla. Roldan i Caturla byli kompozytorami muzyki klasycznej. Zmarli bardzo młodo (w wieku niecałych 40 lat – przyp.red.), jednak na początku XX wieku występowali w takich miejscach jak Carnegie Hall czy Olympia (Theatre – przyp.red.) – tak samo  jak Strawiński czy Debussy. Bardzo późno odkryłem ich twórczość ich wkład dla współczesnej muzyki kubańskiej. Z powodów politycznych czy ideologicznych nie mogliśmy o tym wiedzieć, utożsamić się z tym. To właśnie dlatego mówiłem wcześniej, że to dla mnie ciągła praca, by dowiadywać się coraz więcej. Prawdopodobnie (jako Kubańczycy – przyp.red.) wiemy więcej o europejskich kompozytorach niż o kubańskich, co jest bardzo dziwne.

ML: Jak opisałbyś tę muzykę, którą odkryłeś? Jak się wtedy czułeś?

GR: Byłem bardzo dumny z tych ludzi, bo byli na szczycie muzyki symfonicznej. Próbowali wielu różnych form tworzenia muzyki, można ich porównać z każdym z największych europejskich kompozytorów. To oznacza także, że Kuba, również przed rewolucją, była na samym szczycie. To kolejna sprawa – rewolucja próbowała przekonać ludzi na całym świecie, że najlepsza część kubańskiej historii miała miejsce wraz z rewolucją, co nie jest prawdą.

ML: Tak, ja też w to nie wierzę. A jaka muzyka, bo niestety tego nie wiem, była wtedy dozwolona przez rząd? Czy to byli rosyjscy kompozytorzy?

GR: Tak, rosyjscy i wschodnioeuropejscy kompozytorzy, który tworzyli zgodnie z ideą socjalizmu, lub komunizmu. Nic, co krytykowałoby system. Tak to wyglądało.

ML: Czyli muzyka ,,sfabrykowana”, rozumiem. Fascynujące jest dla mnie porównywanie tych dwóch światów, jazzowego i klasycznego oraz to, jak często, tak jak w twoim przypadku, splatają się one w jednej osobie. Jak sądzisz, dlaczego tradycyjni muzycy są czasem tak ortodoksyjni, że nie doceniają żadnej innej muzyki?

GR: Nie wiem, czy mam na to konkretną odpowiedź, ale żeby być otwartym, by akceptować, że istnieje inny sposób tworzenia sztuki, to najpierw trzeba (przynajmniej w moim przypadku) czuć, że nie wiesz nic. Codziennie staram się dowiedzieć czegoś nowego, szukać innego punktu widzenia – nawet jeśli to odkrycie okaże się nie być całkowicie zgodne z tym, kim jestem. A kiedy słucham, staram się po prostu zrozumieć – dlaczego? Na tym świecie nic nie jest czarno-białe, istnieją inne kolory. Nie każdy kolor świetnie pasuje do mojego ciała, ale wiem, że jest ich bardzo dużo, nawet jeśli ich nie używam. Musiałem zrozumieć, że istnieje też coś innego, niż ja. Wierzę, że ludzie, którzy stają się bardzo sztywni, czegoś się boją.

ML: Czy można nauczyć się takiej ciekawości?

GR: Myślę, że dla mnie ciekawość, to sposób na bycie uważnym. (Ciekawość – przyp.red.) przybiera inny kształt w zależności od osoby. Nawet gdy masz wokół siebie świetne otoczenie, które próbuje popchnąć cię w stronę otwartości – ostatecznie decyzja należy ciebie i zależy od tego czegoś, co jest w tobie. Nie zależy to w 100% od elementów zewnętrznych. Istnieją ludzie, którzy są bardzo zainteresowani nowymi rzeczami, ale nie chcą się w nie angażować – chcą tylko o nich wiedzieć. I jest też druga droga: osoby, które naprawdę chcą się zaangażować w te odkrycia, są ciekawe, ciągle uważne. Moim zdaniem to zdecydowanie bardzo ważne dla każdego twórcy – musisz być uważny.

Jak już mówiłem, to zależy od każdej osoby. Pamiętam wielu uczniów z mojej szkoły. Pięćdziesiąt lat później widzisz różnicę w podejściu. Chodziliśmy do tej samej szkoły, czytaliśmy te same książki, miełiśmy tych samych nauczycieli. To samo środowisko, te same problemy, te same możliwości, a efekty są zupełnie inne. To oznacza, że każdy jest swoim osobnym światem i odbieramy te same rzeczy bardzo różnie. Zobacz – mamy teraz przed sobą chleb, ser i inne produkty, ale nie wiem, czy widzisz te same dziury w serze, co ja. To jest właśnie piękno życia.

ML: Cóż, nie sądzę, żebym mógł lepiej zakończyć tę rozmowę. Gonzalo Rublacaba, bardzo dziękuję.

GR: Dziękuję. To była przyjemność.

 

Relacja z 62. festiwalu Jazz nad Odrą

Festiwal Jazz nad Odrą nieustannie łączy ożywczy powiew młodości z maestrią muzycznych wyjadaczy. Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność rozmowy z triem Michała Modrzyńskiego – zwycięzcami konkursu na Indywidualność Jazzową. Tym razem uzupełniamy naszą opowieść o wydarzenia, które szczególnie silnie zapadły nam w pamięć podczas 62. edycji imprezy.

 


Lars Danielsson Liberetto – Echomyr

Lars Danielsson

Czwartkowy wieczór w Impart Centrum był zapowiadany przez organizatorów jako porównanie stylistyczne europejskiego oraz amerykańskiego kwartetu jazzowego. Niestety, z racji na kontuzję palca saksofonisty, Boba Mintzera, skład Petera Erskine’a ostatecznie wystąpił jako trio. Mimo ogromnej kreatywności grającego na perkusji lidera, brak instrumentu dętego był wyraźnie wyczuwalny, czego nie można powiedzieć o zespole Larsa Danielssona.

Szwedzki kontrabasista to jedna z najznakomitszych postaci współczesnego jazzu europejskiego. Wrocławski koncert poprzedziła premiera najnowszego albumu, nagranego przez Danielssona  wraz z grupą Liberetto. Tytuł projektu, Echomyr, można przetłumaczyć jako „głos z głębi”. Doskonale odzwierciedla charakter pięknych, dających wytchnienie w pędzie życia melodii. To muzyka momentami medytacyjna, zaś z drugiej strony potrafiąca zaskoczyć mocą i dynamiką.

Najbardziej urzekającym elementem występu Liberetto była niezwykła umiejętność jego członków do harmonijnego opowiadania kolejnych etapów muzycznych historii. Pianista Gregory Privat odpowiadał głównie za romantyczny aspekt kompozycji, podczas gdy metronomiczna precyzja Magnusa Öströma potrafiła w okamgnieniu podnieść napięcie i rozpędzić grę. Po uzupełnieniu tych dwóch elementów o rozmytą gitarę Johna Parricellego oraz głęboki, spinający całość bas Danielssona, powstał koncert, po którym na duchu było nieco lżej.


Michał Barański – No Return No Karma

Wieczór 23 kwietnia przeszedł w noc, ale emocje w trakcie 62. festiwal Jazz nad Odra wcale nie zamierzały opadać. Po godzinie 23 w Firleju rozpoczął się bowiem występ promujący jedną z najgłośniejszych polskich premier jazzowych ostatnich miesięcy – No Return No Karma Michała Barańskiego (szeroko opisaną również w Radiu LUZ). Z niecierpliwością wyczekiwaliśmy więc jej koncertowej odsłony.

Podobnie jak w przypadku wersji studyjnej, artysta postawił mocny nacisk na wokalny akcent projektu. Począwszy od dwóch pierwszych utworów, wykonanych wspólnie z Magdaleną Zawartko, a skończywszy na angielskiej wersji Ballady z wokalem Shachara Einatana, czuć było chęć lidera, by podkreślić „pieśniowy” charakter tego wydawnictwa. Przy okazji na pierwszy plan wyszedł aspekt kluczowy rosnące zdolności Barańskiego jako kompozytora.

Tematami na płycie No Return No Karma są silne, zapadające w pamięć melodie, które garściami czerpią z wpływów starohinduskiej rytmiki, łącząc je z nowoczesną myślą jazzową. Co najważniejsze, są tak sprytnie przemyślane, że pozwalają artystom rozwijać je, płynąc w najbardziej szalonych kierunkach, jednocześnie nie tracąc swojego charakteru. Kwartet Barańskiego (Michał Tokaj  piano, Shachar Einatan gitara, oraz Łukasz Żyta perkusja) to zaś muzyczni magicy. Niezwykła elastyczność każdego z nich pozwoliła na przykład zamienić w zamyśle jazzową kompozycję Grochów Kibbutz w pokaz psychodelicznego, saharyjsko brzmiącego bluesa.

To bardzo satysfakcjonujące uczucie, gdy ma się możliwość doświadczać efektów czyjeś ciężkiej pracy i nieustannej chęci rozwoju. Pasja oraz duma Michała Barańskiego z albumu No Return No Karma były wyczuwalne zarówno w jego słowach, jak i w muzyce płynącej ze sceny Firleja. Dla takich chwil warto zarwać pół nocy.


Michael Mayo

Z postacią Michaela Mayo zapoznałam się jakiś czas temu przy okazji koncertu z serii Tiny Desk, który zgrał się z nominacjami dla artysty do dwóch nagród Grammy (Best Jazz Vocal Album i Best Jazz Performance). Album Fly (2024), doceniony przez gremium i szeroką publiczność, wybrzmiał także na tegorocznym Jazzie nad Odrą.

Emanujący ciepłem wokal Mayo udzielił się lekkiej atmosferze. Aktywnie żartował i zabawiał widownię, wzmacniając pozytywne wrażenie, a współuczestnictwo w koncercie pod jego wodzą ani na moment nie wzbudziło poczucia dystansu, tym samym pozbawiając całość  chłodnej hierarchiczności.

Największym wyróżnikiem twórczości Amerykanina jest imponująca rozpiętość wokalna (i przepiękny błyszczący manicure). Śpiewając stosował klasyczną metodę wielośladowych harmonii, które w wybranych utworach zapętlał na tzw. loopie. I tu nie zabrakło jednak zabawy – Mayo najpierw objaśnił publiczności działanie narzędzia, a następnie na bieżąco nakładał na siebie potrzebne ścieżki melodyczne poszczególnych utworów.

Festiwalowy koncert Michaela Mayo udowodnił, że jest on artystą, który łączy jazz i pop-soul w sposób niezwykle przyjemny, dzięki inspirującej atmosferze wyjątkowo zapadający w pamięć .


Gonzalo Rubalcaba Trio

Są takie koncerty, które są w stanie przebić nawet wysokie oczekiwania. Jednym z nich okazał się występ Gonzalo Rubalcaby (piano), Felipe Cabrery (bas) oraz Ernesto Simpsona (perkusja). Najlepszym podsumowaniem nastroju, który zapanował w Imparcie po niemal półtoragodzinnej grze niech będzie dwukrotny bis, którym uraczył słuchaczy lider składu.

Patrick Bartley

Nie tylko dla wrocławskiej publiczności było to wyjątkowe przeżycie. Rubalcaba i Cabrera wspólnie stawiali swoje pierwsze muzyczne kroki na Kubie, lecz po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych ich drogi rozeszły się na ponad 30 lat. Sobotni koncert był dla nich okazją zarówno do wspomnień, jak i poznania się muzycznie na nowo.

Tegoroczna edycja Jazzu nad Odrą obfitowała w znakomitych pianistów, z których żaden nie mógł się nawet zbliżyć do poziomu Kubańczyka. Rubalcaba ma bowiem niezrównaną umiejętność kontroli własnej gry oraz całości kompozycji, jednocześnie prezentując kosmiczne zdolności techniczne. Kreatywność w doborze akordów oraz melodii, wirtuozerska zabawa, wyciskająca łzy z oczy emocjonalność ten koncert miał w sobie wszystko.


Pablo Held Trio

Po koncercie kwartetu Patricka Bartleya oraz jam sessions, prowadzonych przez skład Dominika Gawrońskiego, wiedziałem, że za występy podczas 62. edycji Jazzu nad Odrą odpowiadają nieziemsko sprawni muzycy. Mimo wszystko poprzednie wydarzenia trzymały się klasycznego jazzu – czy to standardów, jak w przypadku Gawrońskiego, czy też silnej inspiracji nimi, jak w przypadku Bartleya.

Peter Erskine

Ku miłemu zaskoczeniu, sytuacja miała się zgoła inaczej w przypadku tria Pablo Helda. Ich gra była znacznie bardziej awangardowa, momentami wręcz eksperymentalna. O sile tego występu bez wątpienia stanowiła sekcja rytmiczna. Kontrabas Roberta Landfermanna wspaniale dogadywał się z perkusją Jonasa Burgwinkela, tworząc razem coś więcej, niż tło dla pianina lidera. Kompozycje były minimalistyczne i oszczędne. Nie brakowało im jednak nieokiełznanej ekspresji, objawiającej się najlepiej w solowych partiach perkusji.

Według miejskiej legendy, Wynton Marsalis miał powiedzieć kiedyś Marianowi Ptasznikowi, iż:

Najpiękniejsza muzyka to muzyka ciszy, bo w ciszy słychać duszę, a jazz jest muzyką duszy.

Muzyka zaprezentowana przez Niemców podczas przedostatniego koncertu tegorocznej edycji Jazzu nad Odra jest idealnym dowodem na to, że powyższa sentencja ma wiele wspólnego z rzeczywistością.


Terence Blanchard & Ravi Coltrane – Miles / Coltrane Legacy

Setna rocznica urodzin dwóch z największych muzyków w historii jazzu Milesa Davisa oraz Johna Coltrane’a wymaga wyjątkowego świętowania. Dyrektor artystyczny festiwalu, Igor Pietraszewski, w trakcie zapowiedzi ostatniego koncertu imprezy przyznał, że organizatorzy przygotowywali się do tego wydarzenia przez trzy lata. Efektem ich starań była obecność dwóch współczesnych znakomitości Terence’a Blancharda oraz Raviego Coltrane’a.

Choć niedzielne wydarzenie nosiło tytuł Miles / Coltrane Legacy, daleko było mu do typowego koncertu z odgrzewanymi utworami. Muzyka wybrzmiewająca w Imparcie była wyrazem szacunku, a tematy oryginałów rzadko stanowiły serce improwizacji. Był to popis współczesnej idei amerykańskiego jazzu, który łączy bluesowe dziedzictwo ze zdobyczami hip-hopu, a także muzyki popularnej.

Dominującym elementem koncertu była nieustannie zmieniająca rytm bombastyczna gra perkusisty, Oscara Seatona, podbijana przez rozciągnięte brzmienie gitary Charlesa Altury. Swingową duszę zapewniał pianista Gadi Lehavi, a elektryczny bas Davida Ginyarda sprowadzał kompozycje w stronę bujającego funku. Blanchard spajał wszystkie z tych elementów. Jego styl to feeria przeciwieństw, gdzie ostre, przenikające duszę krzyki solówek przeplatają się z perfekcyjną melodyjnością tematów. Ravi Coltrane również znakomicie odnajdywał się w owym świecie kontrastów. Obserwowany z bliska zdaje się być także niezwykle skupionym artystą. Choć pozwalał sobie na momenty uśmiechu, większość solowych partii pozostałych muzyków skupiał na szybkich próbach swoich fragmentów. Brzmienie jego saksofonu było miękkie i pełne duszy, zaś on sam misternie konstruował coraz bardziej porywające akordy.

Koncert Terence Blanchard & Ravi Coltrane  Miles / Coltrane Legacy był znakomitym pomysłem na zamknięciem 62. edycji festiwalu Jazz nad Odrą. Oddał on bowiem esencję jazzu, gatunku czerpiącego z tradycji, jednocześnie patrzącego naprzód i jak żaden inny wynagradzającego kreatywność oraz osobowość jego twórców.


Jeśli wolicie relację w akompaniamencie muzyki, zachęcamy do posłuchania zapisu audycji Na Wodach Jazzu z 26 kwietnia. Poprowadzili ją Michał Lach oraz Jan Gawroński.

Tekst: Michał Lach, Jan Gawroński & Alicja Serafin
Zdjęcia: Patrycja Bania & Maja Kołodziej
Korekta: Pola Sosin

 

Michał Modrzyński Trio – Jazz nad Odrą 2026

fot. Wojciech Chrubasik
Konkurs na Indywidualność Jazzową im. Wojtka Siwka stanowi kluczowy element festiwalu Jazz nad Odrą, który już od 62 lat nieprzerwanie odbywa się we Wrocławiu. Tegoroczna edycja ugościła na scenie aż pięć debiutanckich zespołów. Ich muzyka wyznacza nowe kierunki poszukiwań w obrębie współczesnego języka jazzu młodego pokolenia.

Konkursu na Indywidualność Jazzową im. Wojtka Siwka

 

Jest to jeden z najbardziej prestiżowych i najstarszych konkursów jazzowych w Polsce, od dekad pełniący funkcję laboratorium rodzimej sceny improwizowanej. Młode składy biorące w nim udział prezentują niezmiennie wysoki poziom artystyczny. Jednak kryterium „indywidualności” wykracza poza ramy stricte warsztatowe – tegoroczni zwycięzcy zostali docenieni między innymi za… dobór stroju :). Jury wymaga od uczestników przede wszystkim innowacyjności, autorskiego głosu oraz zdolności do rekontekstualizacji tradycji jazzowej w świetle współczesnych prądów estetycznych. Laureatem tegorocznej edycji zostało trio Michała Modrzyńskiego w składzie, Michał Modrzyński (instrumenty klawiszowe), Tymoteusz Wójtewicz (gitara basowa) oraz Norbert Itrich Aranda (perkusja).

Trio Michała Modrzyńskiego

 

Miałam okazję śledzić rozwój artystyczny tych muzyków podczas festiwalu w Lublinie w 2025 roku. Już wtedy ich twórczość wyróżniała się innowacyjnością oraz wyrazistą prezencją sceniczną, która mocno odznaczała się na tle innych uczestników. Z perspektywy czasu ich gra stała się jeszcze bardziej dojrzała, przemyślana i spójna. Zespół w unikalny sposób łączy energię jazz fusion z zupełnie nową jakością, przenosząc słuchacza do krainy, w której czas zdaje się nie istnieć.

Dla nich jazz to coś więcej niż muzyka – to podejście do życia i swoista abstrakcja malarska, w której nie ma złych odpowiedzi. Trio Michała Modrzyńskiego wnosi do tego świata powiew wiosennej świeżości. Podczas Gali Otwarcia 62. Festiwalu Jazz nad Odrą muzycy zaprezentowali trzy utwory, z których jeden powstał specjalnie na tę festiwalową okazję. Ich najbardziej znana kompozycja, pt. „Misunderstanding”, jest dostępna na platformach streamingowych.

Zwycięstwo w Konkursie na Indywidualność Jazzową nie jest jedynie wyróżnieniem symbolicznym, lecz istotnym etapem w procesie profesjonalizacji ich ścieżki artystycznej. Poniżej możecie posłuchać mojej rozmowy z laureatami.

tekst: Krystyna Szpunt

61. Jazz nad Odrą – relacja

fot. Dorota Wiśniwska
Od 23 do 27 kwietnia w okolicach ulicy Piłsudskiego oraz Oławskiej codziennie w godzinach wieczornych dało się zauważyć niecodzienne poruszenie. Tłumy ludzi pojawiające się przed Impart Centrum oraz klubem Vertigo mogły świadczyć tylko o jednym – rozpoczęła się kolejna edycja festiwalu Jazz nad Odrą. Przez 5 dni Wrocławiem zawładnęli muzyczni wirtuozi, zarówno Ci bardziej tradycyjni, jak i redefiniujący, czym może być jazz. Oto kilka wydarzeń, które najsilniej zapadły mi pamięć z 61. edycji tej legendarnej imprezy.

Konkurs

Klasycznie już w ostatnich latach pierwsze dźwięki festiwalu Jazz nad Odrą padły ze sceny Impartu w środowe przedpołudnie, gdy rozpoczął się Konkurs na Indywidualność Jazzową im. Wojtka Siwka. Zmierzyło się w nim sześć zespołów, wybranych spośród wcześniejszych kilkunastu zgłoszeń. Były to składy: Święto Osy, Fleeting Monument, Piotr Andrzejewski Trio, Blu/Bry, Tomasz Lepczak Quartet i Earthgrazers. W kilkunastominutowych występach zaprezentowały one znakomite zdolności kompozycyjne i instrumentalne, pokazując kolejny raz bezmiar talentu na polskiej scenie jazzowej. W stawce znalazły się i nowocześniej grający muzycy, jak otwierający konkurs Święto Osy oraz te bardziej tradycyjne zorientowane formacje, jak świeżo co założone trio Earthgrazers.

Z jego liderką, pianistką Patrycją Gwizdz, porozmawiałem zaraz po zakończonym wydarzeniu. W jej głosie słychać było jeszcze ogromne emocje i dumę z uczestnictwa w tej legendarnej imprezie, a mimo to biła z niej także ogromna pewność i wiara we własne umiejętności i twórczość. Posłuchajcie:

 

Zwycięzca mógł być jednak tylko jeden. Nagrodę Grand Prix oraz statuetkę Rybotrąbki zgarnął zespół Blu/Bry, prezentując spektakularne połączenie improwizowanej gry, czerpiącej z największych legend europejskiego jazzu z inspiracjami ich amerykańskimi, współczesnymi odpowiednikami.

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

John Carter Organ Trio

Drugi dzień rozpoczął się późnym popołudniem od koncertu laureatów konkursu. W jego trakcie formacja Blu/Bry udowodniła, że na nagrodę Grand Prix zdecydowanie zasłużyli. Następnie na scenę Impartu wkroczył Daniel Herskerdal ze swoim trio, na pozór klasycznie zorientowanym, gdyż towarzyszyli mu znakomici Eyolf Dale na fortepianie oraz Helge Andreas Norbakken wraz z całą gamą instrumentów perkusyjnych. Ta intrygująca pieśń lodu i ognia uzupełniona została jednak, poza trąbką, o ogromną tubę lidera zespołu. Czule tuląc ją w ramionach Herskerdal zaprezentował w ten sposób większość swojego pięknego, medytatywnego albumu Movement Of Air.

Wszelka zaduma została bardzo szybko rozwiana, kiedy nadszedł czasu koncertu James Carter Organ Trio. Gdy na nastrojowo oświetloną scenę wkroczyli trzej muzycy, ubrani w perfekcyjnie skrojone garnitury, można było oczekiwać rzeczy wielkich. Co innego jednak usłyszeć chwilę wcześniej w zapowiedzi dyrektora artystycznego festiwalu Igora Pietraszewskiego zapewnienia o tym, że Carter to jeden z najbardziej wyjątkowych saksofonistów na świecie, a co innego doświadczyć jego mocy z pierwszej ręki. A w moim przypadku też i z pierwszego rzędu sali. Pomimo szarmanckiej zapowiedzi muzyka o spokojnym początku, od pierwszych sekund rozpętał on przepotężne tornado, którym sterował za pomocą lśniącego niczym magiczny róg złotego saksofonu barytonowego.

Najbardziej oszałamiająca w jego grze jest niezachwiana pewność, że cokolwiek przyjdzie mu do głowy, jego palce i oddech pomogą mu to idealnie zrealizować. Porywająca moc dźwięków, które wydobywał także z tenorowego i sopranowego rodzeństwa, nieustanne popisywanie się swymi gigantycznymi umiejętnościami oraz ogromna przyjemność z obserwowania gry swych kolegów – ten koncert był jak jazda na zwariowanej kolejce górskiej. Jak archetyp najbardziej szalonej, filmowo-epickiej postaci jazzu, jaką jestem w stanie sobie wyobrazić. A w połączeniu z dźwiękami odrestaurowanych organów Hammonda wielkiego Wojciecha Karolaka, które płynęły spod palców Gerarda Gibbsa, zostanie on w pamięci jako prawdziwe kinowa klisza z 61. Jazzu nad Odrą.

Henryk Miśkiewicz – Music Of Ptaszyn

To nie był jednak koniec wyjątkowych chwil w czwartek 24 kwietnia. Po żwawym spacerze do Vertigo na słuchaczy czekał bowiem koncert wyjątkowego kwartetu. Henryk Miśkiewicz (saksofony), Wojciech Niedziela (fortepian), Andrzej Święs (kontrabas) oraz Marcin Jahr (perkusja) zaprezentowali wybrane utwory zmarłego w zeszłym roku filaru polskiej muzyki, Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Wszyscy, którzy tego wieczoru pojawili się na scenie klubu przy Oławskiej, mieli przyjemność grać z wybitnym muzykiem przez co najmniej kilkanaście lat. A przy okazji poznać siebie samych od podszewki.

Ich chemię i zgranie czuć było od pierwszych sekund fantastycznego koncertu. Choć był to hołd dla zmarłego przyjaciela, dominowała tu radość, a nie smutek. Była to okazja do wspomnień dla publiczności, ale przede wszystkim i dla samych muzyków. Morze uśmiechów, nieustanne improwizacyjne zaczepki w kierunku pozostałych grających, zapowiedzi poszczególnych utworów przez Miśkiewicza, który mimo półwiecznej znajomości sam nie zawsze rozumiał, co siedziało w głowie Ptaszyna – ta sceniczna braterskość z łatwością przelewała się na zgromadzoną publiczność. Dla takich chwil warto chodzić na koncerty.

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

fot. Mikołaj Bensdorff

Joe Lovano Fascination Trio

Piątek 25 kwietnia zostanie ze mną na długo jako data koncertu Joe Lovano Fascination Trio. Tego dnia ukazał się zresztą też nagrany wspólnie z wybitnym trio Marcina Wasilewskiego album Homage. Przyznam tutaj bez bicia – w drodze do Impart Centrum przebijało się we mnie lekkie rozczarowanie, że to właśnie nie w tym wydaniu usłyszę tego dnia amerykańskiego saksofonistę (nic straconego – będzie ku temu okazja w lipcu w Krakowie ). Jakakolwiek gorycz została jednak skutecznie wyparta przez geniusz grających tego dnia we Wrocławiu muzyków.

W skład tercetu poza Lovano tego dnia weszli bowiem Anders Christiansen na kontrabasie i Joey Baron na perkusji. Jeśli wspomniany przeze mnie wcześniej koncert kwartetu Miśkiewicza opisałbym jako czystą radość ze wspólnego grania, tak w przypadku Fascination Trio przychodzi mi na myśl inne słowo – duma. Od każdego z artystów biła wdzięczność dla pozostałej dwójki, że mogą z nimi dzielić te chwile wspólnej twórczości oraz podziw dla ich umiejętności. A te każdy z muzyków ma doprawdy oszałamiające.

Lovano w trakcie koncertu pokazał cały swój nabyty przez lata kunszt. W bardziej wymagających kompozycjach prezentował fantastycznie abstrakcyjne, trafiające dogłębnie improwizacje, w tych lżejszych – komiksową wręcz zabawę dźwiękiem, gdy kiwając się na boki skradał się niczym kot w stronę ustawionych przed nim mikrofonów. Baron nie oddawał mu pola, w niektórych momentach przejmując wręcz kontrolę nad sceną. Silne uderzenie pałeczkami, delikatne szuranie miotełkami, czy używanie każdej części swych kończyn górnych do wymierzonych uderzeń w bębny – Amerykanin stosował każdą znaną sobie metodę, by zachwycić słuchaczy. Christiansen z kolej przez większość czasu był niezbędnym elementem spinającym grę swych kolegów. Gdy jednak dostawał odrobinę przestrzeni, niezwykła precyzja w pociąganiu za struny swego instrumentu wywierała piorunujące wrażenie. Zdecydowanie był to występ godny jednych z najważniejszych gwiazd kwietniowej imprezy.

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

Obed Calvaire

Czwarty dzień Jazzu nad Odrą zdominował dla mnie Obed Calvaire. Urodzony w Miami haitański perkusista zaprezentował w sobotni wieczór swój projekt 150 Million Gold Franks. Swoim tytułem nawiązuje on do gigantycznej kwoty (obecnie byłoby to około 20 miliardów dolarów), którą świeżo co niepodległa francuska kolonia pod groźbą ataku morskiego musiała zapłacić swym okupantom. W ten sposób to malutkie państewko od początków swojego istnienia pogrążone jest w gigantycznej biedzie, z której ciągle nie może się wydobyć.

W muzyce Calvaire’a łączy się więc sprzeciw wobec tej dziejowej niesprawiedliwości z wszechobecną dumą ze swojego pochodzenia. Jazzowa improwizacja spotyka się zaś z karaibskimi rytmami, urzekając zarówno wirtuozerią, jak i wszechobecnym, radosnym groovem. Najlepiej to połączenie słychać na znakomitym utworze Haiti’s Journey – równie dramatycznym, co historia wyspy, ale podszytym nadzieją na lepsze jutro. Wzajemnie nakręcające się saksofon i perkusja szybko zostają wsparte kolejnymi instrumentami, tworząc ferię barwnych obrazów. Ta radość biła również z każdej minuty sobotniego koncertu.

Niezwykle istotnym elementem był też kontekst historyczny, który Calvaire przedstawiał zgromadzonym w Imparcie. W ten sposób prezentowane utwory zyskiwały nową głębię, której nie bylibyśmy w stanie doświadczyć bez znajomości losów karaibskiego państwa. Poświęcił on między innymi spory fragment na zaakcentowanie roli polskich legionistów, którzy po dotarciu na Haiti przeszli na stronę walczących o swoje państwo miejscowych. O elokwencji, mądrości i dobroci Obeda miałem zresztą ogromną przyjemność przekonać się samemu. W krótkiej rozmowie po koncercie nakreślił mi on jeszcze szerzej źródło problemów jego ojczyzny oraz jak ciężki jest dalej los jej mieszkańców. Jeśli, podobnie jak ja, nie wiedzieliście do tej pory wiele o sytuacji Haitańczyków, to odpowiednia okazja, by posłuchać tych historii.

 

Makoto Ozone Trio i Marquis Hill Composer’s Collective

Jak kończyć to z przytupem. Ostatni dzień wrocławskich ekscytacji jazzowych zdecydowanie można zaś nazwać takim bardzo zdecydowanym uderzeniem o ziemię. O godzinie 19 w budynku przy ulicy Piłsudskiego swój występ rozpoczęło bowiem trio Makoto Ozone. Japoński pianista wsparty dwoma młodymi muzykami zaprezentował całe spektrum improwizowanych wariacji, od tych bardziej swingujących, przez bossa novę, zahaczając po drodze o walczykowe wręcz motywy, a kończąc na dalekowschodniej wizji polskiego folkloru, gdy na końcowy fragment występu na scenę wkroczyła Anna Maria Jopek. Żegnane podwójną owacją trio Ozone zostało bezsprzecznie ulubieńcem wrocławskiej publiczności.

Na mnie jeszcze większe wrażenie zrobił jednak koncert kwartetu Marquisa Hilla. Zaprezentowali oni między innymi utwory z albumu Composer’s Collective : Beyond The Jukebox – intrygującego projektu, przy okazji którego trębacz poprosił muzyków z rodzimego Chicago o skomponowanie dla niego utworów specjalnie na tę okazję. Piosenkowo wręcz brzmiące tematy tego krążka zalśniły we Wrocławiu nowym blaskiem, niosąc ze sobą niezwykłą lekkość i radość. Hill nie ograniczył się jednak tylko i wyłącznie do kompozycji zahaczających o R&B i hip hop. Pokazał spektakularną szerokość swojego warsztatu, znakomicie interpretując zarówno bebopową kompozycję Omicron Donalda Byrda , jak i demonstrując wielkie umiejętności w bardziej abstrakcyjnej, improwizowanej grze. Nie sposób też nie wspomnieć o Makayi Mccravenie, gwieździe poprzedniej edycji festiwalu. Ponownie oszołomił mnie on niezwykłą donośnością i absolutnie metronomiczną precyzją swej gry, wynosząc każdą chwilę tego koncertu na wybitny poziom.

Michał Lach

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska

fot. Dorota Wiśniewska