Archiwum

Boards of Canada

Psychodeliczna laurka dla dzieciństwa, które już nie wróci

Co można powiedzieć o Boards of Canada, co nie zostało jeszcze powiedziane? Duet braci ze Szkocji podbił świat muzyki elektronicznej już od pierwszego albumu i przez ponad dwadzieścia lat stanowił wyznacznik i inspirację dla innych artystów. Po dziś dzień ich twórczość jest wymieniana jako jedne z najlepszych w świecie ambientu, downtempo i IDMu. Po trzynastu latach ciszy od ostatniego albumu nowy krążek Boards of Canada trafił w ręce słuchaczy i z tego powodu zostają oni Artystami Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Nasza selekcja:

Music Has the Right to Children

1998

Warp Records

Stoi przede mną monolit. Music Has the Right to Children nie bez powodu nazywany jest jednym z najważniejszych albumów muzyki elektronicznej, jak i muzyki ogółem. Inspirowani artystami takimi jak Aphex Twin, Autechre albo Brian Eno bracia Michael Sandison i Marcus Eoin stworzyli kolaż dźwiękowy, który wychodzi poza ramy gatunkowe od pierwszej nuty. Choć zastosowane w nim techniki nie są innowacyjne same w sobie, to sposób, w jaki są wykorzystywane, tworzy piękny, niespotykany wcześniej klimat. Melodie balansują na granicy pomiędzy powtarzalnymi a hipnotyzującymi, tekstury dźwięku miło masują uszy, a wszechobecne sample z programów edukacyjnych lat 70 XX wieku tworzą atmosferę obserwowania momentu, który już nie wróci. Pomimo tego, że moje dzieciństwo było zupełnie inne, niż te, które Boards of Canada pokazuje, i tak czuję się, jakbym przeżyła to samo. Może to jest ta wiadomość, którą duet chciał przekazać przez album i jego tytuł? Twórcy zawsze byli kryptyczni, jeśli chodzi o nazywanie swoich dzieł. Music Has the Right to Children to według nich „oświadczenie zamiaru”, by wpłynąć na słuchaczy, używając dźwięku. Cel na pewno został osiągnięty, bo od pierwszego usłyszenia kilkanaście lat temu, album ten na dobre zadomowił się w mojej głowie i wracam do niego regularnie.


Geogaddi

2002

Warp Records

Podążyć album tak monumentalny jak Music Has the Right to Children to nie lada wyzwanie, ale duetowi wyszło to śpiewająco. Geogaddi kontynuuje techniki i styl z debiutanckiej płyty duetu, idąc w kierunku mistycznym, a nie nostalgicznym. Jeszcze przed premierą Boards of Canada pokazali, że będzie to zupełnie inne doświadczenie. Pierwsze odsłuchy albumu miały miejsce w rozsianych po świecie kościołach, a sama jego treść i nazwy utworów wskazywały na inspiracje okultyzmem, numerologią i Biblią. Muzycznie jesteśmy skąpani w ciepłej atmosferze, która, choć przyjemna, wprowadza w lekką niepewność. Często używane sample wokalne powracają, ale w mroczniejszym stylu — zarówno jeśli chodzi o treść jak ich modulację. Momenty ciszy z Music Has the Right to Children zostały zamienione w ciągły szum, przeciągający Geogaddi coraz to bliżej w kierunku drone’owych produkcji. Ale te wszystkie zmiany nie były drastyczne. Druga płyta zespołu to ciągle podobna bestia do pierwszej, tylko zamiast na samej nostalgii, skupia się na tym, że te czasy już nie powrócą.


Tomorrow’s Harvest

2013

Warp Records

Piętnaście lat od premiery ich świetnie przyjętego debiutu oraz osiem lat po zostawiającym wiele do życzenia The Campfire Headphase pojawiły się plotki o nowej płycie Boards of Canada. Żeby otrzymać jakiekolwiek informacje, duet rzucił fanów w pogoń po kryptycznych wiadomościach i fragmentach kodu zawartych na nienazwanych płytach winylowych, audycjach radiowych, transmisjach telewizyjnych, filmach w internecie i wielu, wielu innych stronach. To, co powstało z tego szalonego ARG to data premiery czwartego krążka zespołu, Tomorrow’s Harvest. I cóż to są za zbiory! Bracia Sandison pokazują na nim, że pomimo minionych lat, ciągle potrafią robić to, co uczyniło ich popularnymi, ale też ewoluować to brzmienie w nowy, niespotykany wcześniej styl. Ciągle mamy do czynienia z nostalgicznymi melodiami i produkcją oraz z mistycznymi klimatami jak w przypadku ich wcześniejszych albumów, ale Tomorrow’s Harvest jest zdecydowanie najbardziej „filmowy” z nich. Siedemnaście utworów w trochę ponad godzinę trwania albumu tworzą piękny, praktycznie niemożliwy do podrobienia klimat. Przypomina mi trochę dorastanie — jest ciągle podobny do wcześniejszych, ale brakuje mu takiej naiwności, która szczególnie pokazywała się w pierwszych dwóch płytach duetu. Jest to zdecydowanie najbardziej poprawna ewolucja brzmienia Boards of Canada, wynik ponad piętnastu lat doskonalenia i rozwoju.


Inferno

2026

Warp Records

Tym sposobem wracamy do lat obecnych. Przerwa pomiędzy Tomorrow’s Harvest a Inferno była najdłuższą pomiędzy jakimikolwiek albumami wydanymi przez Boards of Canada, więc można byłoby spodziewać się wszystkiego od nowej płyty duetu. Dostaliśmy natomiast potwierdzenie tego, że oficjalnym motto BoC równie dobrze mogłoby być „powolna ewolucja, a nie całkowita zmiana”. Inferno to ciągle bardzo podobna do wcześniejszych płyt bestia. Pełna jest hipnotyzujących linii melodycznych i perkusji, a co ciekawe, wracają też grubo posypane sample wokalne. Już od drugiego utworu jest ich sporo, a ich użycie przypomina styl, w jakim były używane w Music Has the Right to Children. Tutaj zamiast do potęgowania uczucia nostalgii wykorzystywane są, by budować klimat niepewności i niepokoju — w końcu, jak sama nazwa albumu wskazuje, przechodzimy przez piekło. Moim personalnym faworytem w tym porównaniu jest Naraka — utwór nazwany od najniższego wymiaru piekielnego w buddyźmie, przez który przechodzą wszechobecne sample powtarzające „Hare Kryszna”. To tylko wierzchołek góry lodowej tego, na jakie towarzyszące wokale zdecydował się duet. Na słuchaczy czekają jeszcze rozmowy z osobami, które dołączyły do kultów, dokumenty o efektach substancji psychoaktywnych, cytaty Nostradamusa i Aleistera Crowleya. Całość tworzy niepowtarzalną, ciężką atmosferę, przez co może być nazwane sequelem Geogaddi. Tam, gdzie ten pierwszy wydany album trochę poruszał tematykę okultyzmu i mistycyzmu, to zdaje się, że Inferno skacze w najgłębsze części tego oceanu.

Julia Respondek

Up To Date Festival

Up to Date Festival baner

Up to Date Festival to jedno z najważniejszych wydarzeń na mapie Europy skierowane do tych, którzy w muzyce elektronicznej ciągle doszukują się nowości. W tym roku w Białymstoku wystąpią legendy, które działają w tej dziedzinie od lat i DJ-e oraz producenci, którzy swoim spojrzeniem wybiegają lata w przód.


Z okazji zbliżającego się festiwalu prezentujemy Wam sylwetki wybranych artystów oraz artystek, którzy na nim wystąpią.

Xenia Reaper

Xenia Reaper, to enigmatyczny projekt Miro Colb, postaci, która osiągnęła perfekcję w tworzeniu powoli gęstniejących cybernetycznych pejzaży. Ich zamglone przepowiednie nowych światów przypominają nam, co mogłoby być gdyby… Podróż w głąb takich albumów jak Nept Polarisation, czy Luvaphy wywołuje poczucie tęsknoty, którą nie sposób przypisać do tego co już minęło. Słuchając muzyki Miro tylko jedną rzecz rozumiem w pełni – że to tęsknota za czymś wielkim i wykraczającym poza odizolowane doświadczenie jednej osoby – tym co jeszcze się nie wydarzyło.

Nept Polarisation by Xenia Reaper

W muzyce Xenia Reaper wszędobylskie jest delikatne napięcie, które najłatwiej wyczuć w punktach, gdzie rozpływają się eteryczne podmuchy padów, a przestrzeń pęcznieje od echa perkusjonaliów. Utwory te nigdy nie osiągają pełnego rozkwitu, zawsze zostają zawieszone w pewnej fazie, co sprawia, że nie widzimy całego obrazu. To zachęca nas do wsłuchania się jeszcze głębiej i do własnej interpretacji.

Poziom skomplikowania ich twórczości nie narzuca się, nie woła o naszą uwagę, chociaż ma do tego pełne prawo. W końcu mowa tu o wiązkach dźwięku i teksturach, które tak wyraźnie nie należą do naszego codziennego środowiska. Dźwięki wydają się zupełnie obce, jednak doskonale dopasowane, jak w pozaziemskim mechanizmie. Tego rodzaju jednolitość i jakość produkcji przełamuje poczucie obcości i pozwala w pełni zanurzyć się w świecie xeno.

Luvaphy by XENIA REAPER

Xenia Reaper zaprezentuje swój live act trzeciego dnia festiwalu na scenie Centralnego Salonu Ambientu.

Dominik Lentas
mesh


Emily Jeanne

Emily Jeanne to pochodząca z Wietnamu, a mieszkająca w Belgii producentka i DJ-ka. Swój niepowtarzalny styl zawdzięcza dbałości o najmniejszy szczegół i umiejętności tkania zawiłych rytmów. Jej techno nie jest najgłośniejsze, ani najszybsze, ale kluczowe w chwilach w których potrzebujemy wziąć głęboki wdech. To właśnie te momenty często okazują się najciekawsze.

Past Through Desire by Emily Jeanne

Od marca 2025 artystka w swojej własnej wytwórni zdążyła wydać już dwie EP-ki i jedną kompilacje remixów. W ramach tych wydawnictw zabiera nas w głąb nowego terytorium muzyki parkietowej. Jej groove bez najmniejszego problemu przeprowadzi najbardziej niesfornego tancerza, ale największą uciechę sprawi poszukującym tego, co nieoczywiste.
Perkusjonalia ciągną się i odbijają w nieskończoność tworząc wyjątkowo złożone wzory, które uciekają klasycznemu 4/4. Artystka z lekkością udowadnia, że utwór może być napędzany niewielką ilością stuknięć, gdy masz pod ręką delay, którego feedback można podkręcić na co najmniej 66%.

Call Of The Sea by Emily Jeanne

W swoich setach – tak jak w muzyce artystka stawia nacisk na dubowy etos, każdy dźwięk zdaje się być tak ważny jak jego nośnik.

Dominik Lentas
mesh


SSTROM

Solowy projekt Hanessa Stentströma, to połączenie szorstkich tekstur i mechanicznej repetycji. Haness jako połowa duetu SHXCXCHCXSH przez lata specjalizował się w tworzeniu zawsze przesuwnych i wytrącających z równowagi beatów. W jego ostatnim albumie Avvik artysta obiera niemal noise’owy kurs. Dźwięki przypominające ludzkie parski i rozdzierane blachy wirują, jak gdyby słuchacz stał w samym środku trąby powietrznej. Stopa jest jedynym elementem, który wyraźnie przedziera się przez warstwy syczących faktur. Wszystko poza tym zdaje się jedynie nieśmiało spod nich wynurzać. Avvik to jeden wielki, wrogi organizm, który nie daje poznać po sobie swojego następnego ruchu.

Mimo wszystko, po jakimś czasie rytm staje się przewidywalny, a mnogość tekstur przestaje przerażać. Zaczynam się przyzwyczajać, ale co ważniejsze zaczynam wyobrażać sobie przestrzenie, w których taka muzyka mogłaby powstać samoistnie. Wielkie hale produkcyjne, torowiska, lasy rozszarpywane przez wichurę. Zaczynam powoli rozumieć ogrom siły, który targa tymi elementami, a co za tym idzie w pełni doceniać obrazowość albumu.

Avvik by SSTROM

Dominik Lentas
mesh

 


Felix K

Poszukujące odmiany drum and bassu po raz kolejny mają solidną reprezentację w lineupie białostockiego festiwalu. Wśród nich – Felix K będący jedną z kluczowych postaci odpowiedzialnych za kreatywny ferment na styku szybkiej basówy w 170bpm i hipnotycznego techno. Wiele z jego produkcji cechuje skrajny minimalizm, eksponujący negatywną przestrzeń pomiędzy kolejnymi uderzeniami. Modularne kropelki i mrowienia subbasu budują rytmiczną oś, wokół której rozwija się ta muzyka dla ciała i umysłu. Biorąc pod uwagę to, że przez dalsze etapy nocy poprowadzą nas choćby Objekt czy reprezentujący wytwórnię Samurai Music Aerae i Presha, można założyć, że wszyscy żądni nietuzinkowych wygibasów będą usatysfakcjonowani.

Michał Sember
Tembr


Neffa-T

Przyprawiająca o zawroty głowy wirtuozeria didżejowania to znak rozpoznawczy Neffy. Żonglowanie bitami i operowanie wszystkimi dostępnymi efektami to jednak nie tylko cyrkowe sztuczki, a wisienka na torcie upieczonym z kompleksowego znawstwa i miłości do muzyki tanecznej. Tym razem sześć decków będzie obsługiwanych przez dwie pary rąk, ponieważ na Up To Date dwugodzinny slot podzieli z Teki Latexem. Szykujcie się na nielegalne blendy podważające jakąkolwiek klubową ortodoksję.

Michał Sember
Tembr


µ-Ziq

Mike Paradinas, to postać współodpowiedzialna za być może największy przełom w muzyce elektronicznej dotychczas. Planet Mu ramię w ramię z Virgin Records i Warp w latach 90’ zbudowały fundament dzisiejszym mutacjom gatunków, cybernetycznym sound designerskim hybrydom basowym i przyczyniły się do raptownego wzrostu popularności muzyki klubowej.

Manzana by µ-Ziq

µ-Ziq swoją uwagę skoncentrował na perkusyjnych hybrydach gatunków i ambientowych melodiach. Porzucił taneczny potencjał na rzecz bardziej złożonych, nieprzewidywalnych rytmów i aranżacji. To oddalenie się względem estetyki klubowej i zignorowanie części jej zasad odblokowało zupełnie nowe podejście, w którym dużo większy nacisk kładzie się na eksperyment i niczym nieograniczoną zabawę elektronicznym sprzętem. Dokładnie tego należy spodziewać się drugiego dnia festiwalu podczas live’a artysty.

Dominik Lentas
mesh

Autechre

Tam gdzie muzyczny eksperyment zbiega się z wyrachowaniem brylują Sean Booth i Rob Brown. Duet z Manchesteru od ponad trzydziestu lat nieustannie rozszerza widnokrąg muzyki około IDM’owej.  Z racji upływu trzydziestu lat od wydania popisu prorytmicznej produkcji, albumu Tri Repetae, Autechre zostaje Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Incunabula cover

Incunabula

1993

Pierwsze długogrające wydanie spod szyldu duetu z Manchesteru, Incunabula, to swego rodzaju kapsuła czasu. Odkryta na nowo po ponad trzydziestu latach, w kontrze do najnowszych wydań przypomina słuchaczowi że Autechre to mimo wszystko wciąż projekt tworzony przez dwójkę ludzi (wciąż żywych!).

Zdaniem twórców Incunabula to bardziej składanka dotychczasowych dokonań niż album zaplanowany od A do Z. Za finalny kształt wydania podziękować możemy wytwórni Warp Records. Aby dopasować płytę do wówczas bardziej “easy-listeningowego” profilu zdecydowano o wycięciu utworów przeznaczonych na donośne parkiety angielskich klubów. Dostaliśmy więc materiał skrojony pod zadumę, pewną formę relaksacji, a przede wszystkim manifest antycypowanej wówczas przyszłości.

Zgodnie z ówczesnym etapem profesjonalizacji muzyki, płytę można uznać za masterclass tworzenia z absolutnego niczego. Powstał niemal wyłącznie przy użyciu pół-zabawkowego samplera Casio SK-1, czterościeżkowego rejestratora taśmowego oraz ikonicznego wśród fanów acid-techno automatu perkusyjnego Roland TR-606. Ostatni z wymienionych definiuje brzmienie krążka. Drobne perkusjonalia, uwięzione w cyklicznych, miarowych beatach, stanowią kręgosłup przemysłowej atmosfery Incunabuli.

Uwielbiam albumy wyrwane z oryginalnego kontekstu i przywodzące na myśl pełne zgiełku miejsca. W odróżnieniu od dorastających równolegle wolnobieżnych dzieł downtempo, kojarzących się jednoznacznie z opustoszałymi przestrzeniami codziennego użytku (dworce, lotniska, parkingi), debiut Autechre reprezentuje buchające chłodem, dzikie, liminalne przestrzenie miasta. Melodie kreślą pejzaż przemysłowych dzielnic po zmroku. Drobne hi-haty przypominają fabryki ze zgaszonymi światłami. Ciągnące się atmosferyczne syntezatory są niczym wielopasmowe autostrady wyłączone z użytku.

Jako ciekawostkę wyłamującą się z konceptu albumu warto przywołać utwór Lowride stworzony nie przy pomocy kwaśnego TR-606, lecz ulubieńca ulic Memphis Rolanda R8. Nie ma drugiego tak funkowego utworu w dorobku duetu z Manchesteru. Zamiast mroźnej IDMowej symulacji dostajemy powolną przewózkę po lekko rozświetlonych ulicach. To nadal kompozycja chłodna, jednak co jakiś czas przeszywana delikatnym ciepłem hotelowego lobby dzięki samplowi pianina, trochę jak w albumach Fila Brasilia, Tosca czy DJ Fooda.

Incunabula – Autechre

Album 2 cover

Tri Repetae

1995

Tegoroczny solenizant; album uwielbiany przez fanów. Okres powstawania Tri Repetae można uznać za początek procesu dehumanizacji duetu. Brzmienie przeszło wyraźną metamorfozę – stało się mechaniczne, syntetyczne. Melodyjność Incunabuli i Amber ustąpiła miejsca nieprzewidywalnym industrialnym stukotom kreślącym pejzaż niepokojącej przyszłości, pełnej mroku i stali. Zawodzące syntezatory w Eutow budzą skojarzenia z bezkresnym postapokaliptycznym pustkowiem, a powtarzalny, rytmiczny kręgosłup Rotar przypomina pracujący z zegarmistrzowską precyzją mechanizm. Z kolei mój faworyt, Clipper, podszyty jest basem ciągnącym się w czasie i przestrzeni, flirtującym z klasykami sci-fi oraz wizjami kosmicznej podróży, w której jedynym punktem odniesienia są przelotne obłoki gazu i międzygwiezdnego pyłu.

Tri Repetae to soniczna, igrająca z mechanizmem percepcji słuchacza przygoda. Wzmożona powtarzalność warstwy rytmicznej sprawia, że najmniejsza zmiana w płynącej w opozycji melodii wydaje się kilkukrotnie bardziej doniosła. Motywy znikają i powracają, a ruch i dynamika stają się fundamentami kompozycji. Rytmiczna oś utworu z czasem traci na znaczeniu tylko po to by przy zmianie kontekstu odzyskać pierwotny sens.

Tri Repetae – Autechre

Filip Juszczak
Low End Theory


Autechre - LP5

LP5

1998

Czy maszyny mogą płakać? Zawsze wyobrażałem sobie, że gdyby mogły, ich łzy brzmiałyby dokładnie tak jak ten album. Za każdym razem, kiedy słucham piątego LP zespołu, myślami wracam do tej samej hali produkcyjnej, którą zobaczyłem oczami wyobraźni lata temu, gdy po raz pierwszy zażyłem beżowego albumu. Setki odtworzeń później wciąż mam wrażenie, że zwiedzam to samo opuszczone miejsce przepełnione samoistnie pracującymi maszynami, które wskutek długotrwałej pracy i zużycia zaczynają upodabniać się do człowieka. Pracują mniej wydajnie, nie są dokładne, psują się. Wydają się wycieńczone, a mimo to nadal hałasują — jakby ostatnim tchem próbowały dokończyć swoje zadanie, nie wiedząc, czy robią to z obowiązku, czy z tęsknoty za sensem.

Każdy utwór zdaje się być wytworem innej, szczególnie osobliwej maszyny. 777 pracuje dysfunkcyjnie, jakby został zaprogramowany do wykonywania zadań ponad własne możliwości. Rae balansuje intensywność poprzedniego mechanizmu, pogrążając się w bezsilności i melancholii. Fold4,Wrap5 stosuje iluzoryczny Risset Rhythm, przez co brzmi, jakby nieustannie zwalniał, rozpadając się we własnym rytmie. A wreszcie Drane2, który ostatkiem sił i z wielkim trudem wyrywa z siebie dziewięć minut materiału, po czym zapada w czternastominutową ciszę — jakby pozwalał odbiorcy domknąć własną interpretację.

LP5 powstało w czasie prywatnych kryzysów, przez co stało się dziełem bardziej intymnym niż reszta dyskografii. To opowieść o odzyskiwaniu świadomości — o momencie, w którym orientujemy się, że coś, co niegdyś wykonywaliśmy z wielkim zapałem, dziś dzieje się siłą przyzwyczajenia. ___ staje się monotonne, mechaniczne, nie przynosi już satysfakcji, a my coraz wyraźniej czujemy się jak maszyna.

LP5 by Autechre

Dominik Lentas
mesh


 

Calum Gunn – 31 Ecstatic

Calum Gunn to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sceny muzyki algorytmicznej — jednocześnie jest jednym z niewielu algorave’wowców, którzy pochłonięci możliwościami programowania muzyki nie uciekają w skrajności.

Algorave początkowo był jedynie nazwą wydarzenia, w trakcie którego muzyka powstaje na skutek „wklepanych w laptopa” linijek kodu. Z czasem przeobraził się w międzynarodowy ruch zrzeszający muzyków-programistów z całego świata. Choć brzmienia Algorave nie da się łatwo skategoryzować i uogólnić, to artyści często poruszają się w stylistyce muzyki: glitch, minimalistycznej lub klubowej. Ze względu na otwartą strukturę narzędzi, z których korzystają i możliwości, które z tego wynikają często mamy do czynienia z czymś, co najłatwiej nazwać eksperymentalnym.

Niskopoziomowe podejście do tworzenia muzyki komputerowej znamy z twórczości Aphex’a, Autechre czy Ryoji’ego Ikedy. Takie labele jak Warp Records, Mille Plateaux lub późniejszy Raster-Noton udowodniły, że do tworzenia poruszającej muzyki wcale nie potrzebujemy żywego instrumentu, bo wystarczy nam komputer (na którym wcale nie musimy mieć DAW-a). Te inicjatywy przetarły szlak najciekawszym wytwórniom poszukującym nowego w punkcie styku technologii i sztuki. Na szczególną uwagę zasługują: SUPERPANG, outlines, tokinogake, ale ostatnio najbardziej trafia do mnie EVEL, spod którego szyldu od początku roku wyszło już osiem albumów, w tym album Eroder.

Dominik Lentas