Archiwum

Kazdoura – and then?

Po wydanym w tym roku ślicznym, porywającym, bogatym emocjonalnie debiutanckim albumie, nie spodziewałam się, że Kazdoura jeszcze czymś nas zaskoczą.

Muzyka tego syryjsko-libańskiego duetu jest umiłowaniem bliskowschodnich korzeni poprzez wolność w eksperymencie. To most, na którym arabska tradycja wokalna spotyka się z głębokim groove’em i soulowym funkiem.

Najnowszy singiel to wielowarstwowy, sarkastyczny wyraz frustracji. Leen Hamo śpiewa o nieustającym poczuciu bycia obserwowaną i ocenianą, o absurdach oczekiwań ludzi wokół i niekończącym się biegu, którego meta jest nieosiągalna. Trzonem utworu jest pytanie: a potem, co wtedy?

Frustracji towarzyszy dość przekorne postanowienie — by mimo wszystkich żądań, oczekiwań i przewidywań samodzielnie zrozumieć, o co w życiu chodzi. Być kowalem własnego losu i samemu nadać mu sens.

Czytam książkę, by coś zrozumieć

Marnuję czas, by coś zrobić

Spisuję myśli, by coś udowodnić

A potem?

Nie ma wyjścia

Nie ma przewodnika

Poddadzą cię ocenie

Zuzanna Kopij

and then? و بعدين؟ by Kazdoura

Ana Frango Elétrico ft. Marcos Valle – Não Tem Nada Não

Muzyka brazylijska ponownie zatacza krąg, kontynuując dziedzictwo mistrzów minionej ery, zatopionej w ciepłym funku. Ana Frango Elétrico powracają prawie dwa lata po wydaniu fenomenalnej płyty Me Chama De Gato Que Eu Sou Sua z singlem Não Tem Nada Não. W prostym tłumaczeniu tytuł ten oznacza  „Nie posiadam niczego, nie”, lecz czy to prawda, kiedy u boku Any słyszymy postać równie legendarną i nietuzinkową, jaką jest Marcos Valle? Posłuchajcie i przekonajcie się sami!

Wróćmy na chwilę do roku 1973. Jest to czas należący przede wszystkim do brzmień gitarowych, odnoszących się do tradycji bossa novy, lecz w sposób subtelny i nowoczesny. Psychodeliczne nurty najbardziej słychać na albumach cechujących się wybornym wokalem. Za przykład niech posłużą ówczesne wydawnictwa Gal Costy, Cassiano czy Toma Zé. Są to artyści badający giętkość języka portugalskiego, wybornie przybliżając jego piękno i melodyjność. Wśród tego zacnego grona należy również wymienić Marcosa Valle człowieka renesansu i wiecznie młodego muzyka z Rio de Janeiro. Album Previsão do Tempo to pozycja obowiązkowa, jeżeli chcecie poczuć brazylijski polot i ciepło. Jest to muzyka równie surowa, co treściwa i piękna. Nie bez powodu producenci tak namiętnie korzystają z dźwięków właśnie tej płyty w celach samplowego recyklingu.

Podobnej rzeczy dopuściła się Ana Frango Elétrico, którzy w najnowszym singlu zapożyczają kompozycję z Previsão do Tempo. Na Não Tem Nada Não doświadczamy wyśmienitej sztuki coveru, idealnie balansującej między formą pierwotną, a autorskim zabarwieniem. Najważniejsza staje się końcówka, która zupełnie odbiega od oryginału, dając miejsce żywej energii. Rozgrzany groove reinterpretuje kultowy utwór Gypsy Woman (La Da Dee) i na długo zostanie wam w pamięci. Swoją wokalną cegiełkę dołożył również sam autor kompozycji, czyli Marcos Valle, lecz skrzętnie kamufluje się on w gąszczu ciepłych głosów wspierających Anę. Niektórym szczęśliwcom było dane usłyszeć ten utwór na żywo nieco wcześniej, ponieważ Não Tem Nada Não było częścią koncertowej setlisty, jaką Ana prezentowali, tourując ze swoim ostatnim albumem.

Não Tem Nada Não to kwintesencja ducha brazylijskiego dziedzictwa. Współpraca Marcosa Valle i Any Frango Elétrico to nie jedyny przypadek, kiedy muzyczna młodzież wspierana jest przez starsze pokolenie. Arthur Verocai, po latach nieobecności w branży muzycznej, mentorował BadBadNotGood w komponowaniu albumu Talk Memory. Ten wkład pomógł zaprezentować jego muzyce młodszemu gronu odbiorców. Oby tak samo było w przypadku Marcosa Valle, bo ilość brzmień i kolorów w dyskografii tego człowieka to studnia bez dna. Co niesamowite, pomimo 83 lat na karku, Marcos dalej koncertuje i jak widać tworzy równie piękne dźwięki, co przed laty.

Jędrzej Śmiałowski

 

Marc Rebillet

 

Streamer, komik i muzyk. Niesamowita osobowość, która porwała za sobą tłumy na YouTubie i Twitchu. Łączy elektronikę z elementami funku. Jego teksty to często przypadkowe słowa okraszone odpowiednią dawką wulgarności. Niezła mieszanka? Dodajcie do tego jeszcze dildo postawione na biurku, kontroler midi i szlafrok. Tak zwany Loop Daddy, Marc Rebillet artystą tygodnia w Radiu Luz.

 

Tworzy muzykę używając klawiatury, loopera, laptopa i swojego głosu. Wszystko przetwarza i powiela – od początku do końca sam. Stałym elementem jest spontaniczność – jego koncerty i streamy są w pełni improwizowane. Stawia na żart, interakcje z publicznością i po prostu zabawę. Jak sam mówi –

Tu chodzi o rozrywkę, konwencje i improwizację.

Na swoim koncie ma współpracę z takimi muzykami jak Erykah Badu, Reggie Watts czy Flying Lotus. Zawsze trudno mi było odpowiedzieć na pytanie jaką muzykę gra Marc Rebillet – to po prostu trzeba zobaczyć, nie tylko usłyszeć.

 


                                                        Od Call Center po Coachelle

Wszystko zaczęło się od tego, że na pierwszym roku rzucił studia. Kupił podstawowy zestaw do tworzenia muzyki w domu i próbował sprzedawać swoje podkłady, ale bez powodzenia. W międzyczasie miał różne, dorywcze prace od kelnera po call center. Ten okres trwał przez parę lat do jego 28 roku życia, kiedy zwolniono go z pracy.

Raczej beznadziejna wizja życia, prawda? Dostał dwa miesiące wypowiedzenia i stwierdził, że teraz albo nigdy. Jeśli mu nie wyjdzie to rezygnuje z muzycznych marzeń, staje się poważnym mężczyzną i znajduję „normalną” pracę. Na szczęście wszystko potoczyło się dobrze. Jego pierwszy występ odbył się w barze, w którym wcześniej roznosił jedzenie. Zaczął występować w restauracjach i streamować z domu. Jego popularność rosła i tak ma już na swoim koncie kilka tras koncertowych i dwa występy na Coachelli – w 2023 i 2024 roku.


How to Funk

 How to funk in 2 minutes – film, który zdobył dużą popularność na youtubie, świętuje swoje 5 urodziny. Jest to krótki instruktaż jak zrobić dobrą piosenkę samemu, używając między innymi loopera.

To jedno z nagrań, dzięki któremu Marc Rebillet wybił się w Internecie i zyskał więcej słuchaczy. Na pierwszy rzut oka tworzenie tego utworu wydaje się to bardzo proste i intuicyjne jednak kryją się za tym lata praktyki. Artysta od 4 roku życia uczył się grać na fortepianie, później przez prawie 10 lat eksperymentował z kontrolerem midi. Filmik uczy, bawi i pozytywnie nastraja. Czego chcieć więcej?

 


Pandemia

Podczas gdy w 2020 roku na całym świecie muzycy borykali się z kryzysem finansowym, Marc Rebillet miał się całkiem dobrze. A wszystko za sprawą jego cotygodniowych streamingów z domu. To wtedy artyście odwołano trasę koncertową i stworzył serię We inside. Udostępniał filmy na YouTubie i Twitchu(!). Dość ciekawy pomysł, który był strzałem w dziesiątkę.

Jego filmy wzbudzały niesamowite poczucie wspólnoty, która w tamtym okresie była bardzo ważna. Dla mnie jego streamy stały się ważnym elementem pandemicznego zamknięcia. Emanowały energią i dodawały otuchy.


Mistrz Performansu

Muzyka to jedno a jak się ją zaprezentuje to zupełnie inny temat. Marc Rebillet okazał się w tym niesamowicie dobry. Umie świetnie wyczuć tłum i połączyć muzykę z pomysłami podrzuconymi przez ludzi. Publiczność jest zawsze integralną częścią jego występu- często zaprasza osoby na scenę i improwizuje z nimi.

Przyznaje, że podczas koncertów niektóre utwory mu nie wychodzą. Wtedy po prostu przerywa i zaczyna od nowa. Zauważył, że ludzie lubią być w procesie tworzenia muzyki, nawet jeśli nie jest ona idealna. Jedno jest pewne – nie da się przejść obojętnie obok jego występów. Marc Rebillet poza muzyką robi dobre, wciągające show.

 


Czy Marc Rebillet  może nas czymś jeszcze zaskoczyć?

Czy jego charyzma w końcu mi się znudzi? Oby nie. 

Jednak myślę, że będzie musiał zmienić trochę formę swoich występów. Pomimo tego, że są improwizowane to słychać patterny, którymi się posługuje. Powoli jego muzyka staje się przewidywalna. W wywiadach artysta sam przyznaje, że też boi się przemijającej passy.

Dlatego jego nowy projekt  napawa mnie optymizmem. Jako, że ostatnio na jego występach to dzieci najchętniej wychodzą na scenę, artysta chciałby z nimi współpracować. Mówi że młodzi lubią improwizować, mają niesamowite pomysły a przy tym dobrze się bawią. Jest to  bardzo ciekawy i odświeżający koncept. A nawet jeśli fenomen Loop Daddiego przeminie to i tak na zawsze pozostanie w moim serduszku. 

Mam nadzieje, że waszym też. 

Jadwiga Lazar

 

 

Ana Frango Elétrico – Dela

ana frango electrico dela

Rio De Janeiro. Słoneczne, nieustannie bijące serce Brazylii, znane z hucznych celebracji w postaci karnawałów. Jakby nie patrzeć, istnieje ku temu wiele powodów. Od samego życia, przez odkrywanie siebie, po wyznaczanie nowych początków. I tutaj wchodzą Ana Frango Elétrico z nowym krążkiem Me Chama De Gato Que Eu Sou Sua. Powstały w rodzinnym mieście artystów, malowniczo spina w klamrę rzekome powody do świętowania. To właśnie queerowa miłość i nowo przyjęta niebinarna tożsamość wyznaczają kurs naszej krótkiej (półgodzinnej), choć jakże intensywnej celebracji.

Dodatkowy kompas stanowi szeroki przekrój gatunkowy. Artyści oddają hołd brzmieniom funku i disco z przełomu lat 70/80, jednocześnie zostawiając nieco przestrzeni wolniejszym kawałkom. To album dla tych, którzy lubią mozolnie budzić się w promieniach porannego słońca i tych, którzy o nocy mówią ulubiona pora dnia. Gorąco zachęcamy więc do słuchania Dela, jednej ze składowych Me Chama De Gato Que Eu Sou Sua oraz naszego mocograja na 91.6 FM. Czy to w formie budzika, czy jako rozgrzewka przed roztańczonym wieczorem – wybór pozostawiamy Wam.

Antek Winiarski

Gil Scott-Heron

Zdjęcie Gila Scotta-Herona

Tej rewolucji nie znajdziesz w telewizji – znajdziesz ją natomiast na 91.6 FM! Z okazji 74. rocznicy urodzin wspominamy postać Gila Scotta-Herona Artysty Tygodnia w Radiu LUZ.

Gilbert Scott-Heron to urodzony 1 kwietnia 1949 artysta, który jest autorem nie tylko utworów i tekstów, ale także powieści i wierszy. W swojej twórczości najbardziej znany jest z melorecytacji swoich wierszy oraz łączenia elementów jazzu i funku. Był bardzo zaangażowany politycznie. W tekstach poruszał głównie tematy rasizmu i nierówności społecznej, ale w jego repertuarze znajdziemy również utwory tematycznie lekkie i przyziemne.

Popularność zyskał dzięki swojemu albumowi zatytułowanemu Pieces of a Man, a konkretnie utworowi The Revolution Will Not Be Televised. Utwór ten był oparty na (w tamtych czasach) popularnym sloganie Czarnych Panter namawiającym do wszczęcia rewolucji na rzecz walki o równouprawnienie czarnej mniejszości w Stanach Zjednoczonych. Tekst piosenki został przez Gila Scotta-Herona wyrecytowany przy akompaniamencie muzyki. Z głosu autora możemy wyczuć gniew, frustracje oraz gotowość do walki. Te czynniki oraz sytuacja polityczna w USA w latach 70. sprawiły, że utwór stał się manifestem pokolenia, który miał za zadanie pobudzić do działania biernych amerykanów. To dzieło już do końca jego kariery uważane było za jego najwybitniejszy utwór.

Artysta pobierając nauki w Lincoln University poznał się z Brianem Jacksonem. Jak się później okazało, ich współpraca miała trwać prawie dekadę. W wyniku tej współpracy artyści wydali prawdopodobnie najważniejsze albumy w swojej karierze. Brian był odpowiedzialny głównie za pisanie muzyki, natomiast Gil zajmował się tekstem. Obaj ją wykonywali. Najbardziej znane albumy sygnowane nazwiskami obu muzyków to: Bridges, Secrets i Messages. Dzieła będące owocem współpracy tych artystów cechują się lżejszą tematyką i weselszym, barwniejszym brzmieniem od solowych albumów Gila Scotta-Herona.

Zdjęcie Gila Scotta-Herona i Briana Jacksona

Nie sposób również nie wspomnieć o wpływie, jaki Gil Scott-Heron wywarł na rap. Przypisuje mu się tę zasługę głównie ze względu na spopularyzowanie tekstu recytowanego jako siły napędowej utworu muzycznego. Właśnie ten styl wykonania utworu zyskał ogromną popularność w rapie. Kolejnym aspektem, dzięki któremu artysta dostał tytuł praojca rapu, jest jego bezpośredni i bezpardonowy sposób omawiania rzeczywistości.  Scott-Heron w swoich tekstach nie słodzi, lecz mówi jak jest. Prawdopodobnie te dwa czynniki najbardziej wpływają na ogrom cytacji artysty (zwłaszcza w świecie rapu). Mowa zarówno o sytuacjach kiedy jego dzieła samplowano, jak i sytuacjach, w których rzeczywiście cytowano jego wypowiedzi. Tutaj znowu powraca wiersz The Revolution Will Not Be Televised, który odbił się najszerszym echem. Pomimo sławy Gila jako protoplasty rapu ten nie uważa się za kogoś, kto – jak sam to ujął –”powinien wziąć odpowiedzialność za powstanie gatunku” tym samym sugerując, że nie jest zbyt dumny z tytułu jakim go mianowano.

Zdjęcie Gila Scotta-Herona i Common'a

Gil Scott-Heron w nowym wydaniu, czyli powrót muzyka po 16 latach. I’m New Here to album Artysty Tygodnia wydany w 2010 roku, w którym znacznie zmienił brzmienie, z którego dotychczas był znany. Z jazzu i funku przeszedł w coś, co bardziej przypomina trip hop pożeniony z bluesem. Prawie całość tego dzieła brzmi elektronicznie, a momentami nawet industrialnie. Do tej pory nie słyszeliśmy go w takim wydaniu, jednak artysta pomimo 16-letniej nieobecności udowodnił, że dalej potrafi stworzyć coś, co chwyta za serce i skłania do refleksji.

Po raz pierwszy klimat albumu jest bardzo intymny. W albumie doświadczymy dużo mniej słowa śpiewanego, do którego przyzwyczajał nas od kilku poprzednich albumów. Artysta w części piosenek wraca do swoich korzeni – melorecytacji. Album brzmi bardzo aktualnie, co budzi podziw zważywszy na wiek artysty i czas nieobecności. I’m New Here to ostatni album w karierze Gila Scotta-Herona. Niesamowicie cieszy więc fakt, że album jest też jego największym eksperymentem i to bardzo udanym!

Artysta odszedł 27 maja 2011 roku, mając zaledwie 61 lat.  Zostawił nas z repertuarem, który odcisnął piętno na kulturze jak i społeczeństwie. Artysta znacząco wpłynął na dzisiejszą formę takich gatunków muzycznych jak rap i neo-soul. Z okazji jego dokonań jak i niedawno ubiegłej 74. rocznicy jego urodzin wspominamy jego postać i dorobek artystyczny. Gil Scott-Heron Artystą Tygodnia w Radiu LUZ na 91.6FM.

 

Dominik Lentas

James Brown

Soulbrother #1, The Godfather of Soul, Mr. Dynamite, The Hardest Working Man in Show Business — te przydomki nie wzięły się znikąd, jednak pomimo miejsca zaraz obok nazwisk takich jak Elvis Presley czy Michael Jackson, prawdziwy wpływ Jamesa Browna na świat muzyki oraz droga jaką przebył, niekoniecznie są wiedzą powszechną.

 

James Brown urodził się w 1933 roku w małej drewnianej chatce we wsi Elko, która do dziś liczy ok. 150 mieszkańców. Jego matka Susie née Behling w momencie porodu miała zaledwie 16 lat, zaś ojciec (Joseph G. Brown) 21. Jego dzieciństwo od samego początku naznaczone było trudem i ogromną biedą. Przez pierwsze parę lat życia jego rodzina żywiła się głównie tym, co byli w stanie znaleźć w lesie, a opiekę nad nim sprawowała głównie matka, w trakcie gdy ojciec zarabiał zbierając i sprzedając żywicę. Po 4 latach życia w ten sposób matka Jamesa nie wytrzymała i uciekła, zostawiając go z ojcem. Po krótkim czasie Joseph G. Brown również postanowił opuścić wieś i pojechać z synem do miasta w poszukiwaniu lepszych perspektyw. W ten sposób, w wieku 6 lat James Brown zamieszkał z ojcem w Auguście, w stanie Georgia. Jak się okazało, przeprowadzka do miasta nie pozwoliła im jednak uciec od biedy i problemów. Pieniędzy nadal było mało, lub nie było ich wcale i niejednokrotnie zdarzało się, że odsyłano Jamesa ze szkoły za brak wystarczającego odzienia. W swojej autobiografii opowiada, że przez większość jego dzieciństwa za parę majtek służyły mu worki po mące.

W Auguście akomodacje zapewniała im jego ciotka, w jednym ze swoich przybytków płatnej miłości, gdzie Brown na co dzień ścierał się z prostytucją oraz przestępczością i zdaje się, że muzyka w tym czasie była dla niego główną drogą ucieczki od trudów życia. Stopniowo zaczął brać udział w lokalnych przeglądach talentów i w wieku 10 lat wygrał pierwszy konkurs wokalny. Ten mały-wielki sukces był dla niego pierwszą poważną motywacją i skłonił go do szukania dalszych możliwości do występów. Podczas pierwszych lat II wojny światowej James Brown zaczął więc stepować za przysłowiowe drobniaki zabawiając przejeżdżających przez Augustę żołnierzy armii amerykańskiej, zarabiając w ten sposób na opłacenie mieszkania dla siebie i ojca (5$ tygodniowo). W trakcie jego przydrożnych występów po raz pierwszy usłyszał również legendę bluesa Howlin’ Wolfa, który momentalnie stał się dla niego inspiracją i skłonił do nauki gry na gitarze, pianinie oraz harmonijce.

W międzyczasie bieda i codzienna styczność z przestępstwem zaczęła jednak odciskać na nim swoje piętno i w wieku 16 lat w 1949 roku został zatrzymany przez policję za kradzież i skazany na 8 lat więzienia. Wydawałoby się, że to sytuacja która skutecznie powstrzymałaby działania artystyczne większości ludzi, ale nie mówimy o większości, tylko o Jamesie Brownie. Niestrudzony wyrokiem, wykorzystał nowe znajomości w więzieniu i założył wraz z kolegami z celi wokalną grupę gospelową. Wkrótce zaczęto mówić o nim the guy called Music Box i jego muzyczna reputacja w więzieniu zaczęła rosnąć. Podczas jednej z rozgrywek baseball’u odbywających się poza zakładem karnym poznał niejakiego Bobby’ego Byrda. Między dwójką szybko wywiązała się przyjaźń, która trwać miała do końca życia Browna. Bobby, zafascynowany reputacją i głosem Music Boxa, wraz ze swoją rodziną pomógł zapewnić jego wcześniejsze wyjście z więzienia. Ubiegając się o wcześniejsze wypuszczenie Brown podobno obiecał sądowi, że po wyjściu będzie śpiewał dla Pana. Nie kłamał.

W 1952 roku został wypuszczony na wolność i po dwóch latach pracy i członkostwa w paru grupach gospelowych dołączył do grupy wokalnej Bobby’ego Byrda, która ostatecznie przerodziła się w The Famous Flames. Z uwagi na dopracowane układy taneczne, zespół szybko zaczął zdobywać rozgłos jako grupa, którą warto zobaczyć na żywo. Początkowo James Brown był równoprawnym wokalistą grupy, jednak jego naturalna siła przebicia, charyzma i zmysł do biznesu sprawiły, że prędko stał się główną postacią zespołu. W 1956 roku grupa wydała pierwszy singiel zatytułowany Please, Please, Please, który od razu stał się przebojem i sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Zaledwie rok później James przejął rolę managera grupy, która chwilowo rozpadła się, po tym jak nazwa została zmieniona na James Brown and his Famous Flames… Po rozpadzie zespołu wypuścił solowo balladę Try Me, która szybko trafiła na listę przebojów R&B i chwilę po tym, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, oryginalny skład The Famous Flames powrócił i od 1960 roku znów grali razem z Brownem.

Kolejnym kamieniem milowym w jego karierze był wydany w 1963 roku album Live At The Apollo, który sfinansowany i wyprodukowany został przez samego Browna. Właściciel wytwórni King Records, która wydawała w tamtym czasie Jamesa Browna uważał bowiem wypuszczanie albumu za zły pomysł, twierdząc, że nikt nie będzie chciał słuchać albumu w wersji live. Ku zdziwieniu wszystkich poza samym Brownem album sprzedał ponad milion kopii i pozostał na liście przebojów przez 14 miesięcy.

Na tym etapie trzydziestoletni James Brown, był już w pełni uformowanym muzykiem, wokalistą, performerem oraz biznesmenem gotów na to, by w pełni zrewolucjonizować świat muzyki popularnej i ostatecznie przypieczętować swoje dziedzictwo. W 1964 roku światło dzienne ujrzał kolejny album  zatytułowany Out of Sight. Czerpiący z bluesa tytułowy utwór z płyty stał się kolejnym hitem grupy i pozwolił im zdobyć szeroki rozgłos. Szczególnie przełomowym momentem był ich słynny wykon tego utworu w programie telewizyjnym The T.A.M.I. Show, który na chwilę wstrząsnął całą Ameryką. Brown i The Flames mieli być główną gwiazdą wieczoru, kiedy w ostatniej chwili otrzymali wiadomość, że za decyzją prowadzących headlinerem będzie jednak młody, zdobywający rozgłos zespół z Anglii — The Rolling Stones. Złość Browna spowodowana tą wiadomością okazała się być siłą, która popchnęła go do chwały. The Furious Flames u boku Jamesa Browna dali historyczny popis wokalno-taneczny, który bez dwóch zdań przyćmił tamtej nocy The Rolling Stones. Wiele doniesień z tego wydarzenia mówi o tym jak młody Mick Jagger nerwowo palił za kulisami papierosy, obserwując dopracowane do perfekcji ruchy grupy i zwierzęcą wręcz energię i charyzmę Browna. Na dostępnych nagraniach można zaobserwować na twarzy Jaggera lekkie zakłopotanie oraz jego nieudolne próby dorównania Brownowi w trakcie występu The Rolling Stones. Legenda głosi, że to wydarzenie popchnęło później Jaggera do eksplorowania swojego motorycznego ekscentryzmu.

Na kolejne lata kariery Browna przypada krystalizowanie się jego nowego, niepowtarzalnego stylu, który jawnie przebijał się już przez bluesową stylistykę utworu Out of Sight. W 1965 roku Brown wydał kolejno 3 single — Papa’s Got a Brand New Bag, I Got You oraz It’s a Man’s Man’s World, które nie tylko znalazły się na szczycie list przebojów R&B i Popu, ale znane dobrze są wszystkim do dziś, blisko 70 lat po ich wydaniu. Dwa lata później osobisty styl Jamesa Browna oficjalnie stał się nowym gatunkiem i otrzymał miano f​unku. W tym samym roku światło dzienne ujrzał również singiel zatytułowany Cold Sweat, który przez wielu krytyków uważany jest za pierwszy prawdziwie funkowy utwór w historii.

Niebywały sukces Browna opierał się nie tylko na jego zdolnościach taneczno-wokalnych, czy nawet biznesowych. Ojciec soulu odmienił wśród słuchaczy czucie i rozumienie muzyki. Myślał bowiem nie przez pryzmat melodii, a rytmu i konsekwentnie szukał nowych rozwiązań rytmicznych, które mogłyby nadać utworom energii i porwać do tańca nie tylko jego, ale i każdą z osób na widowni. Początkowo zaprowadziło go to do wykorzystywania synkop, czyli przesunięcia akcentu w takcie względem stałego schematu wynikającego z metrum, co przy odpowiednim użyciu tworzy coś, co przeciętny słuchacz rozumie jako groove. Kluczem i finalną pieczęcią na akcie stworzenia funku było jednak całkowite zminimalizowanie melodyki i rozebranie wszystkich instrumentów do ich rytmicznych kości. James Brown zaczął traktować sekcję dętą jako sekcję rytmiczną, która zamiast wypełniać melodyczną pustkę, okazjonalnie pojawiała się w określonym momencie taktu, dodając rytmu i energii. Brown postawił również na silne akcentowanie pierwszego uderzenia w takcie, co pozwalało słuchaczowi nie tylko lepiej odnaleźć się w rytmice całości utworu, ale stanowiło swego rodzaju mikro-zastrzyk energii, powracający cyklicznie wraz z każdym kolejnym taktem. Brownowi nie zależało na wirtuozerii, jego celem było porwanie mas do tańca.

Był nie tylko nowatorem. Przydomek The Hardest Working Man in Show Business był bezapelacyjnie trafny. W całej karierze wydał bowiem blisko 70 albumów i 145 singli, co przekłada się łącznie na ok 1900 pojedynczych utworów. Z tego aż 110 znalazło się na oficjalnych listach przebojów R&B i pop. W samym okresie 1965-1975 James Brown wydał aż 43 krążki, które trafiły na wspomniane listy przebojów.

Wpływ Jamesa Browna wychodzi jednak daleko poza funk i soul. Bezpośrednio z funku wywodzi się bowiem disco, a z obu tych gatunków — hip hop. Wiele osób uważa Jamesa Browna nie tylko za ojca funku i soulu, ale właśnie i hip hopu. Schematy rytmiczne stworzone przez Browna są bowiem fundamentami hip hopu. James Brown jest najczęściej samplowanym artystą w historii i to na jego samplach w dużej mierze powstawały pierwsze hip hopowe utwory. Styl wokalny jakim jest rap również częściowo można przypisać Brownowi, bo pomimo iż nie sam raczej używał typowo rymującej się i rytmicznej formy przekazu lirycznego, rozpowszechnił wywodzący się z bluesa styl call and response (czyt. wołanie i odpowiedź), który do dnia dzisiejszego można usłyszeć w rapowych refrenach. Jungle jest kolejnym gatunkiem, który wielokrotnie używał drum-breaków oraz charakterystycznych okrzyków Browna i częściowo zawdzięcza mu swoje brzmienie. Pop, czyli muzyka popularna, na pewno nie byłaby tym samym bez jego wpływu. James stał się archetypem tańczącej, śpiewającej i dobrze wyglądającej gwiazdy i to na jego barkach stoją tacy giganci jak Michael Jackson czy Prince, którzy otwarcie mówili o tym, że to właśnie on utorował im drogę oraz był ogromną inspiracją. Podczas jednego z pierwszych przesłuchań The Jackson 5, młody Michael imitował zresztą ruchy Jamesa Browna, coverując z braćmi jego utwór I Got The Feelin.

Po długiej i bujnej karierze James Brown zmarł w 2006 roku w Atlancie w wieku 73 z powodu zawału serca. Pomimo szwankującego już zdrowia zdawał się całkowicie oddawać się muzyce, a jego legendarna energia nigdy nie przeminęła. Jedna z członkiń jego zespołu opowiadała, że kiedy grali wspólnie jeden z ostatnich koncertów, James był w kiepskim stanie fizycznym, jednak nalegał, że musi zagrać choćby świat miał się walić. Lekarz założył mu więc cewnik, dał pobudzający zastrzyk, po czym 73 letni James Brown zagrał półtoragodzinny koncert, na koniec którego w przypływie euforii scenicznej skoczył do znajdującego się obok sceny basenu, z którego wyławiać go później musiał jego zespół.

Czego by o nim nie powiedzieć, James Brown wpłynął na kształt dzisiejszej muzyki jak mało który artysta i stał się nieśmiertelny dzięki swojemu dziedzictwu. Udowodnił całemu światu, że przy odpowiedniej dawce samozaparcia, dyscypliny i konsekwencji w dążeniu do celów można osiągnąć  literalnie wszystko. Nie ważne skąd się zaczyna.

Oskar Pągowski