Archiwum

Turnover – I See You And Realize

Sześć lat – dokładnie tyle należało czekać na nową muzykę od Turnover. Amerykański zespół postanowił przerwać milczenie i tuż na początku maja zapowiedział nie tylko nowy album, lecz od razu wypuścił dwa single: Nightjar oraz I See You And Realize, który został naszym Mocograjem. Premierze płyty Down On Earth towarzyszy wiele ekscytacji i nie mówię tu wyłącznie o tej, stojącej po stronie fanów – nadchodzące wydanie będzie pierwszym, które Turnover wypuści niezależnie. Stanowi to znaczącą zmianę, ponieważ poprzednie pięć krążków powstało we współpracy z wytwórnią Run For Covers Records. 

Póki co trzeba powiedzieć, że “wyjście na swoje” naprawdę im się udaje. Single, z którymi zostaliśmy zapoznani wydają się nawet bardziej osobiste niż to, co do tej pory prezentowało Turnover. Co najważniejsze – zespół dalej brzmi tak, jak najlepsze czasy emo indie rocka. Niemniej jednak wyraźnie słychać świeżość oraz nowe pomysły na egzekwowanie wypracowanego przez nich stylu, łączącego w sobie także grunge i dream pop. Tym samym Down On Earth zapowiada się jako solidny krążek, który może okazać się najlepszym soundtrackiem do nadchodzącego lata. 

Kto wie, może tegoroczne Turnover summer sprawi, że emo znów będzie cool?

Paulina Madej

American Football

Zdjęcie zespołu American Football

Z początku nie myśleli nawet o sobie jako o zespole. Rozpadli się jeszcze przed wydaniem debiutu. Przez 15 lat nie brali w ogóle pod uwagę tego, że ktoś może być zainteresowany ich powrotem do wspólnego grania. Wydawało się, że American Football, nasz Artysta Tygodnia w Radiu LUZ, bezpowrotnie rozpłynęli się gdzieś na południe od Chicago i że na zawsze jedyne co po nich pozostanie, to kultowy pierwszy album; tymczasem oni powrócili i właśnie wypuścili swoje LP4.

 

Najważniejsze nazwisko dla muzyki midwest emo? Niewątpliwie Kinsella. Zaczęło się od tego, że Tim Kinsella, licealista z przedmieść Chicago, spóźnił się na próbę swojego zespołu. Gdy w końcu się zjawił, odkrył, że koledzy już grają, a w roli gitarzysty zastąpił go jego młodszy brat Mike. Młody był na tyle dobry, że został na stałe, a gdy z zespołu wykruszył się bębniarz, Mike zaproponował, że nauczy się grać na perkusji. Cap’n Jazz, bo taką nazwę ostatecznie przybrała ta grupa, przeszli drogę od punkowego grania do bardziej kombinowanego brzmienia, charakterystycznego dla gatunku rodzącego się w ich rejonach geograficznych. Później bracia grali jeszcze wspólnie w Owls oraz Joan of Arc; z tym ostatnim zespołem współpracował również ich kuzyn Nate, który obecnie jest członkiem grupy założonej przez Mike’a jakiś czas po rozpadzie Cap’n Jazz. Grupą tą jest kultowe American Football.

Gdy Mike Kinsella rozpoczął studia na Uniwersytecie Illinois w Champaign, zamieszkał ze Stevem Holmesem, którego znał już z czasów licealnych. Czasem grywali razem, chociaż generalnie byli zaangażowani w inne zespoły. Kinsella dołączył do The One Up Downstairs, w którym na perkusji grał Steve Lamos – chłopak z porządnym wykształceniem muzycznym, chociaż wciąż uczący się swojego obecnego instrumentu. Po rozpadzie tego składu Lamos zaczął grywać z Holmesem, a po kilku tygodniach zaprosili do wspólnych prób Kinsellę. Tak narodził się skład, który miał stać się jednym z najważniejszych w historii wrażliwej muzyki gitarowej.


American Football

1999

Polyvinyl

Wyobraźcie sobie, że wyjechaliście na studia do niedużego miasta gdzieś na Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych. Jest końcówka XX wieku, więc jeszcze nie możecie spędzać całych dni na oglądaniu seriali na komputerze i obrażaniu ludzi w mediach społecznościowych. Pozostaje wam granie muzyki z kolegami. Co prawda nie macie nawet własnych instrumentów, ale radzicie sobie z tym, co akurat znajdziecie lub pożyczycie – w końcu nie planujecie grać żadnych większych tras koncertowych. Jest całkiem w porządku, ale wiecie, że studia zaraz się skończą i trzeba będzie zająć się czymś poważniejszym.

I jak, wyobraziliście sobie to? Jeśli tak, to znaczy że już wiecie jak to było w zespole American Football w ich pierwszym okresie działalności, w latach 1997-99. Kinsella, Holmes i Lamos nagrali trzyutworową EP-kę i grywali czasem koncerty w swojej okolicy; występy te jednak nie nastrajały ich pozytywnie. Granie na żywo nie było ich żywiołem, a gdy raz postanowili wyjechać na koncert do innego stanu, liczba osób na widowni podobno wynosiła okrągłe zero. Muzycy nie wiązali z zespołem żadnej przyszłości, ale jednak dalej spotykali się na wspólne próby, które ostatecznie zaowocowały tyloma napisanymi piosenkami, że po prostu wypadało zebrać je w formie albumu przed odebraniem dyplomów akademickich i rozejściem się w swoje strony. Poinformowali zaprzyjaźnioną wytwórnię Polyvinyl o swoich zamiarach, z zastrzeżeniem, że przekażą gotowy materiał, ale potem nie będą go promować ani koncertować z nim – po prostu nie bedą już istnieć jako grupa.

American Football – bo tak nazywało się to (jak i każde inne) wydawnictwo tercetu z Illinois – zaliczane jest do płyt definiujących brzmienie midwest emo, jednak wyraźnie różni się od wcześniejszych dokonań zespołów z tej sceny, takich jak Braid czy Cap’n Jazz. Mike Kinsella nie był zainteresowany muzyką hałaśliwą, zbuntowaną, czy – broń Boże – wesołą. Ciągnęło go do smutnych ballad i marzycielskich piosenek. Chociaż w czasach szkolnych był fanem Fugazi (jego mama raz zabrała go na ich koncert w Chicago, a na dodatek… upiekła ciasto dla członków ekipy Iana McKaye), to miał poczucie, że w muzyce wyrastającej z hardcore’u wszystko zostało już powiedziane i zagrane. Steve Holmes wniósł do tego zamiłowanie do zespołów z lat 60., a Steve Lamos dodał swoje jazzowe osłuchanie i wykształcenie oraz umiejętność gry na trąbce. Razem nagrali płytę, która łączy charakterystyczną dla emo wrażliwość (i, umówmy się, przeciętny wokal) z post-rockową powagą i math-rockowymi podziałami rytmicznymi.


American Football (LP2)

2016

Polyvinyl

W 2014 roku coś w Kinselli się zmieniło i wysłał do Lamosa oraz Holmesa maila z propozycją, żeby zagrać kilka koncertów jako American Football. Poza lokalnym festiwalem zaplanowali trzy występy w Nowym Jorku – wszystkie wyprzedały się na pniu. Artystycznie podobno nie były to wspaniałe widowiska, ale wśród widowni mało kto się tym przejmował. Dla ludzi ważne było to, że mogli w końcu usłyszeć na żywo piosenki, które tyle im dały, a które wydawały się już na zawsze być wyłącznie do odsłuchu w domach i na iPodach. To skłoniło zespół do tego, żeby bookować dalsze koncerty w kraju i za granicą, a także żeby pomyśleć o wydaniu drugiej płyty.

American Football, dla porządku nazywane LP2, zostało napisane i nagrane w pośpiechu, żeby wykorzystać swój moment. Zespół (do którego dołączył grający na basie Nate Kinsella) nie miał czasu na wypracowanie nowych pomysłów, czy na próby zmiany kierunku muzycznego. Drugi album był dość bezpieczny i zachowawczy: American Football kontynuowali kierunek obrany na debiucie, ale nowe piosenki nie porywały aż tak bardzo jak te nagrane 17 lat wcześniej. LP2 zebrało porządne recenzje, a fani byli zachwyceni tym, że w końcu nie muszą katować jednej płyty w kółko, chcąc posłuchać swojego ulubionego zespołu, ale można było jednak mieć po tym materiale pewien niedosyt.


American Football (LP3)

2019

Polyvinyl

Trzeci album American Football obrał już nieco odmienny kierunek od poprzednich dokonań grupy. Różnice można dostrzec jeszcze przed wyjęciem płyty z opakowania: na okładce nie pojawia się biały dom przy West High Street w mieście Urbana, w stanie Illinois, który był obecny na LP1 i LP2, a na liście utworów po raz pierwszy pojawiły się piosenki z gościnnym udziałem innych artystów. Pod kątem muzycznym zmiany również były słyszalne. Brzmienie albumu jest bardziej rozmyte niż wcześniej, klimat nieco eteryczny, a wpływy shoegaze’owe i post-rockowe są bardziej widoczne. LP3 już prawie wcale nie przypomina płyty nagranej przez zespół midwest emo; American Football w końcu skutecznie odeszli od stylu, z którym od samego początku nie chcieli być kojarzeni.

Chociaż LP3 zawiera piękne piosenki, to sam proces tworzenia płyty, a także to, co działo się później, nie wyglądały już tak dobrze. Mike Kinsella ciągle coś poprawiał po kolegach, umniejszając im i odbierając swobodę twórczą. Coraz intensywniejsze życie w zespole odbijało się na życiu rodzinnym muzyków. Kilka miesięcy po premierze albumu żona Kinselli dowiedziała się o jego zdradzie, co ostatecznie doprowadziło do rozwodu. Nadmierne spożycie alkoholu przez członków zespołu odbijało się na jakości koncertów. Pomimo nagrania bardzo dobrego albumu, wewnątrz American Football nie działo się najlepiej, co zakończyło się w 2020 roku drugim rozpadem zespołu. Steve Lamos miał już dość Kinselli i rzucił telefonem podczas zdalnej pracy nad nowymi piosenkami. Oficjalnie zostało to przedstawione jako odejście Lamosa ze względu na zmiany życiowe, ale w praktyce było końcem funkcjonowania grupy.


American Football (LP4)

2026

Polyvinyl

Całe szczęście, że Lamos nie mógł długo wytrzymać bez grania z kolegami i po dwóch latach wrócił do zespołu, który zabrał się za komponowanie nowego materiału. Ten został wydany w końcu 1 maja tego roku, jak zawsze przez wytwórnię Polyvinyl, jak zawsze pod nazwą American Football (tym razem z dopiskiem LP4). Muzyka jednak nie jest taka jak zawsze. Generalnie można uznać czwarty album grupy za kontynuację kierunku obranego na jego poprzedniku, jednak jest od niego mniej rozmarzony, a bardziej rozbuchany i miejscami również posępny. Wiele ścieżek instrumentów nachodzi na siebie i splata się na misternie przemyślane sposoby, gitary – poza typowymi dla American Football arpeggiami – grają również plamy i drony, a perkusja Lamosa gra jeszcze gęściej i bardziej kombinacyjnie niż kiedykolwiek.

LP4 to album różnorodny, pełen ciekawych zabiegów kompozycyjnych i decyzji brzmieniowych, a jednocześnie w pełni spójny, płynnie przechodzący między utworami, bez niepasujących momentów. Około 30 lat po rozpoczęciu wspólnego grania Kinsella, Holmes i Lamos (wspomagani przez drugiego Kinsellę a także przez kilku dodatkowych muzyków jeżdżących z American Football w trasy) są dojrzałym zespołem, który odnalazł nową tożsamość po okresie, w którym byli zakładnikiem kultowego debiutu. Obserwowanie ich późnego rozwoju daje nadzieje i oczekiwania wobec dalszej działalności grupy, jednak należy mieć na uwadze to, że po drodze czyha sporo zagrożeń dla jej stabilnego funkcjonowania. Mroczniejsze niż dotychczas teksty Kinselli, alkoholika zmagającego się z poczuciem porażki po rozwodzie, mogą wprowadzać w lekki niepokój; do tego dochodzą napięcia wewnątrz zespołu, które już raz przecież prawie go pogrążyły na amen, a i należy pamiętać, że nie każdy jest gotów żyć w trasie i studiu nagraniowym aż do starości. Spieszmy się zatem kochać American Football – nie wiemy jak szybko zejdą ze sceny.

Jan Rostek

Nim Nadejdzie Jesień – Sztuka mówienia przepraszam

Nim Nadejdzie Jesień wraca po rocznej przerwie wydawniczej i ponownie dopina swego zamykając lato swoim mini EP. Sztuka mówienia przepraszam to jeden z dwóch utworów na nowym projekcie Labirynt Młodości. Zespół po raz kolejny przypomina, że wrocławska scena niezależna ma jeszcze czym się pochwalić.

Sztuka mówienia przepraszam to zbiór retrospekcji, wyciągniętych wniosków i wynikających z nich przeprosin. Oprawiona krzykiem, agresywną melorecytacją, przestrzennymi riffami i energiczną sinusoidą, która zatacza kolejne łuki aż do punktu kulminacyjnego. Nowy utwór, to dla mnie to kolejny powód by umieszczać Nim Nadejdzie Jesień na czele zestawienia moich ulubionych polskich zespołów. (gdzieś obok Sklepów Cynamonowych i Mojejpołowy) Dla Was z kolei może być to powód do zainteresowania się resztą ich dorobku artystycznego. To muzyka, która porusza i przypomina o uczuciach, które czasem łatwiej odłożyć na bok. Każdy nocny spacer ze słuchawkami to mała konfrontacja. Czasami trzeba, żeby ktoś wykrzyczał nam prosto do ucha najprostsze słowa. Takie jak mantra przewijająca się w piosence:

„Chcę trwać, chcę mocniej kochać, więcej pomagać, serdecznie dziękować”

Jeśli szukacie muzyki, która wywoła w Was coś nowego, cenicie sobie introspektywne teksty w rodzimym języku, od dziecka jaracie się emo, screamo, hardcore’m lub shoegaze’m, lub po prostu lubicie wspierać projekty związane z Waszym podwórkiem. Zróbcie sobie małą przysługę i koniecznie posłuchajcie Sztuki mówienia przepraszam. Bo jesień właśnie nadeszła.

Dawid Sas

Mlody Leszcz – Miłość

Mlody Leszcz, po raz kolejny udowadnia, że miano rapera nie jest żadnym ograniczeniem. Artysta od lat buduje wyjątkowy wizerunek na polskiej scenie alternatywnej. Z każdym projektem spójność zaskakuje, otoczka intryguje, a sama muzyka zachwyca. Tych samych emocji dostarcza mi najnowszy singiel Miłość.

Reprezentant ZPN Crew, związany m.in. z PNG Boys i Dyspensa Records, niezmiennie ramie w ramie z producentem Molehead’em. Tym razem artyści romansują z post punkiem, a to już kolejny przykład gitarowych inspiracji po singlu Klej 3!, czy gościnnej zwrotce na EMO EP Holaka. Jeśli lubicie zimną falę, lub lekkie breaki to odsłuch Miłości powinien być dla was planem na dzisiaj. Najlepiej w pętli i z niesamowitym wideo, które zostało zrealizowane do tego utworu.

Dawno odsłuch singla nie zaskoczył mnie tak, jak odsłuch Miłości w piątkowy poranek. Spodziewając się klasycznej konwencji love song’a zderzyłem się z zupełnie innym klimatem. Chłodno zrobiło się już przy pierwszych dźwiękach, a historia którą Leszcz opowiada w numerze zupełnie zmiotła mnie z nóg. Olbrzymie pokłady żalu i tęsknoty, które niesie ze sobą ten utwór zostaną we mnie na długo. Jeśli myśleliście, że wiecie czym jest Miłość, to warto skonfrontować swój punkt widzenia z opowieścią Mlodego Leszcza. Nie śpijcie na tym, bo noc i tak się zawsze kończy…

Dawid Sas

 

skutki uboczne – wyglądamy pięknie

Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. Warszawsko-szczeciński duet skutki uboczne ze swoim drugim wydaniem, a co za tym naturalnie podąża, drugim mocograjem w Radiu Luz!

Chłopaki w swoich 20’s często są jak: Cześć, wyglądamy pięknie, bo to nasze najlepsze dni. Zdarza się tak, że mają pełne prawo do wygłoszenia takiej tezy, a szczególnie gdy jest to pretekst do popełniania muzyki. I to nie byle jakiej. Składająca się z trzech tracków EP-ka, która ni stąd ni zowąd pojawiła się w zeszłym tygodniu na streamingach, stanowi swoisty sequel debiutanckiego albumu. W przeciwieńśtwie do kwietniowej płytki, która sprawnie pląsała między gatunkami, tutaj dostaliśmy materiał względnie homogeniczny, stawiający na taneczny, acz zanurzony w melancholii post-punk.

Zdecydowanie warto wyróżnić Metkę i krawczyka za konstruowanie utworów prostych, acz oryginalnych, chwytliwych i zachęcających do ponownych odtworzeń. Przypatrzmy się chociażby świeżutkiemu wyglądamy pięknie – gitarka z reverbem, klasyczny automat perkusyjny i nakładające się na siebie wokale pięknych młodzianów to jak na razie niezawodna metoda na tworzenie emo-hiciorków, których czasem wszyscy potrzebujemy. A naturalny anturaż obecnie nic, tylko sprzyja.

Janek Dąbrowski

goddie – barely breathing

goddie - barely breathing (cover art 3k)

Goddie, czyli właściwie Wojtek Filipowicz dał się poznać swoim słuchaczom z wielu różnych stron. Wokalista Syndromu Paryskiego i autor ambientowo-noise’owego projektu Greenwald Lads Club, czy chociażby DJ z zamiłowaniem do sceny jungle i producent, któremu granice gatunkowe są zupełnie obce. Jako goddie prezentuje kolejny singiel pod skrzydłami Peleton Recordsbarely breathing.

Obecnie w swojej solowej twórczości jako producent miesza wpływy jungle, break core’u, cloud’u i hyper popu. Do warstwy zrekonstruowanych podkładów perkusyjnych dodaje liquid’owe ambientowe dźwięki. Nie ucieka też od intensywnych hyperowych melodii, zahaczających o estetykę DGSBE . Dopełnieniem wszystkiego jest oczywiście nawijka goddiego, która balansuje między subtelnymi wokalami budującymi płynne tło i bardziej trapowym wydaniem jak w urfacee, czy barely breathing.

W najnowszym singlu możemy usłyszeć goddiego w wyjątkowym wydaniu, którego nie otrzymaliśmy jeszcze dużo. Ewidentnie odbija się w nim zaangażowanie w rapową scenę wywodzącą się z soundclouda i eksperymentowanie z zaczerpniętym z niej brzmieniem. Jeśli jesteście ciekawi co otrzymamy po połączeniu tego z junglowym sznytem i podszyciu całości emo liryką to koniecznie zobaczcie co goddie ma do zaprezentowania…

W sieci znajdziecie też klip autorstwa Tanuki Productions, czyli Dawida Graczyk & Bastiana Najdka.  Emo chłopaki z Poznania chyba mają się nieźle d[-_-]b

Dawid Sas

 

 

Lochy i Smoki – Powiedz, że wystarczam

Lochy i Smoki - "Powiedz, że wystarczam" cover art

Lochy i Smoki wracają z singlem Powiedz, że wystarczam. Chociaż emo nadal pozostaje niezależną niszą gatunkową, wielu dopatruje się sporych szans na to, że przebije się w końcu do szerszego grona słuchaczy. Wszystko wskazuje na to, że Lochy i Smoki mają olbrzymi potencjał, by do owego przebicia się przyczynić. Reprezentanci Peleton Records sprawili niemałą niespodziankę swoim słuchaczom prezentując niezapowiadany wcześniej singiel.

Przede wszystkim Lochy swoimi tekstami tworzą bezpieczną przestrzeń, gdzie każdy zmagający się z codziennością znajdzie swoje miejsce. Odczarowanie obrazu toksycznej męskości, w której nie ma miejsca na okazywanie uczuć i potrzebę walidacji. Chęć zrozumienia siebie, swoich słabości i zaakceptowanie ich. Dla mnie to muzyka, która prosi się o wykrzyczenie w eter i każdemu polecam uskutecznienie takiego podejścia.

Sam numer (i cała twórczość Lochów i Smoków) balansuje na przełomie „ciężkiego” grania, przez co idealnie nadaje się zarówno dla słuchaczy indie, którym brakuje trochę agresywniejszej energii, jak i fanów hardcore’u, którzy potrzebują spokojniejszej chwili na introspekcje. Jak pisze wytwórnia:

„Powiedz, że wystarczam” to utwór o niepewności i mierzeniu się z narzucanym sobie samemu poczuciu niskiej wartości. To motywy bliskie dotychczasowej twórczości Lochów i Smoków, ale wynikające wyłącznie z autoterapeutycznego podejścia do własnej muzyki.

Co więcej, singiel zapowiada EPkę Powiedz, że wystarczam, która ukaże się już 19 maja pod szyldem Peleton Records. Na YouTubie utwór odsłuchać można razem z lyrics video. Premiera EPki związana będzie z trasą koncertową, na której razem ze Zwidami zawitają już niedługo m.in. we Wrocławiu.

Dawid Sas

daysdaysdays – tak mi lepiej

daysdaysdays - tak mi lepiej

daysdaysdays, czyli warszawskie trio w składzie: Jacek Piątkowski (wokal, perkusja), Filip Holka (gitara) i Paweł Porzych (bas, wokal). Po ponad rocznej ciszy wracają z singlem tak mi lepiej, przynosząc nam przedsmak ciepłych letnich wieczorów. Jak na zespół związany ze stylistyką emo, daysdaysdays w swoich tekstach między narzekaniem na niewdzięczną codzienność wplata całkiem sporo wiary w lepsze jutro.

 

Nie możemy się oczywiście zupełnie zachłysnąć tą wiarą, bo nadal czeka nas jutro kolejny budzik, autobus i wiadomości od kumpli. Zespół pokazuje jednak swoją receptę na rozwiązanie tych problemów i oczyszczenie głowy z niepotrzebnych myśli. Utwór z jednej strony śmiało można wykorzystać do siedzenia na fotelu i prokrastynowania, a z drugiej do robienia najenergiczniejszego pogo pod sceną. Całość dodatkowo zasilona została całym magazynem nostalgii w postaci klipu. Seria kadrów ze wspólnych prób, koncertu w Drizzly Grizzly i twarze, które możemy kojarzyć ze Zwidów, czy Syndromu Paryskiego. Ostatecznie daysdaysdays pod banderą Peleton Records jak zwykle zapewniło nam porcję świetnego rocka.

Jeśli też macie ochotę oddać się na chwile tej nostalgii i rzucić wszystko inne w kąt, to chyba najwyższa pora!

Dawid Sas