Archiwum

Miły algorytm. O tym, co tracimy, gdy nikt nam się nie sprzeciwia

Obietnica neutralności, czyli jak algorytm miał pomagać

Sztuczna inteligencja wkroczyła do naszego życia z obietnicą wsparcia, automatyzacji i usprawnienia. Miała być narzędziem neutralnym, precyzyjnym i obiektywnym. Tymczasem coraz częściej okazuje się, że SI ma opinię na wszystko. Co ciekawe, zazwyczaj jest to opinia, którą chcielibyśmy usłyszeć. OpenAI dostrzegło ten problem i w najnowszej wersji swojego modelu GPT-5 wprowadziło zmiany mające ograniczyć tendencję do bezrefleksyjnego przytakiwania. Efekt? System rzeczywiście rzadziej zachowuje się jak cyfrowy lizus w porównaniu z wcześniejszymi wariantami, takimi jak GPT-4.1 czy GPT-4o. Pytanie brzmi jednak: czy to wystarczy?

Od starożytnego sykofanta do cyfrowego pochlebcy

Zgłębiając temat najbardziej bezpośrednich form cyfrowego lizusostwa, warto przywołać dość egzotycznie brzmiący termin wykorzystywany przez naukowców badających to zjawisko. Według SJP sykofancja to „umiejętność przypodobania się przełożonemu pochlebstwem i donosicielstwem”. Etymologicznie pojęcie to towarzyszy nam od zarania kultury europejskiej. W starożytnej Grecji sykofantem nazywano zawodowego donosiciela. Co prawda chatboty nie są stworzone do zbierania informacji o naszych występkach, jednak ich skłonność do pochlebstw i lizusostwa jest niezaprzeczalnym faktem, który zauważyli nawet sami twórcy.

SI jako współczesny „people pleaser”

Pomiędzy starożytnym sykofantem a współczesną odmianą sykofancji pojawia się zjawisko tzw. „people pleasera”, które w dużej mierze odpowiada dotychczasowemu spojrzeniu na lizusostwo sztucznej inteligencji. Badania przeprowadzone przez Myre Chang z Uniwersytetu Stanforda wykazały, że popularne chatboty skłaniają się ku akceptacji i pozytywnej ocenie etycznie problematycznych deklaracji użytkowników, wykazując w tym zakresie znacznie większą aktywność niż ludzie. Naukowcy zauważają, że potwierdzająca i pochlebiająca postawa sztucznej inteligencji może tworzyć zależność od systemu i osłabiać naszą naturalną skłonność do prospołecznych zachowań.

Kiedy technologia uczy złych nawyków

W praktyce oznacza to, że w sytuacjach konfliktowych człowiek traci zdolność rozważenia alternatywnych perspektyw, a gdy planuje działania moralnie wątpliwe, SI może przełamać jego opory i zainspirować go do ich podjęcia. Twórcy tych narzędzi nie pozostają bierni, szukają sposobów na zmianę tej sytuacji eksperymentując z różnymi podejściami. Microsoft niedawno zaprezentował funkcję o nazwie Real Talk dla swojego Copilota, rozwiązanie, które zmienia fundamentalne założenie dotyczące roli asystenta cyfrowego. Zamiast wspierać każdą ideę użytkownika, model celowo ją kwestionuje.

Gdy przytakujący algorytm się myli

A co jeśli przytakujący algorytm popełni błąd? Spośród wielu pozornie błahych przypadków, takich jak zmyślone źródło w pracy naukowej czy zakup nieodpowiedniej żarówki do lampki nocnej, w przestrzeni publicznej coraz częściej obserwujemy poważniejsze wpadki cyfrowych pomocników. Najświeższy przykład to historia szesnastolatka z Baltimore. Taki Allen czekał na rodziców przed liceum, trzymając paczkę chipsów. System monitoringu oparty na SI rozpoznał ją jako broń palną. Osiem radiowozów, uzbrojeni policjanci, polecenie położenia się na ziemi. Po przeszukaniu: Doritosy. Żadnej broni. Tylko chipsy i nastolatek, który stał się ofiarą algorytmicznego absurdu.

Producent systemu wyraził ubolewanie, ale jednocześnie bronił działania swojego produktu. Według twórców system wykonał prawidłowo swoją pracę, to ludzie podejmowali decyzje na podstawie jego danych. Wskazano też, że wykrywanie broni w rzeczywistych warunkach jest technicznie niezwykle trudne i zawsze istnieje ryzyko pomyłki. Taki był argument producenta.

Inteligencja, która nie zastąpi rozsądku

Technologia lubi udawać, że wie lepiej, ale ostatecznie to my ponosimy skutki jej błędów i uproszczeń. Sztuczna inteligencja, choć stworzona, by pomagać, potrafi łatwo zamienić się w cyfrowego pochlebcę – raz poklepie po ramieniu, innym razem utwierdzi w przekonaniach, a czasem nawet uczyni z paczki chipsów sensację na miarę hollywoodzkiego thrillera. Nie dlatego, że jest złośliwa, lecz dlatego, że wciąż uczy się świata opartego na naszych oczekiwaniach i lękach.

Żaden system, nawet naszpikowany najbardziej zaawansowanymi algorytmami nie zastąpi nam zdrowego rozsądku. Chcemy, by sztuczna inteligencja rozumiała nas lepiej i przyznawała rację, gdy ją mamy, a sprzeciwiała się, gdy błądzimy. Jednak jeśli sami nie nauczymy się stawiać pytań, nie oczekujmy, że zrobi to za nas maszyna.

Zapraszamy do odsłuchania pełnej rozmowy na naszych streamingach, oraz na kolejne odsłony audycji CyberLUZ w każdy poniedziałek o godzinie 14:00 na 91,6 FM.

Tekst: Michał Cimaszewski

 

Między szczytem a powiadomieniem. O cyfrowej rewolucji turystyki górskiej

Aplikacje turystyczne przenikają przestrzeń górską od kilku lat. Zmienia się sposób, w jaki się po nich poruszamy, planujemy wycieczki i doświadczamy natury. Ale czy ta zmiana idzie w dobrym kierunku? Czy technologia wspiera nas w odkrywaniu gór, czy raczej odcina od tego, co w nich najważniejsze?

Bezpieczeństwo i dostępność to realne korzyści

Nie da się zaprzeczyć, że aplikacje turystyczne zmieniły realia górskich wędrówek na lepsze. Nawigacja GPS, mapy offline, funkcje ratunkowe. To narzędzia, które mogą uratować życie. Aplikacja Ratunek przesyła dokładną lokalizację do GOPR i TOPR w sekundę, co w sytuacji zagrożenia może być kluczowe. Prognozy pogodowe ostrzegają przed burzami, funkcje śledzenia na żywo dają bliskim spokój ducha, a szczegółowe plany tras pomagają oszacować czas i trudność wędrówki.​

Dla początkujących turystów to ogromne ułatwienie. Dawniej wejście w góry wymagało doświadczenia i odwagi. Dziś aplikacja prowadzi za rękę, pokazuje drogę, podpowiada, co dalej. Mapy cyfrowe są dokładniejsze niż papierowe, aktualizacje ostrzegają przed zamkniętymi szlakami, a społeczności użytkowników dzielą się praktycznymi radami przygotowania do dalszych działań w terenie. 

To wszystko prawda, jednak ma to swoją cenę.

Dokumentowanie zamiast doświadczania

Główny problem nie leży w samej technologii, ale w tym, jak z niej korzystamy. Coraz częściej obserwujemy zjawiska, które można nazwać turystyką „Instagramową”. Ludzie wędrują po górach, ale ich uwaga skupiona jest na smartfonie. Zdjęcia do mediów społecznościowych, relacje na żywo, sprawdzanie statystyk, śledzenie liczby kroków, porównywanie wyników z innymi. To wszystko odciąga nas od bezpośredniego kontaktu z przyrodą.​ Nie chodzi tu o bezpośrednie odniesienie do konkretnej aplikacji, ale do samego procesu masowego publikowania informacji o naszych górskich przebojach w mediach społecznościowych.

Presja społeczna, by dokumentować każdą chwilę, sprawia, że góry przestają być miejscem wyciszenia i zaczynają pełnić funkcję scenografii do perfekcyjnego posta. Zamiast patrzeć na widok, patrzysz na kadr. Zamiast słuchać ciszy, słuchasz powiadomień. Zamiast być obecnym, jesteś zajęty transmitowaniem swojej obecności innym.​

Obserwujemy to wokół siebie coraz wyraźniej. Turysta na szczycie spędza więcej czasu nad telefonem niż nad krajobrazem i unikalną panoramą miejsca. Zdjęcia robione są nie po to, by zapamiętać moment, ale po to, by się nim podzielić. Rezultat jest taki, że doświadczenie rozmywa się między ekranem a rzeczywistością. 

Cyfrowe tłumy

Drugi poważny problem to overtourism napędzany przez aplikacje i media społecznościowe. Ludzie wybierają szlaki nie ze względu na piękno czy unikalność sportowego doświadczenia, ale dlatego, że są popularne w rankingach aplikacji i mają dużo zdjęć na Instagramie. Influencerzy outdoorowi, publikując dokładne lokalizacje i idealizowane fotografie, kierują tłumy w te same miejsca, które wywołują największy ruch na ich mediach społecznościowych. 

Efekty są widoczne gołym okiem. Gigantyczne kolejki na Giewont, przepełnione szlaki w Tatrach, atmosfera bardziej przypominająca centrum handlowe niż dziką przyrodę. To nie tylko problem komfortu. To realne zagrożenie dla środowiska. Góry są odporne na wiele rzeczy, ale nie na ciągłą presję tysięcy par butów dziennie. Erozja szlaków, zniszczona roślinność, śmieci, hałas. To wszystko konsekwencje nadmiernej popularności niektórych tras.​

W Tatrach sytuacja stała się na tyle poważna, że służby parkowe apelują o odpowiedzialne  planowanie wycieczek, na terminy oddalone od szczytu sezonu. Ale czy te apele docierają do osób, które przyszły głównie po zdjęcie?​

Kruchość cyfrowych wspomagaczy

Technologia ma jeszcze jedną, mniej oczywistą wadę. Sprawia, że tracimy podstawowe umiejętności orientacji w terenie. Coraz więcej turystów nie potrafi czytać mapy papierowej, nie wie, jak posługiwać się kompasem, nie umie ocenić warunków atmosferycznych czy oszacować czasu przejścia po topografii miejsca. 

W normalnych warunkach to nie stanowi problemu, kilka kliknięć i sprawny algorytm wykona za nas tę często monotonną i wymagającą dokładnej uwagi pracę.  Co jednak  w sytuacji, gdy bateria się wyczerpie, telefon spadnie i rozbije ekran, albo po prostu zabraknie zasięgu w górskiej dolinie? Wtedy okazuje się, że nasz kompas cyfrowy jest bardziej kruchy, niż nam się wydawało. A góry nie mają trybu awaryjnego, wymagają od nas konkretnych umiejętności przetrwania. 

Szukanie równowagi w świecie algorytmów

Rozwiązanie nie leży w odrzuceniu technologii. To byłoby naiwne i niepraktyczne. Kluczem jest świadome korzystanie z dobrodziejstw współczesności. Aplikacje mogą być doskonałym narzędziem wsparcia, ale nie powinny zastępować bezpośredniego doświadczenia.

Coraz więcej osób poszukuje cyfrowego detoksu w górach. Świadomie zostawia telefon w plecaku, wybiera trasy mniej popularne, rezygnuje z dokumentowania każdej chwili. To doświadczenie bardzo szybko uświadamia nam, jak ważne są umiejętności praktyczne, które dają nam zarówno podstawę do zachowania bezpieczeństwa, jak i głębszą więź ze środowiskiem górskim, chronionym przed intensywną ingerencją człowieka.

W ostatnich latach coraz popularniejsze stają się szkolenia stawiające nacisk na naukę umiejętności mających praktyczny wpływ na nasze bezpieczeństwo w górach. Akademia GOPR i TOPR są najlepszym przykładem tego podejścia. Często oferują bezpłatne szkolenia dla zainteresowanych turystów, udzielając wiedzy, która rzeczywiście ratuje życie w warunkach górskich i daje poczucie bezpieczeństwa. 

Góry czekają

Technologia w górach to rzeczywistość, nie zniknie, nie cofnie się. Pytania są jednak bardziej skomplikowane niż mogą się wydawać: jak korzystać z aplikacji, by wspierały nasze bezpieczeństwo, ale nie pozbawiały autentyczności? Jak dokumentować doświadczenia, ale nie zatracić się w procesie? Jak dzielić się odkrytymi miejscami, nie przyczyniając się do ich degradacji?

Odpowiedzi nie przychodzą łatwo, ale być może warto zacząć od rzeczy prostych. Wyłączyć powiadomienia na szlaku, zrobić jedno zdjęcie zamiast trzydziestu, zatrzymać się i po prostu patrzeć na widok bez pośrednictwa ekranu, bez filtrów, bez myślenia o opiniach znajomych.

Góry oferują coś, czego algorytmy nigdy nie będą w stanie odtworzyć: przestrzeń do myślenia, ciszę do słuchania, piękno do doświadczania. Jednak to wszystko wymaga od nas jednej rzeczy – świadomej obecności, tu i teraz. 

Zapraszamy do odsłuchania pełnej rozmowy na naszych streamingach oraz na kolejne odsłony audycji CyberLUZ w każdy poniedziałek o godzinie 14:00 na 91,6 FM. 

Tekst: Michał Cimaszewski

 

Cyfrowe utopie i antyutopie – przewodnik po zakrętach technologicznej codzienności

Włączasz komputer, łapiesz za telefon – czy to naprawdę drzwi do świata, czy może raczej klucz do klatki, którą ktoś dla nas zaprojektował? Jeszcze niedawno technologia wydawała się obietnicą wolności: świat bez granic, szybkie połączenia, nowe możliwości. A dziś? Gdzieś na osi od projektów typu Wifi4EU i blackout w Afganistanie rozpięto cyfrową linę, przez którą przedzieramy się z dużą dozą nadziei pomieszanej z lękiem przed ekstremalnie intensywnym rozwojem cyberprzestrzeni.

Jeden hotspot dla Europy, jeden guzik dla Afganistanu

Unia Europejska zapewnia „Wi-Fi dla wszystkich” – publiczne hotspoty we wszystkich zakątkach kontynentu mają być gwarancją dostępności i równości. Wystarczy jednak spojrzeć na Bliski Wschód, by poczuć chłód: blackout w Afganistanie uderza nagle, zostawiając 43 miliony ludzi w cyfrowej próżni bez kontaktu, informacji, głosu. To nie awaria, to kalkulacja – narzędzie władzy, która wyłącza z globalnego obiegu nie tylko Internet, lecz także ludzi. W jednej chwili zamiast otwartego okna mamy mur. Nawet jeśli nie widzimy go za własną szybą, to jego cień pada i na nas.

Punkty za posłuszeństwo, punkty za bunt – chińska opowieść science fiction, która dzieje się naprawdę

Wyobraź sobie, że wszystkie Twoje kroki są rejestrowane na niewidocznym liczniku. Każdy ruch ma swoją cenę, a algorytm nie zapomina nikogo. Chiński system punktowej oceny obywateli to nie science fiction, lecz rzeczywistość ponad miliarda ludzi. Rządowy tryb „śledzenia obiektu” działa nieprzerwanie, a jego soczewki podważają koncepcję anonimowości. Każdy ruch, każda transakcja, każde zachowanie online i offline trafia do algorytmów, które przyznają lub odejmują punkty.

Zasady gry są proste i bezwzględne:​

  • Każdy pozytywny czyn – wolontariat, terminowe spłacanie zobowiązań, udział w oficjalnych ankietach, ponadnormatywna praca, whistleblowing, najprostsze uczestnictwo w zorganizowanym przez państwo życiu publicznym – jest premiowany dodatnimi punktami.
  • Każde wykroczenie drogowe, spóźnienie się ze spłatą rachunku, krytyczny komentarz w Internecie lub złamanie zakazu nagrywania spotkania urzędowego kosztuje minusowe punkty.

 

Skala jest elastyczna. Zależnie od regionu system przybiera różne nazwy, a zakres kryteriów jest elastyczny, natomiast cel pozostaje ten sam: motywacja poprzez nagrodę i karę. W Chinach wysoki scoring (punktowanie obywateli) gwarantuje m.in. zniżki u partnerów handlowych, priorytetową obsługę w urzędach oraz zwiększony limit kredytowy. Niski wiąże się nie tylko ze wstydem społecznym, a także realnymi konsekwencjami, których spektrum rozciąga się od zakazu wykupienia biletu na szybką kolej aż po blokadę rekrutacji na studia podyplomowe oraz ograniczoną możliwość rozwoju społecznego.

W ujęciu publicystycznym system ten jest przewrotnie tytułowany jako “wsparcie zaufania społecznego”, z kolei jego krytycy ostrzegają przed wszechogarniającą inwigilacją oraz arbitralnym charakterem oceniania. Decyzje o przyznaniu lub odebraniu punktów podejmują algorytmy, często oparte na nieprzejrzystych kryteriach, a obywatele nie mają prawa do odwołania. Konsekwencje systemu dotykają całych rodzin, gdyż spadek liczby punktów jednego z jej członków automatycznie rzutuje na uprawnienia innych.

W praktyce scoring obywatelski to model nadzoru zbudowany na danych, od urzędowych rejestrów po monitoring i analizę sieci społecznościowych. Każdy posterunek policyjny, bank czy korporacja technologiczna dokłada swoje informacje do wspólnej puli, tworząc cyfrowy kolaż życiorysu obywatela.

Europa stawia granice, ale czy sama będzie ich przestrzegać?

Stary Kontynent odpowiada nieco inaczej – debaty o algorytmach, kategorie ryzyka, zakazy dla najbardziej opresyjnych systemów. Parlament Europejski podjął próbę przejęcia sterów nad sztuczną inteligencją. Efekt? Trzy kategorie ryzyka:

  • Systemy niedopuszczalne – od zdalnych systemów rozpoznawania twarzy w czasie rzeczywistym do głosowych zabawek, które mogą namawiać dzieci do niebezpiecznych czynności zabaw, a przede wszystkim – scoring obywateli i klasyfikacja za pomocą algorytmu.
  • Systemy wysokiego ryzyka – te związane z decydującymi o ludzkich losach procesami, od przyznawania kredytów po nadzór nad infrastrukturą.
  • Aplikacje ograniczonego ryzyka – generatory obrazów i treści, deepfake’i pod warunkiem jawności i oznaczenia treści jako AI.

 

Z jednej strony to wyważony kompromis między innowacją a ochroną społeczeństwa. Z drugiej strony to znak, że bez regulacji algorytmiczne uprzedzenia potrafią naruszać każdy obszar życia.

Twarzą w twarz z algorytmem – nie tylko fikcja i strach

W popkulturze nie brakuje przykładów obrazujących technologiczne ryzyko związane z bezpośrednią ingerencją w życie człowieka. O tym problemie opowiada dokument Zakodowane uprzedzenie obrazujący historię Joy Buolamwini z MIT Media Lab. W jej przypadku algorytmy rozpoznawania twarzy gubiły się przy ciemniejszej karnacji i żeńskich rysach twarzy, odsłaniając jak głęboko zakorzenione są historyczne nierówności.

Warto jednak pamiętać, że technologia ma też jasne oblicze. Historia instruktorki fitness i nauczycielki wychowania fizycznego Khing Hnin Wai z Mjanmy to opowieść o niezamierzonym dokumentowaniu momentu, gdy wojsko zaczyna obalać rząd. Jej poranna transmisja stała się świadectwem przełomowego zdarzenia, dowodem na to, że wystarczy jeden live, by świat dowiedział się o tym, co skrywa zasłona władzy. Czasem informacja sama wyrywa się z rąk cenzorów, by trafić na ekrany widzów.

Jesteśmy twórcami czy tworzywem tej rzeczywistości?

Największy paradoks: publiczne Wi-Fi łączy sąsiadów i wspiera biznes, ale równie łatwo zamienia się w narzędzie nadzoru i nowy cel dla cyberprzestępców. Algorytmy pomagają przy diagnozach lub zarządzaniu ruchem, lecz z drugiej strony mogą utrwalić i powtórzyć nasze podskórne uprzedzenia w skali, o której nie śniło się ludzkości.

Chcemy być autorami czy tylko widzami tej opowieści?

Każdy wybór, każda decyzja rodzi konsekwencje. Czy włączysz VPN-a, czy zgodzisz się na śledzenie przez aplikację do zamawiania pizzy, czy zatańczysz na TikToku, współdecydujesz o cyfrowym krajobrazie, w którym dorastają kolejne pokolenia.

Porozmawiajmy o tym, czy jesteśmy twórcami czy tworzywem tej rzeczywistości. Zapraszamy do odsłuchania pełnej rozmowy na naszych streamingach, oraz na kolejne odsłony audycji CyberLUZ w każdy poniedziałek o godzinie 14:00 na 91,6 FM.

 

Tekst: Michał Cimaszewski
Redakcja: Pola Sosin