Archiwum

Spięty

Spięty – pomiędzy muzykiem a poetą

Na początku było Koli – hip-hopowe trio, które dorobiło się tylko jednej płyty. Album Szemrany teraz można już traktować jako zapowiedź unikatowej i błyskotliwej twórczości czekającej Huberta Dobaczewskiego, wokalistę, autora tekstów i kompozytora formacji. Później Koli, zamieniło się w Lao Che, które na zawsze zmieniło polską scenę alternatywną. Zespół stał się legendą jeszcze za swojego istnienia – proponował niepowtarzalne brzmienie, wyjątkowe podejście do słowa i imponującą odwagę w twórczości. Grał muzykę silnie osadzoną w sytuacji społecznej – tu warto wspomnieć o albumie Wiedza o społeczeństwie, historii – Powstanie Warszawskie, czy w religijnych dylematach – Gospel.

Lao Che zawiesiło działalność w 2019 roku, a Hubert Dobaczewski poświęcił się solowej karierze. Zaowocowało to tutyłami Black Mental, Heartcore, a także najświeższym, bo wydanym w 2026 roku, Full H.D. Mieliśmy czas tę płytę przesłuchać, zrozumieć ją i się w nią wkręcić. Teraz przanalizujemy ją, wraz z niezwykle interesującą sylwetką artysty w ramach cyklu Artysta Tygodnia Radia LUZ.


 

Antyszanty

2008

Antena Krzyku

Antyszanty są efektem odważnej decyzji artystycznej – sięgnięcia po gatunek niezbyt lubiany (w tym przypadku nawet przez samego Spiętego), czyli szanty. To nie przeszkodziło Dobaczewskiemu w wyprodukowaniu świetnej debiutanckiej płyty solowej, oddającej jego charakter i ukazującej kolejną odmianę jego talentu. Antyszanty nie bez powodu mają to „anty” w nazwie. Tematyka marinistyczna przeżywa na albumie przeobrażenia – zostaje poddana hiperbolizacji, ale też odarciu z klasycznych jej elementów. Autor w niektórych piosenkach rezygnuje z klasycznego w tym gatunku akordeonu, czy charakterystycznej gitary akustycznej. Wprowadza automat perkusyjny i syntezator. Czuć na tej płycie ukłon do klimatu morskich opowieści. Podmiot tęskni za kobietą, dużo pije, bywa wulgarny, a już na pewno rubaszny. Z szacunkiem dla pierwowzoru idzie jednak ramię w ramię chęć modernizacji i zabawy. Wchodząc w Antyszanty należy się spodziewać osobliwych dźwięków, ale też wywołującej porozumiewawczy uśmiech gry słów.


Nasza selekcja:


 

Erotyki

2016

Mystic Production

Nie jest to płyta solowa Spiętego, nie jest to również płyta Lao Che. Czym więc jest formacja Jazzombie? Już śpieszę z odpowiedzią – projekt powstał z połączenia zespołów Lao Che i Pink Freud. Ta artystyczna współpraca była efektem wielu zagranych wspólnie koncertów i spędzonej razem trasy. Muzycy stwierdzili, że czas przypieczętować obopólną sympatię nagraniem płyty. Tak powstały Erotyki – jedyne wydawnictwo tej polskiej supergrupy. I jest to album genialny.

Koncept jest w teorii bardzo prosty. Artyści podjęli się stworzenia aranżacji do erotyków autorstwa najsłynniejszych polskich poetów. Wybrali teksty Bolesława Leśmiana, Juliana Tuwima, Emila Zegadłowicza, Jana Brzechwy, czy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jednak forma, a mam tu na myśli piękną interpretację, jaką oferuje nam Spięty, a także minimalistyczną warstwę muzyczną, nie pozostawia wątpliwości. Projekt pokazuje naprawdę wielki kunszt muzyków wchodzących w skład Jazzombie. Erotyki są również przykładem wrażliwości, jaka charakteryzuje Huberta Dobaczewskiego. Zauważalne jest zamiłowanie wokalisty do poezji, którego odbicie widzimy później w jego autorskich tekstach.


Nasza selekcja:


Heartcore

2023

Mystic Production

Po latach zmagań z tematyką społeczną w swojej twórczości Spięty sięgnął po tematykę osobistą. Wcześniej, a szczególnie na drugiej płycie – Black Mental, artysta dokonywał szerokiego opisu aktualnej sytuacji w Polsce, eksplorował wpływ historii na dzisiejsze dyskursy i problemy. Jednak dopiero, gdy wszedł w sferę prywatną człowieka, dokonał tej najdonioślejszej płyty. Heartcore od chwili ukazania się miała charakter monumentalny – świetnie przyjęli ją fani, jak i krytycy. Wielu uważa ją za najlepszą polską płytę 2023 roku i za najlepszą płytę Spiętego. Ciekawym w wydawnictwie jest jego nieopisana unikatowość. Można próbować wyróżnić te kluczowe cechy, które sprawiają, że album jest tak dobry, ale niemożliwe jest całkowite wytłumaczenie tego sukcesu. Otacza go wyjątkowa aura intymności, a warstwa muzyczna wydaje się być tak niewymuszona, jak to tylko możliwe. Ma się wrażenie, że zajrzeliśmy do dziennika artysty, gdzie znajduje się prawda całkowicie obrana z przerysowań i teatru.

Już wielu uznało, że Heartcore musi być tym magnum opus artysty, że po prostu lepiej się nie da. Jest to odważny i moim zdaniem trochę zbyt pochopny osąd, ale nie zupełnie bezpodstawny. Płyta rzeczywiście pozostawia niewiele do dodania. Hubert Dobaczewski wprawia nas w wrażenie, że odkrył się do granic.


Nasza selekcja:


Full H.D.

2026

Mystic Production

Zaangażowani i szczególnie oddani fani Spiętego mogli bać się najnowszego wydawnictwa. Mógł pojawić się lekki niepokój związany z wysoką poprzeczką, jaką postawił sobie artysta albumem Heartcore. Tymczasem Hubert Dobaczewski słusznie odrzucił poszukiwanie klimatu z poprzedniej płyty, a poszedł w zupełnie inną stronę. Sam autor określił materiał tanecznym i nie można się z nim nie zgodzić. Czy jednak jest to płyta optymistyczna? Tego bym nie powiedziała. Ruch, zabawa, chwytanie chwili nie są na niej pierwotnym wyborem. Dynamika, którą wprowadza Spięty, jest reakcją na jakąś siędzącą głęboko melancholię. Ukazują to idealnie słowa z piosenki Stan Podgorączkowy Sobotniej Nocy:

Myślenie jest w cenie, lecz czasem nie warte zarazem. Bo przez myślenie te całe zamiast „być”, „bywałem”.

Muzycznie płyta również jest nieco inna niż poprzednie. Eksploruje różne brzmienia, jakie towarzyszyły artyście przez wiele lat twórczości, a także te, których z niej nie znamy. Piosenka Atrapa Łajdaka to walczyk rodem z ulic Paryża, Palipuenta może skojarzyć się z rapowymi ciągotami Dobaczewskiego, a Najstarszy Chłopczyk Świata to zabawa broadway’owym klimatem. Album przekazuje nam jasny sygnał – na razie klimat Heartcore zostaje gdzieś w tyle. Balladowość i delikatność poprzedniej płyty zostają zepchnięte na dalszy plan. Spięty wybiera rytmikę i czasem aż przesycone teksty, które niezmiennie zaskakują swoją pomysłowością.


Nasza selekcja:

Marysia Głowacka

Saint Etienne

Saint Etienne, czyli indie dance w pigułce

Już od niemal trzydziestu pięciu lat angielski zespół Saint Etienne zachwyca swoimi eksperymentami z dźwiękiem. Odważne połączenia to ich specjalność i to właśnie one tak słuchaczy przyciągają. Będziemy się mogli o tym przekonać – z okazji zbliżającej się dwudziestej drugiej rocznicy wydania albumu Tiger Bay wyróżniamy ich tytułem Artysty Tygodnia w Radiu Luz.


Foxbase Alpha

1991

Heavenly Recordings

To jest jeden z tych debiutów, który zaskakuje swoją pełnością. W kompozycjach nie słychać zagubienia, tylko śmiałość. Pete Wiggs wraz z Bobem Stanleyem dążą do celu, który dopiero tworzą – kreują swoje miejsce w muzyce. Kolosalne znaczenie w zdefiniowaniu swojego brzmienia będzie miało znalezienie wokalistki. Delikatny głos Sary Cracknell stanie się wizytówką grupy.

Płytę otwiera fragment francuskiego programu sportowego – intro zapowiadające eklektyzm, z jakim przyjdzie nam obcować przez resztę kariery zespołu. Po intrze cover piosenki Neila YoungaOnly Love Can Break Your Heart. Utwór zostaje przyspieszony, a melancholijny duet pianina i gitary zostaje zamieniony na mocniejszy bas i elektroniczny beat. Jest to absolutny strzał w dziesiątkę –  idealny przykład dojrzałego podejścia do muzyki, jaki charakteryzuje członków Saint Etienne. Lecz album oferuje więcej – Nothing Can Stop Us Now i Spring to piosenki, które po trzydziestu pięciu latach nadal będą wizytówkami grupy.

Debiutancki materiał wciągnął słuchaczy i zainteresował nieznanym. Płyta Foxbase Alpha zrobiła więcej, niż ktokolwiek oczekiwał – zdefiniowała moment słowami, z których wcześniej nie korzystano.


Nasza selekcja:

 


Tiger Bay

1994

Heavenly Recordings

Trzeci album studyjny grupy Saint Etienne udowadnia, że jej członkowie są muzycznymi kameleonami. Zespół nie zwalnia na nim tempa – zachwyca słuchaczy połączeniem folkowych melodii z gatunkami takimi jak techno i dub. Dźwięki harfy, smyczków, czy też fletu przeplatają się z brzmieniami syntezatorów i automatów perkusyjnych. Wszystko to zostaje dopełnione delikatnym głosem Cracknell, który płynie przez płytę nieregularnie – czasem znika, by zostawić pole do popisu hipnotyzującym i elektryzującym kompozycjom.

Tym albumem Saint Etienne udowadniają, że są w stanie stworzyć melancholijną i wrażliwą historię, ale nadać jej klimatu transowego i klubowego. Tradycyjne brzmienia łączą się z nowoczesnymi, wrażliwość spleciona jest z elektrycznością. Niewiele na tej płycie dźwięków surowych – piosenki przepełnione są duszą i zaangażowaniem.

Folk ubrany w nowoczesną aranżację zachwycił. Tiger Bay jest płytą, która pokazuje, że jej twórcy nie tylko sprawnie obserwują rzeczywistości, ale też potrafią opowiedzieć o niej w emocjonalny sposób. Wielkimi krokami zbliża się dwudziesta druga rocznica wydania krążka. On jednak nie traci na wartości – dzieje się nawet coś odwrotnego. Materiał na nim zawarty nadal intryguje, nadal jest inspiracją dla eksperymentujących. 
Dowodem na imponujące pole rażenia tej płyty jest fakt, że w 2001 roku pewna łódzka grupa muzyczna szukając nazwy sięgnęła po tytuł piosenki właśnie z tego albumu. Mowa tu o zespole Cool Kids of Death, który mimo około rockowych orientacji nie bał się czerpać z alternatywnej muzyki dance’owej.


Nasza selekcja:

 


Good Humor

1998

Creation Records

Wydanie albumu Good Humor w 1998 roku było znakiem zmiany w twórczości grupy. Utwory działają na nim jak głęboki oddech. Stanowią nowy początek. Twórczość Saint Etienne wcześniej konsekwentnie czerpiąca z elektroniki i dance’u tym razem zanurzona została w morzu akustycznych brzmień. Płytę wyprodukował Tore Johannson, który pracował przy takich projektach jak The Cardigans, i to właśnie jego zaangażowanie mogło znacząco wpłynąć na kierunek obrany podczas tworzenia albumu.

Po latach intensywnego tworzenia muzyki skupionej na eksperymentach i hipnotyzowaniu grupa Saint Etienne pozwala sobie na zachłyśnięcie popową lekkością. W kadrze pojawiają się instrumenty dęte, gitara, perkusja. Pete Wiggs i Bob Stanley nadal stoją za syntezatorami, ale nie korzystają z nich już tak często, jak na poprzednich krążkach.

Efekty tej zmiany słychać. Utwory takie jak Lose That Girl, czy Goodnight Jack pełne są elementów indie-popowych, a czasem nawet czerpią z rocka. Największym hitem z płyty okazała się być jednak piosenka Wood Cabin, która do podsumowania wydawnictwa nada się idealnie. Czuć w niej charakterystyczne dla Saint Etienne połączenie rytmiczności ze słodko śpiewającym głosem Cracknell, ale nie zabrakło miejsca dla płynącego w tle pianina i regularnie odzywającego się basu.

Album Good Humor był dla zespołu odejściem od korzeni, a może też wyjściem ze strefy komfortu. Jednak popłynięcie w stronę szwedzkiego indie popu pozwoliło grupie na rozwój, a także po raz kolejny udowodniło, że muzycy z  Saint Etienne sami ustalają, gdzie znajdują się granice ich twórczości.


Nasza selekcja:

 

Maria Głowacka

Roy Ayers

4 marca 2025 roku w wieku 84 lat odeszła w  jedna z największych legend amerykańskiego jazzu – Roy Ayers. 60 lat na scenie zaowocowało 33 wydawnictwami, które poza rozwijaniem fuzji jazzu oraz funku dały podwaliny pod największe hity hip-hopu. Dźwięki jego wibrafonu stanowiły jeden z najważniejszych głosów jazz-funkowego szaleństwa lat 70. gdy nagrywał on swoje najważniejsze projekty z zespołem Ubiquity. Przez lata stał się jednym z najczęściej samplowanych artystów w historii hip-hopu, stanowiąc esencję twórczości między innymi tak legendarnych grup jak A Tribe Called Quest. Aby upamiętnić twórczość mistrza w tym tygodniu w ramach pasma Artysta Tygodnia przedstawiamy Wam jego najważniejsze dzieła i przybliżamy wpływ na innych wielkich twórców.

 


He’s Coming

1972

Polydor Records

Początek lat 70. stanowił zwrot w twórczości Roya Ayersa. Po post-bopowo zorientowanej poprzedniej dekadzie. nastał czas na połączenie jazzowych brzmień z ciągle rosnącym w popularność funkiem. W tym celu powołał do życia formację Ubiquity, której nazwę można przetłumaczyć jako wszechobecność. Do wibrafonu i innych analogowych instrumentów dołączyły również te elektroniczne, otwierając przed muzykiem zupełnie nowe spektrum możliwości. Widać to szczególnie wyraźnie na znakomitym albumie He’s Coming z 1972 roku. Liryczna eksploracja duchowości i walki o prawa społeczne opakowana jest w kompozycje, które brzmieniowo wywodzą się z jazzu, lecz wymieszanego już z soulem, funkiem i pewną dozą psychodelii. Ain’t Got Time brzmi jak stadium przejściowe między śpiewana poezją Gila Scotta-Herona, a soulową perfekcją Marvina Gaya. Na I Don’t Know How To Love Him przepięknie lśni z kolej wibrafon lidera grupy. Największa perłą jest jednak spektakularne We Live In Brooklyn, Baby, wykorzystane później między innymi przez Kendricka Lamara i Mos Defa. Ciężko się dziwić, skoro dynamiczna perkusja stanowi esencję idealnego hip hopowego bitu. Ostre, niepokojące skrzypce fantastycznie korespondują z kłapiącym basem i stanowią niezwykły podkład dla równie nastrojowego wokalu Ayersa.


Roy Ayers dead: L.A.-born jazz-soul vibraphonist was 84 - Los Angeles Times


Everybody Loves The Sunshine

1976

Polydor Records

Motywem przewodnim w całej twórczości Ayersa jest wszechobecne ciepło. Nie bez powodu również jego najpopularniejszy album bezpośrednio nawiązuje do promieni słonecznych. Płyta Everybody Loves The Sunshine do dziś jest sztandarem stylistyki tak namiętnie celebrowanej przez Ayersa. Mowa tutaj oczywiście o harmonijnym łączeniu jazzowej instrumentacji z funkową intensywnością, której na tym projekcie jak najbardziej nie brakuje. Aura wszechobecnego entuzjazmu i pozytywności płynąca z tego krążka potrafi perfekcyjnie odwzorować wiosenne uczucie wyzwolenia spod zimowej opresji. Idealny balans pomiędzy psychodelicznym dryfem, a abstrakcyjną myślą Ayers zachowuje poprzez przeplatanie zróżnicowanych w brzmieniu utworów. Przejście ze spokojnego i jakże hipnotyzującego The Third Eye w rozpalone It Ain’t Your Sign It’s Your Mind w idealny sposób obrazuje perfekcyjny dualizm albumu. Nie można również zapomnieć o tytułowym utworze, który zsamplowano w UWAGA w 188 utworach. Dr. Dre, Mos Def, Common, Joey Bada$$ czy Larry June to tylko ułamek z kilkudziesięciu znanych współcześnie ksywek, którym Ayers użyczył ścieżek ze swojej legendarnej kompozycji. Jedno jest pewne – nie znajdziecie lepszego podkładu do ubóstwiania wiosennej bryzy w kwietniowe weekendy, kiedy słońce zachodzi już nieco później. 


Music Of Many Colors

1979

Phonodisk

Jednym z najbardziej wyróżniających się dzieł w dyskografii Ayersa jest nagrany wspólnie z Felą Kuti i jego legendarnym składem Africa 70 album Music Of Many Colors. Powstał on jako zwieńczenie kilkutygodniowej trasy koncertowej po Nigerii w 1979 roku, w trakcie której Ayers supportował lokalnego herosa. Dla Nigeryjczyków był to czas przepełniony nadzieją po upadku reżimu wojskowego, przeciwko któremu protestował Kuti przez poprzednią dekadę. Duch afrocentryzmu i odnowionej wiary w idee panafrykanizmu przeniósł się na dwie rozległe, fantastyczne kompozycje. Pierwsza z nich, 2000 Blacks Got To Be Free odwołuje się do panującego w tym czasie sentymentu o początku nowego milenium jako czasie wielkich zmian. W tym przypadku Ayers z ogromem nadziei i pasji w głosie wyśpiewuje wizję wolnej, potężnej i zjednoczonej Afryki, która nastanie przed początkiem roku 2000. Drugi utwór, Africa Center Of The World to manifest Kutiego, w którym umiejscawia on Afrykę jako oś świata, najcenniejsze terytorium, o które ciągle toczą się wojny. Skoro zaś jest to miejsce tak wyjątkowe, to jego mieszkańcy muszą też tacy być. Te wzniosłe wizje jak to zwykle w przypadku projektów ojca afrobeatu ubrane są w niepowtarzalny, niepowstrzymany groove, w którym głos i instrumenty nieustannie napędzają się wzajemnie z każdą kolejną minutą. W połączeniu z pięknymi wibrafonowymi solówkami Ayersa, Music Of Many Colors pozostaje wyjątkowym zapisem chwili nadziei na lepsze jutro dla całego kontynentu. Nawet jeśli ostatecznie niespełnionej.


Hip-hopowe dziedzictwo

 

Sampling w hip-hopie to nie tylko muzyczne zapożyczenia i recykling starych treści. Jest to przede wszystkim czerpanie inspiracji, szukanie niedocenionych wcześniej dźwięków i celebracja historii. Brzmienia z kompozycji Roya Ayersa znajdziemy w utworach A Tribe Called Quest, 2Paca czy Tylera, The Creatora. Mistrz udzielił się również na legendarnym albumie Guru Jazzmatazz Vol. 1 czy dołożył swojego geniuszu w ramach projektu Jazz Is Dead Adriana Younge i Aliego Shaheeda Muhammada. Jest jednak jeden utwór, w którym zaobserwować możemy spotkanie dwóch arcymistrzów, a mowa tutaj o utworze Little Brother od duetu Black Star. Poprzez nagranie poszczególnych partii perkusyjnych z utworu I Ain’t Got Time, J Dilla stworzył zupełnie nowy, wijący się rytm. Do genialnego podkładu dodajemy duet fantastycznych MC w składzie Mos Def/Talib Kweli i w efekcie otrzymujemy jedną z najbardziej imponujących produkcji w dziejach hip-hopu – gatunku, którego Roy Ayers do dziś jest nierozłączną częścią.

Dla świata zakochanego w produkcjach lat 70., śmierć Ayersa jest wielką stratą. Jedno pozostaje niezmienne – jego ponadczasowa twórczość w dalszym ciągu może cieszyć uszy pokoleń przyszłych muzyków.

LONG LIVE ROY AYERS

Jędrzej Śmiałowski, Jakub Bergański, Michał Lach, Filip Juszczak

Artystki Tygodnia

Z okazji Dnia Kobiet, kolejny rok z rzędu, wyróżniamy wyjątkowe artystki!

Muzyka byłaby zupełnie inna, gdyby nie kobiety, które odważyły się iść pod prąd. Ich twórczość, charyzma i odwaga inspirują, przełamują stereotypy i zmieniają oblicza muzyki. Z okazji Dnia Kobiet prezentujemy nietuzinkowe Artystki Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.


Jun Togawa

Włączając citypopowe nostalgiczne playlisty ociekające blichtrem Japonii lat 80., wcale nie tak łatwo natrafić na Jun Togawę. Może dlatego, że była jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtejszej sceny alternatywnej. Konwencjonalne normy dotyczące ról płciowych, kobiecości i relacji społecznych podważała w typowo japoński sposób – rzadko otwarcie deklarowała polityczne intencje swoich działań, ale jej teksty i wizerunek sceniczny mówiły same za siebie.

Przykładem jest Suki Suki Daisuki – piosenka, która na pierwszy rzut oka brzmi jak cukierkowe wyznanie miłości, lecz z czasem odsłania niepokojący, wręcz psychotyczny wymiar obsesji i podporządkowania. W ten sposób Togawa dekonstruowała stereotypowy obraz kobiety w japońskiej kulturze – grzecznej, uległej i pasywnej. Z kolei jej działalność w zespole Guernica eksplorowała dystopijne i totalitarne wizje świata, często nawiązujące do wojennej i powojennej historii Japonii, podkreślając lęk przed mechanizacją i kontrolą społeczną.

Jej groteskowy, buntowniczy styl stanowił radykalne przeciwieństwo kształtującej się wówczas kultury idol, gdzie kobiety miały być urocze, uległe i nieskazitelne. Togawa wywracała ten wzorzec na opak – śpiewając o obsesyjnej miłości, transformacji ciała i społecznej opresji, podważała konserwatywne normy dotyczące ról płciowych i indywidualizmu. Choć nie była aktywistką w tradycyjnym sensie, jej artystyczny przekaz miał wyraźnie krytyczny charakter i torował drogę przyszłym artystkom wyłamującym się z narzuconych schematów. Tym samym stała się jedną z kluczowych postaci anti-idol movement oraz japońskiej alternatywnej sceny muzycznej.

Jeśli w muzyce szukacie zaskakujących brzmień i nietuzinkowych postaci niczym Japończycy rzadkich figurek z automatów gashapon, to Jun Togawa jest limitowaną edycją – ukrytą gdzieś w bocznej uliczce Akihabary, czekającą na tych, którzy wiedzą, gdzie szukać.

Julia Karska


Soyeon

Jeon So-yeon na pewno znana jest fanom k-popu! To liderka jednego z najpopularniejszych koreańskich girls bandów – (G)I-DLE oraz wszechstronnie utalentowana idolka. Początki jej kariery nie należały do najłatwiejszych. Soyeon rzuciła się na głęboką wodę, chcąc rapować wyłącznie w swoim stylu. Łączyło się to z wieloma niepowodzeniami podczas przesłuchań wokalnych, jednak po dziesiątkach prób, udało się. Na początku działała sama, tworzyła piosenki i skrupulatnie dążyła do swojego celu: bycia w zespole. Dokonała tego w (G)I-DLE i, wydawać się może, że już wszystko szło po jej myśli, ale grupa wciąż nie mogła zadebiutować. Brakowało im jednego: piosenki. Soyeon wzięła to na swoje barki. Miała już doświadczenie z komponowaniem, jednak wcześniej nie planowała tego robić dla zespołu. Tym samym została także główną twórczynią tekstów (G)I-DLE. I to właśnie w ten sposób, poprzez wersy, mówi o tematach, które w Korei wciąż są obiektem zażartych dyskusji. Równość płci, a także feminizm nie zawsze spotykają się z pozytywnym odbiorem wśród koreańskiego społeczeństwa, przez co dochodzi do skrajności poglądów obu stron konfliktu. Soyeon jednak wybiera pokojową ścieżkę na rozwiązanie sporu: tworzy piosenki, sprzeciwiając się panującym obecnie w Korei standardom.

Utwór nxde traktuje o byciu zgodnym z samym sobą, a także o kobiecej sile, jednocześnie jest manifestem przeciwko seksualizacji kobiet. Nie chodzi również o bycie nagim w dosłownym znaczeniu, lecz metaforycznie gołym. Bez udawania kogoś, kim się nie jest. Nxde jednak nie spotkało tyle kontrowersji, jak inny kawałek: Wife. Po premierze tego singla (G)I-DLE oraz Soyeon dotknęła mocna krytyka. Tekst tej piosenki został błędnie zinterpretowany, a retoryczna narracja wywołała odwrotny efekt, niż było planowane. Wife bowiem to swego rodzaju pamflet, satyra wyśmiewająca kobiecą rolę typowej pani domu. To buntowniczy zew wymierzony we wciąż znormalizowane w Korei poglądy.

Jednakże Soyeon nie jest jednostronna. Zależy jej na równości, a nie dominacji jednego ogniwa. W wywiadach, a także przez swoją twórczość podkreśla, że WSZYSTKIE stereotypy muszą zostać zniszczone. Czy to te związane z wiekiem, czy też te ograniczające koreańskie idolki. Stanowisko Soyeon jest jasne: Muzyka nie ma płci.

Paulina Madej


Marina Herlop

Marina Herlop to katalońska artystka – kompozytorka, wokalistka i producentka – która wyróżnia się nietypowym podejściem do muzyki. Łączy klasyczne wykształcenie pianistyczne z nowatorskimi eksperymentami elektronicznymi, tworząc brzmienia pełne zarówno technicznej precyzji, jak i silnych emocji. Czerpie inspiracje z muzyki klasycznej oraz karnatyckiej tradycji wokalnej z południowych Indii. Jednym z wyróżników jej muzyki jest sposób, w jaki bawi się dźwiękiem i językiem. Często używa wokaliz bez konkretnego znaczenia, które zamiast słów przekazują emocje i budują wyjątkowy nastrój utworów.

Herlop zadebiutowała albumem Nanook (2016), a następnie wydała Babasha (2018), oba oparte na fortepianie i głosie. Przełomem w jej karierze było Pripyat (2022) – pierwszy album wyprodukowanym na komputerze, który otworzył jej muzyce nowe, elektroniczne brzmienia. Pełne melancholii i skomplikowanych harmonii kompozycje, takie jak miu czy kaddisch, ukazały jej talent do budowania złożonych, wielowarstwowych kompozycji dźwiękowych. Z kolei Nekkuja (2024) jest jej najbardziej świetlistym i pozytywnym albumem.

W 2024 mówiła o niewielkiej reprezentacji kobiet wśród producentów muzycznych. Statystyki są alarmujące – kobiety stanowią tylko 3,9% producentów i 12,7% autorów piosenek na najpopularniejszych listach. Herlop podkreśla, że obecność kobiet w produkcji muzycznej nie jest tylko kwestią liczbową, ale ma wpływ na całą branżę. Ich perspektywa i wrażliwość mogą wnosić nowe jakości dźwiękowe i narracyjne, które rzadko są słyszane w zdominowanym przez mężczyzn świecie produkcji.

Poprzez swoje działania i obecność w rozmowach o równości, Marina Herlop inspiruje kobiety do przejmowania kontroli nad własną twórczością i eksplorowania świata produkcji muzycznej na własnych warunkach nie poddając się oczekiwaniom ze strony branży czy odbiorców.

Julia Kuźnik


Rose McDowall

Zaczęło się od natapirowanych włosów, bladotrupiego makijażu i lekko zgrzytliwego, sennego brzmienia syntezatorów. Gotowy materiał na hit, kontrakt z 4AD i z miejsca single na szczytach list przebojów. Kariera Strawberry Switchblades była jedną z wielu synthpopowych karier z lat 80. i pewnie wspominalibyśmy dziś duet jako zespół jednego przeboju, trochę zakurzoną ciekawostkę, gdyby nie Rose McDowall oraz jej ucieczka do artystycznego podziemia.

Wokalistka coraz głębiej wchodziła w kolejne kręgi wokół Throbbing Gristle, poprzez które przewijali się w zasadzie wszyscy późniejsi twórcy postindustrialu i neofolku. McDowall jednak bardzo konsekwentnie zachowywała swoją osobność i niezależność, nie wiążąc się z żadnym konkretnym zespołem ani kolektywem. W środowisku zdominowanym przez facetów poubieranych w mundurowe sorty lub rytualne szaty, wokalistka w stroju czarownicy zdecydowanie wyróżniała się już w warstwie wizualnej.

Błędem byłoby jednak traktować McDowall tylko i wyłącznie w ten sposób, nie podkreślając ogromnego wpływu, jaki na muzykę wielu artystów (Coil, Death in June, Current 93, Sol Invictus, Nature and Organisation czy Boyd Rice) swoją eteryczną, lekko rozmytą manierą wokalną, kontrastującą z szorstkimi, marszowymi partiami gitar akustycznych. W ten oto sposób artystka, uciekając z mainstreamu do undergroundu, zapewniła sobie nieśmiertelność.

My z kolei, słuchając jej muzyki, tylko tę nieśmiertelność przedłużamy.

Maciek Tomasiewicz

 


Molly Nilsson

Molly Nilsson zadebiutowała w 2008 roku jako artystka całkowicie niezależna. Ze Sztokholmu przeprowadziła się do Berlina, miasta artystów, by spróbować swoich sił w sztukach wizualnych. Prędko jednak okazało się, że to muzyka będzie dziedziną, w której spełni się młoda szwedka. Swój pierwszy album These Things Take Time nagrała i wyprodukowała samodzielnie.

Od tego czasu pod szyldem własnej wytwórni Dark Skies Association Molly Nilsson wydała już dziesięć albumów. Brak zobowiązań i zupełna niezależność sprawiają, że jej praca jest bezkompromisowa na każdym etapie procesu twórczego i wydawniczego. Molly sama bookuje koncerty, decyduje o swojej prezencji na scenie i wybiera sklepy, w których będą sprzedawane jej płyty.

Zajmuje się również oprawą graficzną swoich albumów – czarno-białe, minimalistyczne okładki stały się znakiem rozpoznawczym artystki. Molly zerwała jednak z tym stylem wraz ze swoim ostatnim albumem Un-American Activities z 2024 roku. Okładka wyróżnia się czerwonym kolorem, jest to też pierwsze wydanie, na którym możemy zobaczyć twarz artystki. Jak sama uważa, jest to najbardziej polityczny z jej albumów:

W przypadku tego albumu czułam, że nie muszę przyciągać ludzi – po prostu nazwę go Un-American Activities, będę miała piosenkę zatytułowaną The Communist Party. To całkiem jasne i otwarte – nie muszę niczego ukrywać.

Maja Dachtera

 


The Raincoats

Po tym jak Gina Birch i Ana de Silva poszły na koncert The Slits zdały sobie sprawę, że muzyka może być kobieca. Był to pierwszy impuls do stworzenia punkowego zespołu The Raincoats. Oprócz ich dwójki reszta składu zespołu zmieniała się wielokrotnie na przestrzeni lat. Największy jednak wpływ na ich brzmienie wywarły Vicky Aspinall, grająca na skrzypcach w dwóch pierwszych albumach i Palmolive, perkusistka grająca również dla The Slits, która do nich dołączyła podczas debiutanckiej płyty The Raincoats z 1979.

Zanim natomiast płyta powstała, Vicky i Gina nie miały specjalnie dużo doświadczenia związanego z tworzeniem muzyki. Przez wiele lat mieszkały na skłocie i żyły za grosze. Komponowaniem, chociaż było to praktycznie ich jedynym zajęciem, zajmowały się jedynie amatorsko. Po latach, w wywiadach, śmieją się, że ich sposób życia oddawał idealnie ducha punku. Do kwestii feminizmu, czy po prostu nazywania się feministkami, niekoniecznie się wtedy jeszcze dumnie przyznawały. Związane było to z dużą stygmatyzacją tego określenia.

Wtedy myślało się o tym słowie, jako o czymś nieprzyjemnym. To nienawidzące mężczyzn, owłosione, śmierdzące, okropne lesbijki. Zawsze uważałam, że to spisek mediów. Nie chcieli, żeby kobiety miały własne zdanie. Nie chcieli, żeby kobiety mogły rządzić, więc sprawiono, że słowo feminizm stało się wstrętne. Ta etykieta nie była zbyt łatwa. To nie było takie, że „Hej, tak, jesteśmy feministkami i jest wspaniale.” Było bardziej „Tak, jesteśmy. Ale nie jesteśmy tylko tym.”

Chociaż poruszały problemy kobiet w niektórych utworach, nie były to ich główne tematy. Skupiały się na subtelniejszej emancypacji, która nawet nie musiała być celowa. Jednym z głównych faktur sprawiających, że ich twórczość jest ponadczasowa, jest przede wszystkim zabawa i brak wstydu związanego ze swoją innością. To dzięki temu stały się inspiracjami dla zespołów kolejnych pokoleń i to też dlatego stały się symbolami wolności dla wielu kobiet, które dzięki ich muzyce dopiero poczuły się zrozumiane. Stanowiły ważną reprezentację w bardzo męskim zawodzie.

Olga Mrozek


TOKiMONSTA

Scena beatowa Los Angeles stała się fenomenem na skalę światową. Kosmiczne brzmienia, nierzadko połamane rytmy, otulone powolnymi, parnymi syntezatorami, samplami i uderzeniami w struny basu – a to wszystko w obrębie jednej, zżytej społeczności. Producentka i DJ-ka Jennifer Lee, czyli TOKiMONSTA, jest jednak osobą wyjątkową, nawet w skali światowej stolicy kina.

W L.A. nietrudno przesiąknąć kulturą hip-hopową. Odwieczny dyskurs zachodnie kontra wschodnie wybrzeże jedynie potęgował rosnący w siłę blichtr kalifornijskiego rapu. TOKi sama przyznaje, że to dość absurdalne – drobna azjatycka dziewczynka w piątej klasie zasłuchana w Dr. Dre czy N.W.A. Niemniej swoją artystyczną wrażliwość, wraz z inspiracją czerpaną z klasyki West Coastu, przekuła w unikalną, inspirującą całość.

Jako reprezentantka drugiego pokolenia koreańskich imigrantów w Stanach Jennifer wychowała się w duchu rygorystycznego tiger parentingu. Sprzeciwiła się jednak nierealnym wymaganiom narzuconym przez rodziców i porzuciła konwencjonalną karierę, decydując, że spróbuje wyżyć z muzyki. Jak się okazało, nie tylko Kalifornia, ale i cały świat był spragniony jej występów.

Na przestrzeni lat ewoluowała muzycznie. Dzięki – niestety już zamkniętemu – klubowi The Airliner, a szczególnie wydarzeniom z cyklu Low End Theory, które pomogły stworzyć bardzo blisko współpracującą społeczność zbiorczo określaną jako bitowa scena L.A., miała okazję współpracować z takimi producentami jak Flying Lotus, Dibia$e czy Samiyam. To tam jej styl zaczął oddalać się od samplowanych, przykurzonych brzmień w stronę poglitchowanej elektroniki i tanecznego EDM-u. L.A. Beat Scene można opisać jako niekończącą się serię eksperymentów na pograniczu formy i gatunku. Za wybitny album Lune Rouge, który stworzyła mimo ciężkiego stanu po bardzo poważnych operacjach mózgu, którym musiała się poddać po zdiagnozowaniu u niej choroby moyamoya, otrzymała nominacje do nagrody Grammy, stając się tym samym pierwsza amerykanką azjatyckiego pochodzenia z takim wyróżnieniem.

TOKi, pamiętając o trudnościach, z którymi musiała się mierzyć, stawiając pierwsze kroki i próbując przebić się wyżej, wielokrotnie wypowiada się na temat nierówności płciowych w branży muzycznej oraz traktowania młodych artystek. Aktywnie uczestniczy w wydarzeniach tworzących przestrzeń dla kobiet w muzyce, takich jak pandemiczna inicjatywa Every Woman czy coroczne eventy celebrujące kobiecość w branży. Wzięła także udział w dokumencie Underplayed z 2020 roku, gdzie dzieli się swoimi doświadczeniami i inspiruje młode artystki do sięgania po swoje. Dzień Kobiet jest dla niej szczególnie ważny – jak sama mówi:

Międzynarodowy Dzień Kobiet to coś więcej niż tylko świętowanie naszych wspólnych sukcesów i osiągnięć. (…) Możemy dostrzegać sukcesy kobiet w krajach uprzemysłowionych i zachodnich kulturach, ale wciąż istnieje ogromna nierówność i kontrola wobec kobiet w wielu innych częściach świata. Powinniśmy stworzyć ruch, który pomoże tym kobietom, które najbardziej tego potrzebują.

Świętujmy więc kobiecość razem z TOKiMONSTA, która z tej okazji, w przeddzień Dnia Kobiet, wypuszcza długo wyczekiwany album Eternal Reverie, z którego mogliśmy już usłyszeć m.in. singiel On Sum z Andersonem .Paakiem czy skoczne Lucky U z Gavin Turek.

Filip Juszczak


Arca

Na początku swojej artystycznej ścieżki, w 2012 roku, albumami Strech 1 i Stretch 2 rozciągnęła się miedzy hip hopem a elektroniką i zajęła swoje miejsce pośród najbardziej rozchwytywanych osób producenckich nowego pokolenia. Współprace z bardzo docenianymi artystami, kolejne świetne projekty, wszystko to mocowało Arcę coraz mocniej w branży muzycznej. Ona jednak zawsze była sobą, nie bała się mówić tego, co uważa, zarówno w tekstach, jak i social mediach. Seria albumów KICK pokazała, jak świetnym połączeniem jest reggaeton, techno oraz hip-hop. Rozciąganie, łączenie, transformacja – to motyw przewodni w jej muzyce. Muzyce która, tak jak sama artystka, burzy nasze dotychczasowe założenia i zmusza do refleksji nad swoim stosunkiem do świata i do sztuki.

W 2018 roku ogłosiła swoim fanom, że identyfikuje się jako osoba niebinarna, a w 2019 rozpoczęła tranzycję. Była na ten temat otwarta, w tekstach i wizualizacjach przewijały się motywy rekonstrukcji, odnowy, szukania siebie na nowo. Oczywiście, będąc tak otwartą na ten temat, spotykała się z masą hejtu oraz cenzury. Wenezuelskie media ze względu na „kontrowersję”, w żadnym stopniu nie promują jednej ze swoich największych artystek. Internet jednak zadziałał i można już spokojnie powiedzieć, że Arca jest ikoną elektronicznej awangardy.

Our society hates femininity, It punishes all people who want to express their own femininity. That is the nature of the patriarchal world we live in. – pisała na tweeterze

Zawsze korzysta ze swojej platformy, aby walczyć o równość, otwartość, sprawiedliwość, queerowość i destrukcję patriarchatu. Mieszkając w Hiszpanii, nie zapomina o swoim domu, w trakcie protestów przeciwko sfałszowanym wyborom i kolejnej reelekcji Nicolasa Maduro była bardzo wokalna i korzystając ze social mediów, dbała o to, żeby świat tego nie przemilczał. Aktywnie próbuje zmieniać ludzkie uprzedzenia w walce o lepsze jutro.

Grzesiek Dukaczewski


Sarah Hennies

W świecie akademickiej muzyki współczesnej Sarah Hennies jawi się jako postać o nietuzinkowej wizji. Stwierdzenie, że jej utwory są ekstremalnie powtarzalne jest prawdą, ale nie wyczerpuje ono tematu. Repetytywny rdzeń jej kompozycji często pozwala nam dostrzec złożoność w ramach pojedynczego dźwięku, a innym razem podbudowuje polirytmiczną plątaninę perkusyjnych elementów.

Zjawiska psychoakustyczne, granice wytrzymałości wykonawców i napięcie pomiędzy partyturą a jej realizacją to wątki, jakie przewijają się w jej twórczości, zarówno na solowe instrumenty jak i różnej maści obsady kameralne. Na zeszłorocznym albumie Motor Tapes uświadczymy wielu rozciągniętych w czasie procesów sprzyjających głębokiemu słuchaniu.

W pędzącej rzeczywistości, w której wszystko walczy o naszą uwagę, taka organizacja materiału może być dla naszych uszu zbawienna.

Michał Sember


identyfikację wizualną przygotowała Ela Kmiecik

nagranie i montaż materiałów zrealizowali Szymon Lazar i Jędrzej Budzianowski

głosu do materiałów antenowych użyczyli Justyna Kalbarczyk, Olga Mrozek, Filip Juszczak i Antek Winiarski

Seweryn

Seweryn Łyś, czyli 20-letni wokalista i multiinstrumentalista z Pucka stojący za enigmatycznie zatytułowanym projektem Seweryn, oraz równolegle egzystującą formacją Seweryn z zespołem. O każdym artyście można opowiadać godzinami, analizując jego historię i próbując określić ramy gatunkowe jego twórczości. Skupię się jednak na tym, żeby przybliżyć wam postać Seweryna i to jak rozkochał mnie w swojej muzyce. W związku z premierą drugiego długogrającego albumu Petrykora, Seweryn Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Trójmiejska scena niezależna przez ostatnie lata trzyma bardzo wysoki poziom. Seweryn nieśmiało wstąpił w jej szeregi w 2018 roku, wydając debiutancki singiel Obietnice. W tym miejscu rozpoczyna się historia zagubionego młodego poety, do której wspólnego przeżywania zaprasza nas sam artysta. Na tamten moment była to kwintesencja homerecordingu, z dźwiękami strun i klawiszy efektów gitarowych w tle. Na początku 2019 roku Seweryn wydaje Pętle. Pięć gitarowych instrumentali, które wstępnie naszkicowały kierunek, w którym jego twórczość podążyła dalej. Dostaliśmy nostalgiczne gitarowe riffy, odrobinę sampli i motywy, które wróciły później ze zdwojoną siłą. A ostatecznie był to dopiero przedsmak, przed tym co Seweryn miał do zaoferowania.

Historia rozwija się niedługo później za sprawą kolejnych premier. Po prawie dwóch latach światło dzienne ujrzał Portret, czyli singiel oficjalnie zapowiadający debiutancką płytę Kieszeń pełna niczego. Chwilę później Nie Wyjeżdżaj już na dobre połączyło Seweryna z Trójmiastem, do którego się wyprowadził. Morska bryza i huk SKM-ki w tle na długo stały się nieodzowną częścią jego twórczości i codziennych inspiracji.

 

Ostatnie kroki przed debiutem

 

Kieszeń pełna niczego to opowieść, w której artysta szuka sam siebie. Trochę zagubiony w otaczającej go przestrzeni i relacjach, trochę w niezgodzie z samym sobą, u progu dorosłości. Poza klimatycznym indie zahaczającymi momentami o lo-fi, na albumie wplecionych jest wiele wstawek, takich jak Kultura Rapu, czy jazzowy break w Nie Wyjeżdżaj. Co prawda czasem w tle możemy dosłuchać się dźwięku obijanych naczyń, jednak całokształt nabiera dzięki temu wyjątkowo intymnego charakteru. Seweryn wpuszcza słuchacza do swojego życia zamkniętego w 11 utworach. Sam artysta o Kieszeni pełnej niczego pisze tak:

Malarstwo wydawało mi się zawsze bardzo subtelną i precyzyjną formą utrwalania chwili. Pędzla jednak trzymać nie potrafię, a gitarę jako tako, więc obrazy w głowie przekładam na dźwięki. Ten zbiór utworów traktuję zatem jako, siłą rzeczy, muzyczny zbiór obrazów. O niepewnościach związanych z dorosłością, o za wysokich oczekiwaniach, o samotności, przewiercających głowę wspomnieniach, szukaniu indywidualności, zawodach na ludziach i samym sobie.

 

Co to za Portret?

 

Malarstwo samo w sobie nie zostało jednak zupełnie porzucone w ramach tego projektu. Okładka albumu to obraz autorstwa Stefana Głośnika inspirowany Kieszenią. Co ciekawe Stefana można odnaleźć w wielu creditsach pod klipami, koncertami, czy utworami Seweryna. Poza reżyserią, montażem i operatorką zajmuje się grafikami, projektowaniem merchu, czy graniem na perkusji w zespole Seweryn z zespołem.

O wszystkich osobach zaangażowanych można by pisać w nieskończoność, ale osobą, o której nie można nie wspomnieć jest Ajzeja. Właściwie Paweł Belina, czyli producent i realizator od początku zaangażowany w historię muzyczną Seweryna. W wersji studyjnej (lub domowej) Ajzeja dopełnia i realizuje kompozycje Seweryna, zarówno na Kieszeni i najnowszym albumie Petrykora. Myślę, że to kluczowa informacja dla wszystkich, którzy zastanawiali się kim jest osoba podpisana jako feat na większości wydań artysty.

fot. Ola Piotrowska

Seweryn, ale to zespół

 

Równolegle z premierą debiutanckiego albumu Seweryn uformował zespół Seweryn z zespołem. Oznaczało to, że nastał czas najwyższy, by odbiorcy mogli usłyszeć na żywo co Seweryn ma do zaoferowania w zupełnie nowym wymiarze. Zespół zadebiutował 30 lipca w Paszczy Lwa na gdańskiej Oliwie. Kim właściwie są członkowie formacji? Alfabetycznie znajdziemy tam: Adama Kiśla, Antoniego Diasa oraz Marcelego Mendyka (Stefan Głośnik). Adam uczący się w Akademii Muzycznej, zajmujący się na co dzień komponowaniem w zespole zasiada za instrumentami klawiszowymi. Antek podobno z przypadku (tylko on miał bas) został basistą formacji, a Marceli, tak jak wspominałem, zajął stołek perkusisty.

Seweryn z zespołem w Schronie. Fotografia: Wiktoria Maik

fot. Wiktoria Maik

Uformowanie zespołu miało znaczny wpływ na twórczość Seweryna. Grupowe aranżacje materiału z Kieszeni pełnej niczego nadały im zupełnie nowego życia. Z szeptanego lo-fi indie otrzymaliśmy nagle energetyczną mieszankę wzbogaconą o dźwięki pianina i syntezatorów. Zgodnie ze słowami samego artysty:

Redukcja samotności poprzez zaproszenie do wspólnego przeżywania. Seweryn z zespołem to indie-transowa mozaika podszyta zamiłowaniem do jazzu i nieoczywistej ewolucji struktury. Adam, Antek, Seweryn i Stefan, w komplecie wytwarzają energię, która unosi i zbliża melodią każdego, kto znajduje się w jej zasięgu.

Seweryn z zespołem x Mosty On Tour

 

Powyższy opis swoją największą próbę przeszedł, gdy Seweryn postanowił wyruszyć w trasę koncertową razem z poznańskim zespołem Mosty. Internetowe połączenie, bardzo sprawnie przerodziło się w ambitny plan odwiedzenia kilku największych polskich miast. Jesienią 2021 roku (i niedługo później, bo przyszłej wiosny) Seweryn z zespołem zawitali m.in. do Warszawy, czy Wrocławia. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat dzielili scenę m.in. z oysterboyem, Willą Kosmos, The Cassino, Febueder, Dianką, oraz Chair. Ostatni z nich wyruszyli w zeszły piątek na wspólny weekender razem z Sewerynem. Coraz nowsze pomysły, aranże i doświadczenia wyniesione z tras zaowocowały zakończeniem prac nad drugim albumem długogrającym Seweryna.

fot. Wiktoria Maik

A co w przerwach od muzyki?

 

Zanim doszło do długo zapowiadnej premiery materiału, Seweryn podzielił się ze słuchaczami insteumentalną EP Melodie 1. W zestawieniu z pierwszym EP nabrała ona ogłady zarówno jeśli chodzi o jakość nagrania i realizację. Cztery kompozycje wzbogacone automatem perkusyjnym były krokiem pośrednim w drodze do Petrykory. W międzyczasie Seweryn zaczął studiować realizację dźwięku we Wrocławiu.

Nim dotrzemy do najnowszego wydawnictwa, na chwilę uwagi zasługują poboczne działania Seweryna. W 2022 roku ukazał się album Pestki pt.: Z miłości. Seweryn (i właściwie cały skład jego zespołu) zaangażował się w niego jako instrumentalista. W wydaniu skrojonym pod lżejsze kompozycje Pestki mogliśmy usłyszeć Seweryna w roli gitarzysty. Wokalistę usłyszeć mogliśmy też w hiphopowym projekcie Małpa oraz gościnnie na projektach skinnypope’a czy Sparrowa.

 

Petrykora

 

Przyszła wiosna 2023 i Seweryn zapowiedział premierę Petrykory. Zapowiadany 3 singlami (Ad rem, Wzór na prędkość bicia serca, Firany) album ukazał się 21 kwietnia. Projekt wielowątkowy, pełniejszy i znacznie doroślejszy niż dotychczas. Może i Seweryn nadal nie odnalazł się w dorosłym życiu, ale możemy mieć nadzieję, że jest na dobrej drodze. Jego muzyka na pewno się rozwinęła. Zabawa formą, budowanie spójnego brzmienia mimo wielu różnych odchyłów muzycznych, ale przede wszystkim bardzo dużo otwartości i emocji. To kolejny etap starcia z życiem, który jak sam mówi “dla tych, którzy próbują pogodzić wierność ideom z kupowaniem pomidorów w osiedlowym sklepie”. Sam artysta konfrontuje swoje młodzieńcze ideały z rzeczywistością i nie boi się podzielić się swoimi doświadczeniami.

Cały album wizualnie dopełniają Kacper Gasiewicz, Kacper Antoszewski i ponownie Stefan Głośnik. Album jako opowieść dopełniają trzy wideoklipy oraz opublikowana przez Seweryna Odsłuchowa Posiadówa, na której razem z osobami zaangażowanymi w powstawanie albumu opowiedział więcej o historiach, które się za nim kryją. Do preorderu dodawany był też beattape Taśmy Słowackiego, który niestety nie jest dostępny w sieci.

Podsumowując. Seweryn właściwie dopiero wypływa na głębsze wody, ale robi to z imponującym doświadczeniem. Ciężko powiedzieć, co czeka go dalej, bo branża muzyczna nadal nie bierze jeńców. Wierzę, że szczerość bijąca z twórczości Seweryna, jego zaangażowanie i przede wszystkim świetna muzyka pozwolą na odnalezienie zasłużonego miejsca. Zarówno na scenie, playlistach i w świadomości słuchaczy. Niezależnie od tego, czy potraktujecie tę muzykę jako soundtrack do rozmytych podróży SKM-ką, czy intymne przeżycie w zaciszu swojego pokoju, mam nadzieje, że znajdziecie w niej coś dla siebie.

Fotografie w  artykule:
1,2 Ola Piotrowska (@pkropkaola)
3,4 Wiktoria Maik (@wiktoriamaik)

Dawid Sas