always be there to pierwszy singiel zapowiadający nową erę w twórczości producentki ciiicho, znanej między innymi ze współpracy z Dominiką Płonką. Stojąca za pseudonimem Gabi Cichy z wykalkulowaną lekkością i precyzją wybiera harmonie i efekty, tworząc delikatny, choć równie żywiołowy krajobraz dźwięków. W jej stylu produkcji od dawna widać fascynację echem i miękkością, łącząc talent do subtelnych, klasycznych kompozycji, ze świadomością nowoczesnych wpływów elektronicznych – z artystami takimi jak Oklou czy Sega Bodega na czele.
Te inspiracje są zwłaszcza słyszalne w wyróżnianym utworze, z kompozycją płynnie mieszającą dynamikę syntezatorów z eterycznym, glitchującym sound designem. Podróżując poprzez wszystkie emocjonalne warstwy melancholii, uczucia potęguje oprawa wizualna artystki Julii Florczyk, tworząc unikatowe połączenie dźwięku i grafiki — połączenie absolutnie zasługujące na wyróżnienie mocograja!
W świecie muzyki popularnej 2025 roku, której blisko do wtórności i kanciastości tworów sztucznej inteligencji, Rosalía Vila Tobella stworzyła album (jak sama mówi) w pełni ludzki. Bez sztucznie wygenerowanych dźwięków i linii melodycznych naszpikowanych gładką i lekkostrawną nieprzypadkowością. Już nie pierwszy raz na antenie Radia LUZ jest naszą Artystką Tygodnia.
Rosalía, znana ze swojej śmiałości w przekraczaniu i zacieraniu granic gatunkowych, po takich wydawnictwach jak El Mal Querer i Motomami, wydała 7 listopada kolejny album zatytułowany LUX. Jej najnowsze dzieło jest bezpośrednim ukłonem w stronę klasycznego wykształcenia artystki (śpiew flamenco zaczerpnięty z kultury andaluzyjsko-muzułmańskiej), a zarazem manifestem głodu tego, co wyłącznie ludzkie i nieidealne — dramatyczne, pompatyczne, a co najistotniejsze emocjonalnie nieoszlifowane. Rosalía tworzy własną wizję przy akompaniamencie London Symphony Orchestra i z użyciem elektronicznych akcentów. Jest to muzyka, która wymaga od słuchacza niemal tyle samo, ile wymagała od niej w trakcie procesu tworzenia. Album inspirowany jest żywotami świętych kobiet i mistyką z różnych zakątków świata. Powstał w trzynastu językach (według części źródeł nawet czternastu), co tylko podkreśla jego monumentalny, ponadkulturowy charakter. Ogrom tych inspiracji nie oznacza zaniechania wymiaru indywidualnego, ale jest to linia ruchoma, która nigdy do końca się nie ujawnia.
Sexo, Violencia y Llantas
Track 1
Primero amaré el mundo/ Y luego amaré a Dios. Intro fortepianowe z utworu otwierającego LUX brzmi jak szkic pozostawiony w szufladzie, a jednak to właśnie w tych drobnych niedoskonałościach, w mikrodrżeniach strun głosowych, Rosalía znajduje prawdę — im więcej szczelin, tym więcej światła. Sama powołuje się na Cohena i jego słynne „there is a crack in everything”, jakby te pęknięcia były dla niej drogowskazem: miejscem, gdzie zaczyna się sens.
Reliquia
Track 2
W ReliquiaRosalía śpiewa o tym, co czyni ją sobą i jednocześnie rozprasza w świat. Fragmenty jej życia pozostają w każdym miejscu, w którym była: Paryż, Mediolan, LA, Barcelona. Język, czas, oddech, uśmiech, ślady obecności stają się relikwiami, które nosi ze sobą i pozostawia w różnych miejscach. Utwór inspirowany jest świętą Rozą z Limy, a przez metaforę relikwii bada pojęcia poświęcenia i pamięci. Klasyczne smyczki w utworze są energiczne i lekkie, a syntezatory przekształcają się w pulsujący bas, dzięki któremu mamy wrażenie niekończącej się projekcji wspomnień.
Mio Cristo Piange Diamanti
Track 5
Imperfetti agenti del caos („niedoskonali agenci chaosu”) — śpiewa artystka o sobie i o tej drugiej stronie, która razem z nią splata losy, równocześnie rozsypując i budując na nowo. Ten motyw wzajemnej dezintegracji i odrodzenia staje się symboliczną podróżą przez współzależność i miłość. W jednym z wywiadów Rosalía wspomniała, że ten utwór kojarzy się jej z babcią, wielką fanką Pavarottiego. I rzeczywiście nie brak tu dramatyzmu wielkiego śpiewaka.
La Yugular
Track 11
Inspirując się mistyczną postacią Rābiʿi al‑ʿAdawiyya, Rosalía wplata arabskie frazy i tradycje muzyczne, tak że różne kultury i światy przenikają się w obrębie jednej opowieści. Każdy człowiek istnieje w ramach najmniejszych cząsteczek, a wszechświat istnieje w ramach funkcjonowania niewidocznych procesów, które przenikają się nawzajem, tylko na pozór istniejąc osobno. Poetyckie pytania o wagę duszy z głosem Patti Smith w tle nadają utworowi rytm, w którym świat stapia się w cudowną i wytłumaczalną jedność.
Magnolias
Track 15
Horacjański przekaz utworu, zdający się wołać Non omnis moriar — Nie wszystek umrę, mówi o śmierci jako o ważnej części życia. Magnolie są kwiatami wieczności — samowystarczalne, rosły już w czasach prehistorycznych w takiej samej formie, w jakiej istnieją obecnie. To sprawia, że ich symbolika w utworze jest pomostem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Śmierć i strata traktują nas tak samo bez względu na to, kim jesteśmy, Rosalía przedstawia swoją osobistą wizję pogrzebu. Nie jest ona typowa, bo raczej szczęśliwa i niezwykła — pełna wina, śmiechu, cygar i czekolady.
Y lo que no hice en vida, lo hacéis en mi muerte.
Zamykając album, Magnolias nie kończy, lecz otwiera przestrzeń, a mantrowy rytm i obecne w tle dzwony stają się mostem między tym, co widzialne, a tym co transcendentalne.
Aby w pełni przeżyć LUX wbrew pozorom niepotrzebne są konteksty lub znajomość języków, choć ten album jest nimi naszpikowany. Czysta i niezdławiona emocja zostaje zakomunikowana w niezaprzeczalnie ludzki i uniwersalny sposób, nie rywalizując ze sferą artystycznego przesłania.
Album LUX to wgląd w sztukę absolutną. Taką, której głównym celem jest dotarcie do najczulszych punktów. Przenika, prześwietla, kontrastuje i zmienia. Przypomina próbę odwzorowania nieuchwytnego momentu wewnętrznego przebudzenia i zmiany tonacji, bo z każdym przesłuchaniem stajemy się kimś nieco innym.
ROSALÍA powraca w dramatycznym tonie klasycznej koloratury. Jej głos nie odbija się jednak od marmurów opery, lecz od betonowych ścian mieszkania na warszawskiej Pradze albo tytułowego Berghain – kultowego klubu techno w Berlinie. Całość brzmi jak gdyby ktoś zamknął Montserrat Caballé w gotyckiej katedrze zamienionej w klub nocny i kazał jej się modlić do migających wokół świateł. Ten powrót nie jest triumfalny – jest wyznaniem, zaklęciem, próbą odzyskania kontroli nad własną narracją i kierunkiem artystycznym. W jej wokalu wciąż drży flamenco, ale pulsuje też rytm klubowego, nocnego oddechu po Motomami.
Berghain to pierwszy singiel z nadchodzącego albumu Lux, który ukaże się już 7 listopada. Artystka ostrzy apetyt słuchaczy, łącząc elektronikę, chór i orkiestrę, a także odwołując się do swoich korzeni klasycznych przy pomocy trzech języków: niemieckiego, hiszpańskiego i angielskiego.
Współpraca jest imponująca na papierze — trzy nazwiska o kulturowym ciężarze. To właśnie tutaj pojawia się ryzyko: wielkie współprace często oczekują od nas, by zachwycić się samym pomysłem, zanim usłyszymy muzykę. W Berghain udało się uniknąć tej pułapki tylko częściowo. Obecność Björk i Yves Tumor jest wyczuwalna bardziej w atmosferze niż w wyrazistych partiach. ROSALÍAjest na tyle silną artystką, że sama doskonale podźwignęłaby dramaturgię utworu.
Odrobinę hermetyczny singiel Berghain dla jednych będzie doskonałym manifestem, dla innych niezrozumiałym chaosem. Jedno jest pewne. ROSALÍAdoskonale łączy teatralność, czułość i wewnętrzny egzorcyzm.
Black Country, New Road to zespół, który w ciągu zaledwie kilku lat zdobył kultowy status w alternatywnym rocku, stając się jednym z najważniejszych głosów młodego pokolenia. Ich muzyka to mieszanka post-rocka, art-popu, eksperymentalnego jazzu, chamber popu i poetyckich tekstów – odważna, emocjonalna i często głęboko osobista. Z okazji premiery ich trzeciego albumu Forever Howlong przyglądamy się dokładniej sylwetce zespołu. Black Country, New Road Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.
Po raz pierwszy…
Black Country, New Road swoją działalność rozpoczął w roku 2018, czarując scenę londyńskiego baru Windmill. Dwa następne lata grupa z Cambridge poświęciła na tworzenie albumu, który światło dzienne ujrzał na początku 2021 roku. Premiera For The First Timerozniosła się po Wyspach ogromnym echem. Był to świeżo wyciągnięty z pieca chleb, którego każdy chciał spróbować. Pierwszy gryz zawsze smakuje najlepiej, ale w tym przypadku każdy kęs był trochę inny i równie pyszny. Nie była to próba wpasowania się w utartą konwencję, lecz coś zupełnie nowego. Coś, czego do tej pory się nie słyszało.
Przybrane dziecko zespołu Slint przemówiło w sposób unikalny. For The First Timeto rollercoaster z opaską na oczach. Bez chwili przygotowania zespół zabiera nas na ekstremalną przejażdżkę, oscylującą między emocjonalnym katharsis a wbijającymi w fotel zwolnieniami. Motto tego albumu brzmi: „zanim zabrzmi bas, najpierw pojawia się gitara, a potem wokal”. Isaac Wood, wokalista zespołu, swoim słowem maluje świat młodzieńczej arogancji, mechanizmów obronnych i zaburzeń seksualnych. Towarzyszą mu przy tym nerwowo lamentujące skrzypce, łagodzący napięcie saksofon i przeszywające ciało dźwięki syntezatora. Siedmioosobowy skład grupy, niczym szaleni naukowcy, opanowuje deterministyczny chaos dźwięków i porządkuje go w jedno równanie.
To nie jest płyta łatwa, próbująca zaistnieć samowolnie, oddająca się na tacy. To muzyka, która wymaga otwartości na dźwięki nieoczywiste. A jednocześnie nagradza słuchacza paletą emocji i doświadczeń. Czasem boli. Czasem koi. Ale zawsze zostawia ślad.
Rdzeń
Istnieje żart, że aby brzmieć jak BCNR, wystarczy wziąć gitarę, zagrać w kółko trzy nuty na krzyż i zebrać sześciu wirtuozów muzycznych, którzy zrobią resztę. Jest w tym ziarno prawdy, bo choć członkowie zespołu są wybitnymi muzykami (i każdy zasługuje na osobny segment), nie sposób przejść obojętnie obok koła napędowego tego projektu, Isaaca Wooda. Ten z pozoru cichy i bardzo nieśmiały wokalista, często porównywany do Iana Curtisa wniósł do muzyki unikalną oryginalność. Jego abstrakcyjne teksty, pełne odniesień do popkultury, krążą wokół genialnych, nieoczywistych metafor i skojarzeń, które pozwalają mu poruszać wiele tematów naraz. Równie istotny co tekst jest głos Isaaca. Jego teatralne i intensywne słowo mówione kontroluje narrację, nadając brzmieniu szczególną nerwowo-spokojną atmosferę. Ekshibicjonistyczny w swoich emocjach, szczery do bólu i pełen niespokojnej wrażliwości. Bardziej niż adekwatny, pokoleniowy geniusz.
Co czyni album niepowtarzalnym? Niesamowita aranżacja, która wypływa na wody dotąd jeszcze nieodkryte i tworzy nowe szlaki dla przyszłych podróżników? A może jest to przemyślana koncepcja tematyczna, która swoją głębią i treścią polaryzuje nasze przekonania? Takich i podobnych sugestii można wysnuć wiele i każda rzuci nowe światło na to pytanie bez odpowiedzi. Jednakże wspólnym mianownikiem każdego magnum opus jest danie słuchaczowi możliwości na wyjście poza sferę dźwięków i zgłębienie uczuć i myśli artysty. Patrząc w ten sposób, Ants From Up There, czyli drugi studyjny album BCNR, niepowtarzalny jak najbardziej jest.
Wielkie pożegnanie
Rok po ukazaniu się debiutu, BCNR wydał swój drugi studyjny album. Nie był to już, rozszalały jak pies na łańcuchu, chaos z For The First Time, a bardzo czuły i słodko-gorzki dramat pełen przejmujących momentów i melodii. Isaac Wood obnaża swoją duszę przed słuchaczem, nie zostawiając na sobie suchej nitki. Bolesne wspomnienia, które zazwyczaj znajdują swoje ujście na kartkach osobistego dziennika, są tutaj wykrzykiwane najgłośniej jak się da.
Ten bagaż emocjonalny emanuje dzięki genialnej oprawie muzycznej ze strony całego zespołu. Tak jak na pierwszym albumie skrzypce i saksofon mocno się wyklinały, tutaj budują bardzo komfortową atmosferę, jakby było się częścią intymnej rozmowy na osobności. Kto by się spodziewał, że pomimo tak melancholijnego nastroju pojawią się też bardzo energiczne i raczej wesołe piosenki jak Chaos Space Marine czy Concorde, które idealnie łączą się z resztą materiału.
Nadal jest to jednak BCNR z Isaacem Woodem i również te kawałki niosą ze sobą pewną ważną dla wokalisty wiadomość. Im głębiej w album, tym coraz bardziej kruszy się skorupa, w której skrywa się frontman zespołu. Decyzja o spowolnieniu reszty piosenek okazała się strzałem w dziesiątkę. Instrumenty już nie tylko akompaniowały, a same zaczęły śpiewać. Często mówi się, że Jeff Beck potrafił zagrać na gitarze, tak żeby śpiewała. BCNR dodaje do tego saksofon, skrzypce i pianino, które są fundamentem całego albumu.
Trzy ostatnie piosenki to najmocniejsze utwory na tym projekcie. To moment, w którym Isaac klęczy już na kolanach, a cała historia zbiega do tragicznego końca. Teksty pełne są rozpaczy, rezygnacji i złości oraz idącej za tym wszystkim samorealizacji o tym co się wydarzyło. Wypowiadane na końcu Basketball Shoes słowa (piosenki oryginalnie napisanej po tym jak Isaac Wood miał sen o Charli xcx):
Oh, in my bedsheets, now wet
Of Charlie, I pray to forget
All I’ve been forms the drone, we sing the rest
Oh, your generous loan to me, your crippling interest!
to finalne katharsis, które wylewa na zewnątrz wszystko to, co wcześniej niewypowiedziane i tłumione. Jest to zarazem ostatni muzyczny statement Isaaca Wooda, który końcem stycznia 2022 roku ogłosił odejście z zespołu w celu skupienia się na swoim zdrowiu psychicznym. Przyjaźń między siódemką wirtuozów z BCNR trwa do dzisiaj, ale jak ujął to sam Professor Skye, który od lat zajmuje się analizą albumów, „Nie chcemy mieć kolejnego Kurta Cobaina”.
Na zawsze, to jak długo?
Forever Howlongto nie album o utracie Isaaca Wooda. To album powstały dzięki tej stracie – i dzięki kolektywowi, który przetrwał, by opowiedzieć kolejne, nowe historie. Zamiast próbować odtworzyć przeszłość zespół świadomie wycofuje się z post-punkowej ekspresji i emocjonalnego przesytu Ants From Up There. Ich nowe kompozycje są bardziej rozproszone, ale i bardziej intymne. Zniknęła jedna dominująca narracja – w zamian otrzymaliśmy mozaikę głosów, zmienność perspektyw i baśniowy, rustykalny krajobraz, po którym poruszamy się bez przewodnika.
Trudno w jednym zdaniu opisać brzmienie tej płyty. Przypomina ono czasem senną operę, dziecięcą opowieść, a czasem muzykę do filmu, którego nigdy nie zobaczymy. To jakbyśmy spacerowali poprzez wnętrze starego domu – niektóre pokoje są wypełnione promieniami słonecznymi, inne mają kolorowe meble i wzorzyste dywany, jeszcze inne są zaś dziwnie puste.
Ten album to świadoma transformacja nie tylko emocjonalna, ale też stylistyczna, czego najbardziej słyszalnym dowodem jest instrumentarium wykorzystane przez zespół: mandolina, banjo, akordeon, fisharmonia czy rozbrzmiewający już w pierwszych sekundach utworu otwierającego klawesyn. To odważny krok. Muzycy potęgują rolę instrumentów, które nie są dopełnieniem, a swoistym narratorem.
Teksty utworów stały się bardziej abstrakcyjne i symboliczne. Isaac pisał jak autor postmodernistycznej powieści, Forever Howlong to książka z mitami, przypowieściami i bajkowymi opowiadaniami. A pod fantastyką i alegoriami skrywają się wielowarstwowe refleksje nad sensem, przemianą i pamięcią. W porównaniu do wcześniejszych albumów ten jest bardziej efemeryczny. Utwory często przypominają listy, modlitwy czy krótkie wpisy w dzienniku. Tak jakby nic nie zostało wypowiedziane do końca. Słowa wyparowują. Pozostaje tylko światło i smutek.
A może to pytanie bez odpowiedzi? Coś, co się rozciąga – w czasie, uczuciu, wspomnieniu. Forever Howlong nie stara się być manifestem. To raczej intymne, niepewne pytanie o to, co się dzieje z nami, kiedy nie ma już tego, co nas definiowało. W tym sensie ten album to deklaracja przetrwania, ale taka bez fanfar. Jest niczym łagodna afirmacja, mówiąca, że warto coś budować od nowa, nawet jeśli nie wiadomo, jak długo to potrwa.
Forever Howlong to album, który nie chce (i nie musi) niczego udowadniać. Jest cichy, nie dlatego, że boi się krzyczeć, ale dlatego, że woli słuchać. I to jest jego siła. W czasach głośnych rewolucji Black Country, New Road pokazuje, że najgłębsza zmiana dzieje się w ciszy.
W końcu, po długim wyczekiwaniu, możemy usłyszeć najnowszy album od Artystki Tygodnia Radia Luz – FKA Twigs. Single promujące to wydawnictwo były wyborne i dawały nadzieje na więcej wyewoluowanego brzmienia brytyjskiej artystki. Twigs nie zawiodła, Striptease jest arcydziełem łączącym trap, eksperymentalną, zglitchowaną elektronikę i drum n’ bass.
W produkcję został zaangażowany artysta, który zmienił na zawsze postrzeganie hyperpopu i muzyki internetowej – Dylan Brady z duetu 100 gecs.
Sygnał brzmiący jak monitor pracy serca towarzyszy nam jak metronom, aby potem wtopić się w melodię. Trapowe werble nie przeszkadzają eteryczności, a wręcz są świetnym tłem dla wysokich, emocjonalnych wokali. Natomiast drum n’ bassowe przyśpieszenie w ostatnim segmencie, podczas którego Twigs „flipuje” swoim głosem, wprowadza słuchacza niemal w stan ekstazy.
Striptease jest idealną repezentacją tego jak zbalansowanym albumem jest EUSEXUA. Jest zawieszony gdzieś pomiędzy eksperymentalnym zacięciem, które pamiętamy z M3LL155X a popowym brzmieniem późniejszych projektów.
Tytuł jest metaforą rozbierania się z kolejnych warstw emocji
„Silk for my tears, and lace for my fears, I’m stripping my heart, till my pain disappears”
Całości dzieła dopełnia chaotycznie romantyczny teledysk w reżyserii Jordana Hemingwaya, w którym możemy zobaczyć „biblijnie poprawną” Twigs.
Czy można stworzyć portret serca? SPELLLING, czyli Chrystia Cabral, twierdzi, że tak. Jej najnowszy utwór, Portrait of My Heart, nie tylko podejmuje się tego ambitnego zadania, ale robi to z taką intensywnością i kunsztem, że trudno pozostać wobec niego obojętnym.
Już od pierwszych dźwięków słyszymy, że jesteśmy świadkami czegoś niezwykłego. SPELLLING, znana ze swojego unikalnego podejścia do muzyki, znów zaskakuje. Brzmienie jest tu gęste, wielowarstwowe, jakby każdy dźwięk był kolejnym pociągnięciem pędzla na ogromnym, emocjonalnym płótnie. Pełne koloru i brokatu pejzaże, bogate aranżacje i jej hipnotyzujący głos przenoszą nas w przestrzeń, gdzie granice między rzeczywistością a snem ulegają rozmyciu.
Portrait of My Heart to niezwykle dokładny portret. W każdym fragmencie utworu widać dbałość o szczegóły i wyraźną chęć opowiedzenia historii, która jest zarówno osobista, jak i uniwersalna. Cabral nie boi się odsłaniać siebie, eksplorować trudnych tematów, takich jak tożsamość, samotność i potrzeba bycia zrozumianym. Każdy wers tekstu brzmi jak intymne wyznanie. Pozostawiają one jednak przestrzeń dla słuchacza, by samodzielnie wypełnił puste miejsca w tej opowieści.
W kontekście jej nadchodzącego albumu ten singiel zapowiada coś wielkiego. Utwór wydaje się obiecywać, że ten projekt będzie kolejnym krokiem w ewolucji SPELLLING – artystki, która z każdym kolejnym wydawnictwem redefiniuje to, czym może być muzyka.
A Portrait of My Heart to utwór, który nie tylko się słucha – to utwór, który się przeżywa. Jest jak rozmowa, która zamiast odpowiedzi daje nam pytania. I może właśnie to sprawia, że jest tak wyjątkowy.
Japanese Breakfast wraca po 4 latach i zachwyca najnowszym brzmieniem!
Kryjąca się pod tym pseudonimem Michelle Zauner, znana z odważnego eksperymentowania z formą i treścią, w tym utworze sięga po klasyczną literaturę, by opowiedzieć historię miłości w sposób, który jest zarówno intymny, jak i epicki.
Inspiracją do powstania Orlando in Love był XV-wieczny epos rycerski Orlando Innamorato (Roland zakochany) autorstwa Matteo Marii Boiarda. To dzieło niedokończone, ale pełne miłosnych dramatów i rycerskich przygód. W Orlando in Love Zauner na nowo interpretuje tę historię, przenosząc ją w osobisty, introspektywny kontekst.
Już od pierwszych dźwięków utworu zostajemy otuleni typową dla Japanese Breakfast ciepłą, miękką gitarą. Wplata się ona w klasyczne brzmienia, tworząc niby pomost między przeszłością a teraźniejszością. Zauner nadaje temu chamber popowemu brzmieniu osobisty wymiar, podkreślając słowami, że jest to historia dla „melancholijnych ciemnowłosych i smutnych kobiet”.
Warstwa liryczna utworu jest subtelna, ale potężna. Michelle maluje obrazy miłości, która jednocześnie podnosi na duchu i unieruchamia. Jej głos – delikatny, lecz stanowczy – brzmi niczym wyznanie z listu, którego nigdy nie wysłano. Przez całość przewija się melancholijny ton, choć jednocześnie utwór ocieka jakąś dziwną nadzieją. Tak jakby miłość, pomimo swojej destrukcyjnej mocy, wciąż była wartością samą w sobie.
Orlando in Love to utwór, który z jednej strony może wydawać się dziwnie znajomy, a z drugiej – absolutnie unikalny. To muzyka dla tych, którzy szukają głębszego sensu, ale też dla tych, którzy po prostu chcą zatracić się w brzmieniu subtelnego głosu opowiadającego o miłości.
Michael Gordon nie kłamie w tytule najnowszego singla. To prawdziwy ROCKMAN.
Mk.gee już od jakiegoś czasu staje się pewnego rodzaju gwiazdą new-age’owych gitar, a fale fanów błagają o zdjęcia jego koncertowych konfiguracji pedałów i teoretyzują na temat technicznych aspektów jego brzmienia. Ciężko im się dziwić, bo artysta w niesamowicie biegły sposób bawi się nie tylko krzywieniem i rozciągnięciem specyficznych dźwięków gitar z lat 80-tych, ale także sylwetką idola i gwiazdy.
Ironizując ekstrawagancję macho artystów klasycznego rocka niczym pistolet wycelowany w zatłoczony syntezator na okładce singla, czy grając ostatni utwór na koncercie 12 razy z rzędu, muzyk nie bierze na poważnie oczekiwań i konwencji. Jednak przy całej ironii, zabawie i słyszalnych inspiracjach Brucem Springsteen’em czy The Police, ten rozmazany, niedbały i transowy utwór jest nadal pełen szczerości i miłości do gatunku, przypominając lata świetności psychodelicznego rocka i syntezatorów.
Wyróżnione przez nas ROCKMAN’owe harmonie Gordona usłyszycie w akademickim Radiu LUZ w tym tygodniu jako mocograj!
Każdej dekady pojawia się kilka albumów, o których nie tylko mówi się ponadczasowe, ale i doskonale oddające ducha swojej epoki. Wydany u progu lat 90 Hats stanowi pewnego rodzaju hołd romantyczno-popowym ejtisowym brzmieniom, domykając ten jakże legendarny okres. W najnowszym wydaniu Artysty Tygodnia przyglądamy się The Blue Nile – autorom owego krążka.
Pochodzący z Glasgow zespół pojawił się na muzycznej mapie Wielkiej Brytanii na początku lat 80, z miejsca przyciągając uwagę wszystkich romantyków. I choć nigdy nie osiągnęli statusu mega gwiazd czy wielkich sukcesów komercyjnych, nieprzerwanie utrzymują status kultowych o wiernym i oddanym gronie fanów. Z okazji 35 urodzin Hats oraz czterdziestolecia debiutu, The Blue Nile Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.
A Walk Across The Rooftops
1984
Linn
Gdyby określić jednym epitetem dorobek The Blue Nile, chyba najbardziej odpowiednim okazuje się być filmowy. Subtelna, lecz bogata mieszanka popu, jazzu, ambientu i elektroniki w zestawieniu z pełnym wrażliwości głosem Paula Buchanana powoduje, że odczuwane emocje uderzają z potrojoną siłą. Tym bardziej, jeśli teksty utworów traktują o samotności czy miłosnych rozterkach.
Taki właśnie jest A Walk Across The Rooftops – pierwszy album zespołu udowadniający, że w romantycznej muzyce pop istnieje miejsce dla form przestrzennych i progresywnych. The Blue Nile, mimo swojej subtelności, zadebiutowali z przytupem.
Hats
1989
Linn
O ile debiut The Blue Nile zawierać może w sobie namiastkę wczesno-jesiennej, młodzieńczej naiwności, tak pięć lat później, bogatsi o pewne doświadczenia, znajdujemy się pod gęstą warstwą deszczowych chmur. Wydany pod koniec 1989 roku Hats to album jedyny w swoim rodzaju, na którym główną rolę, obok przestrzennych instrumentariów i rozmarzonych tekstów, odgrywa atmosfera.
To jakby muzyczny odpowiednik obrazów Edwarda Hoppera – eleganckie postacie, w towarzystwie, lecz samotne, nocnymi godzinami przemierzające ulice wielkich miast skąpanych w deszczowej aurze. Samotnicy podróżujący od stacji do stacji w pełni świadomi tego, że każdy pociąg kiedyś odjeżdża, choćby na jego miejscu zjawił się kolejny. Tym razem deszcz pada o wiele silniej, a złamane serce – niczym pęknięte naczynie – przepuści każdą kroplę. The Blue Nile podają nam swoje jak na dłoni.
Peace At Last / High
1996 / 2004
Warner Bros / Sanctuary
Jak brzmi spokój i czy kiedykolwiek będziemy w stanie go zaznać? Po intensywnej trasie koncertowej i licznych kolaboracjach na fali sukcesu HatsThe Blue Nile zaczęli szukać odpowiedzi na przytoczone pytanie. Ta okazała się kryć w żywych, akustycznych instrumentach, czego efektem jest Peace At Last – trzeci album formacji. Choć odrobinę bardziej optymistyczny, nadal stanowi szeroki wachlarz emocji, nierzadko ukazując pełnię możliwości w spokojniejszych kompozycjach.
Nie inaczej jest w przypadku High. Po kolejnej wieloletniej przerwie i w nowym dziesięcioleciu (a nawet już millennium) The Blue Nile ponownie zachwycają. Tym razem w postaci eklektycznej fuzji wszystkich zebranych dotychczas inspiracji – od ejtisowych przestworzy po akustyczne motywy z lat 90. To album, który w przepięknym stylu zamyka ikoniczną dyskografię, pozostając po dziś dzień finalnym przykładem wyśmienitej formy, do jakiej The Blue Nile przyzwyczaili nas w ciągu całej swojej kariery.
Długo wyczekiwany przeze mnie powrót! St. Vincent, czyli Anne Clark, jedna z moich ulubionych art popowych artystek, zaskoczyła nowym singlem. Utworem, który jest przeszywający, surowy, ostry. Wyróżniający się nastrojem od poprzedniego wydawnictwa – Daddy’s Home z 2021 roku – industrialnym, zimnym brzmieniem. Artystka zapowiada nadchodzący album jako cięższy, ciemniejszy, natarczywy i psychotyczny. I nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać tego nowego, może nieco niepokojącego, oblicza St. Vincent.
Siódmy album artystki, All Born Screaming, zapowiedziany jest na 26 kwietnia. Mam nadzieję, że dostarczy nam on dużą dawkę ciemnej kobiecości i ciężkiego brzmienia, bo Clark bardzo podoba mi się w tej mrocznej szacie.
Nasze serwisy używają informacji zapisanych w plikach cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, które możesz zmienić w dowolnej chwili.