Archiwum

Mietze Conte

Mietze Conte — figlarna elektronika, klubowy eskapizm i oniryczne światy

 

Mietze Conte, czyli Matthias Oldofredi, to muzyk który schował swój radiowy szyld filous głęboko do kieszeni, aby pod nowym pseudonimem eksperymentować z dźwiękiem. Bąbelkowa mieszanka euro-dance’u i hyperpopu, której Mietze jest mistrzem udowadnia, że elektronika wcale nie musi być śmiertelnie poważna. Jako że ten wiedeński wizjoner już 6 listopada przejmie scenę w warszawskim klubie Mechanik, nie było innej opcji – Mietze Conte zostaje naszym Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Rozpoczynając karierę od hitu bunnybunnybunny oraz EP-ką Nervous pokazał, że ma niesamowity talent do tworzenia krótkich, niezwykle chwytliwych numerów. Mimo debiutu zaledwie kilka lat temu, z pewnością sprowokował już niejedną dyskusję o przyszłości muzyki elektronicznej. Oldofredi bawi się dźwiękiem, co słychać na każdym kroku – od tanecznego Mietzee po ambientowe, wyciszone ee oo. Dodatkowo, spójność muzyki z oprawą graficzną znacznie ułatwia zanurzenie się w wykreowanym przez artystę świecie i świetnie dopełnia jego brzmienie. Oniryczne, bajkowe, a czasem nieco dziecinne lub karykaturalne obrazy Matthias przekuwa w produkcyjną zabawę efektami i wokalem. Wydany w marcu tego roku album wufwufwuf to kolejny dowód na to, że Mietze Conte jest obecnie jedną z najciekawszych postaci na elektronicznej scenie, a jego pierwszego występu w Polsce po prostu nie wypada przegapić.

 

Nasza selekcja:

Mietzee

2024

sumoclic

Album Mietzee bardziej niż spójną historią jest zbiorem baśni, dwuminutowych opowiadań z różnych wymiarów. Przypomina dziennik podróżnika, który przemierza światy – raz senne i rozmyte, a kiedy indziej imprezowe i taneczne – w wyjątkowy sposób dokumentując towarzyszące mu emocje. To doskonałe wprowadzenie w twórczość austriackiego muzyka, w której każdy utwór wydaje się nieprzewidywalny i dziwnie żywy. Polecamy fanom takich twórców jak meat computer, Oli XL czy Loukeman.

Warto sprawdzić: Secret, soooooo clean 202, If i wan te d to o o o ^o, 2000.

 


ee oo

2024

OOPS Records

Jeżeli Mietzee było podróżą przez rozmaite wszechświaty, to ee oo jest bardzo długą drzemką po tej wyprawie. W drugim longplay’u artysta poświęca więcej uwagi pojedynczym brzmieniom i stawia na subtelniejszą produkcję. Spokojnym syntezatorom czasem towarzyszą ciągnące się w nieskończoność echo i szumy, a niekiedy przerywają je wyrywające z letargu glitche i noise. Całość przypomina niekończący się sen, trzymający słuchacza w napięciu, aż zamieni się w przebłyski czegoś zupełnie niepojętego. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ambientu, krajobrazów dźwiękowych Oklou i znawców wingdingowych projektów Four Teta.

Warto sprawdzić: whereis oooo, propo, so oo ee, ooee 2 or 1.

 


wufwufwuf

2026

Common Knowledge

Najnowszy album wufwufwuf, niczym tytułowa onomatopeja, niezbyt subtelnie wybudza słuchacza z uprzedniego rozmarzenia słowami wake up baby, it’s time to wake up. Po chwili dołącza do nich indiesleaze’owy syntezator, który już na dobre uniemożliwia drzemkę. Dziesięć utworów zawartych w 21 minutach to tym razem bardzo szybka i pełna wrażeń przejażdżka. To najbardziej imprezowy krążek od czasów debiutanckiej EP-ki, który nieustannie oscyluje między emocjonalną wrażliwością a klubową euforią i basem zachęcającym do tańca. Idealnie sprawdzi się na imprezowy pregame, kiedy mood jest trochę silly, dla miłośników starych i zapomnianych dzwonków do telefonu, oraz wszystkich, których guilty pleasure to dobre 4 na 4 na parkiecie.

Warto sprawdzić: wakeup, allee, are you real?, makeit.

 


Jednym z najważniejszych czynników, które sprawiają, że twórczość Mietze Conte jest tak fascynująca, jest jego wszechobecna bezkompromisowość i konsekwentne podążanie własną ścieżką. Utwory są szybkie, chaotyczne i figlarne w sposób, który dopasować można tylko do jego pseudonimu. Tę spójność artysta buduje nie tylko w brzmieniu i wizerunku, ale także wokół swojej społeczności. Wspólnie z nią tworzy wizualne i muzyczne krajobrazy, przy tym niejednokrotnie głośno mówiąc o tematach politycznych i społecznych. Pomimo poszukiwania w twórczości krajobrazów z innych światów, pokazuje równocześnie jak ważne w dzisiejszych czasach jest ugruntowanie w realnych wartościach.

Pozwólcie wciągnąć się w baśniowe wymiary i sprawdźcie ten oniryczny, elektroniczny krajobraz słuchając twórczości naszego Artysty Tygodnia przez najbliższe dni na 91.6 FM.

Mikołaj Domalewski, Łucja Krzywoń

Earth Trax

14 nowych utworów oplecionych tytułem Everlasting Flame – czyli najnowszy album Earth Traxa, który ustanawia go Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 


Dekada Earth Traxa- ewolucja projektu

 

Nowy album Bartosza Kruczyńskiego, Everlasting Flame, to także okazja do świętowania dziesięciolecia działań Bartka pod aliasem Earth Trax. Bartek szybko zaczął się interesować muzyką. Młodociana fascynacja zaczęła ewoluować w trwałą pasję i tak od lat dziesiątych Kruczyński regularnie tworzy muzykę pod różnymi aliasami.

Duo Ptaki, stworzone z Jaromirem Kamińskim, projekt Pejzaż czy wydawnictwa, które ukazały się pod jego własnym imieniem i nazwiskiem. Wybór wielu osobnych pseudonimów artystycznych i tworzenie pod nimi muzyki pozostawia mu wolność artystyczną.

Rozkochany w samplowaniu nie omieszkał zająć się rozwijaniem nostalgicznego (jak na bałtycką wersję balearic beatu przystało) baltic beatu.

Twórczości Bartka niezależnie od aliasu łączą pewne wspólne mianowniki – czułość i nostalgia. Earth Trax jest jego najbardziej klubowym projektem, ale nosi w sobie również spore znamiona tejże właśnie nostalgii i emocjonalności. Nie obfituje tak intensywnie w sample, jak Pejzaż, ale wciąż na nie sobie pozwala.

Przez lata wyklarował się jego styl i z czasem zaczął kroczyć w mniej samplującą stronę. Najpierw było bardziej intensywnie, LP1 i LP2 posiadają w sobie sporo mocnych tonów. The Sensual World i Closer Now wyznaczają nam dalszy naturalny rozwój ścieżki muzycznej projektu Earth Trax. Można by powiedzieć, że jest co raz bardziej migocząco. Ambientalnie.

Everlasting Flame – ambient z rytmem oczami nostalgii

 

Everlasting Flame wyszło w czerwcu 2026 roku na Lapsus Records – 14 kawałków, ponad godzina grania. W porównaniu do poprzedniej płyty brzmi mniej jak coś robione pod parkiet, a bardziej jak coś do słuchania samemu, w skupieniu. Mniej tu prostych, klubowych strukturalnych numerów, więcej takiego dryfowania – ambient miesza się tu z rytmem, ale rytm nie zawsze jest najważniejszy.

 

Najnowszy krążek jest jednak pełen kontrastów jednej strony chłodne, rozmyte tła i głuchy, jakby „podwodny” bas, z drugiej nagle wyskakują ostre wysokie tony, jakieś strzępki wokali w tle albo momenty mocno zniekształconego, surowego brzmienia. Odnajdujemy w nim sporo melancholijnych padów, rozproszonych bitów zestawionych z przenikliwymi high-endami, odległymi wokalami, pobłyskami surowej intensywności.  Szumiący Everlasting Flame nie gubi jednak nigdy rytmu i struktury. Jest misternie poukładaną kompilacją dźwięków i uczuć.

Słuchanie tego krążka jest jak dotykanie tafli wody, pod którą rozgrywa się cały niedostrzegalny, ukryty świat. To jak dotknięcie czaszki nie mogąc uchwycić całego świata neuronów znajdującego się pod nią.

Everlasting Flame pozostawia nas w uczuciu bliskości do niesamowitego mikrokosmosu, który zdaje się być ukryty, nie w pełni dostrzegalny, niemożliwy do złapania i poznania w pełni, który jednocześnie przyciąga tą niesamowitą rządzą poznania.

Całość trzyma w sobie jakiś smutek, ale nie jest depresyjne – bardziej jak nostalgiczne, trochę zimne, wciągające granie.

Katarzyna Golec, Julia Kuźnik

Boards of Canada

Psychodeliczna laurka dla dzieciństwa, które już nie wróci

Co można powiedzieć o Boards of Canada, co nie zostało jeszcze powiedziane? Duet braci ze Szkocji podbił świat muzyki elektronicznej już od pierwszego albumu i przez ponad dwadzieścia lat stanowił wyznacznik i inspirację dla innych artystów. Po dziś dzień ich twórczość jest wymieniana jako jedne z najlepszych w świecie ambientu, downtempo i IDMu. Po trzynastu latach ciszy od ostatniego albumu nowy krążek Boards of Canada trafił w ręce słuchaczy i z tego powodu zostają oni Artystami Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

Nasza selekcja:

Music Has the Right to Children

1998

Warp Records

Stoi przede mną monolit. Music Has the Right to Children nie bez powodu nazywany jest jednym z najważniejszych albumów muzyki elektronicznej, jak i muzyki ogółem. Inspirowani artystami takimi jak Aphex Twin, Autechre albo Brian Eno bracia Michael Sandison i Marcus Eoin stworzyli kolaż dźwiękowy, który wychodzi poza ramy gatunkowe od pierwszej nuty. Choć zastosowane w nim techniki nie są innowacyjne same w sobie, to sposób, w jaki są wykorzystywane, tworzy piękny, niespotykany wcześniej klimat. Melodie balansują na granicy pomiędzy powtarzalnymi a hipnotyzującymi, tekstury dźwięku miło masują uszy, a wszechobecne sample z programów edukacyjnych lat 70 XX wieku tworzą atmosferę obserwowania momentu, który już nie wróci. Pomimo tego, że moje dzieciństwo było zupełnie inne, niż te, które Boards of Canada pokazuje, i tak czuję się, jakbym przeżyła to samo. Może to jest ta wiadomość, którą duet chciał przekazać przez album i jego tytuł? Twórcy zawsze byli kryptyczni, jeśli chodzi o nazywanie swoich dzieł. Music Has the Right to Children to według nich „oświadczenie zamiaru”, by wpłynąć na słuchaczy, używając dźwięku. Cel na pewno został osiągnięty, bo od pierwszego usłyszenia kilkanaście lat temu, album ten na dobre zadomowił się w mojej głowie i wracam do niego regularnie.


Geogaddi

2002

Warp Records

Podążyć album tak monumentalny jak Music Has the Right to Children to nie lada wyzwanie, ale duetowi wyszło to śpiewająco. Geogaddi kontynuuje techniki i styl z debiutanckiej płyty duetu, idąc w kierunku mistycznym, a nie nostalgicznym. Jeszcze przed premierą Boards of Canada pokazali, że będzie to zupełnie inne doświadczenie. Pierwsze odsłuchy albumu miały miejsce w rozsianych po świecie kościołach, a sama jego treść i nazwy utworów wskazywały na inspiracje okultyzmem, numerologią i Biblią. Muzycznie jesteśmy skąpani w ciepłej atmosferze, która, choć przyjemna, wprowadza w lekką niepewność. Często używane sample wokalne powracają, ale w mroczniejszym stylu — zarówno jeśli chodzi o treść jak ich modulację. Momenty ciszy z Music Has the Right to Children zostały zamienione w ciągły szum, przeciągający Geogaddi coraz to bliżej w kierunku drone’owych produkcji. Ale te wszystkie zmiany nie były drastyczne. Druga płyta zespołu to ciągle podobna bestia do pierwszej, tylko zamiast na samej nostalgii, skupia się na tym, że te czasy już nie powrócą.


Tomorrow’s Harvest

2013

Warp Records

Piętnaście lat od premiery ich świetnie przyjętego debiutu oraz osiem lat po zostawiającym wiele do życzenia The Campfire Headphase pojawiły się plotki o nowej płycie Boards of Canada. Żeby otrzymać jakiekolwiek informacje, duet rzucił fanów w pogoń po kryptycznych wiadomościach i fragmentach kodu zawartych na nienazwanych płytach winylowych, audycjach radiowych, transmisjach telewizyjnych, filmach w internecie i wielu, wielu innych stronach. To, co powstało z tego szalonego ARG to data premiery czwartego krążka zespołu, Tomorrow’s Harvest. I cóż to są za zbiory! Bracia Sandison pokazują na nim, że pomimo minionych lat, ciągle potrafią robić to, co uczyniło ich popularnymi, ale też ewoluować to brzmienie w nowy, niespotykany wcześniej styl. Ciągle mamy do czynienia z nostalgicznymi melodiami i produkcją oraz z mistycznymi klimatami jak w przypadku ich wcześniejszych albumów, ale Tomorrow’s Harvest jest zdecydowanie najbardziej „filmowy” z nich. Siedemnaście utworów w trochę ponad godzinę trwania albumu tworzą piękny, praktycznie niemożliwy do podrobienia klimat. Przypomina mi trochę dorastanie — jest ciągle podobny do wcześniejszych, ale brakuje mu takiej naiwności, która szczególnie pokazywała się w pierwszych dwóch płytach duetu. Jest to zdecydowanie najbardziej poprawna ewolucja brzmienia Boards of Canada, wynik ponad piętnastu lat doskonalenia i rozwoju.


Inferno

2026

Warp Records

Tym sposobem wracamy do lat obecnych. Przerwa pomiędzy Tomorrow’s Harvest a Inferno była najdłuższą pomiędzy jakimikolwiek albumami wydanymi przez Boards of Canada, więc można byłoby spodziewać się wszystkiego od nowej płyty duetu. Dostaliśmy natomiast potwierdzenie tego, że oficjalnym motto BoC równie dobrze mogłoby być „powolna ewolucja, a nie całkowita zmiana”. Inferno to ciągle bardzo podobna do wcześniejszych płyt bestia. Pełna jest hipnotyzujących linii melodycznych i perkusji, a co ciekawe, wracają też grubo posypane sample wokalne. Już od drugiego utworu jest ich sporo, a ich użycie przypomina styl, w jakim były używane w Music Has the Right to Children. Tutaj zamiast do potęgowania uczucia nostalgii wykorzystywane są, by budować klimat niepewności i niepokoju — w końcu, jak sama nazwa albumu wskazuje, przechodzimy przez piekło. Moim personalnym faworytem w tym porównaniu jest Naraka — utwór nazwany od najniższego wymiaru piekielnego w buddyźmie, przez który przechodzą wszechobecne sample powtarzające „Hare Kryszna”. To tylko wierzchołek góry lodowej tego, na jakie towarzyszące wokale zdecydował się duet. Na słuchaczy czekają jeszcze rozmowy z osobami, które dołączyły do kultów, dokumenty o efektach substancji psychoaktywnych, cytaty Nostradamusa i Aleistera Crowleya. Całość tworzy niepowtarzalną, ciężką atmosferę, przez co może być nazwane sequelem Geogaddi. Tam, gdzie ten pierwszy wydany album trochę poruszał tematykę okultyzmu i mistycyzmu, to zdaje się, że Inferno skacze w najgłębsze części tego oceanu.

Julia Respondek

Burial

Są artyści, którzy definiują brzmienie klubów, i tacy, których twórczość najmocniej wybrzmiewa  o świcie, w drodze powrotnej do domu.

William Bevan, działający pod pseudonimem Burial, stworzył coś w rodzaju ścieżki dźwiękowej do samotności w mieście. Co ciekawe, ten specyficzny, nostalgiczny klimat brytyjskich klubów lat 90., którymi się inspirował, nie wynikał z jego własnych doświadczeń. Znał go jedynie z opowieści brata i starych kaset, dlatego jego muzyka brzmi jak zamazane wspomnienie o miejscach, w których nigdy się nie było. 18 maja 2026 roku minęło dokładnie dwadzieścia lat od premiery jego debiutanckiego albumu – płyty zwiastującej nadejście artysty, który z czasem zyska status ikony i zredefiniuje to, czym może być brytyjska elektronika.

Jestem raczej skrytą osobą i chcę tylko robić kawałki, nic więcej. Nazywam się Will Bevan, jestem z południowego Londynu, nie wychylam się i chciałbym dokończyć mój następny album

tym wpisem na MySpace z 5 sierpnia 2008 roku Burial ujawnił swoją tożsamość. Chciał, by his twórczości nie przypisywano konkretnej twarzy. Przede wszystkim zależało mu na prowadzeniu zwykłego życia z dala od rozgłosu i mediów. Po wydaniu Untrue utrzymanie anonimowości stało się coraz trudniejsze, stąd decyzja o podaniu swojego nazwiska. Mimo rezygnacji z pełnej anonimowości, Will Bevan wciąż uchodzi za jednego z najbardziej enigmatycznych artystów i konsekwentnie unika kontaktu z mediami.


South London Boroughs

2005

Już debiutancka EP-ka Buriala, South London Boroughs, emanuje surową, nostalgiczną aurą. Ukazała się w maju 2005 roku jako czwarty release raczkującej wówczas wytwórni Hyperdub i od samego początku ujawniała zacięcie artysty do przekształcania pozornie jasnych, funkowych i soulowych sampli w coś chłodnego i przejmującego. Przykładem jest zamykający EP-kę utwór Nite Train. Poza basowym turkotem przypominającym pociąg słychać w nim znacznie zmodyfikowany fragment Rock With You Michaela Jacksona, który zyskuje tu kompletnie nowy, mroczny i oziębły kontekst.


Burial

2006

 

Rok później, w 2006 roku, ukazał się debiutancki album Burial. Płyta była mocno zakorzeniona w estetyce klubowej, ale już wtedy pokazała, że artysta myśli o elektronice w inny sposób niż większość producentów działających na scenie dubstepowej.

Zamiast czystej energii tanecznej, Burial prezentował dźwiękowe opowieści, które poprzez wypełnienie utworów wszelkiego rodzaju trzaskami i szumami wprowadzały słuchaczy w świat nostalgii i tęsknoty za czymś, czego sami nie potrafili zdefiniować. To właśnie na tym wydawnictwie producent zaczął budować swój charakterystyczny styl oparty na emocjonalnym napięciu i atmosferze, która wprowadza słuchaczy w moment introspekcji.


Untrue

2007

W nieco ponad rok po premierze debiutanckiego, self-titled albumu, Burial zaprezentował światu Untrue – płytę, która na stałe wpisała się do panteonu szeroko pojętej elektroniki. Brzmienia zawieszone pomiędzy nocą a dniem, snem a rzeczywistością, stoją tu tuż obok wszelkich gatunkowych etykietek. To emocjonalna esencja, idealny soundtrack do samotnych wędrówek po nocnym mieście.

Płyta błyskawicznie zyskała status kultowej. Krytycy zachwalali Untrue za to, że Burial robił to, czego prawie nikt w elektronice wtedy nie robił – balansował pomiędzy klubową strukturą a niezwykle intymnym doświadczeniem słuchania. Szybko zaczęto mówić, że jest to jeden z najważniejszych albumów elektroniki XXI wieku. Stał się punktem odniesienia dla wielu przyszłych muzyków.

Oniryczny klimat muzyki Buriala opiera się w dużej mierze na odpowiednio dobranych i zmodyfikowanych samplach. Will Bevan często sięga po utwory z takich gatunków jak soul czy R&B, a rozciągając wokale czy manipulując wysokością dźwięku, diametralnie zmienia ich sens. Wokale w utworach Buriala brzmią jak echo przeszłości, rozmyte pocztówki z miejsc, które istnieją wyłącznie w wyobraźni.

Wiadomo także, że londyński artysta nie ogranicza się do samplowania innych utworów muzycznych. W Near Dark słyszymy chociażby dźwięk spadającej łuski naboju, zaczerpnięty z drugiej części gry Metal Gear Solid.

Antidawn

2022

Ci, którzy zakładali, że Burial na zawsze pozostanie wierny perkusji, mogli się zaskoczyć, gdy artysta wydał w 2022 roku blisko czterdziestominutową EP-kę Antidawn. Bevan niemalże całkowicie zrezygnował z sekcji rytmicznej na rzecz chłodnego ambientu, który – będąc zredukowanym niemal do samych szumów, trzasków i niepokojących soundscape’ów – malował jeszcze wyraźniejszy obraz samotności i tęsknoty.

Burial w wydaniu ambientowym przedstawia zapiski z całkowicie opuszczonego miasta, w którym pamięć o rave’owej scenie dawno zniknęła, zastąpiona postapokaliptyczną ciszą. To rozproszona materia dźwiękowa, która w chaotycznym świecie pozwala zajrzeć jeszcze głębiej w kwintesencję jego twórczości.

Wielu artystów i artystek otwarcie wymienia Buriala jako jedną ze swoich ważniejszych inspiracji. Prawdopodobnie bez wpływu Willa Bevana nie powstałyby takie albumy jak Immunity Jona Hopkinsa, debiut duetu Bicep (Bicep) czy kultowe Blonde Franka Oceana. Trzeba jednak pamiętać, że wpływ Buriala wykracza poza pojedyncze płyty – jego twórczość ukształtowała całe pokolenie artystów sceny elektronicznej.

Dwadzieścia lat po wydaniu debiutanckiego albumu, w świecie zdominowanym przez algorytmy i nieustanną walkę o uwagę, w którym każdy próbuje choć na chwilkę znaleźć się w świetle reflektorów, postawa Buriala wydaje się wręcz nierealna.Anonimowość Bevana sprawia, że jego dorobek nabiera jeszcze większej siły i autentyczności. Artysta stał się symbolem bezkompromisowej pasji. Odcinając się od sławy, paradoksalnie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych producentów muzyki elektronicznej.Scena muzyczna nieustannie zmienia kierunki w pogoni za nowością, ale to, co jest pewne, to fakt, że estetyka Buriala pozostaje zaskakująco odporna na czas.

Aleksandra Antoszczuk, Mikołaj Bensdorff

ciiicho — always be there

always be there ciiicho cover

always be there to pierwszy singiel zapowiadający nową erę w twórczości producentki ciiicho, znanej między innymi ze współpracy z Dominiką Płonką. Stojąca za pseudonimem Gabi Cichy z wykalkulowaną lekkością i precyzją wybiera harmonie i efekty, tworząc delikatny, choć równie żywiołowy krajobraz dźwięków. W jej stylu produkcji od dawna widać fascynację echem i miękkością, łącząc talent do subtelnych, klasycznych kompozycji, ze świadomością nowoczesnych wpływów elektronicznych – z artystami takimi jak Oklou czy Sega Bodega na czele.

Te inspiracje są zwłaszcza słyszalne w wyróżnianym utworze, z kompozycją płynnie mieszającą dynamikę syntezatorów z eterycznym, glitchującym sound designem. Podróżując poprzez wszystkie emocjonalne warstwy melancholii, uczucia potęguje oprawa wizualna artystki Julii Florczyk, tworząc unikatowe połączenie dźwięku i grafiki — połączenie absolutnie zasługujące na wyróżnienie mocograja!

Mikołaj Domalewski

Unsound

Unsound od lat wymyka się prostym definicjom. To nie tylko festiwal, ale też wspólna przestrzeń dla muzyki, refleksji i spotkań. Tegoroczny motyw WEB (sieci) trafnie oddaje dzisiejszy świat – pełen połączeń, napięć i nowych możliwości.

W dniach od 7 do 12 października Kraków będzie miejscem niezwykłych doświadczeń. Z okazji kolejnej edycji festiwalu wyróżniamy Unsound mianem Artysty Tygodnia Radia LUZ

 

Co można usłyszeć?

Ciężko zdefiniować muzykę Unsoundu. Na ich stronie internetowej możemy przeczytać dużo o zdekonstruowanych dźwiękach klubowych czy artystach wymykających się zaszufladkowaniu w ramach danego gatunku muzycznego. Jedno jest pewne – w słuchanych utworach nie znajdziemy prostych odpowiedzi. Brzmienie festiwalu Unsound to często przygniatające dźwięki i emocje, które oddają mroczny ciężar rzeczywistości.

Unsound to miejsce dla różnych brzmień – od mrocznego rave’u, po nietuzinkowe dialogi z muzyką klasyczną oraz tradycyjną. Na festiwalu zawitają osoby z całego świata. Będą to m.in. egipski ekspresjonista Abdullah Miniawy, pochodzący z Japonii awangardowy organista Fujita, czy szkocka mistrzyni dud Brìghde Chaimbeul.

Unsound to również przestrzeń dla nietuzinkowych połączeń. Jednym z ciekawszych tegorocznych projektów jest międzypokoleniowa współpraca legendy muzyki elektronicznej i awangardowej Suzanne Ciani z Darrenem Cunninghamem, znanym jako Actress, uzbrojonym w laptop i automaty perkusyjne. Zestawienie widmowej muzyki pop oraz industrialnych nagrań terenowych Actressa z naturalistycznym, płynnym podejściem Ciani nosi nazwę Concrète Waves – to muzyka wyrazista, która unosi niczym fala.

Na uwagę zasługuje także projekt skrzypaczki i dyrektorki Manchester Orchestra, Rakhi Singh, realizowany we współpracy z artystami niezwiązanymi z muzyką klasyczną. Powstał w ramach tygodniowego wyjazdu w góry Korsyki. Efektem tej pracy jest świeże spojrzenie na muzykę poważną, z perspektywy zdecydowanie odbiegającej od standardowych ram gatunku, a doświadczymy go już w ten piątek.

Po zmroku

Nocą miasto pulsuje mocnymi, czasem wręcz natarczywymi dźwiękami. Klubowe sceny eksplodują drum and bassem, footworkiem czy baile funkiem. Właśnie wtedy powstają premierowe współprace i projekty przygotowane specjalnie z myślą o Unsoundzie. Jednym z nim jest spotkanie perkusisty Piotra Gwadery z RP Boo, czyli legendą z Chicago. To połączenie polskiego oberka z footworkiem, tzw. Footberk, o którym możecie usłyszeć w jednym z naszych podcastów:

Gary Gwadera – Far, far in Chicago. Footberk Suite by Pointless Geometry

Rozmowy

Nie samą muzyką żyje człowiek. Festiwal Unsound doskonale rozumie, że sztukę nie sposób oddzielić od problemów współczesnego świata i nastrojów panujących wśród artystów. Z tego powodu dzienny program wydarzenia skupia się na rozmowach – specjalnych panelach i prezentacjach. Tematy sięgają od geopolityki i migracji po kulturę internetu, memy oraz sztuczną inteligencję.

Wśród zaproszonych gości znajdzie się m.in. Antony Loewenstein, autor The Palestine Laboratory, który opowie o przemysłach zbrojeniowych i technologii nadzoru. Z kolei Aleksandra Herzyk spróbuje odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób męska samotność, kultura gamerska i playlisty na Spotify wpływają na procesy radykalizacji we współczesnym świecie. Biorąc pod uwagę narastające tendencje prawicowe w Europie, w tym w Polsce, rozmowa nabiera szczególnej wagi. Unsound nie unika trudnych tematów – przeciwnie, aktywnie poszukuje sposobów, by o nich rozmawiać.

Miasto jako scena

Każdy bywalec Unsoundu na to czekał – po kilku latach przerwy do użytku wraca legendarny Hotel Forum. Ten brutalistyczny gmach nad Wisłą przez lata był kultową nocną przestrzenią festiwalu, a jego betonowe korytarze i ogromna sala balowa stały się ikoną polskiej sceny klubowej.

Należy jednak pamiętać, że Unsound to coś więcej niż jedno miejsce – to aż 16 lokalizacji rozlewających się po obszarze całego Krakowa i okolic. Od Filharmonii Krakowskiej, Teatru Łaźnia Nowa, Wieliczki i Kina Kijów, po galerie, kluby i przestrzenie takie jak Hevre, Bunkier Sztuki, czy Spółdzielnia Ogniwo.

Rozproszony układ i różnorodność muzyczna są esencją tematu WEB – sieci, łączącej różne światy w jeden festiwalowy organizm. Właśnie w tych połączeniach Unsound znajduje swoją tożsamość.

Zuzanna Pawlak, Jagoda Lazar, Zuzanna Kopij

Djrum

 

Felix Manuel, znany jako Djrum, to jeden z najbardziej intrygujących producentów na brytyjskiej scenie elektronicznej. Jego twórczość, balansująca na granicy ambientu, techno i jungle, wyróżnia się niezwykle emocjonalną atmosferą. Djrum od zawsze łączył różne gatunki muzyczne, ale nigdy na zasadzie przypadkowego miksu – jego utwory to kompleksowe kompozycje. W tym roku powraca z nowym albumem – Under Tangled Silence. Z tej okazji zostaje on Artystą Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 


Mountains EP

2011

Djrum

Mountains to wyraźny dowód na eklektyczne inspiracje Djruma – hip-hop, dubstep i techno splatają się tu w jedną całość. EP-kę otwiera nastrojowy Undercoat, który szybko przechodzi w mocniejszy bas i zapętlony wokal, budując napięcie, które uwalnia się w momentach z orkiestrowymi wstawkami. Kończy się on melancholijnym pytaniem: „Tell me what you want from me”. Sercem tego wydawnictwa jest trzyczęściowy utwór tytułowy.
W Pt. 1 pulsujące 4/4 stopniowo zatapia się w hipnotycznych dźwiękach, tworząc ponownie atmosferę rosnącego napięcia. W Pt. 2 & 3 artysta bawi się tempem i dynamiką, prowadząc słuchacza do emocjonalnego finału. Największą niespodzianką okazuje się Turiya – ciepły, parkietowy utwór, który z wdziękiem domyka cały materiał. Mountains to nie tylko techniczna precyzja, ale też świadectwo artystycznej dojrzałości. Każdy drobny szczegół wpływa na spójność i euforyczną atmosferę, która otacza ten album, nadając mu harmonijną i autentyczną tożsamość.


Seven Lies

2013

Djrum

Seven Lies to debiutancki album Djruma. Wczesne wydawnictwo, które pokazuje fascynację brzmieniami dub techno i rytmiką UK bass. Wyróżniają się tu głębokie, przestrzenne kompozycje i nieoczywista struktura utworów. Album ukazuje wszechstronność Djruma jako producenta, zdolnego do płynnego łączenia różnych gatunków i tworzenia spójnych, emocjonalnych kompozycji.


Portrait With Firewood

2018

Djrum

Album Portrait With Firewood to wyraźne odejście od dotychczasowego stylu artysty. Tym razem sięgnął on po swój pierwszy instrument – fortepian.  Choć album pełen jest kontrastów – od energetycznych bitów po subtelne, klasyczne brzmienia – to wprowadzenie fortepianu, wiolonczeli i wokali nadaje jego muzyce zupełnie nową głębię.  Wiolonczelistka Zosia Jagodzińska i wokalistka Lola Empire odegrały istotną rolę w powstaniu tego materiału.  Portrait With Firewood nie boi się emocji – łączy różnorodne style, tworząc spójne, pełne uczucia dzieło, które balansuje na granicy euforii i smutku. Tytuł jest nawiązaniem do jednej z prac Mariny Abramović.


Meaning’s Edge

2024

Djrum

Meaning’s Edge to powrót Djruma po kilkuletniej przerwie w wielkim stylu. Jest to jego pierwsze solowe wydawnictwo od 2019 roku, stanowiące znaczący krok w jego muzycznej ewolucji. Artysta wprowadził nowe elementy do swojej twórczości, w tym własną grę na flecie. Warto również zauważyć, że Meaning’s Edge znalazło się w zestawieniu najlepszej muzyki elektronicznej 2024 roku według Pitchforka.


Under Tangled Silence

2025

Djrum

Już sam tytuł – Under Tangled Silence – zdradza, że mamy do czynienia z albumem nieoczywistym. Proces jego tworzenia rozpoczął się w 2020 roku podczas pandemii, jednak awaria twardego dysku spowodowała utratę większości materiału, co zmusiło Djruma do rozpoczęcia pracy od nowa. Inspiracją do odbudowy projektu było zdanie Patti Smith:

„We go through life. We shed our skins. We become ourselves.”

Under Tangled Silence to nie album, który leci w tle. To płyta, którą się chłonie, słucha się jej z zamkniętymi oczami, pozwalając, by prowadziła przez swój labirynt emocji.

 

Marcelina Machacz

Nie-miejsca nowej muzyki elektronicznej

Przegląd nowości spoza centrum. Zbitki dźwięków, które budzą wrażenie bycia gdzieś indziej.


Carrier – Tender Spirits

4 kwietnia 2025

Od pierwszego odsłuchu River Cairn Kindohma nie mogę przestać myśleć o słowie desolate użytym w kontekście konkretnego brzmienia. To jeden z tych terminów, które wymykają się prostemu tłumaczeniu — zwłaszcza gdy próbujemy uchwycić nimi charakter utworu. Co właściwie znaczy, że album, EP-ka czy pojedynczy track jest „niegościnny” i „opustoszały”?

Najzgrabniej opisać tymi słowami Tender Spirits — EP zastygłe, teksturalne i przestrzenne. Początkowo jednak nieco bardziej atmosferyczne. Utwór Light Candles, To Mark The Way powoli zanurza nas w sosie Guya Brewera. Nazwa utworu zaczyna nabierać sensu, gdy zdajemy sobie sprawę, że z każdym utworem schodzimy coraz głębiej – w stronę czegoś zupełnie oschłego.

Punktem kulminacyjnym jest Carpathian. Słuchacz, pozostawiony sam sobie, zmuszony jest wpatrywać się w pustkę. Każdy z elementów rytmicznych pomaga określić się w przestrzeni, ale nie pozwala zidentyfikować się brzmieniowo. Ułożenie, tonalność i wzajemna interakcja dźwięków schodzą tu na dalszy plan. Na pierwszym znajduje się nośnik dźwięku — medium, czyli przestrzeń, w której wszystko wybrzmiewa. Pasmo częstotliwości zwykle rezerwowane dla melodii pozostaje tu niemal całkowicie niezagospodarowane, co dodatkowo potęguje poczucie dyskomfortu i obcości.


Saint Abdullah ft. Eomac – Of No Fixed Abode

20 marca 2025

Spoglądająca w przeszłość, pełna niepokoju podróż inspirowana archiwalnymi wykopaliskami irańskiej muzyki pop. Skrawki blisko pięćdziesięciu lat muzyki Bliskiego Wschodu zazębiają się z ciężkimi, chropowatymi, metalicznymi strukturami. Wokalne sample Hayedeh, Fereydouna Farrokhzada i Andranika Madadiana mieszają się z dźwiękami pracujących maszyn, brudnym basem i perkusyjnymi zawiłościami. Album momentami brzmi bezdusznie, chaotycznie i dystopijnie — mimo to w tej muzyce tli się odrobina nadziei.

Tytuł albumu Of No Fixed Abode nawiązuje do doświadczeń migracyjnych ludności muzułmańskiej, a jego treść ma za zadanie oddać poczucie tęsknoty, rozdarcia i życia w ciągłym ruchu. Muzyka Moh i Mehdiego wykracza poza czysto emocjonalny przekaz — nierozerwalnie łączy się również z polityką i rzeczywistością społeczną.


DJ Dying – Fake Truce

1 kwietnia 2025

Zasysający wgłąb parkietu sub-bass, złowrogie dudnienie, orkiestralne sample i nawałnica ostrych jak brzytwa hi-hatów. Beaty zimne jak kamień do robienia srogich min.

Jak dotąd moje ulubione wydawnictwo Adama Kołkowskiego, znanego pod pseudonimem DJ Dying. Stylistycznie wychyla się w stronę brzmienia kojarzonego z twórczością Jlin. To footwork w formie pełnego wariacji i różnorodności slow burnera, który zamiast tryskać energią, woli budować napięcie i powoli je rozmasowywać.

Materiał z tego EP zupełnie niczym nie odstaje od muzyki wydawanej przez największe labele eksplorujące tę gałąź muzyki tanecznej. Pod względem spójności, klimatu i wyrachowania bije większość na głowę.

Producencki masterclass, wasz nowy benchmark dobrego smaku.


Saapato – Decomposition: Fox on a Highway

25 marca 2025

Zwłoki lisa na autostradzie to widok, który zainspirował album Brendana Principata – dekompozycja, to jego temat przewodni. Artysta w ramach projektu eksploruje zjawisko rozkładu na kilka różnych sposobów, przede wszystkim kładąc nacisk na wymiar metaforyczny całości. Album rozgrywa się w pięciu etapach: fazy świeżej, fazy wzdęcia, rozkładu wstępnego, rozkładu zaawansowanego i fazy szczątek. Każdy utwór nawiązuje do jednego z tych etapów, choć żaden nie jest wyraźnie oznaczony. W ten sposób artysta realizuje zamysł celowego zatarcia granic między poszczególnymi etapami rozkładu.

Metoda twórcza również naśladuje proces biologiczny — Saapato rozpoczął projekt od stworzenia bazowych utworów (nazwanych przez niego „skeleton tracks”), które następnie przekazał zaproszonym artystom – symbolicznym „dekompozytorom”. Za przeobrażenie, transformację i zanik pierwotnego materiału odpowiada siedemnastu różnych muzyków.


Tammo Hesselink – Mantis 16

11 kwietnia 2025

Seria minialbumów Mantis to projekt skupiający się na mocno zredukowanym, dusznym i ponurym techno, które zamiast tętnić, zdaje się wirować. Gęsto nagromadzone lekkie elementy zestawiane są z ociężałym low-endem, który z niechęcią zdaje się wprawiać je w ruch. Uderzenia stopy wyrzucają w powietrze chmury kurzu i drobinki pyłu, które szybko ogarniają przestrzeń, nie ograniczając przy tym widoczności. Tammo Hesselink działa z precyzją chirurga, utrzymując odpowiedni balans między zagęszczeniem elementów rytmicznych a przejrzystością całego utworu.

Wyjątkowo obrazowy wydaje mi się utwór Gossamer, przepełniony dźwiękami cienkich, metalowych blach uginających się pod wpływem podmuchów otoczenia. Jeśli zasugerować się tytułem utworu, blachy byłyby grubości pajęczyny. Wówczas całość rozgrywałaby się na bagnistym terenie, w środku nocy, w pobliżu opuszczonego zakładu metalurgicznego.

Dominik Lentas

George Daniel – Chlorine

george daniel chlorine

Za oknem listopad. Nie tyle deszczowy, co bezlitośnie chłodny. Tkwiąc w pewnego rodzaju zawieszeniu, ciemnymi popołudniami szukamy odrobiny ciepła. Szczerej konwersacji w dobie ironii. Ta zdaje się ukrywać pomiędzy spokojną, kontemplacyjną elektroniką a czułym, organicznym ambientem, choć brak w niej jakichkolwiek słów. Czyżbyśmy tak dobrze rozumieli się z naszym rozmówcą? George Daniel mówi swoim językiem, a my rezonujemy z każdym słowem. Perkusista i producent The 1975 powraca z kolejną nowością. Chlorine, niczym ogień w kominku, niesie ze sobą iskierkę ukojenia, pozwalając na chwilę oddechu. Momentami przywodzi na myśl nocną przejażdżkę samochodem. Dokąd by nie prowadziła, to droga jest najważniejsza i niewykluczone, że odpowiedzi same napłyną w jej trakcie.

Antek Winiarski

Skalpel

Duet Skalpel

W 1998 roku Marcin Cichy oraz Igor Pudło po raz pierwszy spotkali się, aby wspólnie tworzyć muzykę. To, co później powstało, wykiełkowało z fascynacji jazzem oraz elektroniką. Starannie dobierane i świadomie zmodyfikowane sample gigantów polskiej szkoły jazzu, ułożone na elektronicznych motywach porwały odbiorców oraz krytyków. 25 lat później duet ma zbudowaną solidną, międzynarodową markę i nadal bawi się dźwiękami. Skalpel Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

 

Skalpel, używając stosów sampli zaczerpniętych z polskiej szkoły jazzu tworzy mylne wrażenie, że mamy do czynienia z wieloosobowym jazzowym składem. W rzeczywistości Marcin Cichy oraz Igor Pudło przekopali się przez historię polskiego jazzu w poszukiwaniu fragmentów, które mogliby wykorzystać w swoich utworach. Artyści czerpali od takich tuzów jak Józef Skrzek, Andrzej Kurylewicz, Zbigniew Namysłowski czy Laboratorium.

Zespół Skalpel

Chyba nie powinno mówić się o Skalpelu bez wspomienia o osobliwej estetyce, jaka towarzyszy twórczości zespołu. Często słyszy się, że muzyka duetu Skalpel jest filmowa. Zapytany o to w jakim stopniu sensacje wzrokowe przekładają się na jego muzykę, Marcin Cichy odpowiada, że obraz rzeczywiście jest dla niego czymś ważnym, a to co tworzy czasem nazywa pocztówkami dźwiękowymi. Dodatkowo sam zauważa, że jego muzyka ma w sobie coś filmowego. Na pierwszym LP artyści wprost zachęcali do zwizualizowania sobie wyimaginowanej wycieczki, na którą zabierają nas w utworze Break In.

Choć utwory zespołu Skalpel są tworzone komputerowo i oparte na samplach, podczas ich koncertów możemy usłyszeć wirtuozów perkusji, saksofonu czy kontrabasu. W 2019 roku, z inicjatywy muzyka i kompozytora, Patryka Piłasiewicza, duet wystąpił z siedemnastoosobową grupą instrumentalistów jako Skalpel Big Band. Cztery lata później, Marcin Cichy oraz Igor Pudło wrócili do tego pomysłu. 10 listopada ukazał się półtoragodzinny album zawierający najważniejsze utwory duetu, a 16 grudnia Skalpel Band (w ośmioosobowym składzie) zagra we Wrocławskim Narodowym Forum Muzyki.

Chociaż czasami nie do odróżnienia od live bandu, Skalpel zawsze parał się elektroniką. Zarówno Marcin Cichy jak i Igor Pudło w wielu wypowiedziach nawiązywali do współczesnych realiów tworzenia muzyki. Zdaniem duetu postęp technologii w kontekście sztuki to z punktu widzenia artysty wielkie wyswobodzenie. Przyrost jakości, ilości i dostępności narzędzi do produkcji muzyki znosi wszelkie limity oprócz jednego – limitu kreatywności artysty. Zapytani, jak mogliby opisać swoją relację z narzędziami, których używają, odpowiedzieli, że są jedynie rękami robotów.

Wydając krążek Highlight w 2020 roku, duet Skalpel zarysował swoim słuchaczom kierunek, w jakim chcieliby zmierzać w przyszłości. Artyści zaserwowali na nim niemal równe proporcje jazzu i elektroniki. Origins, wydany w listopadzie 2022 roku, ukazał fascynację duetu takimi gatunkami jak jungle czy IDM, a jazzowe sample są tu bardziej tłem niż motywem przewodnim.

Co gdyby powiedzieć, że zespół, który na przestrzeni lat w ramach swojej twórczości przerobił takie gatunki jak: jazz, jungle, IDM, ambient lub hip-hop (łącząc czasem wszystko w różnych proporcjach na jednym albumie) wcale nie lubi wykraczać poza swoją strefę komfortu? Początkowo ktoś mógłby powiedzieć, że bluźnierstwo albo szaleństwo. Okazuje się jednak, że artyści rzeczywiście nie lubią opuszczać swojej strefy komfortu. Marcin Cichy zdradził w jednym z wywiadów, że jako duet postrzegają proces tworzenia jako coś organicznego. Raczej nie ustanawiają sobie nowych celów, nie próbują nikogo przegonić. Chyba nawet nie przejmują się jakimś własnym potencjałem, który za wszelką cenę należy doścignąć. Skalpel robi muzykę, bo po prostu lubi. Fajnie usłyszeć coś takiego od artystów, którzy osiągnęli sukces na międzynarodową skalę, robią ciekawą muzykę, ale przede wszystkim zaczęli świeżo i po 25 latach tacy (świeży) pozostają.

Na koniec ciekawa myśl Igora Pudło nawiązująca do tematu wydawania muzyki na nośnikach fizycznych:

Uważam, że to jest akurat dobre, że muzyka się uwalnia od fizyczności. W gruncie rzeczy muzyka to rzecz niematerialna.

 

Dominik Lentas i Mikołaj Bensdorff