Archiwum

Man/Woman/Chainsaw – Get Up and Dance

Brytyjska scena gitarowa od około 10 lat przeżywa wyjątkowo ciekawy moment. Po sukcesach Black Country, New Road, Black Midi czy Squid pojawiło się całe pokolenie zespołów, które przestało traktować rock jako zbiór sztywnych reguł. Jednym z nich jest Man/Woman/Chainsaw – londyński kolektyw, który zaledwie kilka lat temu wyrósł z młodzieżowej sceny DIY, a dziś coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród najważniejszych nowych nazw brytyjskiej alternatywy. Debiutancka EP-ka Eazy Peazy pokazała zespół zakochany jednocześnie w post-punku, chamber popie i hałaśliwym art rocku. To właśnie ta nieoczywista mieszanka sprawiła, że wielu krytyków zaczęło stawiać ich obok najbardziej ekscytujących gitarowych debiutów ostatnich lat.

Najnowszy singiel Get Up and Dance zapowiada debiutancki album Cannonball. Już sam tytuł sugeruje przebojowość, ale zespół bardzo szybko pokazuje, że nie interesuje go pisanie prostych tanecznych piosenek. To utwór, który bawi się oczekiwaniami słuchacza. Zaczyna się niepozornie, niemal delikatnie, by z każdą kolejną minutą coraz mocniej zagęszczać atmosferę. Wokal prowadzi narrację z pozornym spokojem, podczas gdy pod powierzchnią cały czas narasta napięcie. 

Największą siłą utworu pozostaje jednak aranżacja. W tej popowo-alternatywnej formie zastosowanie budujących napięcie i przyspieszających instrumentów smyczkowych zwieńczone mocniejszym uderzeniem gitary, perkusji i wokalu przywodzi na myśl wczesne Black Country, New Road i jest dowodem na wyjątkowe umiejętności kompozytorskie tej grupy. Smyczki nie pełnią tutaj funkcji ozdobnika. Są pełnoprawnym instrumentem rytmicznym, który prowadzi kompozycję i nadaje jej dramatyzm. Gdy w finale dołączają przesterowane gitary, wszystko układa się w niezwykle naturalną kulminację. Nie ma tu ani jednego elementu, który sprawiałby wrażenie dopisanego na siłę.

To właśnie umiejętność budowania napięcia wydaje się dziś największym atutem Man/Woman/Chainsaw. Zamiast zasypywać słuchacza kolejnymi pomysłami, zespół cierpliwie rozwija motywy, pozwalając im wybrzmieć we właściwym momencie. Recenzenci od dawna zwracają uwagę, że grupa znakomicie odnajduje się na granicy piękna i kontrolowanego chaosu. Get Up and Dance tylko tę opinię potwierdza.

Singiel promuje album Cannonball, który ukaże się 7 sierpnia. Jeżeli pozostałe kompozycje utrzymają poziom singli Nosedive, Goddamn, Lizard Man! i właśnie Get Up and Dance, Man/Woman/Chainsaw mogą bardzo szybko dołączyć do grona zespołów wyznaczających kierunek rozwoju brytyjskiej alternatywy. Patrząc na tempo, w jakim dojrzewa ich sposób komponowania, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami początku historii, o której za kilka lat będzie mówiło się znacznie głośniej niż dziś.

 

Piotr Sekuła

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

Archive

Od dymnego trip-hopu lat dziewięćdziesiątych po autorski, monumentalny język muzyczny. Brytyjski kolektyw Archive powraca z trzynastym albumem studyjnym i udowadnia, że w świecie szybkich hitów oraz algorytmów wciąż jest miejsce na epickie narracje. Sprawdzamy jak Glass Minds wpisuje się w historię zespołu, który w Polsce zyskał status niemal religijny, a także podpowiadamy dlaczego ich nowej twórczości warto pozwolić „pogryźć się” z własnymi oczekiwaniami.

 


 

Od trip-hopu do własnego języka muzycznego

 

Historia Archive zaczyna się w połowie lat dziewięćdziesiątych, w Londynie. Darius Keeler i Danny Griffiths zakładają projekt, który początkowo wyrasta z estetyki trip–hopu – brzmienia powolnego, ciężkiego i kojarzącego się z deszczowymi nocami oraz atmosferą miejskiej melancholii.

Debiutanckie Londinium z 1996 roku doskonale wpisuje się w te klimaty i moim zdaniem można wymienić je obok takich legendarnych albumów, jak Dummy Portishead czy Mezzanine Massive Attack. Już na tej płycie można było wyczuć coś więcej niż tylko fascynację modnym wówczas stylem. Archive nie traktowali trip–hopu jako gatunek, lecz punkt wyjścia.

W kolejnych latach ich muzyka zmieniała kierunek. Pojawiło się więcej gitar i bardziej rozbudowanych aranżacji. Z czasem zespół wypracował własny język muzyczny – brzmienie, któremu trudno przypiąć jedną etykietę. Jest w nim rock alternatywny, elektronika, momentami coś z muzyki filmowej, a przede wszystkim charakterystyczna dla Archive powolna dramaturgia.

Ich utwory rzadko spieszą się z opowiedzeniem historii. Zamiast refrenów, budują napięcie, które narasta powoli, niemal niezauważalnie. Specyfiką grupy od początku była też jej płynna forma. Archive funkcjonują raczej jak kolektyw niż klasyczny zespół. Przez projekt przewijało się wielu wokalistów i wokalistek wnoszących do tej muzyki inny odcień emocji.


 

Utwór, który w Polsce urósł do legendy

 

Dla wielu polskich słuchaczy najważniejszym momentem w historii zespołu pozostaje album You All Look the Same to Me z 2002 roku. To właśnie na nim znalazł się utwór Again. Szesnaście minut muzyki, która rozwija się powoli, jakby z każdą kolejną minutą nabierała powietrza, aby na końcu wykrzyczeć zżerające ją emocje.

Po momencie ciszy pojawia się delikatny motyw. Napięcie zaczyna rosnąć. W miarę gęstnienia dźwięków instrumentów, emocje narastają, by finalnie utwór eksplodował gitarowym finałem. W Polsce Again zyskało status niemal kultowego, a dla mnie to jedna z kompozycji, których nie potrafię słuchać bez intensywnych emocji. Utwór został tak doskonale skomponowany, że aż mi przykro, iż zwykle prezentuje się jego okrojoną wersję.

 


 

Glass Minds – spokojna kontynuacja własnej drogi 

 

Nowy album Archive, Glass Minds, nie próbuje tej historii rewolucjonizować. I być może właśnie w tym tkwi jego największa siła. Trzynasty studyjny album londyńskiego kolektywu przynosi ponad godzinę muzyki rozpisanej na dwanaście kompozycji.

Dla zespołu to format niemal naturalny. Archive od lat budują swoje utwory jak długie narracje – zaczynają od prostych dźwięków, które z czasem obrastają kolejnymi warstwami. Na Glass Minds słychać tę metodę szczególnie wyraźnie. Wiele kompozycji rozpoczyna się skromnie – pojedynczym motywem syntezatora, spokojnym pulsem rytmu, cichym wokalem. Dopiero z czasem muzyka zaczyna się rozrastać.

Pojawiają się kolejne instrumenty, przestrzeń gęstnieje, a utwory nabierają ciężaru. Archive nie próbują tu szokować ani zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji. W City Walls melancholia utrzymuje się przez cały czas trwania utworu, jakby zespół świadomie rezygnował z klasycznego rockowego finału. Z kolei When You’re This Down buduje napięcie na cięższym, pulsującym rytmie.

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

Jednym z ciekawszych momentów albumu jest kompozycja Patterns. To właśnie od niej rozpoczął się proces powstawania płyty. Jej minimalistyczna struktura przywołuje skojarzenia z wczesnym okresem działalności zespołu i z atmosferą debiutanckiego Londinium.

Na płycie dobrze słychać także charakterystyczną dla Archive równowagę wokalną. Pojawiają się tu znani z wcześniejszych wydawnictw Dave Pen i Pollard Berrier, a także Lisa Mottram. Jej delikatny, nieco słodki, niemal eteryczny głos często stapia się z elektroniczną fakturą muzyki. Wokal nie próbuje dominować nad aranżacją. Staje się raczej jednym z elementów większego pejzażu dźwiękowego.

Nie brakuje też momentów bardziej bezpośrednich. Singiel Look At Us przynosi wyraźniejszy gitarowy riff i bardziej dynamiczny rytm. Zespół pokazuje tu nieco ostrzejsze oblicze, choć nawet w takich momentach nie rezygnuje z charakterystycznej atmosfery napięcia.

Wśród dłuższych kompozycji wyróżnia się również So Far From Losing You. Utwór rozwija się powoli, łącząc klasyczny wokal z bardziej rytmiczną narracją i rozbudowaną strukturą. Z kolei Wake Up Strange wprowadza bardziej elektroniczny puls i pokazuje, że Archive wciąż potrafią subtelnie przesuwać granice własnego brzmienia.

Całość sprawia wrażenie albumu bardzo spójnego, który wpisuje się w dotychczasową stylistykę. Skupia się na tym, co Archive robią najlepiej: powolnym budowaniu napięcia, wielowarstwowych aranżacjach i melancholijnej atmosferze, która unosi się nad całą płytą.

Single z tego albumu, a więc Look At Us, Wake Up Strange, City Walls i Patterns nie wzbudzały mojego entuzjazmu. Pierwszy odsłuch całej płyty również nie wywołał wielkich emocji, może nawet przeciwnie – rozczarował. Prawdopodobnie przez moje duże oczekiwania, które zbudowane były przez ostatnie słabe wydawnictwa. Jednak z każdym kolejnym odtworzeniem potwierdziła się moja teza – Archive to zespół, który zyskuje dzięki cierpliwości. Wiele zyskałem dzięki temu, że pozwoliłem ich twórczości powoli, z każdym kolejnym odtworzeniem, zdobywać miejsce w mojej głowie i sercu.


 

Trzy dekady konsekwencji

fot. materiały promocyjne zespołu / facebook

 

Najciekawsze w historii Archive jest to, że przez prawie trzydzieści lat działalności zespół nigdy nie próbował ścigać się z trendami. Ich muzyka rozwijała się własnym tempem, zwykle wbrew logice rynku i radiowych formatów.

Glass Minds nie jest płytą, która zmieni historię zespołu. Nie jest też albumem wybitnym ani przełomowym. Ale jest czymś może nawet ważniejszym – kolejnym dowodem na talent, stabilność w tworzeniu muzyki, w której Archive czują się najlepiej. Po trzech dekadach działalności to wciąż zespół, który potrafi budować atmosferę z konsekwencją rzadko spotykaną w dzisiejszej muzyce. I właśnie dlatego ich płyty wciąż znajdują słuchaczy.

 

 

Piotr Sekuła

Geese

Poznajcie Geese – piątkę przyjaciół z Brooklynu, którzy postawili na autentyczność i bezkompromisowość, a dzięki temu ich garażowe początki przeistoczyły się w status jednego z najważniejszych głosów współczesnego nurtu alternatywnego. Młodzi, zbuntowani i nieprzewidywalni już w ten piątek zaprezentują nowy album, a my wyróżniamy ich tytułem Artystów Tygodnia w Akademickim Radiu LUZ.

 

Niepokorny debiut

Jesień 2021 roku. Fani gitarowej alternatywy stali się świadkami jednego z najbardziej zaskakujących debiutów – mowa o albumie Projector od nowojorskiego kwintetu Geese. Już od pierwszych taktów płyta głosiła nadejście nowej, jakże niepokornej i obłędnej siły w muzyce alternatywnej. Geese stworzyli unikalne, idealnie wyważone połączenie krnąbrnej energii post-punku z rockowym impetem. Młodzi artyści, wówczas jeszcze nastolatkowie, od razu udowodnili, że nie boją się skomplikowanych struktur i nagłych zwrotów akcji. Otwierający album utwór Rain Dance, gęsty od emocji, to niemała zapowiedź artystycznej wizji, która już od pierwszych dźwięków demontuje konwencjonalne oczekiwania. Z kolei tytułowy Projector to podobna do snu podróż przez labirynt, w którym towarzyszy nam Winterowski, lekko chropowaty wokal. Na płycie nie brakuje także delikatniejszych, melodyjnych brzmień. Podczas gdy większa część albumu Projector zdecydowanie nie stroni od agresywnej energii, czy skomplikowanych struktur, utwór First World Warrior jest zgoła balladą, w której brak nagłych zwrotów akcji i dysonansów – czysta oaza.

Psychodeliczni kowboje

3D Country to niezwykle odważny album, który jednocześnie zaskakuje i prowokuje. Geese podjęli ryzyko i za pomocą kosmicznego, psychodelicznego bluesa wyznaczyli nowe kierunki w indie rocku. Zamiast bezpiecznego kopiowania sprawdzonych wzorców, Geese zaproponowali podróż, która nie prowadzi do miejsc, których się spodziewamy. To album o rozpadzie tożsamości i poszukiwaniu nowej perspektywy – zarówno w tekście, jak i w dźwięku. W ten sposób Geese wpisują się w tradycję zespołów, które nie tylko odtwarzają rockową historię, ale próbują ją na nowo ukierunkować. 3D Country to dość osobliwa opowieść o napiętym kowboju, który wędruje przez pustynię pod wpływem substancji psychodelicznych. Obserwuje proces rozpadu świata, który go otacza, a w tym własnych wyobrażeń na jego temat. To historia o tożsamości, alienacji, introspekcji, percepcji zmienionej przez używanie narkotyków, a także pytanie o miejsce jednostki w chaosie świata. Kowboj to figura wolności, ale też osamotnienia — w 3D Country jawi się jako bohater zagubiony między kulturą a własną percepcją.

Heavy Metal?

W opozycji do brzmienia poprzednich albumów Geese widnieje projekt solowy wokalisty grupy, Camerona Wintera. Chociaż tytuł Heavy Metal sugeruje ciężkie, energiczne, gitarowe brzmienia, większość utworów utrzymana jest w konwencji delikatnej, romantycznej, ale i szorstkiej. Akompaniament bywa okrojony, z gitarą lub pianinem na czele. Choć może wydawać się prosty, uważny odsłuch ukazuje niestandardowe rytmy i rzadko spotykane w muzyce rozrywkowej sekwencje akordów. Na pierwszy plan wybija się jednak wokal Camerona. Każda z jego niedoskonałości eksponuje szeroką gamę emocji przekazywanych w tekstach. Dzięki pozornie wybrakowanej technice, nikt inny nie potrafiłby wykonać jego utworów na podobnym poziomie artyzmu. Warta uwagi jest też warstwa liryczna – zaskakujące połączenie wyznań miłosnych z przedziwnymi, abstrakcyjnymi metaforami i nawiązaniami do popkultury.

Nadciągający sztorm

Nadchodzący album zespołu Geese zatytułowany Getting Killed zapowiada się jako dzieło pełne kontrastów – „chaotyczna komedia o epickich proporcjach”. Nie powinno w niej zabraknąć refleksji, melancholii, złości oraz czułości. Dodatkowo, przy nagrywaniu albumu wybór padł na nietypowego dla muzyki około rockowej producenta. Kenny Beats z pewnością zafundował zarówno zespołowi, jak i sobie porządną dawkę kreatywnego eksperymentu, co słychać w singlach promocyjnych. Już w ten piątek poznamy najświeższe oblicze zespołu Geese. Choć mamy swoje przypuszczenia wobec nowego kierunku naszych Artystów Tygodnia, znając historię możemy zakładać, że pod pewnymi względami zostaniemy zaskoczeni. Nieustanne wywoływanie zachwytów, zaprzeczanie przewidywaniom i burzenie konwencji — to właśnie specjalność tych zwariowanych gęsi.

Łucja Krzywoń, Olga Mrozek, Zuzanna Kopij

Geese – Taxes

Muzyka trwa, nawet gdy świat dookoła się rozpada.

Taxes to znacznie więcej niż singiel – to egzystencjalny manifest, w którym muzyka staje się formą osobistego i politycznego protestu. Od cichego rytualnego początku, przez bolesny, zbaczający w irracjonalne absurdy tekst, aż po eksplozję dźwięku i obrazu – Geese prezentują utwór, który kwestionuje status quo, wymaga udziału i świadomej obecności od słuchacza.

To wyrażony poprzez niepozorną „niechęć do płacenia podatków” manifest. Mówi on o tym, że nikt nie powinien być zmuszany do lojalności wobec systemu. Szczególnie wobec takiego, który go rani, nawet jeśli ten system sam siebie postrzega jako narzędzie porządku.

If you want me to pay my taxes,

You better come over with a crucifix…

Ten wers nie jest tylko prowokacyjny. To odwrócenie biblijnego języka, gdzie obywatel staje się ofiarą – Chrystusem współczesności – ale nikt nie ofiarowuje mu zbawienia. Wręcz przeciwnie: to społeczeństwo, państwo, porządek społeczny, który wymaga lojalności, nie oferując nic w zamian prócz cierpienia.

You’re gonna have to nail me down

To język ekstremalnej bezsilności – człowieka, który nie godzi się już być częścią systemu, który go nie reprezentuje.

Na głębszym poziomie Taxes opowiada o dezintegracji tożsamości jednostki w świecie późnego kapitalizmu. Obowiązki obywatelskie, jak płacenie podatków, kiedyś były elementem społecznego kontraktu – dziś, w świecie pełnym korupcji, nierówności i pogardy dla ludzkiego życia, są postrzegane jako akty przymusowej współwiny.

Taxes nie daje ukojenia. Nie zamyka historii. To utwór, który ma pozostać w nas jak zadra. Zmusza nas do myślenia: komu jesteś coś winien? Dlaczego? Jaką cenę płacimy za życie w społeczeństwie?

Zuzanna Kopij


asl33p ft. zachwyt – pociąg kończy bieg (zachwyt rework)

Pociąg pomazany graffiti – kolorowe litery, które krzyczą, a potem się rozpływają. Na ścianach wagonów widnieją freski, hasła, zamazane imiona, łamiące się serca i manifesty, których nikt już nie czyta. Zachwyt wydobywa z tych znaków hałas i ducha – ten rework jest jak nagranie terenowe z opustoszałego torowiska, gdzieś na obrzeżach miasta o czwartej nad ranem, gdy nikt na ten pociąg już nie czeka, a światło pada jedynie z jednej, migoczącej lampy. Może to Wrocław Nadodrze?

Przechadzamy się po pustym peronie, otoczeni ciemnością i mgłą. Powietrze jest chłodne, targa naszymi włosami i delikatnie gładzi zaczerwienione policzki. W miejsce jasnej struktury pojawia się przestrzeń półmroku, pełna rezonansów, ściernych pogłosów oraz głębokich, niskich brzmień, które przypominają bardziej oddech maszyny niż jakąkolwiek znaną linię melodyczną. Powoli, krok w krok towarzyszą nam przeciągłe, zawieszone drony, pochód zdezelowanego basu, rozpływająca się perkusja, ciche głosy asl33pa i Miłosza Boińskiego

Rozbudowa utworu prowadzi do dźwiękowego chaosu, który ogarnia nas w całości. To jakby kumulacja całego brudu dookoła, wszystkich kolorów i emocji. A potem, niczym ukojenie, nadchodzi delikatnienie i cisza. Może to właśnie w nich skrywa się siła tego reworku?

To nie cover ani remix. To reinterpretacja totalna, nie tylko muzyczna, ale również semantyczna – reinterpretacja ruchu i końca, metaliczności i pamięci, torów i niepokoju. To utwór o powolnym i niezdecydowanym kończeniu, o wyhamowywaniu. I finalnie o zatrzymaniu się, które nie daje ulgi, tylko pozostawia ciało w stanie zawieszenia. Te dźwięki nie upiększają – są tu po to, by odkrywać brudy, zadrapania, pozostałości.

Stacja końcowa: Radio LUZ. Wysiadających prosimy o zabranie bagażu, zachowanie ostrożności i wyregulowanie swoich radioodbiorników na 91,6 FM. Pociąg kończy bieg.

Zuzanna Kopij


Black Country, New Road

Na zawsze, od teraz, jak długo?

Black Country, New Road to zespół, który w ciągu zaledwie kilku lat zdobył kultowy status w alternatywnym rocku, stając się jednym z najważniejszych głosów młodego pokolenia. Ich muzyka to mieszanka post-rocka, art-popu, eksperymentalnego jazzu, chamber popu i poetyckich tekstów – odważna, emocjonalna i często głęboko osobista. Z okazji premiery ich trzeciego albumu Forever Howlong przyglądamy się dokładniej sylwetce zespołu. Black Country, New Road Artystą Tygodnia Akademickiego Radia LUZ.

 


Po raz pierwszy…

Black Country, New Road swoją działalność rozpoczął w roku 2018, czarując scenę londyńskiego baru Windmill. Dwa następne lata grupa z Cambridge poświęciła na tworzenie albumu, który światło dzienne ujrzał na początku 2021 roku. Premiera For The First Time rozniosła się po Wyspach ogromnym echem. Był to świeżo wyciągnięty z pieca chleb, którego każdy chciał spróbować. Pierwszy gryz zawsze smakuje najlepiej, ale w tym przypadku każdy kęs był trochę inny i równie pyszny. Nie była to próba wpasowania się w utartą konwencję, lecz coś zupełnie nowego. Coś, czego do tej pory się nie słyszało.

Przybrane dziecko zespołu Slint przemówiło w sposób unikalny. For The First Time to rollercoaster z opaską na oczach. Bez chwili przygotowania zespół zabiera nas na ekstremalną przejażdżkę, oscylującą między emocjonalnym katharsis a wbijającymi w fotel zwolnieniami. Motto tego albumu brzmi: „zanim zabrzmi bas, najpierw pojawia się gitara, a potem wokal”. Isaac Wood, wokalista zespołu, swoim słowem maluje świat młodzieńczej arogancji, mechanizmów obronnych i zaburzeń seksualnych. Towarzyszą mu przy tym nerwowo lamentujące skrzypce, łagodzący napięcie saksofon i przeszywające ciało dźwięki syntezatora. Siedmioosobowy skład grupy, niczym szaleni naukowcy, opanowuje deterministyczny chaos dźwięków i porządkuje go w jedno równanie.

To nie jest płyta łatwa, próbująca zaistnieć samowolnie, oddająca się na tacy. To muzyka, która wymaga otwartości na dźwięki nieoczywiste. A jednocześnie nagradza słuchacza paletą emocji i doświadczeń. Czasem boli. Czasem koi. Ale zawsze zostawia ślad.


Rdzeń

Istnieje żart, że aby brzmieć jak BCNR, wystarczy wziąć gitarę, zagrać w kółko trzy nuty na krzyż i zebrać sześciu wirtuozów muzycznych, którzy zrobią resztę. Jest w tym ziarno prawdy, bo choć członkowie zespołu są wybitnymi muzykami (i każdy zasługuje na osobny segment), nie sposób przejść obojętnie obok koła napędowego tego projektu, Isaaca Wooda. Ten z pozoru cichy i bardzo nieśmiały wokalista, często porównywany do Iana Curtisa wniósł do muzyki unikalną oryginalność. Jego abstrakcyjne teksty, pełne odniesień do popkultury, krążą wokół genialnych, nieoczywistych metafor i skojarzeń, które pozwalają mu poruszać wiele tematów naraz. Równie istotny co tekst jest głos Isaaca. Jego teatralne i intensywne słowo mówione kontroluje narrację, nadając brzmieniu szczególną nerwowo-spokojną atmosferę. Ekshibicjonistyczny w swoich emocjach, szczery do bólu i pełen niespokojnej wrażliwości. Bardziej niż adekwatny, pokoleniowy geniusz.

Co czyni album niepowtarzalnym? Niesamowita aranżacja, która wypływa na wody dotąd jeszcze nieodkryte i tworzy nowe szlaki dla przyszłych podróżników? A może jest to przemyślana koncepcja tematyczna, która swoją głębią i treścią polaryzuje nasze przekonania? Takich i podobnych sugestii można wysnuć wiele i każda rzuci nowe światło na to pytanie bez odpowiedzi. Jednakże wspólnym mianownikiem każdego magnum opus jest danie słuchaczowi możliwości na wyjście poza sferę dźwięków i zgłębienie uczuć i myśli artysty. Patrząc w ten sposób, Ants From Up There, czyli drugi studyjny album BCNR, niepowtarzalny jak najbardziej jest.

Wielkie pożegnanie

Rok po ukazaniu się debiutu, BCNR wydał swój drugi studyjny album. Nie był to już, rozszalały jak pies na łańcuchu, chaos z For The First Time, a bardzo czuły i słodko-gorzki dramat pełen przejmujących momentów i melodii. Isaac Wood obnaża swoją duszę przed słuchaczem, nie zostawiając na sobie suchej nitki. Bolesne wspomnienia, które zazwyczaj znajdują swoje ujście na kartkach osobistego dziennika, są tutaj wykrzykiwane najgłośniej jak się da.

Ten bagaż emocjonalny emanuje dzięki genialnej oprawie muzycznej ze strony całego zespołu. Tak jak na pierwszym albumie skrzypce i saksofon mocno się wyklinały, tutaj budują bardzo komfortową atmosferę, jakby było się częścią intymnej rozmowy na osobności. Kto by się spodziewał, że pomimo tak melancholijnego nastroju pojawią się też bardzo energiczne i raczej wesołe piosenki jak Chaos Space Marine czy Concorde, które idealnie łączą się z resztą materiału.

Nadal jest to jednak BCNR z Isaacem Woodem i również te kawałki niosą ze sobą pewną ważną dla wokalisty wiadomość. Im głębiej w album, tym coraz bardziej kruszy się skorupa, w której skrywa się frontman zespołu. Decyzja o spowolnieniu reszty piosenek okazała się strzałem w dziesiątkę. Instrumenty już nie tylko akompaniowały, a same zaczęły śpiewać. Często mówi się, że Jeff Beck potrafił zagrać na gitarze, tak żeby śpiewała. BCNR dodaje do tego saksofon, skrzypce i pianino, które są fundamentem całego albumu.

Trzy ostatnie piosenki to najmocniejsze utwory na tym projekcie. To moment, w którym Isaac klęczy już na kolanach, a cała historia zbiega do tragicznego końca. Teksty pełne są rozpaczy, rezygnacji i złości oraz idącej za tym wszystkim samorealizacji o tym co się wydarzyło. Wypowiadane na końcu Basketball Shoes słowa (piosenki oryginalnie napisanej po tym jak Isaac Wood miał sen o Charli xcx):

Oh, in my bedsheets, now wet
Of Charlie, I pray to forget
All I’ve been forms the drone, we sing the rest
Oh, your generous loan to me, your crippling interest!

 

to finalne katharsis, które wylewa na zewnątrz wszystko to, co wcześniej niewypowiedziane i tłumione. Jest to zarazem ostatni muzyczny statement Isaaca Wooda, który końcem stycznia 2022 roku ogłosił odejście z zespołu w celu skupienia się na swoim zdrowiu psychicznym. Przyjaźń między siódemką wirtuozów z BCNR trwa do dzisiaj, ale jak ujął to sam Professor Skye, który od lat zajmuje się analizą albumów, „Nie chcemy mieć kolejnego Kurta Cobaina”.


Na zawsze, to jak długo?

Forever Howlong to nie album o utracie Isaaca Wooda. To album powstały dzięki tej stracie – i dzięki kolektywowi, który przetrwał, by opowiedzieć kolejne, nowe historie. Zamiast próbować odtworzyć przeszłość zespół świadomie wycofuje się z post-punkowej ekspresji i emocjonalnego przesytu Ants From Up There. Ich nowe kompozycje są bardziej rozproszone, ale i bardziej intymne. Zniknęła jedna dominująca narracja – w zamian otrzymaliśmy mozaikę głosów, zmienność perspektyw i baśniowy, rustykalny krajobraz, po którym poruszamy się bez przewodnika.

Trudno w jednym zdaniu opisać brzmienie tej płyty. Przypomina ono czasem senną operę, dziecięcą opowieść, a czasem muzykę do filmu, którego nigdy nie zobaczymy. To jakbyśmy spacerowali poprzez wnętrze starego domu – niektóre pokoje są wypełnione promieniami słonecznymi, inne mają kolorowe meble i wzorzyste dywany, jeszcze inne są zaś dziwnie puste.

Ten album to świadoma transformacja nie tylko emocjonalna, ale też stylistyczna, czego najbardziej słyszalnym dowodem jest instrumentarium wykorzystane przez zespół: mandolina, banjo, akordeon, fisharmonia czy rozbrzmiewający już w pierwszych sekundach utworu otwierającego klawesyn. To odważny krok. Muzycy potęgują rolę instrumentów, które nie są dopełnieniem, a swoistym narratorem.

Teksty utworów stały się bardziej abstrakcyjne i symboliczne. Isaac pisał jak autor postmodernistycznej powieści, Forever Howlong to książka z mitami, przypowieściami i bajkowymi opowiadaniami. A pod fantastyką i alegoriami skrywają się wielowarstwowe refleksje nad sensem, przemianą i pamięcią. W porównaniu do wcześniejszych albumów ten jest bardziej efemeryczny. Utwory często przypominają listy, modlitwy czy krótkie wpisy w dzienniku. Tak jakby nic nie zostało wypowiedziane do końca. Słowa wyparowują. Pozostaje tylko światło i smutek.

A może to pytanie bez odpowiedzi? Coś, co się rozciąga – w czasie, uczuciu, wspomnieniu. Forever Howlong nie stara się być manifestem. To raczej intymne, niepewne pytanie o to, co się dzieje z nami, kiedy nie ma już tego, co nas definiowało. W tym sensie ten album to deklaracja przetrwania, ale taka bez fanfar. Jest niczym łagodna afirmacja, mówiąca, że warto coś budować od nowa, nawet jeśli nie wiadomo, jak długo to potrwa.

Forever Howlong to album, który nie chce (i nie musi) niczego udowadniać. Jest cichy, nie dlatego, że boi się krzyczeć, ale dlatego, że woli słuchać. I to jest jego siła. W czasach głośnych rewolucji Black Country, New Road pokazuje, że najgłębsza zmiana dzieje się w ciszy. 


Zuzanna Kopij i Karol Tomczyk

Psychedelic Porn Crumpets – Weird World Awoke

Energetyczny bałagan kolorów i dźwięków – tak opisują się Psychedelic Porn Crumpets. Dodając do tego ciepło zachodniej Australii i wariactwo post-rockowej psychodelii, tworzą muzykę porywającą w wielowarstwowe szaleństwo.

Weird World Awoke to list nie-miłosny do współczesności pisany wielokolorowym długopisem na kolorowym, pogniecionym papierze. To błyszcząca ironia i piskliwa frustracja. A także zapowiedź siódmego albumu zespołu, którego premiera już w maju. Ja już chwytam za gaśnicę, bo coś czuję, że to będzie wielki ogień.

 
Zuzanna Kopij


Chair – GENTLE MEN

Zupełnie nowe brzmienie od warszawsko-kopenhaskiego duetu dżentelmeńsko wkracza na antenę Radia LUZ jako jeden z naszych mocograjów!

To zdecydowanie najcięższy utwór w dotychczasowym dorobku Chair. Rozdzierającemu głosowi towarzyszą punkowe gitary, a ja słyszę w tym nawet coś z klasycznego britpopu. Ich bezradność nabrała mocy i zamieniła się w coś niezwykle buntowniczego, silnego. I bardzo głośnego.

GENTLE MEN to wrażliwa, introspektywna podróż w głąb człowieka zmagającego się z presją życia i toksyczną męskością. Człowieka, który czuje, że nie pasuje do społecznych standardów. Takiego, który jednocześnie zawodzi się rzeczywistością odkrywającą się przed nim, gdy dorasta. „Dali mi marzenia, nakarmili mnie kłamstwami, zapomnieli nauczyć, jak przeżyć” – wykrzykuje. „Nie jestem gotowy na współczesne życie, współczesne narzędzia, współczesne kłamstwa! Chciałbym uciec gdzieś daleko i się schować!”

Wszystko to brzmi dość pesymistycznie, ale dla mnie ogólna pointa GENTLE MEN jest dość pocieszająca. Mimo wszechogarniającej niemocy pozostajemy dżentelmeńsko „wolni i całkiem żywi”. A to też jest dość ważne, prawda?

Zuzanna Kopij


Noże ft. Ofelia – Im wyżej jesteś, tym Ciebie mniej

Noże ft. Ofelia - Im jesteś wyżej, tym Ciebie mniej

Na rodzimym podwórku muzyki alternatywnej mamy cały arsenał broni białej. Precyzyjnie niczym Skalpel, rozdzierająco jak Siekiera, na scenę wracają Noże. Najnowszy singiel zespołu z gościnnym udziałem Ofelii zapowiada długo wyczekiwany drugi album składu.

Jeśli w 2019 nie trafiliście na album Gniew, lub w 2022 nie trafiliście na singiel Heliocentryzm. Jeżeli w zeszłym roku nie złapaliście ich na trójmiejskiej edycji Męskiego Grania, lub na płycie Jerzyka Krzyżyka. Dziś najwyższa pora nadrobić tę niewiedzę zaczynając od najnowszego singla. Noże ponownie pokazują, jak idealnie nabudować emocje i zagrać skrajnie przejmujący refren piosenki. Ofelia i Karol Kruczek płynnie prowadzą nas przez swoją opowieść, splatając jej narrację. Co daje nam kolejne podejście zespołu do współpracy z innymi artystami i artystkami? Niesamowitą balladę osadzoną w górniczych realiach, dorosłych, dalej rozdrapujących swoje młodzieńcze rany. Rozpłyńcie się w tej opowieści i poznajcie Noże!

Dawid Sas