Archiwum

Queens of the Stone Age – Easy Street

Po trzech latach Queens of the Stone Age wracają z nowym wydawnictwem. Kto jednak czekał na kolejną pokaźną dawkę ciężkich, ciemnych brzmień, może się rozczarować. Sugeruję, aby nie wpadać w dezorientację – zespół tak doświadczony, jak QOTSA, daje sobie radę w niejednym anturażu.

Singiel Easy Street można podsumować trafnie dobranym w tytule słowem – easy. Klimat jest ciepły, południowy, wręcz ogniskowy. Mamy gitarę akustyczną, klaskanie i mnóstwo niedoskonałości. Do nich przyznaje się sam Joshua Homme i przyznaje się z dumą. Piosenka przyspiesza, zwalnia, klaskanie nie zawsze jest równo – całość swoim charakterem nieco przypomina demo.

Homme’a słyszymy w towarzystwie. Dołącza do niego Nikki Lane, wokalistka country, której obecność jest rezultatem długiej i intensywnej miłości Josha do amerykańskich tradycji. Za jej przejawy można uznać również podjęcie się produkcji najnowszej płyty Lane, a także gościnny występ u artystki Shani Twain. Efekty tych kolaboracji możemy usłyszeć właśnie w singlu Easy Street, który jest lekki, mocno brzmiący Ameryką, ale z tej przyrodniczej, pustynnej strony. Oferowane nam brzmienie jest przyjemne a nawet romantyczne – dobrze odnajdzie się jako soundtrack do ciepłego, letniego wieczoru.

Marysia Głowacka

No mózg, no problem

no mozg no problem
Dziś 22 lipca, czyli Światowy Dzień Mózgu. Brzmi poważnie. A jednak zamiast klasycznego świętowania neuronów, zajrzymy dziś do świata, w którym mózgu po prostu nie ma. I co ciekawe – życie wcale się od tego nie zatrzymuje.

 

Na końcu artykułu dostępna jest wersja audio.

Ocean bez centrum dowodzenia

Na pierwszy ogień idą meduzy. Istoty, które wyglądają jak galaretowate lampy z problemem grawitacji. Nie mają mózgu, nie mają nawet centralnego układu sterowania w naszym rozumieniu.

Zamiast tego ich ciało działa jak rozproszona sieć nerwowa. Każda część może reagować i przekazywać sygnały dalej. Nie ma jednego „szefa”, który wydaje decyzje. Wszystko dzieje się równolegle, jakby organizm był jednym wielkim, biologicznym czatem.

Efekt? Meduzy potrafią się poruszać, polować i unikać zagrożeń. Bez mózgu, ale z całkiem sprawnym systemem działania. Trochę jakby chaos miał własny plan i jeszcze działał punktualnie.

Ukwiały i pamięć bez mózgu

Podobny mechanizm mają ukwiały i inne morskie organizmy, które również nie posiadają mózgu. A mimo to potrafią się uczyć.

W eksperymentach obserwowano, że reagują na bodźce w sposób skojarzeniowy. Jeśli coś nieprzyjemnego powiąże się z błyskiem światła, w przyszłości potrafią go unikać. Czyli nie tylko reagują, ale też zapamiętują zależności.

To moment, w którym robi się trochę niewygodnie dla naszych definicji inteligencji. Bo nagle okazuje się, że pamięć i adaptacja nie muszą mieć jednego centralnego „procesora”.

Czy mózg jest konieczny?

To prowadzi do prostego, ale nieco niewygodnego pytania. Czy do „myślenia” naprawdę potrzebny jest mózg?

U tych organizmów nie ma jednego miejsca, w którym zbiera się cała informacja. Zamiast tego wszystko jest rozproszone. Reakcje powstają tam, gdzie pojawia się bodziec, bez długiego łańcucha decyzyjnego.

I działa to od setek milionów lat. Ewolucja raczej nie inwestuje w rozwiązania, które są całkiem nietrafione.

Pokora w wersji oceanicznej

Zwierzęta bez mózgu pokazują coś nieoczywistego. Inteligencja nie musi wyglądać tak, jak ją sobie wyobrażamy. Nie zawsze potrzebuje centrum dowodzenia, planu i analizowania każdego ruchu.

Czasem wystarczy sieć reakcji, która działa szybciej niż jakiekolwiek „przemyślenie sprawy”.

I w tym wszystkim jest pewna ironia. My, z całym naszym skomplikowanym systemem analiz, potrafimy się czasem zaciąć na prostych decyzjach. A organizmy bez mózgu po prostu działają.

Więc jeśli ktoś kiedyś użyje wobec Was słowa „bezmózgowiec”, można potraktować to z lekkim dystansem. Natura już dawno udowodniła, że brak mózgu nie oznacza braku skuteczności.

To właśnie takie naukowe pogranicza — między biologią, neurobiologią i zaskakującymi strategiami życia — rozkładamy na części pierwsze na antenie Akademickiego Radia LUZ.

Wszystko to w ramach cyklu O.B.C.Y — Odkrywamy Bez Cienia Ygreka. Serii, która powstała po to, by każde „dlaczego?” (czyli nasze małe naukowe why) przestało brzmieć jak pytanie z innej planety.

Tekst: Łukasz Machowczyk

Mietze Conte

Mietze Conte — figlarna elektronika, klubowy eskapizm i oniryczne światy

 

Mietze Conte, czyli Matthias Oldofredi, to muzyk który schował swój radiowy szyld filous głęboko do kieszeni, aby pod nowym pseudonimem eksperymentować z dźwiękiem. Bąbelkowa mieszanka euro-dance’u i hyperpopu, której Mietze jest mistrzem udowadnia, że elektronika wcale nie musi być śmiertelnie poważna. Jako że ten wiedeński wizjoner już 6 listopada przejmie scenę w warszawskim klubie Mechanik, nie było innej opcji – Mietze Conte zostaje naszym Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Rozpoczynając karierę od hitu bunnybunnybunny oraz EP-ką Nervous pokazał, że ma niesamowity talent do tworzenia krótkich, niezwykle chwytliwych numerów. Mimo debiutu zaledwie kilka lat temu, z pewnością sprowokował już niejedną dyskusję o przyszłości muzyki elektronicznej. Oldofredi bawi się dźwiękiem, co słychać na każdym kroku – od tanecznego Mietzee po ambientowe, wyciszone ee oo. Dodatkowo, spójność muzyki z oprawą graficzną znacznie ułatwia zanurzenie się w wykreowanym przez artystę świecie i świetnie dopełnia jego brzmienie. Oniryczne, bajkowe, a czasem nieco dziecinne lub karykaturalne obrazy Matthias przekuwa w produkcyjną zabawę efektami i wokalem. Wydany w marcu tego roku album wufwufwuf to kolejny dowód na to, że Mietze Conte jest obecnie jedną z najciekawszych postaci na elektronicznej scenie, a jego pierwszego występu w Polsce po prostu nie wypada przegapić.

 

Nasza selekcja:

Mietzee

2024

sumoclic

Album Mietzee bardziej niż spójną historią jest zbiorem baśni, dwuminutowych opowiadań z różnych wymiarów. Przypomina dziennik podróżnika, który przemierza światy – raz senne i rozmyte, a kiedy indziej imprezowe i taneczne – w wyjątkowy sposób dokumentując towarzyszące mu emocje. To doskonałe wprowadzenie w twórczość austriackiego muzyka, w której każdy utwór wydaje się nieprzewidywalny i dziwnie żywy. Polecamy fanom takich twórców jak meat computer, Oli XL czy Loukeman.

Warto sprawdzić: Secret, soooooo clean 202, If i wan te d to o o o ^o, 2000.

 


ee oo

2024

OOPS Records

Jeżeli Mietzee było podróżą przez rozmaite wszechświaty, to ee oo jest bardzo długą drzemką po tej wyprawie. W drugim longplay’u artysta poświęca więcej uwagi pojedynczym brzmieniom i stawia na subtelniejszą produkcję. Spokojnym syntezatorom czasem towarzyszą ciągnące się w nieskończoność echo i szumy, a niekiedy przerywają je wyrywające z letargu glitche i noise. Całość przypomina niekończący się sen, trzymający słuchacza w napięciu, aż zamieni się w przebłyski czegoś zupełnie niepojętego. Pozycja obowiązkowa dla miłośników ambientu, krajobrazów dźwiękowych Oklou i znawców wingdingowych projektów Four Teta.

Warto sprawdzić: whereis oooo, propo, so oo ee, ooee 2 or 1.

 


wufwufwuf

2026

Common Knowledge

Najnowszy album wufwufwuf, niczym tytułowa onomatopeja, niezbyt subtelnie wybudza słuchacza z uprzedniego rozmarzenia słowami wake up baby, it’s time to wake up. Po chwili dołącza do nich indiesleaze’owy syntezator, który już na dobre uniemożliwia drzemkę. Dziesięć utworów zawartych w 21 minutach to tym razem bardzo szybka i pełna wrażeń przejażdżka. To najbardziej imprezowy krążek od czasów debiutanckiej EP-ki, który nieustannie oscyluje między emocjonalną wrażliwością a klubową euforią i basem zachęcającym do tańca. Idealnie sprawdzi się na imprezowy pregame, kiedy mood jest trochę silly, dla miłośników starych i zapomnianych dzwonków do telefonu, oraz wszystkich, których guilty pleasure to dobre 4 na 4 na parkiecie.

Warto sprawdzić: wakeup, allee, are you real?, makeit.

 


Jednym z najważniejszych czynników, które sprawiają, że twórczość Mietze Conte jest tak fascynująca, jest jego wszechobecna bezkompromisowość i konsekwentne podążanie własną ścieżką. Utwory są szybkie, chaotyczne i figlarne w sposób, który dopasować można tylko do jego pseudonimu. Tę spójność artysta buduje nie tylko w brzmieniu i wizerunku, ale także wokół swojej społeczności. Wspólnie z nią tworzy wizualne i muzyczne krajobrazy, przy tym niejednokrotnie głośno mówiąc o tematach politycznych i społecznych. Pomimo poszukiwania w twórczości krajobrazów z innych światów, pokazuje równocześnie jak ważne w dzisiejszych czasach jest ugruntowanie w realnych wartościach.

Pozwólcie wciągnąć się w baśniowe wymiary i sprawdźcie ten oniryczny, elektroniczny krajobraz słuchając twórczości naszego Artysty Tygodnia przez najbliższe dni na 91.6 FM.

Mikołaj Domalewski, Łucja Krzywoń

Boy Harsher – Jeans

W pierwszych sekundach singla Jeans Jae Matthews zadziornym i roześmianym głosem mówi „Okay James Spader over here, look at you”, a mi przypominają się pierwsze minuty filmu Seks, kłamstwa i kasety wideo. W nim właśnie rzeczony aktor nosi cudowne dżinsy, które mogą być częściowo odpowiedzialne za zawiłości w relacjach bohaterów. W nim możemy doświadczyć parnego lata na przedmieściach, które może być sielskie, ale nie musi. Swoim charakterem może przecież pokryć wszystko, co pomiędzy.

Duet Boy Harsher przyzwyczaił już słuchaczy do brzmień, którym daleko od optymizmu, a bliżej do melancholii. Zwykle są osnuci ciężkim, syntezatorowym dymem, który potęgowany jest chłodnym, ciemnym wizerunkiem. Jednak ostatnie poczynania Jae Matthews i Augustusa Mullera sprawiają, że nachodzi mnie pytanie, czy nie czas na redefinicję brzmienia projektu. Najnowszy singiel Boy Harsher Jeans potwierdza, co sugerowała piosenka Machina – muzycy weszli w romans z synth-popem. Oba utwory przesiąka widmo lat ’80, tak definiujących dla muzyki elektronicznej.

To jednak nie wszystko, co się w Jeans dzieje. Piosenka jest skoczna, mocno popowa, lekka. Sami muzycy z Boy Harsher mówią, że jest to ich wersja piosenki country, a według mnie jest to również ich ukłon w stronę amerykańskiej małomiasteczkowości, ich wspomnienie lata. Warto obejrzeć także teledysk. W nim pokaźne ilości lateksu nabierają teatralnego charakteru będąc jednocześnie zabawą z formą. Jae Matthews i Augustus Muller sugerują nam, że jeszcze wszystkiego o nich nie wiemy, jeszcze kolejne filary ich monumentalnego projektu czekają na odsłonięcie.

Marysia Głowacka

Radio LUZ zostaje z Wami na kolejne 10 lat! KRRiT podjęła decyzję

To już oficjalne – Akademickie Radio LUZ  będzie nadawać przez kolejną dekadę. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji rozstrzygnęła konkurs na nadawanie akademickiego programu radiowego we Wrocławiu, przyznając koncesję dotychczasowemu nadawcy, czyli Politechnice Wrocławskiej.

 

To ważna wiadomość dla całej LUZ-owej społeczności. Decyzja KRRiT oznacza, że przez kolejne dziesięć lat będziecie mogli słuchać audycji tworzonych przez studentów, absolwentów i pasjonatów radia, którzy od ponad dwóch dekad kreują wyjątkowy charakter Waszej rozgłośni.

Przygotowując koncepcję programową na następne lata, przyjrzeliśmy się temu, jak zmieniły się środowisko akademickie, sposób korzystania z mediów oraz oczekiwania słuchaczy. Zachowaliśmy wszystko to, co od lat wyróżnia Akademickie Radio LUZ – otwartość, niezależność, promocję kultury, ambitnej muzyki i życia akademickiego – jednocześnie rozwijając program tak, by jeszcze lepiej odpowiadał współczesnym potrzebom.

Dziękujemy wszystkim, którzy przez ostatnie miesiące trzymali za nas kciuki i wspierali nas dobrym słowem. Przed nami kolejne dziesięć* lat audycji tworzonych przez studentów, absolwentów i pasjonatów radia. Do usłyszenia na 91,6 FM oraz online. Do usłyszenia!

*jak nie więcej 😉

Man/Woman/Chainsaw – Get Up and Dance

Brytyjska scena gitarowa od około 10 lat przeżywa wyjątkowo ciekawy moment. Po sukcesach Black Country, New Road, Black Midi czy Squid pojawiło się całe pokolenie zespołów, które przestało traktować rock jako zbiór sztywnych reguł. Jednym z nich jest Man/Woman/Chainsaw – londyński kolektyw, który zaledwie kilka lat temu wyrósł z młodzieżowej sceny DIY, a dziś coraz śmielej zaznacza swoją obecność wśród najważniejszych nowych nazw brytyjskiej alternatywy. Debiutancka EP-ka Eazy Peazy pokazała zespół zakochany jednocześnie w post-punku, chamber popie i hałaśliwym art rocku. To właśnie ta nieoczywista mieszanka sprawiła, że wielu krytyków zaczęło stawiać ich obok najbardziej ekscytujących gitarowych debiutów ostatnich lat.

Najnowszy singiel Get Up and Dance zapowiada debiutancki album Cannonball. Już sam tytuł sugeruje przebojowość, ale zespół bardzo szybko pokazuje, że nie interesuje go pisanie prostych tanecznych piosenek. To utwór, który bawi się oczekiwaniami słuchacza. Zaczyna się niepozornie, niemal delikatnie, by z każdą kolejną minutą coraz mocniej zagęszczać atmosferę. Wokal prowadzi narrację z pozornym spokojem, podczas gdy pod powierzchnią cały czas narasta napięcie. 

Największą siłą utworu pozostaje jednak aranżacja. W tej popowo-alternatywnej formie zastosowanie budujących napięcie i przyspieszających instrumentów smyczkowych zwieńczone mocniejszym uderzeniem gitary, perkusji i wokalu przywodzi na myśl wczesne Black Country, New Road i jest dowodem na wyjątkowe umiejętności kompozytorskie tej grupy. Smyczki nie pełnią tutaj funkcji ozdobnika. Są pełnoprawnym instrumentem rytmicznym, który prowadzi kompozycję i nadaje jej dramatyzm. Gdy w finale dołączają przesterowane gitary, wszystko układa się w niezwykle naturalną kulminację. Nie ma tu ani jednego elementu, który sprawiałby wrażenie dopisanego na siłę.

To właśnie umiejętność budowania napięcia wydaje się dziś największym atutem Man/Woman/Chainsaw. Zamiast zasypywać słuchacza kolejnymi pomysłami, zespół cierpliwie rozwija motywy, pozwalając im wybrzmieć we właściwym momencie. Recenzenci od dawna zwracają uwagę, że grupa znakomicie odnajduje się na granicy piękna i kontrolowanego chaosu. Get Up and Dance tylko tę opinię potwierdza.

Singiel promuje album Cannonball, który ukaże się 7 sierpnia. Jeżeli pozostałe kompozycje utrzymają poziom singli Nosedive, Goddamn, Lizard Man! i właśnie Get Up and Dance, Man/Woman/Chainsaw mogą bardzo szybko dołączyć do grona zespołów wyznaczających kierunek rozwoju brytyjskiej alternatywy. Patrząc na tempo, w jakim dojrzewa ich sposób komponowania, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami początku historii, o której za kilka lat będzie mówiło się znacznie głośniej niż dziś.

 

Piotr Sekuła

Dinosaur Jr. – Several Got Away

Niewiele jest zespołów, które po czterdziestu latach działalności potrafią nagrywać nowe utwory bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Dinosaur Jr. należą właśnie do tego grona. Od połowy lat osiemdziesiątych trio z Amherst wypracowało brzmienie, które stało się jednym z fundamentów gitarowej alternatywy. Bez charakterystycznego połączenia hałasu, melodii i niepodrabialnych solówek J. Mascisa trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój grunge’u, indie rocka czy shoegaze’u. Na ich muzyce wychowali się między innymi Kurt Cobain, Kevin Shields i Billy Corgan. Dziś, zamiast ścigać się z własną legendą, po prostu robią swoje – i właśnie dlatego wciąż brzmią wiarygodnie.

Nowy singiel Several Got Away zapowiada album There Near, który ukaże się pod koniec sierpnia. Utwór nie próbuje wymyślać Dinosaur Jr. od nowa. Wręcz przeciwnie – od pierwszych sekund przypomina, dlaczego ta estetyka przetrwała próbę czasu. Punkowy riff w połączeniu z leniwym, jakby od niechcenia śpiewem J. Mascisa i jego zdolnościami kompozytorskimi urodziły utwór, który definiuje gatunek i całe brzmienie Dinosaur Jr. Nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Jest za to melodia, fuzz, obowiązkowa eksplozja gitarowego solo i to charakterystyczne wrażenie, że wszystko za chwilę się rozsypie, choć w rzeczywistości każdy dźwięk znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.

To właśnie ta pozorna prostota od zawsze była największą siłą zespołu. Mascis nigdy nie imponował wirtuozerią dla samej techniki. Jego partie gitarowe przypominają raczej emocjonalny monolog niż pokaz umiejętności. W Several Got Away ponownie udowadnia, że kilka dobrze dobranych nut potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej skomplikowana progresja akordów.

Pierwsze reakcje słuchaczy są zresztą bardzo charakterystyczne. Jedni zwracają uwagę, że singiel nie odkrywa nowych rejonów twórczości Dinosaur Jr., inni właśnie w tym widzą jego największą zaletę. Po ponad dwóch dekadach od reaktywacji zespół nie musi już nikogo zaskakiwać. Wystarczy, że pozostaje sobą. A to, jak pokazują opinie fanów, nadal działa.

Several Got Away nie jest próbą napisania kolejnego Feel the Pain czy Start Choppin’. To utwór zespołu, który doskonale rozumie własny język i nie zamierza go porzucać tylko dlatego, że świat oczekuje nowości za wszelką cenę. I może właśnie dlatego wciąż brzmi świeżo. Nie dlatego, że odkrywa nowe ścieżki, ale dlatego, że przypomina, jak dobrze można opowiedzieć tę samą historię, jeśli naprawdę wierzy się w każde zagrane uderzenie struny.

Piotr Sekuła

10LEC6 – MANETIK

10LEC6 (czyt. dix-lex-six lub dyslexic) to zespół, którem należy przyznać dyplom z porywania dźwiękiem. Zawsze skupieni byli wokół nurtu dance-owego, ale nigdy na tym się nie zatrzymywali. Charakterystyczne dla ich brzmienia jest czerpanie z kultur karaibskich czy afrykańskich. Ta różnorodność bije z twórczości grupy niczym świadectwo paryskiej wielowątkowości i tamtejszej muzycznej wolności.

Nowy singiel MANETIK jednocześnie koi rozgrzane głowy i przyczynia się do dalszego ociekania potem. Idealnie wpisuje się w gorące (a w Paryżu nawet piekielne) pierwsze dni lata. Nieprzewidywalny przez swoje rozczłonkowanie, chwytliwy dzięki wpływom UK Bass-u, gorący dzięki spotkaniu Afro Techno z nigeryjskimi rytmami, no i szybki – utrzymany na poziomie 160 bpm-ów.

Oprócz singla obdarowani zostaliśmy również pięcioma remixami autorstwa Azzi on The Beat, Simo Cella, Msheluli i Jany Rush. Tak rozbudowany singiel jest nie tylko przejawem hojności 10LEC6, ale też ich wyczucia. MANETIK w swojej szybkiej, Footworkowej formie prosi się o porozbijanie, pomieszanie, pobawienie.

Polecam więc wsłuchanie sie w MANETIK, we wszystkie jego remixy i włączenie Visualizer Video (sugeruję największe z dostępnych ekranów), które pomaga wejść w trans, który może okazać sie magiczną szczepionką na przytłaczającą duszność końca czerwca.

Maria Głowacka

Locust – Soul Sky

Mark Van Hoen kryjący się pod pseudonimem Locust od ponad czterech dekad kreuje scenę IDM-ową, ambientową i trip-hopową. Projekt Locust istnieje z kolei od ponad trzydziestu lat i z każdym wydawnictwem udowadnia, jak szerokim zakresem muzycznego działania dysponuje.

W najnowszym singlu zatytułowanym Soul Sky Van Hoen nie występuje jednak samotnie. Dołącza do niego raper Griffin Spex, którego partie nadają piosence lekko buntowniczej energii. Za dream popowe chórki odpowiada Olive Kimoto, której rola w nowej twórczości Locust nie ogranicza się do gościnnego nagrania partii wokalnych. Sam Van Hoen przyznaje, że Olive – DJ-ka, artystka wizualna, wokalistka – na stałe dołączyła do Locust i to właśnie dzięki jej obecności nowy materiał powstaje.

Piosenka Soul Sky oferuje pełną gamę doświadczeń – regularną rytmikę, chwytliwą melodię, duszny charakter. Od pierwszych dźwięków, które siadają na ramionach, czujemy pociąg do ciężkiego i hipnotycznego tańca. Lub do zamknięcia oczu. Lub do posłusznego ruszania głową w rytm muzyki. Na trzy minuty stajemy się własnością „nieba duszy” i mi to osobiście pasuje, a wręcz chcę więcej.

Więcej już niedługo – premiera nadchodzącego albumu Locust zaplanowana jest na 11 września tego roku. Single, którymi na razie zostaliśmy obdarowani, sprawiają, że czekam z niecierpliwością.

Maria Głowacka

All Them Witches – Starting Line

All Them Witches to zespół, który od ponad dekady konsekwentnie buduje swoją pozycję gdzieś pomiędzy psychodelią, bluesem i ciężarem stoner rocka. Wyrośli z Nashville – stolicy country, ale ich brzmienie nigdy nie było lokalne – raczej zakorzenione w klasyce rocka i jednocześnie stale ją podważające. Każdy kolejny album przesuwał akcenty: raz w stronę długich, hipnotycznych form, innym razem w bardziej zwarte – piosenkowe struktury.

Starting Line jest kolejnym krokiem w tej ewolucji – i jednocześnie jednym z bardziej bezpośrednich utworów w ich ostatnim repertuarze. Numer zaczyna się spokojnie, wręcz oszczędnie: gitara prowadzi prosty, lekko przygaszony motyw. Dość szybko pojawia się zmiana. Utwór nabiera ciężaru, ale nie robi tego w sposób agresywny – raczej jak nagłe podkręcenie temperatury niż eksplozja. Wchodzi więcej energii, pojawiają się charakterystyczne dla zespołu ciężkie stonerowe riffy i wyraźniejsze uderzenie sekcji rytmicznej. Całość jest dynamiczna, ale kontrolowana. To nie jest chaos – to dobrze wyważony ruch między spokojem a napięciem.

Struktura utworu pozostaje przy tym stosunkowo prosta. Zamiast rozbudowanych, wielominutowych jamów, które słusznie kojarzą się z brzmieniem zespołu, dostajemy bardziej kompaktową formę. I właśnie to może być dla części słuchaczy zaskoczeniem. Pojawiają się głosy, że to jeden z bardziej „przystępnych” numerów w ich katalogu – dla jednych świeży i energetyczny, dla innych zbyt zachowawczy jak na standardy zespołu.

Ale nawet w tej krótszej formie Starting Line zachowuje to, co w All Them Witches najważniejsze: umiejętność budowania napięcia bez oczywistych trików i balansowanie między groove’em a ciężarem.

Singiel zapowiada album House of Mirrors, który ukaże się 29 maja 2026 roku. To pierwsze studyjne wydawnictwo zespołu od 6 lat i – jak sugerują sami muzycy – efekt większej dojrzałości oraz jeszcze lepszej komunikacji wewnątrz składu.

Jeśli Starting Line jest wskazówką, w którą stronę zmierza ta płyta, można spodziewać się materiału bardziej zwartego, ale wciąż opartego na charakterystycznej dla zespołu pracy między instrumentami. Mniej rozciągania formy, więcej konkretu – bez rezygnowania z klimatu, który przez lata był ich znakiem rozpoznawczym.

 

 

Piotr Sekuła