Stephenie Meyer „Intruz” (Joanna Wawryczuk)

Stephenie Meyer „Intruz” (Joanna Wawryczuk)

Stephenie Meyer "Intruz"

Wydawnictwo Dolnośląskie

Joanna Wawryczuk

 

 

Na własną odpowiedzialnośd bierze się do ręki książkę, której autorki po nazwisku można nie kojarzyć, ważne za to, że napisała sagę „Zmierzch”.

 

Coś jednak musi byd w stylu pisarskim Stephenie Meyer, że jej wytworami zachwyca się każdy fragment świata, w którym dostępny jest jakikolwiek odtwarzacz filmowy. Zwłaszcza młodociany fragment świata.

 

Nie czytałam jeszcze Zmierzchu i do książki „Intruz” starałam się podejśd bezstronnie i z otwartym umysłem. I na początku może się podobad, bo autorka sprawnie i kompleksowo tworzy równoległą nam rzeczywistośd, społecznośd tzw. Dusz, czyli istot, które niemalże całkowicie skolonizowały naszą planetę. Tworzy także światy istot inteligentnych na innych planetach – i do tego momentu zapowiada się kawał przystępnej, lekkiej literatury science-fiction.

 

Aż pojawiają się bohaterowie – ludzie, opierający się Duszom i kilka Dusz z wątpliwościami i rozterkami moralnymi. I kooczy się wrażenie, że to może byd dobra literatura. Zalążki pomysłu na dobrą fabułę także znikają, jak sen złoty. Bo jest ona niczym z kryminału o jakości -3 w skali od 1 do 10. Bo mamy ucieczki, pościgi, wątpliwości, pościgi rozterki oraz pościgi. I dużo romansu, o czym później.

 

Postaci – niczym skserowane, jedynie z różnym stopniem natężenia dobra i zła w organizmie. Poza tym przystojni, posągowi, a autorka – zamiast stworzyd im charakter – opisuje kolory włosów i oczu. I najgorsze – tych bohaterów na przestrzeni książki jest coraz więcej.

 

Jeśli ktoś ma cierpliwośd, żeby zapoznawad się z tą masą i zapamiętywad imiona papierowych klonów, to proszę bardzo. A co najgorsze, zachodzą między nimi różne koligacje miłosne, których charakter zna każdy, komu w ręce wpadł kiedyś kioskowy romans. Chociaż nie, harlequiny są lepsze, bo przynajmniej krótsze, nie pretendują do bycia literaturą i łatwiej je podpalid. Bo mniejsze. A „Intruz” to ponad 500 stron wzdychania, wpadania sobie w ramiona, spania w czyichś ramionach, opierania się na ramieniu, bycia niesioną w ramionach i tym podobne. Pozwolę sobie zacytowad: „Ian już przy mnie siadał, żeby wziąd mnie w ramiona. Otarł mi łzy własną piersią.”

 

Ja nie mówię, że „Intruz” Stephenie Meyer to zła powieśd. Ta przeciętna mieszanka przeciętnego romansu z przeciętnym kryminałem – może się przydad! Na przykład jako doskonały, ciężki przycisk do papieru. Albo po owinięciu obwolutą może udawad na półce encyklopedię. Można też ją pociąd na kawałeczki i stworzyd mnóstwo wyklejanych anonimów z pogróżkami. Zastosowao jest wiele. Jednak przestrzegam ludzi, którzy, tak jak ja, mają uciążliwą tendencję do czytania wszystkiego, co wpadnie w ręce czy leży u znajomych na półce. Jeśli leży, to nie ruszajcie. Znacznie przyjemniejsze jest czytanie chociażby przyszłości z własnej ręki.