Krzysztof Mroziewicz „33 Ewy i trzech Adamów” (Joanna Wawryczuk)
Krzysztof Mroziewicz "33 Ewy i trzech Adamów"
wyd. Zysk i ska
Joanna Wawryczuk
Nie bez powodu w niemal każdej kulturze istnieje archetyp Wielkiej Matki, Matki Bogini czy innej postaci kobiecej, jako symbolu życia, płodności, ziemi. Kobiecość z tego punktu widzenia jest nie wyjaśnioną do końca, tajemniczą siłą. Dlatego też przez wieki pojawiały się kobiety, które fascynowały, były muzami lub władczyniami i z tej fascynacji tajemnicą kobiecości zapewne powstała książka „33 Ewy i trzech Adamów” Krzysztofa Mroziewicza.
Pozycja ta jest zbiorem szkiców, przedstawiających inspisujące i warte zapamiętania kobiety oraz mężczyzn, z którymi w jakiś sposób były związane. Każdy z rozdziałów prezentuje jedną postać – z tym, że nie są to biografie, ale raczej szkice, portrety. I te portrety mają to do siebie, że jedne robią spore wrażenie, przy innych tylko przebiega się wzrokiem i szybko o nich zapomina. Wszystko zależy od gustu odbiorcy. Łączy je jednak to, że każda sportretowana kobieta jest inspirująca i niebanalna. Z pewnością nie znajdziemy tam gwiazdeczek czy celebrytek.
Jest to w większości galeria kobiet XXw. Jeśli chodzi o te „starsze” – pojawia się Maria Magdalena, Safona, Mona Lisa i sama pramatka Ewa. Poza nimi odnajdziemy kobiety znacznie bardziej nam współćzesne : Matkę Teresę, Marię Magdalenę Goebbels, Benazir Butto, rewolucjonistkę Poolan Devi, seksszpiega Matę Hari, dziennikarkę Orianę Fallaci, Julię Tymoszenko, Hildę de Guevara, Liv czy Sonię Gandhi.
Poszczególne teksty są nierówne – niektóre wyczerpujące, robiące wrażenie i sprawiające, że postać trwale zapada w pamięć. Inne nakreślone pobieżnie, co czasem wystarcza, ale i czasem pozostawia niedosyt i sprawia, że dana postać umyka pamięci. Oczywiste jest także, że każda historia jakoś się musi kończyć. Wiele z tych zakończeń to inteligentne podsumowanie czy nawet jedno, celnie napisane zdanie. Ale są też takie, które brzmią jak doklejane na siłę, tchnące patosem czy będące niewiele wnoszącym banałem. Z okładki dowiemy się, że autor to „mistrz słowa”. No i właśnie – mistrzem może bym go nie nazwała, ale z pewnością słowem pisanym posługuje się sprawnie i barwnie.
Język książki – niby to rzeczowy, dokumentalny – potrafi być nagle dosadny i bezpośredni, co niewątpliwie sprawia, że teksty zyskują na charakterze. Jest to dosadność nieczęsto widziana w oficjalnym obiegu, w odniesieniu do ważnych, znanych postaci. Gdy w Charkowie w ‘99 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski czynił honory pod wpływem procentów, tylko dziennkiarka Maria Przełomiec odważyła się powiedzieć, że prezydent „lekko chwiał się na nogach”. Dopiero kilka dni później pozostałe media odważyły się delikatnie podjąć temat. A w książce Mroziewicza, która, pamiętajmy, ma charakter reportażowy a nie plotkarski, pojawiają się nagle takie określenia głów państw jak „brutal”, „babiarz” czy o Mao Tse-Tungu: „zawsze udaniał się za spódniczkami. Nawet jako stary dziad.” Śmiały zabieg, ale skoro rzetelnie poparty faktami, to także uczciwy i bez zbędnego mydlenia oczu czytelnikowi.
A właśnie fakt, że wszystkie opisy poparte są źródłami, czyni z tej książki fuzję zbioru lekkich reportaży i solidnej rozprawy naukowej. Zatem po co sięgać po „33 Ewy i trzech Adamów”? Z pewnością po to, żeby w wiarygodny sposób poszerzyć wiedzę zarówno o kobietach w polityce i u władzy, jak i o tych ważnych, które stały na uboczu (jak żony, kochanki, artystki i muzy). Ale także, żeby się dobrze bawić przy naprawdę wciągającej lekturze.