Giles Milton „Wolfram. Chłopiec, który poszedł na wojnę” (M. Glińska)

Giles Milton „Wolfram. Chłopiec, który poszedł na wojnę” (M. Glińska)

Wolfram_RGBGiles Milton

"Wolfram. Chłopiec, który poszedł na wojnę"

wydawnictwo: Noir Sur Blanc

recenzent: Monika Glińska

 

 

Mocno zdziwi się ten, kto się spodziewał, że wiosenna premiera wydawnictwa Noir Sur Blanc – „Wolfram. Chłopiec, który poszedł na wojnę” – jest powieścią w stylu „Przygód dobrego wojaka Szwejka”.

 

Co prawda, w obu tych historiach mamy do czynienia z prawdziwym tłem historycznym i geograficznym oraz autentycznymi postaciami. Jednak tak jak u Haška na pierwszy plan wybija się antywojenna satyra, tak u angielskiego pisarza Gilesa Miltona króluje wojenna prawda, a właściwie chęć jak najdokładniejszego opisania procesu spowijania Niemiec pajęczyną nazizmu. Tak się składa, że został w nią złapany również teść Miltona, Wolfram Aïchele. Dziś 86-letni artysta, wówczas rozmiłowany w rzeźbie i malarstwie 18-latek, który wymysły Hitlera miałby w głębokim poważaniu, gdyby nie został wcielony do Wehrmachtu i wysłany na front wschodni. Jakkolwiek z całej powieści można by wyłowić wiele mrożących krew w żyłach zdarzeń, to autorowi chyba nieszczególnie zależało na budowaniu dramaturgii. Niejednokrotnie można bowiem odnieść wrażenie, że bardziej niż na relacji Wolframa koncentruje się na oddaniu realiów życia codziennego w Trzeciej Rzeszy, a dokładniej w miasteczku Pforzheim, skąd wywodzi się Wolfram i większość opisanych w książce bohaterów. Nie mówię, że jest to wada, gdyż „historyczne wstawki” są w przeważającej większości bardzo ciekawe, jednak mocno spowalniają główny wątek, rozciągając go na niemal 300 stron i powodując, że czytelnik musi stale trzymać rękę na pulsie. Wspomniane opisy oprócz tego, że mimowolnie pełnią funkcję swego rodzaju bufora emocji, wzbogacają obraz o informacje, które ujrzały światło dzienne dopiero po wojnie.

 

Kiedy zajrzymy do bibliografii, w pełni zyskujemy świadomość, z jak dużej liczby materiałów Milton skorzystał, tworząc kronikę tamtych mrocznych dni. Bardziej też doceniamy fakt, że zgrabnie połączył je w spójną całość. O dociekliwości autora niech świadczy fakt, że dotarł nawet do angielskich pilotów, którzy zrzucali bomby na Pforzheim 23 lutego 1945. Nawiasem mówiąc, było to jedno z największych bombardowań tej wojny, które zrównało miasto z ziemią, zamieniając je w burzę ognia, podobnie jak bardziej nam znane Drezno. Rozdział dotyczący właśnie tego wydarzenia jest zdecydowanie najmocniejszym i najbardziej poruszającym punktem całej książki.

 

Powieść Miltona, mimo że napisana prostym językiem i przejrzystym stylem, nie jest lekturą lekką, bo wymaga dużego skupienia, a ciężar zgromadzonej w niej prawdy niekiedy przytłacza… Głównym powodem, dla którego po nią sięgnęłam, jest jednak fakt, że to książka o II wojnie światowej napisana nie z perspektywy Polaka, nie Żyda, ale Niemca. I rzeczywiście – zmiana punktu widzenia, a nawet samych miejsc rozgrywania akcji spowodowała, że „Wolfram” nie stanowił dla mnie powtórki z historii i pozwolił wzbogacić wiedzę o nowe elementy. Ze względu na sposób ujęcia książka Miltona nie dorównuje arcydziełom reportażu np. Hanny Krall, jednakże – co dla mnie najważniejsze – pozwala zrozumieć, w jaki sposób niemieckie społeczeństwo uległo nazistowskiemu terrorowi, oraz portretuje osoby, które próbowały mu stawiać opór, narażając się na miano „najbardziej nieprzejednanych wrogów rasy niemieckiej”.