Allan i Barbara Pease, "Mowa ciała w miłości" (Paweł Wojciechowski)
Allan i Barbara Pease "Mowa ciała w miłości"
wyd. Rebis
Paweł Wojciechowski
Powodzenie u płci przeciwnej – marzenie wielu ludzi na całej Ziemi. Co zrobić, żeby się komuś podobać? Oto trudne pytanie, na które niestety nie znajdziecie odpowiedzi w książce „Mowa ciała w miłości” Allana i Barbary Pease'ów. Autorzy to, jak pisze wydawca, „światowej sławy eksperci w dziedzinie stosunków międzyludzkich”. Są prowadzącymi niezliczonych seminariów i twórcami przeróżnych bestsellerów, o czym skrupulatnie przypomina się czytelnikowi na początku i końcu omawianej książki.
„Mowa ciała w miłości” to typowy poradnik. Oferuje nam zmianę dotychczasowego stylu życia na lepszy, jednocześnie dając mało konkretnych rad. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że autorzy nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Książka ma co prawda 150 stron, ale tak naprawdę całą treść można byłoby zmieścić na pięciu. Oprócz zapychaczy, czyli bezsensownych ramek i średnio śmiesznych rysunków, w poradniku znajdziecie wiele pustych miejsc – myślę, że jest ich na tyle dużo, żeby założyć zeszyt do historii.
Jak to z wieloma poradnikami bywa, autorzy uważają nas za mało rozgarniętych i pragną, żebyśmy uwierzyli im na słowo. Owszem, przytaczają wyniki rozmaitych badań i eksperymentów, które są podstawą dla ich bezcennych rad. Ale co z tego, skoro ze świecą możemy szukać w książce nazwisk naukowców. Oczywiście, nie muszę dodawać, że bibliografii tutaj również nie odnajdziemy. To duże niedopatrzenie, zwłaszcza że nawet kalendarze akademickie mają swoje wykazy literatury.
„Mowa ciała w miłości” wydaje się napisana na siłę. Mające poprawić naszą atrakcyjność rady Allana i Barbary Pease'ów są albo oczywiste (np. „jeśli jesteś mężczyzną, idź na kurs tańca”), albo po prostu głupie (np. „kobiety powinny nosić soczewki, żeby powiększyć swoje źrenice”). W dodatku okazuje się, że za taką treść trzeba słono zapłacić. Książka, mimo estetycznego wydania w twardej oprawie, kosztuje bowiem stanowczo za dużo.
Wierzę, że jest na świecie kilka sensownych poradników. Niestety, jestem pewny, że „Mowa ciała w miłości” do nich nie należy. Moim zdaniem ta książka jest tylko sprytnym sposobem na wyciągnięcie pieniędzy od naiwnych ludzi. Myślę, że wkrótce możemy spodziewać się po australijskich autorach kolejnych bezsensownych tomów w postaci „Mowy ciała w wesołym miasteczku” czy „Mowy ciała w warzywniaku”.