Oh Wonder

Oh Wonder

Oh Wonder to duet, który zdobył zaufanie wśród kilkunastu milionów słuchaczy na świecie – jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu. Ich pierwszą piosenką, która trafiła do sieci był numer pt. Body Gold. Oh Wonder zaprezentowali go słuchaczom 1 września 2014 roku. Co miesiąc serwowali nam jeden, nowy utwór. W końcu kompozycje złożyły się w spójny materiał. Urokliwy, intymny, pełen opowieści.

 

Josephine Vander Gucht i Anthony West, któregoś dnia poznali się w Londynie i zadecydowali wspólnie budować futurystyczne ballady. Wcześniej, Josephine prowadziła swój solowy projekt oparty o wokalne formy, zaś Anthony to dawny członek pop-rockowego zespołu Futures. Ich twórczość jest naturalna i lekka w formie, którą można wykorzystać jako poranny budzik, pościelową przytulankę, czy tło naszych codziennych czynności. Plastyczność utworów  Oh Wonder, to jeden z najcenniejszych segmentów ich brzmienia.

 

 

O czym śpiewają Oh Wonder? O prostych i najtrudniejszych tematach krążących wokół człowieka, m.in. o miłości, społecznościach, gentryfikacji czy uzależnieniach. Dotykają otoczenia jak i wnętrza człowieka, bez postulatów o zmienianiu świata. Zauważają problem, skłaniają do przemyśleń, budują dla nich przestrzeń. Nie myślcie jednak, że to album pełen zadumy i smutku, bo tak zdecydowanie nie jest.

 

Duet łączy cyfrowe brzmienie z żywymi instrumentami. Sami nazywają swoją twórczość mieszanką jazzu, rnb i akrobacji wokół elektroniki. Rdzeniem jest tu zdecydowanie wokal. Na froncie – anielski głos Josephine i nieco schowany Ant, który swoją ciepłą barwą dodaje efektu pełności kompozycji. Niektórzy porównują ich muzykę do dorobku Freedom Fry inni mówią, że to wypadkowa pomiędzy The xx, a solową karierą Jamiego. Ja słyszę w tym Jamesa Blake'a i London Grammar. Najlepiej jednak porzucić wyliczanki i  samemu przekonać się, jak naprawdę brzmią Oh Wonder. 

 

Do kompozycji Oh Wonder chce się wracać i jeśli przesłuchacie ich debiutancki album, na pewno się na tym złapiecie. To dziwne uczucie, bo przecież poznawaliśmy ich materiał przez okrągły rok, gdy publikowali miesiąc po miesiącu jeden utwór, które ostatecznie złożyły się w płytę. To jednak magnes i czar tych kompozycji, czyli wciągająca wariacja na temat współczesnego rnb, pełna kontrastów i zmian tempa. Możemy to nazwać balladą z elementami elektroniki, zgryźliwie jako The xx 2.0, bądź najcelniej – szczerą, elektro-akustyczną opowieścią.