Robert Kirkman, Jay Bonansinga „The Walking Dead. Narodziny Gubernatora” (Miłosz Szymczak)
Robert Kirkman, Jay Bonansinga
"The Walking Dead. Narodziny Gubernatora"
wyd. Sine qua non
Miłosz Szymczak
Żywe trupy wychodzą na ulice – tym razem dosłownie. Zombiaki, które dotąd znajdowały uznanie jedynie wśród niewielkich, hermetycznych grup ludzi oglądających po nocach filmy George'a Romero, w końcu doczekały się swoich pięciu minut. A nawet czterdziestu pięciu minut i to pomiędzy kolejną ofiarą „Dextera” a najnowszym pacjentem „Dr. House'a”. Zapewne sami autorzy pierwowzoru, jakim był komiks, nawet nie śnili o swoich „Żywych Trupach” w telewizji, na koszulkach, kalendarzach, kubkach i – do czego zmierzam – w serii książek, których akcja toczy się w świecie „The Walking Dead”. Chciałbym skupić się na pierwszej z nich, której podtytuł to „Narodziny Gubernatora”.
Tego trudnego zadania, czyli napisania książki po tak lekkostrawnym medium, jakim jest serial telewizyjny, podjął się autor scenariusza do komiksu, Robert Kirkman wraz z pisarzem Jay'em Bonansingą. Na szczęście nie powielają oni historii zawartej w serialu, a wręcz przeciwnie – poszerzają ją, tworząc prequel do akcji z trzeciego sezonu, w którym pojawia się tytułowy Gubernator.
Fabuła jest typowa dla tego gatunku – grupa ludzi wspólnymi siłami próbuje przeżyć w świecie pełnym chodzących trupów oraz odnaleźć w nim swoje miejsce. To, co jest już mniej typowe, to próba skupienia uwagi czytelnika nie na walce z wszechobecnym zagrożeniem, a na postaciach bohaterów, ich psychice oraz relacjach zachodzących między nimi. Jest to znak rozpoznawczy marki „The Walking Dead”. Akcja powieści rozpoczyna się tuż po wybuchu epidemii zombie, a dzięki wspomnieniom bohaterów czytelnik cofa się do jej początków. Ten prosty zabieg sprawia, że po książkę może sięgnąć osoba, która wcześniej nie miała kontaktu nie tylko z „The Walking Dead”, ale z samym motywem zombie.
Tekst, za pośrednictwem którego poznajemy „Narodziny Gubernatora”, jest napisany w nieco chaotycznym, niechlujnym stylu. Zawiera dużo kolokwializmów, przekleństw oraz dziwnych, powtarzających się porównań, które usiłują zobrazować czytelnikowi chociażby sposób, w jaki rozbryzguje się krew i płyn mózgowo-rdzeniowy. Tych akurat w utworze nie brakuje i już po kilku rozdziałach ich objętość można mierzyć w hektolitrach. Najbardziej jednak irytowało mnie pozostawienie w polskim tłumaczeniu angielskiego systemu miar – domyślam się, że jest to obecnie standardem i konwertowanie wszystkich wartości na metry byłoby śmieszne, produkowałoby zbędne ułamki i wprowadziło dysonans w amerykańskie realia. Jednak w sytuacji, gdy na jednej stronie kilkakrotnie pada odległość w stopach czy jardach, przeliczanie jej w głowie na „nasze” potrafi skutecznie wytrącić z rytmu i zepsuć nawet najciekawszą sytuację w powieści.
Podsumowując, nie sądzę, żeby powieść stanowiła warunek konieczny zagłębienia się w świat „The Walking Dead”, nie proponowałbym też rozpoczęcia swojej przygody właśnie z tym środkiem przekazu. Myślę, że stanowi ona raczej miłe uzupełnienie do historii, którą można poznać za pomocą chyba najpopularniejszego nośnika, jakim jest serial telewizyjny. Zalecałbym jednak jej przeczytanie tym osobom, które chciałyby poznać kolejne powieści z serii ze względu na łączące je elementy. I tym, dla których żywych trupów jest wciąż za mało.