Artysta Tygodnia: Lindstrøm

Artysta Tygodnia: Lindstrøm

Skandynawski klimat zupełnie nie pomaga w tworzeniu ciepłej elektroniki. Ale czy na pewno? Hans-Peter Lindstrøm postanowił chyba zadziałać w drugą stronę i zmrożone norweskie serca chce ogrzewać swoją muzyką. Udaje mu się to bez wątpienia, co udowadnia przy każdym swoim albumie, choć sam wydał ich dopiero trzy.

Lindstrøm zaczął nagrywać jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jednak nic z tej twórczości nie ujrzało światła dziennego. Pierwsza EPka muzyka ukazała się dopiero w 2003 roku nakładem wytwórni Feedelity, którą zresztą sam założył rok wcześniej. Prawdziwa sława Norwega budowała się długo, ale przynajmniej możemy mieć pewność, że oparta została na mocnych fundamentach. Dwa lata po ukazaniu się debiutanckiej 7”, Lindstrøm nagrał swój pierwszy długogrający album. Nie był to co prawda jego projekt solowy, jednak płyta wydana z jego serdecznym przyjacielem Prinsem Thomasem to dzieło idealne. Później doszły do tego jeszcze dwa równie dobre LP i kilka EPek. Na tym kolaboracja panów się nie kończy, bowiem obaj znani są ze swoich wspólnie nagranych remiksów, które są pracą iście twórczą. Norwegowie tworzą z każdego utworu branego na warsztat coś zupełnie nowego i świeżego.

Fani musieli długo czekać na pierwszy solowy i długogrający zarazem album Lindstrøma. Stało się to w 2008 roku, kiedy to muzyk wydał „Where You Go I Go Too”. Ciężko też powiedzieć, na ile to tak naprawdę jest LP, bo krążek składa się jedynie z trzech utworów. Za wyznacznik użyć musimy po prostu czas trwania nagrań. Pierwsze z nich, to tytułowy singiel pt. „Where You Go I Go Too” zajmujący całą stronę A winyla. Dla Norwega te dwadzieścia osiem minut tanecznych melodii to po prostu synteza gatunku muzyki, którą określa się mianem „space disco”. Nie trudno zauważyć tu inspiracji takimi artystami jak Steve Reich, czy Manuel Göttsching. Początkowo ambientowy utwór w pewnym momencie zmienia się praktycznie nie do poznania, stając się jak do tej pory najbardziej pompatycznym i epickim dziełem Norwega spod znaku „space disco”.

Ciekawe jest to, że oba późniejsze solowe albumy Hans-Peter nagrał w tym roku. Pierwszy z nich, „Six Cups Of Rebel” to coś zupełnie innego niż to, do czego zostaliśmy przez niego przyzwyczajeni. Wielu recenzentów stwierdziło, że Lindstrøm „zjadł swój własny ogon” i pogubił się w syntezatorowych kawalkadach, które stanowią pierwszy plan na tej płycie. To prawda, oryginalny styl muzyka został trochę zepchnięty na bok, ale na pewno nie bez przyczyny. Artysta chciał zrobić coś innego. Najlepszym przykładem na to jest utwór otwierający. Żadnych syntezatorów, zero basu, perkusji, czy ukochanego przez wszystkich rytmu 4/4 – jedyne, co usłyszymy to ponad pięć minut organowego patosu rodem z XVII-wiecznych Niemiec. Jednak Lindstrøm to dobry człowiek i wszystkich zasmuconych rozweselił swoim ostatnim albumem „Smalhans”. Podobno powstał on niesłychanie szybko i na tyle sprawnie, że muzyk czuł się, jak przy niedzielnym pichceniu. W związku z tym każdy utwór na płycie nazwał tak, jak jakieś norweskie potrawy. Apetyty najbardziej wybrednych melomanów z pewnością zostały zaspokojone, bo „Smalhans” to chyba najlepszy album z muzyką elektroniczną od lat. Zresztą posłuchajcie, czego można spodziewać się po arcydziele Norwega i oceńcie sami. Ja czekam na więcej.

 

Lindstrøm – Vōs-sākō-rv by Lindstrøm